Kiedy spotka się dojrzewanie z przemijaniem. O matkach i córkach, czyli burza hormonów pod jednym dachem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
14 grudnia 2017
Fot. istock/wundervisuals
 

Burza hormonów pod jednym dachem. Dwie osoby, dwa temperamenty, dwa różne bieguny problemów. Przemijanie i dojrzewanie. Dojrzałość i młodość. Matka i córka. To nie może się odbyć bezboleśnie, bez konfliktów, w spokoju. I nie ma w tym niczyjej winy. Pewnie można by mieć trochę żalu do natury, o to, że tak to zaplanowała. Że nerwy, że płacz, że gniew. Czasem nienawiść połączona z miłością. I żal, że wszystko nagle się tak zmieniło.

Jagoda (49lat)

Zaczęło się klasycznie, jak we wszystkich poradnikach. Wahania nastroju, uderzenia gorąca. Smutek i płacz, za chwilę chęć natychmiastowej zmiany. Pragnienie, by uciec, zacząć wszystko od nowa. Lęk, że mój czas mija. Że przestaję być kobietą. Takie irracjonalne, absurdalne myśli, że wszystko się kończy, że nic już nie będzie tak jak kiedyś. Broniłam się przed tym, zaprzeczałam sama sobie, choć w głębi duszy wiedziałam, co się ze mną dzieje.

Najgorzej poczułam się wtedy, kiedy pierwszy raz zobaczyłam w mojej córce kobietę. To było w dniu jej 13 -tych urodzin. Stała przed lustrem i czesała włosy. Jakiś gest, ruch głową i nagle z dziewczynki zamieniła się w dziewczynę. Zabolało. Chyba ta jej młodość, piękno. Uroda wypływającą z młodości.

Miałam do siebie ogromny żal o to, że tak właśnie czuję, ale nie potrafiłam sobie z tymi emocjami poradzić. Stawałam się okropną matką. Jedną z tych wiecznie niezadowolonych, nudnych gaduł, które wszystko wiedzą lepiej i wszystkiego zabraniają. Nie rozumiała, dlaczego tak się zmieniłam. Zaczęły się awantury, moje próby kontrolowania córki, na każdym kroku.

Co takiego robiłam? Krytykowałam ją. Bez ustanku, za wszystko. Zabraniałam tego, czego nie rozumiałam. Że taka bluzka, nie inna, że wyjście do kina w piątek, a nie w sobotę. Stałam się bardzo wymagająca. W głębi serca nie chciałam, żeby dorosła, bo jej dorosłość oznaczała dla mnie moją starość. Co potem? Jej związki, ślub, jej dziecko. Oczami wyobraźni widziałam już siebie jako babcię. I zazdrościłam jej, że ma przed sobą całe życie.

To mąż uświadomił mi, że dzieje się coś bardzo niedobrego. Po jednej z kłótni z Asią, kiedy powiedziałam jej rzeczy, których będę żałować do końca życia, zabrał mnie na spacer, posadził na ławce i powiedział wprost: Czy ty zdajesz sobie w ogóle sprawę z tego, jak ją traktujesz? Jesteś dla niej okrutna, jak obca osoba. Jakbyś jej nienawidziła. A przecież to jest twoja córka”.

Pomogła terapia hormonalna i wizyty u psychologa. Leki ustabilizowały te emocje, odzyskałam siebie. A rozmowy z psychologiem to źródło wiedzy o mnie samej.

Joasia (15lat)

Problemy zaczęły się dwa lata temu. Wydaje mi się, że to się stało nagle. Wcześniej miałam inną mamę. Ta „nowa” pojawiła się po wakacjach. Pamiętam dobrze, kiedy wróciłam od koleżanki, w pierwszym tygodniu szkoły. Spóźniłam się dziesięć minut. Mama dostała szału, krzyczała, że jestem niemożliwa, niewdzięczna, że coraz gorzej się zachowuję. Nie powiedziałam nic. Zamknęłam się w pokoju, płakałam. Ona chyba też.

Potem było tylko gorzej. Zaczęłyśmy się kłócić, bardzo. Nie rozumiała mnie, z każdym problemem szłam do taty. Na niego mogłam liczyć. Ona była złośliwa, komentowała w okropny sposób mój wygląd, moje przyjaźnie, to, jak spędzam czas. Czułam, jakby nagle przestała mnie kochać. Jakbym ciągle musiała się przed nią bronić.

Mama nie może mi wiele zarzucić. Dobrze się uczę, mam swój świat – jazdę konną. Mam przyjaciół, z którymi się spotykam. Nie mam chłopaka, ale bywałam już zakochana. Powiedziałam jej o tym. Spanikowała. Zaczęła krzyczeć, że mam jeszcze czas, że mam myśleć o skończeniu szkoły. Nie sądziłam, że tak zareaguje.

Tak, bywały momenty, kiedy myślałam, że jej nienawidzę. Ale potem przechodziło. Brakowało mi tego, żeby się do niej przytulić, położyć jej głowę na kolanach. Odpychała mnie i było mi z tym bardzo źle.

Potem mama wzięła mnie ze sobą na wyjazd, w góry. Pojechałyśmy tylko we dwie. Bałam się tego. W domu mało co się nie pozabijałyśmy, czułam się przez nią oceniania, ciągle. Kłóciłyśmy się o bzdury. Miałam wrażenie, że czego bym nie zrobiła, zawsze będę beznadziejna. Pojechałyśmy samochodem. Pamiętam, jak na początku było nam trudno się do siebie odezwać. Chyba obie się bałyśmy, żeby nie powiedzieć czegoś przykrego. Wieczorem usiadła ze mną na łóżku, tak jak dawniej. Rozmawiałyśmy do drugiej w nocy, przeprosiła mnie. Mówiła o tym, że obu nam jest teraz trudno. Myślę, że zrozumiałam ją. A ona mnie.


Zawsze mówiąc o kimś innym, tak naprawdę opowiadamy o nas samych, co nas w sobie drażni, do czego boimy się przyznać, co chowamy przed światem

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 grudnia 2017
Fot. iStock/Eva Katalin Kondoros
 

Pomyśl o kimś kogo nie lubisz, kto cie wkurza, kogo obecność niezwykle cię drażni. A teraz pomyśl, dlaczego tak jest? Co myślisz, kiedy się z tą osobą spotykasz, rozmawiasz? Co czujesz? Każdy człowiek, którego spotykamy jest lustrem nas samych, to on odbija nasze lęki, przekonania, cechy, których w sobie nie akceptujemy lub do których nie chcemy przed sobą się przyznać. 

„Ci przyjaciele, którzy nas najbardziej irytują, to tacy aniołowie, którzy nas wspierają pokazując: a nad tym jeszcze popracuj i i jeszcze nad tym, zobacz, dlaczego cię to dotyka, jak stawiasz granice” – mówi Dorota Hołówka, jeśli zobaczymy w innych nas samych odnajdziemy naszą drogę do wolności…

Ewa Raczyńska: Bywa, że ludzie nas bardzo irytują, ich zachowanie, postawa zwyczajnie nas wkurzają. Czy to oni nas denerwują, czy może to, co poprzez nich zauważamy w sobie?

Dorota Hołówka: Żeby uświadomić sobie, dlaczego ktoś wzbudza naszą złość, konieczna jest chwilowa refleksja. Niezwykłe jest to, że im więcej tych refleksji mamy, tym więcej potrafimy zauważyć.

Ten problem nakreślił już Carl Jung w swojej teorii cienia, a ja poprzez moje terapeutyczne i osobiste doświadczenie zdałam sobie sprawę, że poznać siebie możemy tylko poprzez relację z innymi ludźmi.

Siebie widzimy takimi, jakim są nasze relacje, to dzięki nim jesteśmy w stanie określić między innymi przed czym uciekamy, do czego nas ciągnie, co nas odpycha, fascynuje i co to mówi o nas samych – jak to określał Jung o naszej ciemnej i jasnej stronie. Ciemna strona, czyli ta część, której w sobie nie lubimy, która była najczęściej nieakceptowana przez naszych rodziców albo przez tych, którzy nas wychowywali. To też ta strona, która powszechnie uważana jest za negatywną. Cień jest czasami tak przed nami ukryty, że gdyby nie zjawisko projekcji,  nigdy byśmy go nie poznali. Gdy dokonujemy projekcji na innych wówczas mamy szansę poznać siebie.

Przyciągamy do siebie ludzi, w których widzimy te cechy, których u siebie nie chcemy zobaczyć?

Piękne jest to, że cechy, które fascynują nas w ludziach i to co w nich widzimy, są też naszym potencjałem, do którego z powodu naszych ograniczających przekonań i lęków nie mamy dostępu. To jedna strona, jest też druga – kiedy to, co widzimy w drugim człowieku nas złości, czyli jest tym, czego nie lubimy w sobie. Jeśli oceniam kogoś zachowanie, to znaczy, że ja sama bardzo nie lubię tego czuć w sobie. Na przykład – jeśli budzi się we mnie zawiść, a ja jej nie znoszę, wówczas zaczynam ją tłamsić w sobie, nie przyznaję się do tego, że ją czuję i gdy spotykam kogoś, kto zachowuje się w zawistny sposób, to go krytykuję albo oceniam. A tak naprawdę krytykuję tę swoją część, której nie lubię odczuwać w sobie, nie lubię czuć się taka.

Oczywiście to działa w dwie strony, ponieważ czasami zachwycamy się kimś, mówimy: „ jaka ona jest mądra, jaka odważna”, nie zauważając tego w sobie. W mojej pracy często widzę potencjał wyrażany poprzez zachwyt nad innymi, który w osobie, która zachwyca się innymi, został zasłonięty jakimiś obawami. Jeśli chcemy do niego dotrzeć musimy skonfrontować się z lękiem, który stoi nam na drodze, a jak wiemy, konfrontacja z lękiem nie należy do przyjemności. Mówi się przecież powszechnie: walczyć z lękiem, pozbyć się lęku –ja zdecydowanie polecam poobserwować lęk, zastanowić się, co za nim stoi, gdzie go czujemy, co go potęguje, kiedy go czuję, co robię z moim oddechem i ciałem? Nazywam to zatroszczeniem się o swoje lęki, czyli przyglądnięciem się jego dynamice, mechanizmowi powstawania.

Kiedy z uważnością podejdziemy do swoich leków, otworzy się przed nami całkiem nowe życie. I to mnie absolutnie fascynuje. Bo to, że złość i smutek często reprezentują naszą wypartą część siebie, wiedziałam od wielu lat. Teraz często zauważam, że naszą ciemną stroną jest potencjał, którego nie wykorzystujemy. Obawiamy się własnej potęgi, ponieważ wymaga ona zakwestionowania tego, w co wierzymy na swój temat. Przez strach nie dopuszczamy do siebie mocy i żywiołowości, nie potrafimy przyjąć sukcesu, zdrowia, urody.

Jeśli mowa o fascynacji, to często kobiety fascynują kobiety niezależne, silne, które potrafią powiedzieć co myślą…

Zwłaszcza, gdy jestem kobietą niepewną siebie, gdy nie mam kontaktu ze swoimi potrzebami, nie jestem ich świadoma. Taka postawa wynika z doświadczeń z dzieciństwa, kiedy kobieta była przyzwyczajona, że jej potrzeby były niezaspokajane, w dorosłym życiu nie sięga po nie, nawet jeśli nic nie stoi na przeszkodzie. Taką osobę mogą bardzo fascynować, ale też irytować osoby przebojowe, które sobie świetnie dają radę, które są otwarte i żyją w zgodzie ze sobą.

Mogą irytować, ale może też się ich bać, może ich unikać, może wchodzić z nimi w konflikty krytykując je. To zależy czy wypracowała w sobie mechanizm obronny skłonny bardziej do walki czy do ucieczki. Jeśli w dzieciństwie wykształciliśmy w sobie mechanizm, do tego, by chować się w pokoju i unikać konfliktu, to będziemy uciekać przed takimi osobami, a jeśli buntowaliśmy się – będziemy z takimi osobowościami walczyć – na przykład z koleżanką w pracy czy szefową, pozostając z nią permanentnym konflikcie. I co ważne, najczęściej mówimy o tym do osób trzecich. To znaczy – nigdy nie powiemy jej, co się z nami dzieje, jakie mamy potrzeby w relacji z nią. Tylko raczej uruchamia się tak zwane obgadywanie. Będę ze wszystkimi rozmawiała o tym, tylko nie z tą osobą. To taki wentyl, dzięki któremu spuszczamy ciśnienie z tej złości, która nie wie, jak być wyrażona bezpośrednio.

Potrafimy być bardzo radykalne krytykując. Przypomina mi się ostatnia dyskusja wśród koleżanek i oburzenie wywołane korzystaniem z zabiegów medycyny estetycznej.

W tym temacie, zresztą pewnie jak w każdym innym, pojawią się zwolenniczki i przeciwniczki, czyli kobiety, które uważają, że trzeba się z godnością starzeć. Jeśli ktoś jest pogodzony z poczuciem starzenia się, to nie wydaje mi się, że poruszyłby go temat takiej formy dbania o siebie. To raczej dotyka kogoś, kto chciałby skorzystać, ale się boi konsekwencji i oceny, a może ma problem z oswojeniem upływu wieku. Co ważne – każda z sytuacji, która wyprowadza nas w jakiś sposób z równowagi, kiedy reagujemy impulsywnie na jakieś zjawisko, czy temat, zawsze coś mówi o nas.

To niezwykle istotne umieć się przejrzeć w ten sposób sobie. Co jest takiego we mnie, że dana osoba, czy jej cecha, czy zachowanie tak mnie denerwuje.

Zawsze warto wyjść z poziomu, co takiego we mnie jest, bo przecież nigdy nie będziemy pracować z przyjaciółką, mężem, tylko ze sobą. Jedyne, na co mamy wpływ, to na to, jak my reagujemy, co my mówimy, co my myślimy, czujemy, jak oddychamy. To jest jedyna rzecz, na którą możemy sami oddziaływać. Paradoksalnie to jest właśnie droga do naszej wolności wewnętrznej – ta świadomość, że jeśli ktoś się zachowa w sposób dla mnie trudny, co ja mogę zrobić, żeby zadbać o siebie?

Przykładowo – jeśli ktoś budzi we mnie poczucie winy, to pokazuje mi, że ja to poczucie winy czuję, że mam je w sobie. Nieważne, kto je wzbudza, ważne, że w relacji ono się pojawia we mnie. Pozwalam sobie odczuwać to poczucie winy, więc jakby to wziąć do siebie i zobaczyć mechanizm, który za tym stoi, mogę pomyśleć, co z tym zrobić dla siebie, jak mogę się o siebie zatroszczyć w tej relacji. Czego dla siebie nie zrobiłam, co ta relacja mi pokazuje. To tu się pojawia wyznaczanie granic…

Zdarza się nam mieć pretensje, że ktoś nas wykorzystuje, używa nas…

Właśnie. Swoją złość i frustrację kierujemy na tę drugą osobę, a jeśli przyjrzymy się sobie, tej swojej złości, czy ja tak naprawdę zadbałam o siebie w tej relacji, czy ktoś nie przekroczył przypadkiem moich granic? Nasi przyjaciele, znajomi uczą nas wiele o nas samych. Ci przyjaciele, którzy nas najbardziej irytują, to tacy aniołowie, którzy nas wspierają pokazując: a nad tym jeszcze popracuj i i jeszcze nad tym, zobacz, dlaczego cię to dotyka, jak stawiasz granice. Uczucia, których nie chcemy, usilnie starają się z nami zintegrować, są niebezpieczne tylko wtedy, kiedy nie przyznajemy się do nich. Dopóki nie zaakceptujemy cech, które oderwaliśmy od siebie, one będą się uzewnętrzniać w relacjach z innymi.

To trudne zmierzyć się z tym…

Bardzo trudne, ale niesamowitą ulgę może nam przynieść zrozumienie mechanizmów, które stoją za naszymi reakcjami. To dzięki temu terapeuci mogą pracować z ludźmi rozumiejąc ich zachowanie, zamiast oceniać.

Patrząc na człowieka widzę mechanizmy, który wykształcił w sobie w ciągu całego życia, pod wpływem wszystkich wydarzeń. To po prostu rodzaj wzorca działania, który jest utrwalony i temu warto się przyjrzeć. Takie podejście jest niezwykle uwalniające, bo nie zamyka nas na relacje, tym co nas zamyka na drugiego człowieka jest właśnie ocenianie. Natomiast otwiera nas świadomość, że ktoś działa w jakiś sposób z takiego, a nie innego powodu. Jeśli mamy chociaż minimalne zrozumienie dla mechanizmów, to fajnie jest wyjść temu naprzeciw, by poznać tego człowieka, jeśli relacja z nim jest dla nas ważna.

Należy jednak pamiętać, że drogą do poznania jest przede wszystkim powiedzenie, co czuję w tej relacji, najpierw to ja się otwieram: „Kiedy tak do mnie mówisz, to czuję ścisk w brzuchu, robi mi się smutno”. Kiedy zaczynam mówić o sobie, zazwyczaj ta druga osoba też zaczyna się otwierać, wtedy właśnie mamy szansę poznać się. To dotyczy wszystkich relacji, nie tylko koleżeński, ale też małżeńskich, rodzicielskich. Bo zobaczmy, jeśli ja zakładam, że ty jesteś wredna, jesteś manipulantką czy krętaczką, to w tym momencie zamykam sobie drogę do ciebie. Jedyne, co mogę, to przestać przebywać w twoim towarzystwie…

Tymczasem wtedy warto przyjrzeć się sobie, że mnie to wkurza.

No właśnie, co mogę dla siebie zrobić, jak mogę o siebie zadbać, jak to robię, że mnie to wkurza. Bo to jest mechanizm, czyli jeśli ono (zachowanie, reakcja, opinia) coś do mnie mówi, to najpierw najprawdopodobniej zachowam się w jakiś sposób, odwrócę, się, zdenerwuję. Tyle, że to zamknięcie poprzedza jakaś myśl na temat tego zdarzenia, to zdarzenie z kolei poprzedza jakaś emocja, a emocje poprzedza odczucie w ciele, a odczucie poprzedza to, w jaki sposób ja oddycham i poruszam się. Zachodzi cały proces, który uruchamiam. I nie mówię, że trzeba to rozkładać aż tak precyzyjnie, ale gdy zobaczę któryś z tych czynników, daję sobie szansę, żeby się temu przyjrzeć. Fizjologia jest podstawą całej tej machiny, mogę też zauważyć, jaką myśl uruchamiam, która sprawia, że się zamykam albo, że oceniam. Oczywiście, jeśli chcę, jeśli mam ochotę, jeśli ta relacja jest dla mnie ważna, to warto się temu przyjrzeć z poziomu ciekawości.

Może to brzmi dosyć żmudnie, ale właśnie w ten sposób rozbrajam swój wzorzec działania, który prawdopodobnie uruchamiam i zawsze będę uruchamiać w swoim życiu, jeśli się z tym nie uporam. To się nie zmieni, jeśli ja tego świadomie nie zobaczę, będę cały czas tak działała. Zawsze będę uciekać albo walczyć i jeśli nie z tą koleżanką, to zaraz przyjdzie druga i będę robić to samo. Tak samo z partnerem, przyjacielem.

Najłatwiej nam unikać pewnego typu ludzi, bo nie potrafimy sobie poradzić z własnymi emocjami w ich towarzystwie

W takich relacjach zazwyczaj z pomocą przychodzi nam złość, której tak bardzo nie lubimy. Mówię swoim pacjentom: wyobraź sobie, że jak czujesz złość, to zapala ci się lampka alarmowa, która mówi, że ktoś zakłóca twoje wartości, poczucie bezpieczeństwa. My jej nie lubimy, ignorujemy, staramy się ją stłamsić, przejeść, udawać, że jej nie ma. Ale złość niesie informacje: „uważaj, ktoś przekracza twoje granice”. I czasami te granice muszą być przekroczone wiele razy, żebyśmy sięgnęli po reakcję. I jeśli kilka razy wykorzystam tę złość bez poczucia winy i zobaczę, że to działa, doświadczę sprawczości, a to da mi poczucie spokoju i pewności siebie, a zbiegiem czasu także dostęp do wewnętrznej mocy. Moc to jest taki moment, kiedy ja swoimi myślami i uczuciami potrafię wyznaczyć granicę i nikt jej nie przekroczy, bo sposób w jaki się poruszam, w jaki myślę, nie dopuści, by ktoś te granice naruszył. Jednak dopóki nie odważę się na reakcję obronną lub, kiedy czując złość, nie skorzystam z niej jako informacji, będę wyznaczać granicę z poziomu lęku czyli albo będę uciekała, albo budowała mury wokół siebie, żeby ludzie nie mogli do mnie dotrzeć. Moja pewność siebie będzie malała, a ja będę czuła się mało ważna.

Tak dużo możemy siebie zobaczyć w w innych ludziach…

Jest nawet takie ćwiczenie, które można sobie zrobić. Kiedy złapiemy się na tym, że opowiadamy o innych, można sobie wyobrazić, jakby było, gdybym wycięła te wszystkie on, ona, oni i tak naprawdę usłyszała samą historię- swoją historię, bo to jest zawsze opowieść o nas samych, co nas w sobie drażni, do czego boimy się przyznać, co chowamy przed światem, czego nie lubimy.

Do tego potrzeba głębszej refleksji, ale to jest nasza droga do wolności, która wiedzie przez pokorę, czyli najpierw ja muszę się przyznać przed sobą, co mnie w sobie irytuje, czego nie akceptuję. To nie jest proste, ja sama pracuję nad tym wiele lat i za każdym razem, jak się na tym złapię, to zaprzeczam, że to na pewno nie jest moje, tak bardzo nie chcę wiedzieć tego o sobie, chociaż mam pewność jak działa to wyparcie i tak potrzebuję czasu, żeby to przyjąć . Czyli najpierw pokora. Potem pojawia się ogromna odpowiedzialność, kiedy już nie mogę powiedzieć, że to ona, że to on… to ja wpływam na to, co się wydarza. Jeśli zachowuję się jak ofiara, to spotykam kata – nie ma innej opcji, nie da się spotkać kata, jeśli nie wchodzę w rolę ofiary. Jeśli spotykam kogoś, kto prześladuje mnie w jakiś sposób psychiczny czy fizyczny, to muszę grać rolę ofiary, to muszę nią być. I teraz tak – pokora – przyznaję się do tego, odpowiedzialność – wiem, że to moja rola i że ja ją gram, dopiero wtedy pojawia się szansa na zmianę. Wtedy zaczyna się wolność. I jest to przepiękne, bo z czasem znika poczucia, że trzeba kogoś naprawiać, nie trzeba naprawiać dziecka, męża, nagle widzimy wszystkich takimi, jacy są i widzimy siebie przez nich, wtedy życie nabiera soczystej jakości – kiedy nie ma nikogo do naprawienia. Tylko wtedy kiedy mamy dostęp do wszystkich swoich aspektów możemy doceniać wspaniałość i wyjątkowość swoją i innych ludzi.


dorota hołówka

Dorota Hołówka – psycholog, international coach ICC, jest ekspertem w dziedzinie budowania relacji oraz swobodnego realizowania celów. Od 12 lat wspiera ludzi w obszarze motywacji, założycielka Stowarzyszenia Nowa Psychologia. Twórczyni autorskiego programu pracy z ciałem, który od kilku lat zmienia życie bardzo wielu ludziom. Doradca w programach radiowych i telewizyjnych, felietonistka miesięczników psychologicznych.


Jak dobrać spódnicę do sylwetki?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
14 grudnia 2017
Fotomontaż/ iStock
Następny

Jeśli jesteś zdania, że nie masz żadnej dobrej spódniczki, ba! Mało tego, że nie ma spódniczki, w której wyglądałabyś obłędnie – oznacza to tylko jedno: jeszcze nigdy nie trafiłaś na tę idealną dla siebie. Jak dobrać spódnicę do sylwetki? To wcale nie takie trudne, jeśli będziesz trzymać się kilku banalnych wskazówek.

Spódnica to prawdziwa klasyka kobiecej garderoby, a w połączeniu z butami na obcasie jest kwintesencją kobiecości w modzie. Może nawet można się pokusić o stwierdzenie, że rozkłada na łopatki swoją kuzynkę sukienkę. Jest bardziej uniwersalna i pozwala na łączenie wielu elementów, dokonywanie nowych stylizacji. Dobra na każdą okazję, każdą porę roku i dla każdego typu figury.

Wśród spódnic jest tak ogromny wybór fasonów, że naprawdę nie sposób nie znaleźć czegoś, co odczaruje spódnicowe fatum!

Zobacz, jaki krój spódnicy będzie najbardziej korzystny dla twojej sylwetki.

Jak dobrać spódnicę do sylwetki?

Jak dobrać spódnicę do sylwetki?

Na podstawie: makeup-mania.net,

Zobacz także

Mamo, chciałabym, żebyś mnie akceptowała. Dlaczego to za dużo?

Ewa Kasprzyk, Jennifer Lopez i Celine Dion – co je łączy? Młodszy facet!

4 zaskakujące fakty o bólu gardła. Najwyższy czas zmienić swoje nawyki