Synku, ona do ciebie nie pasuje, czyli pozwólmy każdemu kochać tego, kogo i jak chce

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
10 listopada 2017
Fot. istock/South_agency
Fot. istock/South_agency
 

Poznali się niedawno, ale już wszyscy o nich wszystko wiedzą. Że przyjechał ją odwiedzić, że chyba przyniósł kwiaty. Że ona chyba jest po rozwodzie, że chyba pracuje w tej dużej firmie i może nawet nieźle zarabia. Żeby mieć jednak pewność… Bo może wcale nie chodzi o nią?

Kasia spotyka się z Jackiem od miesiąca. Są sobą zauroczeni, to świeże, fajne, pozytywne uczucie. Całowali się, byli razem w kinie, zakochują się w sobie. Powoli, w swoim tempie, w ukryciu przed całym światem. „Całym światem”, czyli rodziną Jacka, jego matką, ciotkami i siostrami, które bardzo chciałyby wiedzieć na pewno o kogo też może chodzić. Z kim ten Jacek jest? Czy to poważne, czy tylko na chwilę? Czy w ogóle „coś z tego będzie”? Przecież one zachodzą w głowę od kilku lat, żeby Jacek w końcu kogoś sobie znalazł. Mówiły mu tyle razy, przyjedź na dłużej, znajdziemy ci fajną dziewczynę. Taką „swoją”, dobrą. Ożenisz się, stabilizacja jest ważna. A ten co? Po kryjomu, nie wiadomo z kim. Nie wiadomo, kiedy dokładnie. I nawet nie wiadomo co. A przecież one POWINNY wiedzieć. Zobaczyć, skontrolować, zaakceptować. No, przynajmniej wyrobić sobie zdanie. Najlepiej na „nie”.

Ktoś ich widział, przytulonych. Ktoś inny widział, jak szli „za rękę”. Dlaczego Jacek nic nikomu nie powiedział, o tym, że idzie z nią na spotkanie? Przecież mogliby coś doradzić, albo lepiej – odradzić. To niemożliwe, żeby sam umiał zdecydować, kto mu się podoba. Na pewno strzelił jakąś głupotę z tą Kaśką, o ile to w ogóle o nią chodzi. Ale nikt inny do tej historii nie pasuje. No i poznali się jakiś czas temu, to nie jest taka świeża znajomość, wygląda na to, że dopiero teraz zaiskrzyło. Dlaczego wcześniej nie zwróciły na to uwagi? Może można by było go jakoś powstrzymać, jakoś temu zapobiec? Zainteresować kimś innym, bo ta Kaśka to do niego nie pasuje. Na bank, będzie z tego jakieś nieszczęście.

Jacek odbiera telefony od ciotek. Pytają go jak leci, jak tam w pracy i czy przypadkiem ostatnio kogoś nie poznał. Że nie, wcale, absolutnie nic nie wiedza, ale tak pytają, bo się martwią. Nie odpowiada nic. Bo to nie ich sprawa. Bo to coś osobistego.

Jacek nie mówi o tym Kasi, nie chce, żeby się denerwowała, żeby coś zmąciło ich szczęście. A tak na pewno będzie, wie to, bo już raz to przeżywał. Był w związku, był zakochany. I zaczęło się tak samo. Telefony, zaproszenia, propozycje. „Przyjdź z dziewczyną, chcemy ją poznać”. Nie spodobała się. Nie była dla niego „odpowiednia”. Zaczęli dzwonić, dawać rady. „Daj sobie lepiej z nią spokój, to nie jest nikt dla ciebie, zaraz wyjeżdżasz za granicę, tam pewnie kogoś poznasz. Tak będzie lepiej dla was obojga”.

Tamten związek na odległość nie przetrwał. Ona czuła brak akceptacji ze strony jego rodziny, on nie miał w sobie dość siły, by o tę relację powalczyć. Ale wtedy był o wiele młodszy. Dziś wie, że o miłość trzeba dbać, a najlepiej chronić ją przed całym światem. Póki jest taka „świeża”, trzymać w ukryciu. Przynajmniej jeśli ma się taką rodzinę, jak Jacek.

Czemu tak bardzo lubimy mieszać się w szczęście innych? Dlaczego nie pozwalamy im cieszyć się tym ich szczęściem? Nie wtrącajmy się w życie osób, które są nam bliskie. Nie mamy prawa kontrolować niczyich uczuć, wybierać partnerów, którzy naszym zdaniem lepiej do kogoś pasują. Nie przeżyjemy za nikogo uczucia zakochania, nie uchronimy go przed błędami. W miłości niech każdy podejmuje decyzję na własną rękę.

P.S. Wydarzenia przedstawione w tekście są prawdziwe, zmieniono jedynie imiona bohaterów.


Od przyzwolenia, zdziwienia, niepewności i lęku – tak zaczyna się piekło przemocy emocjonalnej

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
16 listopada 2017
Fot. istock/visualspace
Fot. istock/visualspace
 

Nigdy nie zapomnę jej twarzy. Patrzyła na mnie wielkimi, brązowymi, smutnymi oczami, szukając wsparcia i porozumienia. Właśnie obie urodziłyśmy córeczki, obie leżałyśmy w jednej sali, odpoczywając po tym ogromnym wysiłku. Dla obu z nas to był pierwszy raz, obie nie wiedziałyśmy, jak sobie poradzimy jako mamy. Mieszanina szczęścia i przerażenia. Tylko, że mnie otaczał spokój i miłość, ją – chaos i tłum ludzi, których nie obchodziły jej potrzeby, a jedynie ich własna chęć pouczenia jej, pokazania jej jak powinna karmić swoje dziecko, jak się nim opiekować, jaką matką powinna być.

Pierwsze wizyty zaczęły się tego samego popołudnia. Najpierw zjawił się jej mąż. Przywitał ją szybkim całusem w czoło. „Umaluj się trochę, bo blada jesteś. Masz tu pomadkę i krem, o który prosiłaś”. Wysoki, zdecydowany, wyjął kamerę i bez pytania zaczął filmować dziecko i mamę – zmęczoną, smutną, śpiącą. Choć w jej oczach pojawiły się łzy, nie zaprotestowała. „Weź małą na ręce, pokaż, jak karmisz” – instruował ją i odpinał guziki piżamy, by odsłonić pierś karmiącej. Zrezygnowana nie próbowała się nawet buntować. Nie, raz powiedziała cicho: „Piotrek, ale ja bym chciała odpocząć, naprawdę, ciężko było, zobacz malutka śpi, nie budź jej”. „Przecież leżysz, nic nie musisz robić” – padło tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Dziewczyna spuściła w milczeniu głowę. Nie postawiła na swoim, poddała się, choć widziałam rodzącą się w niej iskierkę buntu. Buntu w obronie jej dziecka i jego spokoju.

Godzinę później zjawiła się cała rodzina, około 8 osób. Osiem osób w małej, poporodowej salce, w której dwie kobiety i ich dzieci odzyskiwały siły po wyczerpującym emocjonalnie i fizycznie wydarzeniu: narodzinach. Teściowa, teść, jakieś ciotki, rodzeństwo męża z osobami towarzyszącymi. Głośni, nie zważając na to, że w pomieszczeniu znajdują się dwa noworodki wykrzykiwali pierwsze komentarze. „Jaka podobna do Piotrka!”, „Mogłaby otworzyć oczy”. Potem było jeszcze gorzej. Matka męża pouczała ją jak ma karmić, strofowała, że na pewno robi to źle i dziecko się nie najada („wychowałam czwórkę dzieci, to wiem”). Reszta rodziny usiadła na jej łóżku i bezlitośnie pstrykała zdjęcia, śmiejąc się i opowiadając sobie rodzinne historie porodów (zazwyczaj zakończonych komplikacjami). Pouczali ją, komentowali jej wygląd i strój, bladość jej twarzy. Nikt nie zapytał, jak się czuje, czy czegoś jej trzeba. Nikt nie wpadł na pomysł, że ona potrzebuje spokoju.

Spojrzałam na moją współtowarzyszkę. Coraz bardziej blada, coraz bardziej nieszczęśliwa nie umiała nawet powiedzieć: „Proszę, wystarczy już, chciałabym odpocząć, dziecko również”. W oczach migotały jej łzy, ton był coraz bardziej błagalny i płaczliwy.

Gdyby nie interwencja pielęgniarek („proszę już wyjść, matki nie wolno denerwować”), mąż i rodzina zadręczaliby ją jeszcze dłużej.

Tej nocy długo rozmawiałyśmy ze sobą. Okazało się, że moja nowa znajoma pochodzi z zupełnie innego miasta, że jej rodzina przyjeżdża do Warszawy rzadko. Że tutaj ma tylko męża i teściów. I że odkąd wyszła za mąż i z nimi zamieszkała, jej związek zaczął przypominać więzienie. Sterowano nią, wykorzystano jej uległy charakter. Planowano jej każdy dzień, a kiedy wracała z pracy angażowano natychmiast we wszytskie możliwe prace domowe.

Ciąży – oczekiwanej, „wymodlonej” przez teściową – nie mogła przeżywać po swojemu, zabroniono jej spacerów, wyjścia do kina. Teściowa przygotowywała jej swoje zdrowej jedzenie, mąż pilnował, by za dużo nie przytyła.

„Dlaczego się na to godzisz?” – spytałam. Nie odpowiedziała wprost, nie umiała. Rozumiała, że jej sytuacja mogłaby być inna, gdyby umiała zaprotestować, postawić na swoim, zadbać o swoje potrzeby – od samego początku. Ale nie potrafiła zrobić tego mieszkając w domu swojego męża, będąc z dala od rodziców, przyjaciół.

Od przyzwolenia, zdziwienia, niepewności i lęku. Strachu, że to ze mną jest „coś nie tak”. Że może to ja się mylę, że może rzeczywiście jestem taka beznadziejna, że trzeba mną „sterować”, mówić mi co mam robić, jak się zachowywać. Tak zaczyna się przemoc w rodzinie.


Czas sprawia, że pamiętamy to, co dobre, rzadziej to, co złe. Co z tego? Przecież i tak już nigdy się nie spotkamy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
1 listopada 2017
Fot. iStock/AntonioGuillem
Fot. iStock/AntonioGuillem
 

Pamięć o bliskich jest mądra i prowadzi nad dokładnie tam, gdzie powinniśmy się znaleźć. Ratuje nas przed żalem i wskazuje, którą drogą pójść, by, nie zapominając o nich, pozwolić im odejść. Pozwala zatrzymać to, co naprawdę ważne, odpuścić tam, gdzie się minęliśmy, gdzie zabrakło zrozumienia i chęci.

Mój dziadek umierał w szpitalu, jego serce było już zmęczone, przeszło zbyt wiele. Postanowiło się zatrzymać. Tej jednej nocy, babcia poszła do domu odpocząć. Rano, jak co dzień, miała pojechać do swojego męża, pocałować go w czoło, potrzymać za rękę i opowiedzieć o tym, jak kasztany na ich ulicy zaczynają kwitnąć. I że sąsiadka z domu naprzeciwko już dawno nie wychodziła na podwórko. Może coś jej dolega? I nawet pomarańcze były już spakowane i leżały w plastikowej torebce, w przedpokoju. Tam już zostały, jeszcze długo po owym poranku, gdy zadzwonił telefon ze szpitala.

Tuż przed śmiercią, w nocy, dziadek wołał głośno imię babci. Nie wiem, czy można nazwać to odzyskaniem przytomności, iskierką woli, ostatnim wysiłkiem, by pożegnać ukochaną osobę. By być blisko kogoś, z kim spędziło się całe życie. Ja właśnie tak to widzę. Tym bardziej, że ten głos trafił do serca mojej babci. Tej nocy śniła sen o dziadku. Obudziło ją przeczucie, że odszedł. Intuicja nie zawiodła.

Wierzę w miłość. Wierzę w energię między dwojgiem kochających się ludzi, która sprawia, że w krytycznych momentach „wyczuwamy się” nawzajem, odczuwamy niebezpieczeństwo, jesteśmy w stanie przeczuć, że czyjeś życie się kończy.

Ale nie tylko. Miłość bliskiej osoby, prawdziwa, szczera bliskość, to siła, która pozwala nam również czuć mocniej, bardziej intensywnie to, co dobre i piękne.

I wierzę w pamięć. W to, że ona się jednak nie myli. Że tak wszystko w naszej głowie się układa, byśmy mogli po śmierci bliskiej osoby żyć dalej, spokojnie. Niezależnie od tego, jak się między nami układało, ile żalu nosiliśmy w sobie, kiedy jego/jej już nie ma, zostają tylko wspomnienia. Nawet jeśli nie są dobre, czas tak je „zaciera”, że nabieramy dystansu, że rozumiemy już – wina często leży po środku. Żałujemy niewypowiedzianych słów, spacerów, których już nie odbędziemy, gestów, których nie wykonamy. Niepotrzebnie.

Mówi się, że o zmarłych nie powinniśmy powiedzieć nic złego, że to się „nie godzi”. Nie lubię tego powiedzenia. Nie uważam, żeby śmierć w jakikolwiek sposób „uświęcała” albo sprawiała, że należy kogoś bardziej szanować, udawać, że był kimś innym. Że my byliśmy kimś innym. Myślę, że trzeba mówić o negatywnych uczuciach, zdarzeniach, zamiast udawać, że ich nie było. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. To czas zadecyduje, kiedy „złe” przestanie mieć znaczenie. Bo nasza pamięć ma to do siebie, że dobrze filtruje nasze wspomnienia. Z czasem, to co negatywne,  niewygodne, to, o czym nie chcemy pamiętać samo „zaciera się”, odchodzi na dalszy plan. A takie momenty jak umieranie, pożegnanie zostają w nas na zawsze, jak furtka między dwoma światami. Styczność z nieuchronnym, świadomość, że to odejście jest realne i na zawsze sprawia, że zaczynamy rozumieć również swoje błędy. Jakoś to się samo „równoważy” i wracamy do poczucia wewnętrznej harmonii. Oswajamy to odejście.

Kilkanaście lat po śmierci dziadka, babcia wciąż pamiętała te „dobre momenty” z ich życia. Mówiła o uczuciu, które ich łączyło, nie o kłótniach i problemach, które ich w pewnym momencie podzieliły. To wcale nie był „łatwy” związek. Ale na pewno autentyczny.

Pamięć o tym, co dobre sprawia, że idealizujemy. Ale tak właściwie – co z tego? Przecież już nigdy więcej się nie spotkamy. Jeśli była między nami naprawdę silna więz – zachowajmy z niej w sobie to, co najlepsze.