Śpisz z telefonem przy łóżku? Czy wiesz, co się może zdarzyć?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 grudnia 2017
Fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Wielu z nas śpi z telefonem niemal przy głowie, bo jeszcze zerkamy przed snem, bo nastawiamy w nim budzi, a rano nim wstaniemy lubimy poleżeć i sprawdzić, co się wydarzyło przez noc na świecie i… u naszych znajomych. 

Faktycznie, mało jest osób, które zostawiają telefon za drzwiami sypialni, a to jedna z dobrych rzeczy, jaką byśmy mogli zrobić dla naszego zdrowia. W sumie o tym wiemy, ale nie lubimy się do tej wiedzy przyznawać, ale prawda jest taka, że powinniśmy telefon trzymać jak najdalej podczas snu, żeby zmniejszyć ryzyko promieniowania. Naukowcy gromadzą dowody, które mają wykazać, że zbyt częste korzystanie z telefonu, trzymanie go przez całą dobę w swoim pobliżu może doprowadzić do szeregu problemów zdrowotnych – zachorowania na raka, złego stanu psychicznego i problemów z płodnością.

Niekorzystne działanie telefonu spowodowane jest energią o częstotliwościach radiowych, którą telefony komórkowe wykorzystują do przesyłania informacji.

Producenci smartfonów, tacy jak Apple, zgadzają się z tą teorią, a nawet umieszczają powiadomienie o „narażeniu się na działanie fal radiowych” w ustawieniach iPhone’a. Co więcej, naukowcy podkreślają, że falom wysyłanym przez telefon łatwiej jest przeniknąć do mózgu dzieci, co może być dla nich szkodliwe i mieć trwały wpływ na rozwijający się mózg.

Wcześniejsze badania wykazały, że nieustanne używanie telefonu komórkowego może wywołać nowotwory mózgu lub uszu, natomiast psycholodzy ostrzegają, że nierozstawanie się z telefonem nawet podczas snu może być związane z niskim poziomem zdrowia psychicznego, problemami snu u nastolatków.

Czasami warto zrobić sobie kilkugodzinny detoks od telefonu i dać nawet naszemu ciało od niego odpocząć. Świat się przez to nie zawali.

źródło: independent.co.uk


Czy kiedykolwiek odszedłeś od kogoś mimo, że wciąż go kochałeś?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 grudnia 2017
Fot. iStock/Liia Galimzianova
 

Gdyby tylko miłość naprawdę była w stanie rozwiązać wszystkie problemy. Wierzymy w to, że jeśli dwoje ludzi darzy się uczuciem, to to uczucie pokona wszystko, co stanie im na przeszkodzie. Że jakaś magia obroni tych dwoje przed rozczarowaniem i, koniec końców, „wszystko będzie dobrze”, niezależnie od tego jak trudna jest ich sytuacja. Tymczasem prawda jest taka, że bez względu na to, jak silna jest nasza miłość, nie da odpowiedzi na wszystkie pytania, nie wyleczy z choroby, nie załata dziur w portfelu, nie „wyprostuje nam życia”.

Gdyby miłość miała tak magiczne właściwości, kochający się ludzie nie odchodziliby od siebie, ale trwali w razem, a ich wątpliwości znikałyby jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. I nie jest prawdą, że tylko te pary, których połączyła „prawdziwa miłość”, to jedyne pary, które na pewno przetrwają. Nie wierzcie w to.

Są związki, na pierwszy rzut oka wspaniałe, pełne miłości, które rozpadają się, ku zdziwieniu wszystkich znajomych.

Zdarzyło ci się pomyśleć: „skoro odszedłem, to znaczy, że naprawdę nie kochałem. skoro ona odeszła, to znaczy, że nigdy mnie nie kochała”? Tak naprawdę odchodzimy od rzeczy i ludzi, których kochamy przez cały czas. I to jest coś, dzięki czemu, niezależnie od tego, jak nam z tym trudno, ewoluujemy, stajemy się inni, nabieramy doświadczenia. Uczymy się siebie, innych, miłości. Nie wszystkie historie miłosne będą miały szczęśliwe zakończenia. I to wcale nie jest takie złe.

Miłość i związki nie są proste. Nikt nigdy nie powiedział, że będą. Problemy, większe lub mniejsze, pojawiają się zawsze,  nawet jeśli na początku wydaje nam się, że nasza miłość jest wyjątkowa, inna niż wszystkie.

Zaczyna się właściwie zawsze tak samo. Spotykasz kogoś, zakochujesz się i widzisz w tej relacji olbrzymi potencjał na wyjątkowy związek. Jesteś tak podekscytowany, że zaczynasz przewidywać przyszłość z tą drugą osobą. I masz nadzieję, że ona czuje to samo. Ale jeszcze nie ryzykujesz.

Starasz się jeszcze trzymać swoje emocje na wodzy, pilnować swoich oczekiwań. Nie chcesz zainwestować od razu zbyt wiele emocji, nie chcesz przywiązywać się tak łatwo, od razu. Więc otwierasz się trochę, ale nadal próbujesz zachować dystans.

Zbroisz się, stawiasz niewidzialny mur, żeby ochronić samego siebie, ale zostawiasz swojej miłości trochę miejsca. Potem stopniowo dajesz się tej drugiej osobie lepiej poznać. Zaczynasz budować na tej początkowej, pierwszej iskierce i czujesz się coraz bardziej komfortowo w obecności ukochanej czy ukochanego. I nagle twój mur obronny znika. Czujesz się bezpiecznie. Oboje czujecie się bezpiecznie i macie poczucie wyjątkowości waszego związku. Zachwycacie się sobą nawzajem i waszą miłością. Czujecie, że to coś niezwykłego, co nie zdarza się na co dzień. Nie boisz się już podjąć ryzyka, ufasz, bez granic. Starasz się być najlepszy, starasz się zasłużyć na to, co cię spotkało.Odsłaniasz się.  Wierzysz, że to będzie trwało wiecznie, że nie zmarnujecie tej szansy.

Wiesz, że twój związek jest prawdziwy. Uważasz, że jest realną siłą, która odgoni to, co złe, pokona to, co ewentualnie mogłoby mu zagrozić.

I trwacie tak, aż nadchodzi moment, kiedy to początkowe szczęście ustępuje uczuciu, że o to pojawiają się jakieś „prawdziwe” problemy. Stajesz przed koniecznością przyjrzenia się waszej relacji z bliska, przeanalizowania co tak naprawdę was łączy. I te oierwsze poważne problemy w związku to ostateczny test twojej miłości. Być może zdarzy się tak, że powoli zaczniesz odkrywać, że ta relacja nie była tak silna, jak początkowo sądziłeś. Że na jaw wychodzą rzeczy, z którymi nie jesteś w stanie sobie poradzić, których nie zaakecptujesz.

Ale przecież nadal kochasz. Nadal jesteś zakochany i nie chcesz, żeby to się skończyło, tylko już wiesz, że coś tu jest naprawdę „nie tak”. Może i mówiono ci, że miłość to ciągła praca nad związkiem, ale, ale nigdy też nie powiedziano ci, że jest to tak trudne. A jest coraz trudniej, bo zdarzają się sytuacje, które w miłości absolutnie nie powinny mieć miejsca. Zaczynasz rezygnować z siebie, aż w końcu dochodzisz do momentu, w którym już rozumiesz: mimo, że kochasz, będziesz musiał odejść, bo wybór jest jeden: ten związek albo ty.

Przed tobą najtrudniejsze zadanie: odejść od kogoś, z kim jesteś wciąż emocjonalnie związany. Pamiętaj tylko o jednym: to, że odszedłeś, nie znaczy, że twoja miłość była mniej ważna, mniej znacząca, słaba. Są takie wybory, których po prostu trzeba dokonać.


Na podstawie: relrules.com

 


Jaki jest idealny wiek do zawarcia małżeństwa, jeśli nie chcesz się rozwieść?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 grudnia 2017
Fot. iStock/freemixer

Ostatnio usłyszałam, że ślub powinno się brać grubo po 40-tce, bo wtedy wiemy, o co nam w życiu chodzi, czego chcemy. Wybieramy partnera będąc bardziej świadomymi tego, z kim chcemy być, kim my sami jesteśmy. 

Może faktycznie byłoby to dobre rozwiązanie i zdecydowanie zmniejszyłoby liczbę rozwodów? Co na to naukowcy? Nicholas Wolfinger, socjolog z Uniwersytetu Utah zajął się poszukiwaniem optymalnego wieku do zawarcia ślubu, wieku, który dawałby pewność, że związek, w który wchodzimy przetrwa próbę czasu i faktycznie ma szansę pozostać tym jedynym na dobre i złe, a słowa, że nie opuszczę cię aż do śmierci w trakcie przysięgi będą faktycznie prawdziwie.

W jakim wieku powinniśmy brać ślub? Według socjologa najniższe prawdopodobieństwo rozwodu występuje, gdy para decyduje się sformalizować swój związek między 28 a 32 rokiem życia. Wolfinger uważa, że ryzyko rozwodu maleje wraz z wiekiem zawierających małżeństwo, przy czym liczba rozwodów ponownie wzrasta, gdy na ślub decydujemy się w okolicach 40-tki.

Te badania spotkały się z zainteresowaniem, ale też ze sporą dawką sceptycyzmu. Bo czy naprawdę istnieje coś takiego jak „najlepszy” wiek, aby wziąć ślub? Jeden z najbardziej znanych brytyjskich terapeutów małżeńskich, Andrew Marshall, uważa, że ​​takie badania mogą  wpędzić nas w pułapkę udowadniania, że jesteśmy w idealnym związku. Dodaje, że szukanie najlepszego wieku na małżeństwo wspiera także życzeniowe myślenie, kiedy pełni przerażenia, popełniający błędy, chronimy się właśnie takimi przesądami. „To nic, że jest źle, ale wzięłam ślub w wieku 29 lat, więc musi być dobrze”. Podobnie zresztą jest z innymi przesądami na temat ślubu – czegoś starego, nowego i niebieskiego, miesiąca z literą „r” w nazwie, idealnego miejsca i idealnej sukienki. Kiedy spełnimy wszystkie warunki – małżeństwo musi się udać, nie ma innego wyjścia, jakbyśmy my nie mieli na to żadnego wpływu.

Hm, bardzo ciekawa opinia. A wy w jakim wieku braliście ślub?


źródło: independent.uk.co

 

 


Zobacz także

„Nie wiem. Każdy z nas w sobie to ma. Ten czuły punkt, który zamienia nas w kogoś innego”. Zapiski z terapii

Dekalog współczesnej kobiety

Maks Świerkowski

„Hej, mam na imię Maks, mam 11 miesięcy. Uratuj mi życie, proszę”