„Jestem szczęśliwa, ponieważ mój Przemek jest szczęśliwy”. Ożeż w mordę, to wyznanie zwaliło mnie dosłownie z nóg

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
3 listopada 2017
Fot. iStock/cipella
Fot. iStock/cipella
 

Dla odmóżdżeni przełączam kanały w telewizji. Trudno ostatnio znaleźć coś ciekawego, poza filmami na kilku filmowych kanałach. Ale nie poddaję się. Nie mam niestety programu telewizyjnego, więc na oślep walę kciukiem w pilota. A może Darek Stolarz się pojawi lub innych ciekawy i z poczuciem humoru facet.

Tja, jasne. No to mam: „Jestem szczęśliwa, ponieważ mój Przemek jest szczęśliwy” – wygłasza złotą myśl pewna młoda pani, na tle nowocześnie urządzonego domu. Myślę sobie „ja pie*dole, co takiego musiało się wydarzyć, że on taki szczęśliwy, że ona aż tak się cieszy”. Na co trafiłam? Na osławiony program o sprzątaniu, który zrobił kobietom więcej krzywdy niż pożytku. Takie jest moje zdanie. Ale nie chcę zagłębiać się w temat, kto ma większy burdel w domu. Bardziej uderzyły mnie smutne oczy pani, która mówiła o szczęściu po tym, jak wysprzątała mieszkanie, tak, że z podłogi można było w nim jeść, a za radą Perfekcyjnej nawet pasek do odkażania nakleiła w kiblu, to znaczy w środku kibla. No jak nic uszczęśliwiła swojego męża, a jak się okazało i przy okazji siebie, chociaż kompletnie nie rozumiem tego fenomenu odczuwania szczęścia szczęściem kogoś innego. Pełna symbioza… Pytanie tylko, gdzie szczęście owej pani, bo coś nie wydaje mi się, że w czystej łazience.

Inna sytuacja – dyskusja, a jakże – w telewizji – o tym, czy w małżeństwie śpimy osobno. Pamiętam wyznanie Kory sprzed dobrych kilku, jeśli nie kilkunastu lat, kiedy powiedziała, że z Sipowiczem mają osobne sypialnie i ona nie widzi w tym nic złego. To już wtedy wywołało rozmowy w tak zwanych kuluarach – czy to ma sens, po co i na co komu, wiadomo Kora wariatka, kto by z nią co noc w jednym łóżku wytrzymał i inne takie. Nie inaczej było w rzeczonym programie. Tak, jak obecne panie uważały za nic gorszącego spanie osobno, tak już wyświetlające się komentarze widzów były pełne oburzenia. Że po co to wychodzić za mąż, skoro spać chcemy osobno, że jak budować bliskość, jeśli ze sobą nie śpimy.

No nic, złapałam się za głowę zastanawiając się, kiedy my w końcu wyjdziemy z tego średniowiecznego myślenia, że a) kobieta tylko przy mężczyźnie, którego uszczęśliwi będzie szczęśliwa, b) jak już masz męża, to się go trzymaj pazurami nie oddalaj choćby na krok, bo jak nie to pójdzie do innej. Nożeż ja cię pierdykam, ale jak on ma kołdrę grzać innej, to i tak to zrobi, bez względu na to czy jako ta przykładna żona pierzesz mu skarpetki, gotujesz, a wieczorem rozkładasz nogi.

I być może jeszcze bym to przegryzła, olała, pomyślała: „Zrób sobie kobieto herbatkę z miodem i energię wpakuj w coś innego”, ale nie. Jak na złość trafił mi się gdzieś komentarz o tym, że już dość pieprzenia o tym samorozwoju kobiet, że jak odchodzą od facetów, to powinny żałować, a nie tylko myśleć o sobie. Kto był autorem? Facet, choć to wcale nie takie oczywiste, bo kobiety też często piszą w podobnym tonie wzorując się na poetyce swoich babć i matek zapewne: „Miejsce kobiety jest przy mężu”. A gdzie jego miejsce? Zawsze mnie zastanawiało, czemu nie ma drugiej części tej „życiowej” mądrości.

No i tak sobie myślę, że tego pieprzenia o tym, że kobieta jest ważna nigdy dość, bo jak widać, najlepiej, żebyśmy swojego zdania nie miały, facetów po jajkach głaskały i nie daj cię Boże odważyły się pomyśleć, że to czy tamto nam się jednak nie podoba.

No bo skoro ona jest szczęśliwa, bo jej Przemek jest szczęśliwy, to zastanawia mnie do jasnej Anielki, gdzie ona swoje prywatne szczęście znajduje? Czy ona w ogóle je posiada, czy dla niej to kompletne abstrakcja, bo wraz z założeniem obrączki na palec, odpadła jej od mózgu część zwana „JA”. Teraz to już tylko my, wszystko wspólnie, wszystko razem.

A ja na przykład uwielbiam spać od czasu do czasu sama. Rozłożyć sobie wcale nie nogi, a kanapę w salonie i uwalić się nie walcząc o kołdrę, nie wkurzając się, że mi za ciepło czy za zimno. I nijak nie mam poczucia, że mój związek się przez to rozsypie. Wręcz przeciwnie, z przyjemnością wracam później do wspólnego łóżka.

Czy my naprawdę wszędzie tego chłopa musimy ciągnąć ze sobą? Serio, nie potrafimy już nic same, cyrograf podpisany, dusza sprzedana małżeństwu i koniec, po prostu: mnie tu nie ma, a w sumie to nigdy nie było.

Mam swoją teorię na temat dobrych związków. Dobry związek to taki, w którym ty – kobieto możesz sobie wyobrazić, że zostajesz sama, że on odchodzi, a tobie świat się nie zawala, on nie pozbawia się połowy serca, mózgu i wątroby. Jest draniem, fiutem i najgorszym chamem, ale to jego strata. Niech on żałuje, a może lepiej niech nie żałuje tylko idzie swoją droga i tobie więcej głowy nie zawraca, skoro nie potrafił cię docenić.

Serio. Uważam, że tylko kobieta, która czuje się wolna i jest sobą może żyć w świetnym związku. Dlaczego? Bo nie zawiesza się na tym facecie, bo nie patrzy na niego maślanymi oczami odliczając dni od momentu, kiedy ostatni raz dostała od niego kwiaty, zastanawiając się, czy on jeszcze ją kocha, czy może ona za mało o tę miłość się stara.

Kiedy w końcu zrozumiemy, że nawet w związku mamy prawo do własnego szczęścia, do robienia czegoś dla siebie, bez współuczestnictwa w życiu tej drugiej strony. Okej, wspólne życie już jest, czemu aż tak bardzo je zespalać. Ja na przykład nienawidzę horrorów, to teraz co? Mam zacząć je oglądać, bo on lubi? I być szczęśliwa jego szczęściem? A może on nie lubi jeść makaronów, a ja uwielbiam – to teraz mam się tylko na mięso przerzucić? I jeśli on nie chce biegać, to ja mam z nim siedzieć w domu, zamiast iść na jakąś małą lub większą przebieżkę? No litości. Zobaczcie do jakich absurdów potrafi dojść, tfu – na jakie my sobie pozwalamy.

Dlatego dzisiaj z tego miejsca leżącego na kanapie apeluję do was wszystkich kochane i drogie: wrzućmy na luz. Kochajmy siebie, bądźmy szczęśliwe ze sobą, za nikogo nie przeżyjemy życia i nikt za nas go nie przeżyje! I tak, będę pieprzyć o samorozwoju i miłości do siebie tak  długo, jak długo będę słyszeć publicznie wygłaszane opinie, że jak już mąż, to zawsze pod jedną kołdrą, co noc, że inaczej się nie da szczęścia zbudować. No  ja tu bardzo przepraszam – słabe to, jeśli stałość i stabilność związku widzimy jedynie przez pryzmat wspólnej pościeli.


Romantyczny weekend z mężem? Uważajcie, bo to wcale nie jest takie proste, pułapki czyhają wszędzie

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
6 listopada 2017
Fot. iStock / vgajic
Fot. iStock / vgajic
 

Spędziłam fantastyczny weekend z mężem. A co! W końcu – po tysiącach ustawek, zmianach planów, przesunięć, nietrafionych zupełnie terminów – wyjechaliśmy.

Wiecie, jak wygląda organizacja wolnego weekendu wyjazdowego tylko dla rodziców, w dodatku kiedy jesteś rodzicem dwójki dzieci?  Jakaś masakra! W jeden weekend mają turniej, w inny jakieś zawody, dodatkowy trening, urodziny kolegi, na które trzeba ich zawieźć. Nagle przypominają ci o obiecanym kinie, lodach i wizycie (o matko) w muzeum. Wszystko na raz. Po drodze trafią ci się ferie, wakacje, święta. I jeszcze opieka nad dzieciakami, które zostawiasz, choć co prawda to już nie maluchy, ale jednak ktoś nad nimi czuwać musi, żeby im się zwoje mózgowe nie przepaliły, jak rodzice wyjeżdżają, a oni wszystkie zaległości w grach nadrabiać będą i tylko sprawdzają, czy baterie w padach aby na pewno nowe. A jak do tego dołożysz swoją pracę i obowiązki oczywiście razy dwa, bo w końcu w dwójkę jedziecie, to planując wyjazd tylko we dwoje 28 kwietnia, wyjechaliśmy 28 października. Niezły rozstrzał. Żeby nie było – babcia, która z domową rozpierduchą zostać postanowiła – gorączka, słabość i inne takie. Myślałam tylko – dobra masz jeszcze siostrę, jakby się waliło i paliło. Nic już nie było w stanie nas zatrzymać.

A przecież ja tak chciałam spontanicznie i już. Że się pakujemy, wsiadamy do auta i jedziemy, gdzie nas oczy poniosą. D*pa blada. Tak się nie da. I jeszcze musiałam to przyjąć na klatę, ja, która jest w stanie zaplanować sobie maksymalnie najbliższe trzy tygodnie, a i tak nigdy nie wiem, czy coś jednak mi nie wypadnie i wszystkie plany się nie wykopyrtną. I szczerze mówiąc, w ogóle mi to nie przeszkadza. Mam znajomą, która kiedyś usiadła z kalendarzem – w telefonie oczywiście otwartym i mówi: „No dobra, to zaplanujmy coś wspólnie”. Jakiś weekend, wyjazd, świąteczny wypad. Przytakiwaliśmy, ale ja dzisiaj połowy z tych planów nie pamiętam, a nie wiem, czy w ich miejsce w mojej głowie nie pojawiły się już nowe… Zobaczymy, jak będzie. Zresztą my nawet jadąc na wakacje potrafimy już w podróży zmienić cel i nigdy mi to nie przeszkadzało. Właściwie to do teraz nigdy się nad tym jakoś głębiej nie zastanawiałam.

No, ale nie o tym miało być. Wyjazd zaplanowany, ważne, żeby wyjechać w piątek. Tja, w piątek. Jeszcze dzień wcześniej mieliśmy ambitny plan urwać się od razu po tym, jak dzieciaki wrócą ze szkoły, ale… jak to jest z planami – nigdy nic nie wiadomo. Mimo, że wydawało się, iż wszystko mamy pod kontrolą, wyjechaliśmy z jakimś czterogodzinnym opóźnieniem. Ale kto by się tam przejmował. Jak już wsiedliśmy do samochodu, nic się nie liczyło… No może oprócz rosnącej temperatury silnika, kiedy to wskazówka niebezpiecznie zaczęła iść w górę. Nożeż ku*wa. Na wszelki wypadek nie rozmawialiśmy ze sobą przez kilkadziesiąt kilometrów wolniejszej jazdy, bo po co wszczynać kłótnię w tak łatwo zapalnej atmosferze… Czułam się trochę jak emeryt na wakacjach, który nie ma siły docisnąć gazu, a jedynie maksymalnie 80-tką się porusza.  No dobra, stacja po drodze, uzupełnione płyny w chłodnicy i nastrój pozytywny wrócił, nawet siąpiący (słabo powiedziane) deszcz nie był w stanie popsuć nam nastrojów.

Cel wyprawy – nasze ukochane miasto studenckie, gdzie spędziliśmy kilka cudownych lat i też tam się poznaliśmy. Pierwszy raz akurat tam w hotelu, bo tak to zawsze znajomych odwiedzaliśmy. Ale to w końcu miał być nasz weekend i nikomu nic do tego.

I wiecie co? To była świetna decyzja. Jeśli zastanawiacie się, czy warto w wyjechać w dwójkę, to nie ma się nad czym myśleć, tylko czas najwyższy zacząć to planować. Najlepiej pół roku wcześniej zarezerwować pokój w hotelu, kupić bilety na koncert (ja tak zrobiłam, żeby tylko ewentualnie rodzinna jelitówka powstrzymała nas przed tym wyjazdem) i pojechać. I w dupie, że pogoda nie była taka, jaka miała być w kwietniu, że jednak lało i wiało, ale jakie to ma znaczenie. Upiliśmy się, potańczyliśmy, odwiedziliśmy stare kąty, spotkaliśmy znajomych niewidzianych od niemal 15-tu lat. I mogliśmy skupić się w końcu na sobie, nie ma co ukrywać, że to był cel naszej podróży. Połazić na golasa tak długo, jak nie będziemy się chcieli ubierać, leżeć w wyrze, ile tylko będzie się nam chciało. A podczas orgazmów nie przejmować się, że ktoś za ścianą usłyszy, w końcu zaraz i tak nas już tu nie będzie.

I Nic nie musieć. Cudowne jest mieszkanie w hotelu, kiedy wracasz do pokoju, masz czyste ręczniki, umyte filiżanki po herbacie, gdzie nie myślisz o tym, że łóżko trzeba pościelić, śniadanie zrobić i wszystkie domowe zwierzaki nakarmić.

Eh, możesz wybrać knajpę, w której chcesz zjeść coś dobrego, nie patrząc czy dzieciaki aby na pewno będą miały dla siebie jakiś wybór. Wypić nalewkę w samo południe siedząc na przystanku autobusowym i nie przejmować się tym, że masz mokre buty od łażenia po starówce.

Słowem wszystko masz w d*pie, oprócz tej osoby, która z tobą ten weekend spędza i z którą bawisz się wyśmienicie, kiedy płacząc ze śmiechu nad ranem lądujecie w hotelu.

Zdecydowanie polecam. Choć lądowanie jest dość trudne, kiedy wracasz (obserwując nerwowo wskaźnik temperatury silnika w aucie) i kiedy dostajesz w pysk tym wszystkim: „mama, a on”, „mama, a wiesz”, „słyszeliście, że”, „musimy wam coś pokazać”, „co jemy?”, „zrobisz herbatę?”. O f*ck, to za diabła nie jest łatwe. Szybko się można od dzieci odzwyczaić, a do dobrego przekonać. No nic, planujemy kolejny weekend, znając nas… pewnie co najmniej za pół roku.


Po co kochasz tego pajaca, co to docenić ciebie nie potrafi. A niech idzie sobie w pi*du! Wyluzuj babo

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 października 2017
Fot. iStock/gpointstudio
Fot. iStock/gpointstudio
 

Zadzwoniła przyjaciółka: „Wiesz, on mnie chyba już nie kocha”. Dobrze, że rozmawiałyśmy przez telefon, bo nie zobaczyła, jak przewracam oczami. „No, a jak nie kocha, to co?” – pytam grzecznie, a po drugiej stronie zapada cisza. „No jak to co? Świat mi się skończy” – słyszę, choć niezbyt pewnie. Po tych słowach następuje długa dyskusja przy butelce wina z jednej strony i z drugiej. Nie będę tu przytaczać szczegółów, bo nie o to chodzi, ale na miłość boską, serio? Jak on przestaje kochać, to już nic nie ma znaczenia i życie jest do niczego?

Wiecie, bez wahania mogę wskazać profile moich dalszych i bliższych znajomych, które doznały właśnie zawodu miłosnego. Te cytaty, memy, te boleści i łzy wylewane nad pajacem, który – umówmy się, nie zasłużył zwyczajnie na twoją miłość.

W takich sytuacjach włącza mi się tryb: „Baby są jakieś dziwne”, bo czyż nie jest dziwne, że tylko w tym jednym jedynym upatrujemy szczęścia naszego życia? Obiadeczki gotujemy, majteczki prasujemy, ciumkamy, wzdychamy i opływamy w zachwytach, jak on nam żaróweczkę wymieni, nożyk naostrzy, czy łaskawie talerz do zmywarki wstawi. Ja pie*dole, że tak powiem. A później łzy, czarna rozpacz, rwanie włosów z głowy i utrata wszelakiego sensu życia następuje. Bo komu teraz te obiadki, sratki i gadki? Komu pokazać, jak wspaniałe jesteśmy, jak wrażliwe, czujne na jego wymagania i uważne na jego potrzeby. Bo o swoich oczywiście już dawno zapomniałyśmy, zresztą kto by pamiętał, jak tu takiego obrastającego w tłuszcz i wygodę typa mamy pod nosem. Przecież my całe życie na niego czekałyśmy, wszystkie nasze starania skierowane były właśnie tam, gdzie jego oko dojrzy naszą miłość i zaangażowanie.

O matko! I najgorsze, że ja tu nie piszę o jakiś wyjątkach, o kobietach zacofanych, co to ledwo czytać się nauczyły, a wychowane zostały jedynie do ogarniania domu, dzieci i tej głowy rodziny, co to od dobroci tejże we łbie się przewraca i wydaje mu się, że niezastąpiony jest. Ja piszę o kobietach wykształconych, mądrych, fajnych i pięknych, z poczuciem humoru, dystansem do świata, który ulatnia się wtedy, gdy na horyzoncie pojawia się on gotowy wykorzystać jej dobroć i chęć dogodzenia mu byleby tylko z nią został i innej nie uznał za lepszą.

„Ja mu się już chyba nie podobam” – słyszę drżenie w głosie. Strzał w łeb normalnie. No, a jeśli nawet, to świat się zawali? Cześć i czapka, nie doceniasz tego, co masz, to spadaj chłopie na drzewo, ja sobie dam świetnie radę bez ciebie, czego raczej nie można powiedzieć o tobie.

Kurczę, takie jesteśmy świetne. Znam masę cudownych kobiet, które mogłyby mieć świat u stóp, a tymczasem one same padają na kolana szorując podłogę po śladach butów jakiegoś typa, przez którego później płaczą w poduszkę, czują się nic nie warte i co najgorsze – głupie.

Szczerze – najchętniej to bym wzięła i nakopała do tyłka. Spójrz na siebie, na to jak wyglądasz. Zobacz w końcu w sobie fajną dziewuchę, która ma ekstra nogi, albo ekstra cycki albo uśmiech rodem z Hollywood. Serio? Potrzebujesz faceta, żeby czuć się dowartościowana i kochana. A może czas najwyższy ściągnąć różowe okulary przez które to zerkasz na wszystkich facetów i w końcu przyjrzeć się sobie?

Fajna z ciebie babka, zobacz, jak wiele osiągnęłaś, w jakim miejscu jesteś. Naprawdę jest ci dzisiaj na tu i teraz potrzebny facet, któremu obiadki pod nos podtykać będziesz, który nie będzie do ciebie oddzwaniał, nie będzie cię szanował, który wszystkie twoje próby rozmowy kwitować będzie: „Nie histeryzuj” albo jeszcze gorzej: „Masz okres?”.

Nie, żebym nawoływała do porzucania facetów, sama jestem w naprawdę już długoletnim związku, który przeszedł niejedną burzę, nie mówiąc o prawdziwych tornadach. Może dlatego przetrwał i na szczęście jest coraz lepszy, całkiem jak wino, które wypijamy wspólnie od czasu do czasu. Ale jest też taki dlatego, że ja w końcu przestałam się zastanawiać, czy on mnie zostawi, czy porzuci, czy wyrzuci jak zużytą ścierkę na śmietnik. No ja tu bardzo przepraszam, ale jak stary – chcesz odejść to idź w pizdu, ja sobie bez ciebie poradzę. Dlaczego? Bo jestem niezależna, bo nie uwikłałam się w tę relację kompletnie zatracając siebie. Mam swoją pracę, swoje pasje, przyjaciółki, znajomych. Mój mózg nie został zniewolony papką pod tytułem: „musisz mieć męża”. Nie muszę, właściwie nic nie muszę poza jedynym – docenić w końcu siebie i o siebie zadbać. I wcale nie mam tu na myśli dbania dla niego, czy dla kogokolwiek innego. Czas się obudzić i spojrzeć, że kurczę, ty jesteś dla siebie najważniejszą osobą, bez względu na to, czy twój związek trwa dwa czy dwadzieścia lat.

Babcia mojej przyjaciółki mówiła mi: „Wiesz, kiedy będziesz naprawdę szczęśliwa? Kiedy będziesz w stanie wyobrazić sobie życie bez niego, nie jako gorsze, słabsze, tylko inne, ale równie wartościowe”. Noszę te słowa głęboko w sobie, bo są zaprzeczeniem tego tego, kim my kobiety jesteśmy. Przestańmy wylewać łzy, myśleć źle o sobie, obwiniać się o to, że on odszedł, że znalazł młodszą, ładniejszą. Serio go potrzebujesz? Potrzebujesz takiego chama obok siebie, takiego fiuta, który miał cię za nic i za nic miał twoje uczucia? No właśnie. Więc może lepiej podnieść głowę do góry, kupić sobie fajny stanik, w którym poczujesz się kobieco, wyjechać gdzieś na weekend i pomyśleć: „Kurde, jestem zajebista, szczęście będzie miał ten kto mnie pokocha”, a nie odwrotnie!

Amen.