„To był gwałt w białych rękawiczkach”. Przestańmy anonimowo mówić o przemocy seksualnej

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
16 czerwca 2016
Fot. iStock / South_agency
 

– Nie chcę, żeby o gwałcie mówiono anonimowo. Dlatego nie kryję faktu, że jestem kobietą, która doświadczyła przemocy seksualnej. To, jak zostałam zgwałcona nazywa się „gwałtem w białych rękawiczkach”.

„Długo nie potrafiłam nazwać tego, co się wydarzyło”

Spotykamy się w jednej z jej ulubionych knajp w Warszawie. Wita się ze mną uśmiechnięta, piękna kobieta. Nie w żadnym worku, ze spuszczonym wzrokiem, nerwowo oglądająca się za siebie. Wręcz przeciwnie – otwarta, pełna ciepła.

Ania Sadowska – dziś edukatorka seksualna i pisarka. Sama o sobie mówi, że jest kobietą renesansu. Miała zostać śpiewaczką operową, ale nie dostała się na studia, więc wybrała stosunki międzynarodowe. Jest prezeską Stowarzyszenia Stop Gwałtom i rzeczniczką osób, które doświadczyły gwałtu. A raczej braku wsparcia dla nich. Chce głośno mówić o przyjemności, jaką mogą czerpać z seksu kobiety, które doświadczyły przemocy seksualnej.

– Długo nie potrafiłam nazwać tego, co się wydarzyło. Czujesz, że stało się coś złego, ale do końca nie wiesz co – wspomina Ania i choć nie widać, że wspomnienia sprzed 10 lat wywołują w niej ból, później, po rozmowie, dowiem się, jak było jej ciężko znowu o tym mówić.

Od początku czuła, że to nie jest facet dla niej. Ania: – Obiecałam sobie, że już zawsze będą ufać swojej intuicji, bo wtedy ją zagłuszyłam. Ja – mająca ojca, który na co dzień nosił mundur i swoją córkę wychowywał twarda ręką, potrzebowałam męskiej atencji. Miałam 22 lata, gdy go poznałam. To nie była miłość, ale pewnego rodzaju ciekawość. On bardzo o mnie zabiegał. Był rok starszy. Walczył o mnie, chciał, żebyśmy byli razem. Dałam się złamać. Po latach zobaczyłam, że ten związek od początku był przemocowy. On robił wszystko, by mnie od siebie uzależnić. Mówił, że bez niego jestem nikim, że gdy jego przy mnie zabraknie będę nic nie warta.

Ania, kiedy miała 16 lat obiecała sobie, że dziewictwo straci ze swoim mężem. Nie, nie pochodzi  rodziny o silnie zakorzenionym katolicyzmie. W jej domu seks był traktowany jako normalny temat do rozmów. – Na półkach stały książki, mogliśmy brać, czytać, rodzice bez problemu odpowiadali na wszystkie nasze – moje i brata – pytania. To tata kupował mi tampony, nie było sfery tabu.

I może dlatego, wiedząc, jak seks jest ważny dla człowieka, postanowiła zaczekać. I nie kryła tego przed swoim chłopakiem. – Myślę, że na temat dziewictwa dzisiaj nie chcemy rozmawiać, wstydzimy się tego, swoich poglądów, bo przecież jesteśmy tacy światowi, otwarci i chętni do doświadczania nowego. A ja chciała ten mój pierwszy raz i seks w ogóle przeżywać z kimś, kto będzie mi bliski, kogo będę kochać, kto będzie mnie kochał, kogo będę pewna i komu w pełni będę mogła zaufać. To wszystko zostało mi odebrane.

Wyjechali do jego domu rodzinnego. Ania: – Wieczorem leżeliśmy razem w łóżku, jakieś pieszczoty, nic więcej. I wtedy on spytał, czy chcę coś więcej. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że „nie wiem”. Bo nie wiedziałam. Nadal chciałam czekać do ślubu, ale też byłam ciekawa. Nie było mi dane podjąć tej decyzji samodzielnie. Zanim się spostrzegłam już był we mnie…

„Długo nazywałam to „niefortunnym pierwszym razem”

To jest taki stan, który trudno opisać. To jest moment, kiedy czujesz, że twoje ciało nie należy do ciebie. Że jest ci obce, a ty nie masz zupełnie nad nim władzy. W sądach pytają: „dlaczego się pani nie broniła?”. A ty nie jesteś w stanie się bronić. Nie jesteś w stanie nic zrobić. Ty nawet nie wiesz do końca, co się dzieje i dlaczego.

Ania: – Płakałam. A on przepraszał, jakby wiedział, że zrobił coś złego. Tylko, że ja nie wiedziałam, co się stało. Długo nazywałam to „niefortunnym pierwszym razem”. Analizowałam, że przecież powiedziałam „nie wiem”, a nie jednoznaczne „nie”. Że to moja wina. Ale przecież on wiedział, że nie chciałam, znał moje poglądy. Wiedział, że nie ma we mnie zgody, myślałam, że o tym moim „nie wiem” porozmawiamy, a nie, że to się po prostu stanie. „Gwałt w białych rękawiczkach” bez krwi, krzyków, przemocy.

Ktoś powie: „Jaki gwałt? Nie protestowała, więc ma za swoje. Po co z nim kładła się do łóżka. Dziewictwo – też mi coś. Miał chłopak szczęście, że mu się dziewica trafiła.”

Ania: – Dopiero po dwóch latach, to, co się zdarzyło, nazwałam gwałtem. Po terapii, po zrozumieniu, że tu nic nie odbyło się za moją zgodą. Że tylko „tak” znaczy naprawdę „tak”… Z tamtym chłopakiem rozstaliśmy się miesiąc po tym wszystkim. Dzwonił do mnie jakiś czas po gwałcie i groził, że się zastrzeli, bo wie, co mi zrobił. Fakt nie nazywał się wprost gwałcicielem i raz udawał, że nic się przecież nie stało, ale tak naprawdę wiedział, że mnie bardzo skrzywdził i jeszcze próbował swoje poczucie winy zrzucić na mnie tym, że się zabije…W ramach terapii spotkałam się z nim po kilku latach. To wtedy powiedział mi, że chciał mnie ukarać, za moje zachowanie, chciał pokazać mi do kogo należy ostatnie zdanie.

Jako osoba, która doświadczyła przemocy seksualnej przeszła różne etapy. – Stałam się frywolną kokietką. Działałam na zasadzie: jak wszystkim pozwolę, to nikt nie weźmie tego siłą. To była maska, to nie byłam ja. Działo się coś złego ze mną, z moim ciałem. Na szczęście potrafiłam to przerwać. Spojrzeć na siebie i powiedzieć: „to nie jesteś ty, nie chcę taka być”. Myślę też, że fakt, iż to od mężczyzny doświadczyłam przemocy, skierował moją uwagę w stronę kobiet, tej delikatnej i dobrej „męskości” szukałam w nich. Byłam przez jakiś czas w związku z kobietą.

„Daj spokój co to za gwałt, sobie wymyśliłaś. Powiedziałaś „nie”, broniłaś się, krzyczałaś?”

Ania woli mówić, że jest kobietą, która doświadczyła przemocy seksualnej. Słowo gwałt ciężko do dziś jej wypowiedzieć. – Wiesz, że biorąc udział w różnych konferencjach związanych z przemocą seksualną jestem w stanie powiedzieć, która z kobiet siedzących na sali doświadczyła gwałtu. Kiedyś była we mnie złość, że nie chcą o tym mówić głośno, dziś to rozumiem.

W Polsce na policję wpływa co roku do 2300 zgłoszeń gwałtu. Ile kobiet o tym, że zostały zgwałcone nie mówi w ogóle? Czasami nie jest nawet świadoma tego, że została zgwałcona, bo gwałt często ma miejsce we własnym łóżku, w zaciszu sypialni. Gwałcicielem najczęściej jest znana kobiecie osoba. Kolega z pracy podczas wyjazdu służbowego, szef, kolega męża, a nierzadko i sam mąż staje się oprawcą. Kiedyś usłyszałam, że często kobiety za swój spokój płacą ciężką monetę bitą z ich własnych ciał.

Wokół gwałtu narosło wiele mitów. Tak wiele, że kobiety same przed sobą nie chcą się przyznać, co się tak naprawdę wydarzyło. Siebie obarczają winą, bo za dużo wypiły, bo zbyt wyzywająco się ubrały, bo to kara za ich zachowanie i otwartość wobec mężczyzn.

Ania: – Moja koleżanka potrafiła powiedzieć: „Daj spokój co to za gwałt, sobie wymyśliłaś. Powiedziałaś „nie”, broniłaś się, krzyczałaś?”. My nawet w kobietach nie znajdujemy wsparcia i zrozumienia. „Sama sobie jest winna” – to najczęściej słyszy ta, która doświadczyła gwałtu. To jest mówione za jej plecami.

Największa pożywką dla gwałtu pozostaje jego anonimowość. Przemocy seksualnej mogła doświadczyć kobieta, którą codziennie spotykamy w tramwaju, może być mama jedno z kolegów naszych dzieci, to może być sąsiadka, która nigdy nie przyzna się do tego, co w jej życiu się wydarzyło. Dlaczego? Bo podobnie jak inne kobiety, które zgłosiły się na policję, nie chce być wyzywana od „zdzir”, „dziwek”, bo boi się, że może to być prowokacją dla innych mężczyzn.

„Nie chcę być kolejną odhaczoną anonimową kobietą, która doświadczyła gwałtu”

Ania nie zgłosiła gwałtu na policję, choć jej mama – policjantka, to sugerowała. – Nie oszukujmy się. Co by mi to dało. Zgwałcenie w białych rękawiczkach w aktualnych zapisach przepisów karnych nie wyczerpuje znamion przestępstwa, co najwyżej można to nazwać wykorzystaniem bezradności. I teraz dochodź swoich praw, lata po, słowo, przeciwko słowu, kiedy prawo i przekonania społeczne nie stoją po twojej stronie. Mojej mamie powiedziałam kilka lat po gwałcie. Nie zgłosiłam się na policję, ale postanowiłam skończyć z anonimowością. Nie chcę być kolejną odhaczoną anonimową kobietą, która doświadczyła gwałtu. Przeszłam zespół stresu pourazowego, choć do dzisiaj, gdy czytam o gwałtach, o przemocy wobec kobiet, boli mnie podbrzusze, moje ciało daje mi znać, że ze swoją własną traumą do końca się nie uporałam. Mówienie o tym, że gwałt nie powinien pozostać w cieniu anonimowości, że osoby, którego go doświadczyły mają prawo do szczęśliwego życia seksualnego po uporaniu się z tragedią, jaka ich spotkała, jest dzisiaj moją misją. Chcę pokazać kobietom, że nie jesteśmy ofiarami, tylko, że jesteśmy ocalałe, bo przetrwałyśmy tę tragedię, żyjemy nadal i mamy prawo być szczęśliwe. Zajmuję się dzisiaj mówieniem o pozytywnym seksie po doświadczeniu przemocy, o tym, że osoba, która doświadczyła gwałtu może w swoim dalszym życiu czerpać przyjemność z seksu, trzeba jej tylko o tym powiedzieć, pokazać, uświadomić. Na tym chcę się skupić przede wszystkim i nadal sama się tego uczę.

Sama, konsekwentnie unikając w swoim rzecznictwie słowa ofiara, nazywa siebie i osoby, które doświadczyły przemocy seksualnej Kintsukoroi – to stara japońska sztuka naprawiania potłuczonej porcelany złotem. Terapeutyczny wymiar legendy związanej z tą sztuką ukazuje prawdziwie piękno i wartość w przedmiotach popsutych i naprawionych. I to jest dla niej metaforą podnoszenia się po traumie, fakt, że po doświadczeniu popsucia można być uznanym za dzieło sztuki. Tworzy grupę wsparcia dla kobiet, które doświadczyły gwałtu w ramach Stowarzyszenia Stop Gwałtom. I mówi o pozytywnym seksie, bo tylko takiego chce już doświadczać i chce by doświadczały go inne, jak ona – ofiary przemocy seksualnej.rz


Jedna, idealna sukienka. Tylko i aż tyle, by poczuć się bardziej kobieco. 6 zasad udanej współpracy z krawcową

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
16 czerwca 2016
6 zasad udanej współpracy z krawcową
Fot. iStock / skynesher
 

Ponoć ideałów nie ma, a jednak każda z nas, w pewnym momencie rezygnuje z szukania idealnego faceta, na rzecz tej jednej, jedynej, perfekcyjnej sukienki, która idealnie podkreśli talię, zakryje kilka kochanych fałdek, a nas uczyni najpiękniejszymi kobietami na świecie. Po przejściu dziesiątek kilometrów w galeriach handlowych, przejrzeniu tysiąca sklepów internetowych, przychodzi czas na dobrą wróżkę – krawcową.

Pozornie mając figurę klepsydry, powinnam bez problemu znaleźć sukienkę w każdej sieciówce – przecież to ta „najlepsza” do ubierania sylwetka! Wypatrywaniu nie pomógł ani mój rozmiar (44), ani postanowienie, że sukienka musi być dokładnie taka jak sobie wymarzyłam – cekinowa, z rękawkiem ¾, a najlepiej w kolorze szmaragdu, żeby podkreślić ciemną karnację i jeszcze ciemniejsze oczy. Chodziłam, biadoliłam, a moment imprezy, na którą przeznaczona miała być kreacja, zbliżał się nieubłaganie.

Zwrócenie się do krawcowej nie przeszło mi przez myśl, choć powinna to być naturalna reakcja. Dopiero Marta, której mama i babcia trudzą się szyciem przepięknych ubrań, znudzona moim marudzeniem, zaprowadziła mnie do jej rodzinnego zakładu krawieckiego.  Na początku podchodziłam do tego pomysłu sceptycznie. Zakupy w sieciówkach wydają się atrakcyjniejsze – możesz przymierzyć, od razu zobaczyć, jak wyglądasz w danej rzeczy, a przy dobrych wiatrach nie zbankrutujesz. Czysta makdonalyzacja.

Pani Mariola, która szyła moją wymarzoną sukienkę, po przejrzeniu stosu zdjęć, które przyniosłam ze sobą na pierwszą wizytę, stwierdziła, że dobry jest tylko pomysł na rękawek i kolor. Ze zdziwieniem otworzyłam oczy i naprawdę zaczęłam się bać. Wcięcie w talii, rozkloszowanie, dekolt w serce – nijak nie składało mi  się to wszystko w całość.  Zaufanie do krawcowej to jednak podstawa, nie pozostało mi więc nic poza czekaniem do pierwszej przymiarki.

Dopiero w czasie pierwszego przymierzenia sukienki, która tak na dobrą sprawę była jeszcze  wycinkami materiału, zrozumiałam, dlaczego warto posłuchać kogoś, kto na co dzień zmaga się ze skomplikowaną damską sylwetką. Każdy nadmiar materiału został zniwelowany, a ja pierwszy raz zobaczyłam właściwy kształt swojego ciała. Pani Mariola zażartowała wtedy, że powinnam zostać jej stałą klientką, bo dla takiego kształtu szyje się najlepiej. Nie musiała mówić dwa razy.

W ostatecznym rozrachunku wcięcie w talii, rozkloszowanie i dekolt w serce sprawiły, że wyglądałam na co najmniej rozmiar mniejszą, a stara prawda krawcowych, że nie liczy się kolor czy wzór, ale krój, zostało idealnie odzwierciedlone na moim własnym ciele. Poczułam się jak po metamorfozie prosto z programów telewizyjnych popularnych stylistek i innych znawczyń mody. Wystarczyła jedna, uszyta tylko dla mnie, sukienka.

Opowiadając tę historię, zawsze kończy się pytaniami o cenę – przecież ciuch szyty na miarę musi być o wiele droższy!  Niekoniecznie. Oczywiście, wszystko zależy od zakładu,  który wybierzesz, jednak ceny są porównywalne z tymi, które spotykamy w popularnych sieciówkach, a na pewno niższe niż te u projektantów.  Dodatkowo warto pamiętać, że to sukienka uszyta specjalnie dla nas, więc istnieje znikoma szansa, że na przyjęciu spotkamy koleżankę w dokładnie takim samym egzemplarzu. Krawcowe bardzo dbają o szczegóły i wykończenie, które musi być idealne i dostosowane do klientki, więc równie dobrze możesz poprosić o wyszycie twoich inicjałów czy maleńki detal, który będzie zauważalny tylko po dokładnym przyjrzeniu się.

Szmaragdowa sukienka okazała się strzałem w dziesiątkę, który został zapamiętany przez wszystkich gości, nie tylko płci pięknej, tamtego przyjęcia. Kiedy kilka tygodni temu wpadłam z wizytą do rodziny krawcowych, rozmawiając o mojej źle skrojonej sukience z sieciówki, którą miałam właśnie na sobie, rozpoczęła się dyskusja o wartości kunsztu krawieckiego, który jest tak bardzo niedoceniany. Chcemy mieć wszystko na już, przez co potem cierpi nasz wygląd, a przecież każda z nas chciałaby perfekcyjnie podkreślić swoje atuty i zatuszować mankamenty. Krawcowa, jak dobra wróżka, może ci w tym pomóc zupełnie bezboleśnie! 

6 zasad udanej współpracy z krawcową

  1. Przynieś inspiracje – Brak przykładu sukienki, która ma finalnie powstać, jest ponoć najbardziej irytującą krawcowe rzeczą. Nawet, jeżeli ostatecznie koncepcja zupełnie się zmieni, macie punkt wyjściowy – łatwiej się dogadać.
  1. Zaufaj krawcowej – Ona wie najlepiej, w czym będziesz wyglądać dobrze. Najlepsze krawcowe są lepsze niż chirurg plastyczny, a na pewno ich działanie jest bezbolesne i o wiele tańsze!
  1. Przymiarka to tylko połowa efektu końcowego – Nie panikuj, kiedy w czasie przymiarki sukienka nie wygląda tak, jak na projekcie. Ciasto w foremce też nie wygląda tak idealnie, jak po upieczeniu.
  1. Zabierz buty – Odpowiednia długość ubrania to połowa sukcesu. Ponad to, sylwetka prezentuje się zupełnie inaczej w szpilkach, a inaczej w balerinach.
  1. Ubierz odpowiednią bieliznę – Dobry stanik to podstawa, nie tylko w przypadku szycia sukienki. Warto jednak zniwelować różnice, które mogą się pojawić w wyglądzie sukienki po założeniu innego stanika, czy uporać się z problemem wystających ramiączek już na etapie szycia.
  1. Trzymaj się jednej krawcowej – Dzięki temu unikniesz niepotrzebnej straty czasu na szukanie, ale też zbędne pytania. Twoja krawcowa będzie wiedziała, w czym tak naprawdę dobrze wyglądasz, a z czasem stanie się „pogotowiem sukienkowym” na telefon.


„Jest pani za młoda, żeby umierać na raka!”. Doktor House potrzebny od zaraz!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
16 czerwca 2016
Fot. iStock / xmee

„Jest pani za młoda, żeby umierać na raka czy inną poważną chorobę”. Pan doktor uśmiechnął się pod nosem i wypisał mi receptę, na której widniał tylko paracetamol. Drugi miesiąc studiów był pierwszym z wielu, które miałam spędzić szukając diagnozy, na którą nie jestem za młoda.

Norma nad normami

Wszystko zaczęło się bardzo niepozornie – ból głowy, drętwienie prawej ręki, problemy ze wzrokiem. Na początku sama pomyślałam, że to po prostu nerwobóle, w końcu studiowanie, nawet na AWF-ie, nie należy do zadań bezstresowych. Każdy wymaga stuprocentowej obecności, doskonałego przygotowania do zajęć, a najlepiej jeszcze nienagannego wyglądu i bycia fit – w końcu to Akademia Wychowania Fizycznego! Nawet jeżeli studiujesz zarządzanie sportem.
Pewnego dnia na uczelni, w czasie ulubionych zajęć z marketingu, zdrętwiała mi ręka, a głowa zaczęła boleć niemiłosiernie. Z pola widzenia znikł przystojny wykładowca, a ból głowy był nie do wytrzymania. W toalecie zauważyłam, że na prawej piersi pojawiła się wysypka, naczynka tworzyły maleńkie czerwone krwiaki, a sama pierś wydawała się większa.

Młoda może poczekać

Zerwałam się z uczelni, pojechałam prosto do rejonowej przychodni. Ciągle nie przytomna i przerażona, musiałam ustąpić miejsca starszym paniom, które czekały na wizytę u lekarza krócej niż ja, ale przecież to ja miałam 20 lat, mogłam postać!

Siwy pan doktor nie przejął się zbytnio moimi opowieściami. Nawet fakt, że w rodzinie występował rak, a nawet rak piersi, nie miał dla niego znaczenia. Badanie polegało na osłuchaniu i (dosłownie!) spojrzeniu na pierś. Nawet faceci w autobusie lepiej przyjrzeli się anatomii mojego biustu.

Doktor stwierdził, że nie ma się czym martwić. Mogę spokojnie wracać na uczelnię, a na szczegółowe badania poczekać kilka lat. Nie wytrzymałam.

– Panie doktorze, czy ja nie mam raka.

– Jaki rak?! Jest pani za młoda. To zwykłe nerwobóle, pomoże paracetamol.

„Skończysz jak ojciec, tylko szybciej”

Przez kolejne miesiące przekonywałam siebie samą, że jestem zdrowa. W końcu taka była diagnoza.

Miałam na głowie uczelnie i pracę, która wiązała się z ciągłymi wyjazdami, więc każdy ból głowy zwalczałam prochami przeciwbólowymi, a złe samopoczucie tłumaczyłam przemęczeniem. Do lekarza poszłam dopiero po miesięcznym wyjeździe, podczas którego czułam się idealnie. Powrót do domu wiązał się z obniżeniem poziomu adrenaliny, a organizm odmówił posłuszeństwa. Przesypiałam całe dnie, na uczelni wytrzymywałam maksymalnie dwie godziny, bo ból głowy był nie do wytrzymania, a ja przypominałam zombie.

Lekarka rodzinna w czasie badania wyczuła zgrubienie w piersi, wysłała mnie na natychmiastowe USG. Na koniec wizyty powiedziała tylko, że jeżeli się nie wezmę za swoje zdrowie, skończę jak ojciec, tylko szybciej. Tata przez swój pracoholizm przeszedł dwa zawały, ale przez niezbyt zdrowy tryb życia, operacji tętniaka mózgu nie przeżył.

23 marca 2017

Pomimo początkowej niechęci, postanowiłam się zawziąć i szybko się wyleczyć.  Z jednej strony motywacją była historia taty, a z drugiej fakt, że dopiero co się zakochałam. Po wizycie u ginekologa nr 1, który ostatecznie potwierdził stan zapalny piersi, musiałam znaleźć onkologa – specjalistę chorób sutka.

Mieszkam na Śląsku, więc do wyboru miałam kilkanaście miast, w których mogłam szukać lekarza. Rozsiadłam się wygodnie na kanapie z laptopem i telefonem, rozpoczynając poszukiwania. W pierwszej poradni pani była bardzo miła, ale słysząc ile mam lat uprzejmie poinformowała mnie, że to bardzo zły wiek na chorowanie – dla NFZ nie jestem już dzieckiem, ale dorosłym do końca jeszcze też nie. Następne telefony to ciągły zajęty sygnał, czasem przyjemne melodyjki, które z czasem zaczęły psuć mi nerwy. Rozmowa z rejestratorką z jednego z największych ośrodków medycznych w Katowicach, stała się już kultową opowieścią w mojej rodzinie.

-Mogę panią zarejestrować na 23 marca 2017 roku. – oznajmiła pani po drugiej stronie telefonu.

-2016?

-Nie, 2017.

– Wie pani, że jest 20 kwietnia 2015? Jeżeli mam raka, nie dożyję tej wizyty.

-Niech się pani nie martwi! Wtedy będzie mógł z niej skorzystać ktoś inny z pani rodziny.

Wakacje w tropikach

Czułam się coraz gorzej. Bóle głowy nie ustawały, widziałam coraz gorzej, przytyłam 20 kg i wiedziałam, że nie jestem za młoda na chorowanie. Chcąc nie chcąc, musiałam skorzystać z usług przychodni prywatnych, bo nawet skierowania ‚pilne’ nie przybliżały mnie do wizyt. Każda prywatna wizyta u lekarza to koszt około 150-300 zł. Ostatnio policzyłam, ile wydałam żeby dowiedzieć się, co mnie rozbija od środka. W sumie, miałam na to bardzo dużo czasu. W końcu na odwiedziny u lekarza trzeba poświęcić więcej czasu, niż na urodziny u ciotki; rejestracja – 10 minut, oczekiwanie – godzina, sama wizyta to już pestka – 15 minut gadania, 5 minut USG, by w dwie minuty stwierdzić, że „to będzie ciężka droga ku diagnozie”. Cennik tych wizyt to równie wielkie szaleństwo – sama wizyta kosztuje około 200 złotych, choć pierwsza zawsze jest droższa.

Mogłabym sobie pozwolić na dwutygodniowe wakacje w tropikach, ale zdrowie jest najważniejsze i dopiero wtedy zaczęłam je doceniać, tak samo jak dobrego lekarza.

Doktor House potrzebny od zaraz!

Odwiedziłam kilku specjalistów. Dwóch endokrynologów, czterech ginekologów, dwóch okulistów i neurologa. W czasie pobytu na oddziale neurologicznym podejrzenia sięgały nawet stwardnienia rozsianego, na to nie byłam za stara. Jednego lekarze byli pewni – gruczolak przysadki mózgowej był jedną z odpowiedzi na pytanie, co mi jest. Tylko objawy wykraczały poza te, związane z gruczolakiem. Czułam się jak ciekawy przypadek, który każdy chce zobaczyć, bo w końcu niecodziennie zdarza się spotkać tak schorowaną osobę w tak młodym wieku, a w dodatku od tylu miesięcy nikt nie wpadł na to, co jej jest! Jeden z panów profesorów, który próbował mnie diagnozować, wziął nawet ksero mojej dokumentacji, żeby skonsultować ją w czasie jednej z tych super ekskluzywnych konferencji.

Neurolog rozkładał ręce – bo co on może, skoro w rezonansie wszystko w miarę dobrze? Ginekolog odsyłał do endokrynologa, który twierdząc, że to nie tylko sprawa hormonów, wysyłał mnie na basen (!), no bo dlaczego nie? Pan endokrynolog, do którego o dziwo nie było kolejki, zapytał, czy mam jakieś pytania. –Panie doktorze, czy uda nam się w ogóle zlikwidować te problemy? Po chwili namysłu, pan doktor jakby niczego nie słysząc poprosił o 100 złotych za wizytę.

Okulistka grzmiała, bo pole widzenia zmniejszyło się do 30 stopni (u zdrowego człowieka wynosi 100 lub 140 stopni). W pewnym momencie wizyty zaczęła mnie przekonywać do załatwiania oświadczenia o niepełnosprawności, skoro jej zawodowi koledzy nie spieszyli się do zrobienia czegokolwiek.

Minął rok, a ja miałam już: raka piersi, gruczolaka przysadki mózgowej i stwardnienie rozsiane.  Dopiero ostatni ginekolog, którego odwiedziłam z nastawieniem, że to ten lekarz, który mi pomoże, głośno przeklną nazywając swoich kolegów „bandą debili”. Wychodząc od niego szczerze płakałam, nie ze strachu, ale z radości, że ktoś coś w końcu zrobił.

System do zmiany

Kiedy leczysz się u jednego specjalisty, musisz brać pod uwagę, że on nie może zrobić nic bez innego specjalisty, a już na pewno nie wypisać skierowanie na badanie, które mogłoby być refundowane przez NFZ. Przykład? Tylko endokrynolog może wypisać skierowanie na badanie poziomu prolaktyny we krwi, ginekolog by mógł, ale z dobrym uzasadnieniem, a lekarz rodzinny nie może, bo straci swoje „punkty”.  I tak tułasz się od lekarza do lekarza z nadzieją, że ktoś w końcu pomoże. Czas mija nieubłaganie, a choroba postępuje. I o ile system „Szybkiej Terapii Onkologicznej” jest naprawdę dobrym pomysłem, to w przypadku braku podejrzenia nowotworu, a innej poważnej choroby, nie masz umożliwionej wcześniejszej konsultacji czy badania.

Walka o siebie

Nikt nie jest za młody na chorobę i trzeba o tym pamiętać. Przez poddawanie się temu tekstowi u lekarza, wiele osób zostało zdiagnozowanych za późno. My znamy swój organizm najlepiej, choć koncerny farmaceutyczne próbują nam wmówić, że bez kolejnych kapsułek na odchudzanie czy lepszy sen, nie damy rady.

W pewnym momencie tej całej zdrowotnej bieganiny straciłam wszystko, na co pracowałam ostatnie kilka lat, a jedyne co zyskałam, to totalne zwątpienie, które nasilało się po każdym kolejnym dniu pełnym badań i oczekiwania. Poprosiłam przyjaciółkę, studentkę ostatniego roku medycyny, żeby coś mi doradziła. „Nie wychodź z gabinetu, dopóki czegoś ci nie powiedzą!”. Trochę podziałało, ale bardziej niż to, zadziałało poczucie własnej wartości –  właśnie dlatego, że jestem młoda, mam prawo zawalczyć o swoje własne życie, które nie skończy się za kilka lub kilkanaście lat, bo diagnoza była nieprawidłowa lub w ogóle jej nie było.

Po półtora roku nadal nie jestem w pełni zdiagnozowana, jedyne czego jestem pewna, to fakt, że nie będę miała dzieci. Bo za późno zaczęłam brać leki, hamujące wydzielanie prolaktyny, która skutecznie niszczyła kolejne narządy mojego organizmu.


Zobacz także

Fejsbukowicze... 7 typów ludzi, których (o zgrozo) też masz na Facebooku

Fejsbukowicze… 7 typów ludzi, których (o zgrozo) też masz na Facebooku

„To może zamieszkamy razem?”. Jak ocenić, czy to dobry pomysł?

„Pracuj ciężko i myśl o przyszłości”. Złe rady, które dajemy dzieciom każdego dnia