„Albo spędzisz ze mną weekend albo nie masz już tu czego szukać”. Historia o zniszczonych marzeniach i godności, którą łatwo podeptać, gdy ma się władzę

Redakcja
Redakcja
24 lipca 2018
Fot. iStock/Antonio_Diaz
 

Poznałam ją na zajęciach. Przyszła do mnie na kurs angielskiego, młoda, uśmiechnięta, ambitna i delikatna jednocześnie. Właściwie jeszcze dziecko. Nie zaprzyjaźniła się specjalnie z innymi kursantami, ale też nie izolowała się od nich. Miała poczucie humoru i apetyt na życie, choć niekoniecznie to, które tu zastała. Do Warszawy przyjechała z małego miasteczka, z południa Polski. Najpierw skończyła tu studia, a niedługo potem zaczęła swoją pierwszą, wymarzoną pracę. Wielka korporacja, budge zawieszony na szyi, otwarte przestrzenie i własne biurko, na którym postawiła zdjęcie rodzinnego domu, jej bazy. Jej psychicznej ostoi. Do rodziców wracała tak często, jak tylko mogła. Potrafiła wsiąść w nocny pociąg, z laptopem na kolanach kończyć raporty i tabelki byle tylko za chwile być „u siebie”.

Poza tym, że spełniała swój sen o karierze w stolicy, nie miała sentymentu do tego miasta. Nie zaiskrzyło. Kurs językowy opłacono jej w pracy, jak kilka innych, drogich szkoleń. Praca, a właściwie wysoki biurowiec, był jej całym światem. Wychodziła z domu codziennie punkt 7:30, wracała po 18 -tej. Wyjątkiem były dni, kiedy wieczorem przychodziła na mój kurs. Uczyła się świetnie, zawsze przygotowana, zawsze chętna do udziału we wszystkich ćwiczeniach. Chciała wykorzystać możliwość, którą jej zaoferowano, jak najlepiej się dało.

Z biegiem czasu zaczęło się z nią dziać coś dziwnego. Z lekko nieśmiałej, ale jednocześnie otwartej i uśmiechniętej dziewczyny, jakby uchodziła chęć życia. Z tygodnia na tydzień bladła, szarzała na twarzy. Rzadziej zabierała głos na zajęciach, kilka razy nie przyszła wcale. Zamyślona, rozkojarzona i bardzo spięta – taka się stała.

Pewnego dnia, tuż przed świąteczną przerwą zimową, poprosiłam ją, żeby na chwilę została po zajęciach. Była tak nieobecna, że zgodziła się automatycznie.

Usiadłam blisko niej i zapytałam wprost, czy mogę jej pomóc. Opowieść, okrutna, obrzydliwie smutna popłynęła z jej cichych ust sama. A ona wyglądała tak, jakby każde wypowiedziane na głos zdanie przynosiło jej ulgę, a jednocześnie niesamowicie bolało.

Od początku wyróżnił ją pośród innych pracowników jako najzdolniejszą, „najlepiej rokującą” z młodych. Przydzielał jej zadania, żeby ją wyróżnić, wysyłał na najdroższe szkolenia chwaląc i zapewniając, że czeka ją w firmie naprawdę świetna przyszłość. „W takich pracowników jak ty, warto inwestować. Z tobą warto budować tę markę” – mówił, a ona była szczęśliwa, że tak doceniają jej pracę.

Na początku nie było mowy o seksie czy jakiejkolwiek zażyłości. Za ciężką, solidną pracą naturalnie szły sukcesy i dość szybki awans. Potem sytuacja zaczęła robić się „dziwna”. Przełożony zaczął skracać dystans. Zapraszał ją do siebie do gabinetu i pytał o plany na weekend, zainteresowania, miłość. „Musisz odpoczywać, nie samą pracą człowiek żyje” – powtarzał. I doskonale nią manipulował. Szybko dowiedział się, że nie ma tu nikogo. I to był jego atut. Pracy było coraz więcej, coraz dłużej trzeba było zostawać po godzinach. Choć właściwie „po godzinach” w tej firmie nie istniało. Kto chciał się wykazać był tu jak najdłużej.

Naiwnie wierzyła, że on chce jej dobra. Przestała jeździć do rodziców, bo w weekendy ślęczała nad papierami, doszkalała się na własną rękę. Uzależnił ją od siebie. W to, co do niej mówił, zręcznie wplatał słowa „potrzebuję cię”, „jesteś dla mnie ważna”. W końcu nadszedł ten dzień, kiedy wsunął jej rękę pod bluzkę. Byli sami, przy jego biurku. Zastygła jak sparaliżowana, nie powiedziała ani słowa. Tego popołudnia nie posunął się dalej, ale wieczorem wysłał SMS „Pamiętaj, jeśli chcesz zrobić karierę, musisz dać z siebie naprawdę wszystko”.

Próbowała się oszukać, że to pomyłka, że źle wszystko zrozumiała. Kiedy podczas następnego „sam na sam” dotknął jej uda, wmówiła sobie, że może on się zakochał, a to wszystko jej wina. Ale nie widziała żadnego wyjścia z tej sytuacji. Powiedzieć? Komu? Koleżanki tylko czekają, aż powinie jej się noga. Nieprzyjemna szefowa HR – u jest jego dobrą przyjaciółką, o ile to możliwe w korporacyjnych standardach oczywiście. Zadzwoniła do mamy, ale nie umiała przyznać, co się stało.

Milczała, bladła i myślała, że jeśli będzie pracować jeszcze ciężej, on da jej w końcu spokój. Że musi mu odowodnić ile jest warta jej praca. Ale on posuwał się coraz dalej. Dotykał, wysyłał erotyczne SMS-y, polował na każdą chwilę, w której mógł być z nią sam. Ta sytuacja trwała już dziesięć miesięcy.

W dniu, w którym poprosiłam ją o rozmowę, dał jej ultimatum. Albo pojedzie z nim na weekend albo nie ma czego dłużej szukać w firmie. Bo właściwie, to ona wcale nie jest taka zdolna. Właściwie, to wszystko co umie, nauczyła się od niego i dzięki niemu. Właściwie, to on zadecydował o tym, że kilkanaście tysięcy złotych zainwestowano w jej szkolenia. A poza tym on ma znajomości w innych korporacjach i jeśli chciałaby zmienić pracę, powiedzieć komu trzeba, że nie warto jej przyjmować. Więc chyba wybór jest prosty.

Przerażona zadzwoniłam do przyjaciółki, która doświadczyła podobnej sytuacji. Obie byłyśmy zdania, że gnoja należy jak najszybciej zdemaskować i doprowadzić do jego dyscyplinarnego zwolnienia. Ale Kasia nie chciała walczyć, za bardzo się bała. Stać ją było już tylko na wycofanie się, na poddanie się. W pracy się już nie pojawiła. Jej przełożony chyba się jednak trochę przestraszył, bo umowę o pracę rozwiązano za porozumieniem stron.

Co się stało z Kasią? Wróciła do rodzinnego miasteczka. Założyła tam własną małą firmę i na razie nie myśli o tym, żeby znów przyjechać do Warszawy. Ma w sobie lęk, żal i rozczarowanie, o którym nikomu nie odważyła się powiedzieć.


7 rzeczy, które robisz by schrzanić sobie życie. To prostsze niż myślisz

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
25 lipca 2018
Fot. iStock/praetorianphoto
 

To wcale nie jest takie trudne. Nie trzeba się bardzo starać, by zepsuć w swoim życiu wszystko to, co się da i nawet nie bardzo zrozumieć, jak to się stało. Życiowe katastrofy to zazwyczaj po prostu seria konsekwencji różnych słych decyzji… Zresztą, sami zobaczcie.

7 rzeczy, które robisz by schrzanić sobie życie

Obwinianie wszystkich innych za twoje problemy

Gdyby nie twoja mama (lub: tata, księgowy, chłopak, szef, była przyjaciółka, twoje dzieci …) twoje życie byłoby wspaniałe! To oni ponoszą całkowitą odpowiedzialność za wszystko, co ci się przydarzyło. Spędzasz dużo czasu i energii mentalnej, katalogując złe zachowanie innych ludzi. Problem z tym sposobem myślenia polega na tym, że wierzysz, że ktoś inny musi się zmienić, aby twoja sytuacja się poprawiła. Nie masz poczucia kontroli ani nie odczuwasz prawdziwego szczęścia. TY, twoje własne myśli, uczucia i postawy są tymi, które mogą cię doprowadzić do wewnętrznego spokoju.

Stale się krytykujesz

„Nie jestem mądry.” „Nie mam ręki do pieniędzy.” „Ludzie po prostu mnie nie lubią.” „Nigdy mi się nic nie uda.” Rozmyślasz nad rzeczami, które sprawiają, że jesteś nieszczęśliwy. Dodatkowo, często patrzysz w przeszłość, żeby sobie udowodnić, że masz rację.

Nienawidzisz swojej pracy

Pełnoetatowa praca to ponad 2000 godzin rocznie. Spędzanie tego czasu „nielubieniu” czegoś jest ogromnym drenażem energii. Naciskasz przycisk „drzemka” kilka razy, zanim w końcu wstaniesz z łóżka. Czujesz się wyczerpany pod koniec dnia, ponieważ spędziłeś ostatnie godziny robiąc coś, czego nienawidzisz. Co lubisz? Co cię ciekawi? Zacznij od tego i idź dalej.

Nie słuchasz swojej intuicji

Wszyscy mamy wewnętrzny system „kierowania”, który pomaga nam odnieść sukces w życiu. Ignorowanie tego wewnętrznego głosu doprowadzi do większego nieszczęścia i niezadowolenia z tego, gdzie się obecnie znajdujemy. Intuicja daje nam małe dawki dobrych pomysłów przez cały dzień. Komunikuje się z nami poprzez jakąś wizję, podszept, sen, ulotną myśl lub uczucie.

Bierzesz na siebie zbyt wiele

Kiedy podejmujesz się zbyt wielu projektów, nawet tych, które lubisz, jesteś wyczerpany. Nie będziesz dobrze spać, nie wykonasz dobrze swojej pracy. Ważne, by umieć wyznaczać granice – również sobie samemu. Ważne, by nauczyć się mówić innym „nie”.  Możesz także powiedzieć „nie” sytuacjom, które sprawiają, że twoje życie nie znajduje się w równowadze.

Jesz śmieciowe jedzenie i nie ćwiczysz

Jeśli masz trzydzieści lub więcej lat, taki styl życia bardzo cię spowalnia. Jeśli czujesz się zmęczony, wyczerpany i ciągle rozkojarzony, musi ci być naprawdę ciężko. Zachorujesz i przybierzesz na wadze. Czas na zmianę. Zrób małe kroki. Co byś chciał zjeść? Naucz się gotować dla siebie. Dodaj świeże warzywa i owoce. Idź do parku w przerwie na lunch. Wybierz się na spacer lub zrób coś innego dla siebie, każdego dnia.

Odpuszczasz, gdy sprawy stają się trudne

Jeśli robisz to wystarczająco często, szybko okaże się, że w twoim życiu wciąż tkwi sama blokada niepowodzenia i rezygnacji. Rzeczy, które warto wykonywać w życiu, zwykle wymagają czasu, pracy i wytrwałości. Ludzie, którzy osiągają sukcesy w życiu, rozumieją, że „trudne czasy” są czymś naturalnym.


Na podstawie: beliefnet.com


„Żeby zrobić coś dobrego potrzeba bardzo dużo ludzi. Za to jeden, góra dwóch wystarczy, by czynić potworne zło”. Umiesz spojrzeć w lustro?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
24 lipca 2018
Fot. iStock / duncan1890

Jak wygląda zło? Tylko nie mówicie, że nigdy nie próbowaliście „zła” ubrać, ucieleśnić, zmaterializować. Jestem pewna, że zło miało swoją twarz – może było łysym kibolem albo esesmanem z obozu koncentracyjnego – mogłoby tak wyglądać, z pewnością. Najlepiej by było, gdyby nie mieszkało w naszej dzielnicy, pochodziło z innej epoki, by istniał jakikolwiek bufor, który nas od niego oddali. Ale czy jesteście w stanie sobie wyobrazić zło, które jest  piętnastolatkiem z puszką piwa w parku? Czy tak wygląda morderca?

Przed takim mordercą nie da się uciec. Jedzie z wami autobusem, mijacie go odprowadzając dziecko do szkoły, w windzie w bloku jedziecie tylko piętro wyżej… Czy zło może mieć twarz tego „dupka” z marketingu albo sąsiada palanta/gbura/cynika? Czy jesteście skłonni uwierzyć, że są ludzie czyniący prawdziwe zło i stoją obok was, na jedną długość waszego ramienia?

Żadna śmierć nie ma sensu i nic o niej nie wiemy, dopóki nie przyjdzie nam jej przeżyć…

w 2008 roku mordercy Sophie Lancaster i jej partnera –  piętnastolatek i szesnastolatek, usłyszeli wyrok dożywocia… Rok wcześniej te dzieci brutalnie odebrały życie dwójce młodych ludzi, należących do subkultury „goth”. Zabili ich za wygląd, za bycie dziwolągami. Sędzia podczas procesu nazwał całe zdarzenie „dzikim bandytyzmem”. „To tragiczne zdarzenie wprawia w szok i wzburzenie, każdego, kto o nim usłyszy. Nawet, kiedy drapieżne zwierzęta polują i zabijają, robią w to w celu zdobycia pożywienia. Zachowanie tych chłopców zaprzecza ich człowieczeństwu” – powiedział sędzia Anthony Russell*. Na kanwie tych wydarzeń narodził się „Hate”- nie zjawisko nienawiści, a książka autorstwa Alana Gibbons. Książka, która wbija w fotel.

„Sam fakt, że żyję, już coś o mnie mówi”**.

„Hate” – przeczytałam o tej książce wiele dobrego, między innymi, że powinna zostać szkolną lekturą. Zgadzam się z tym, choć nie wiem, czy to nie osłabiłoby jej mocy. To nie jest kolejna książka dla słodkich dzieciaczków. Nudy, które nikogo nie urażą. To potężny kawał naszych strachów zaklętych w słowach. To nasza bierność, ślepota, strach, ból – wszystkie emocje, które odbierają nam odwagę, siłę i zdolność postrzegania świata we właściwy sposób.

Nie pozwala dłużej udawać, że nas to nie dotyczy… Co robicie, gdy idziecie z dzieckiem ulicą i mijacie „smutnego, łysego pana” z napisem „zakaz pedałowania”? Tłumaczycie swojemu kilkulatkowi, dlaczego „Smutny Pan” robi coś złego, co to oznacza, czy może powtarzacie sobie w myślach: „żeby tylko tego nie zauważyło moje dziecko” albo odpowiadacie na pytania zdawkowo, bo to nie dla dzieci/jest za małe/nie zrozumie…?

Ile razy w tym roku poczuliście ogromny niesmak przewijając swojego Facebooka? I co zrobiliście na widok tego mema, komentarza? Nic? Usunęliście delikwenta ze znajomych, obwieszając dumnie reszcie świata, że właśnie sczyściliście swój profil ze złych znajomych i nie będziecie się nikomu z tego tłumaczyć? A może tylko pomyśleliście: taki fajny gość, a jednak taki palant!

To nie wystarczy…

„Upadła jak ptak ze złamanym czarnym skrzydłem”**.

Pięknie brzmi, prawda? Ale to jedno z niewielu „pięknych” zdań, bo Rosie nie umiera pięknie. Śmierć rzadko kiedy jest piękna, romantyczna, wzniosła… choć – szczególnie, gdy jesteśmy młodzi – lubimy tak sobie ją wyobrażać. W imię wyższych wartości, w pelerynie bohatera… nie, żadna śmierć nie ma sensu, żadna. Rosie umiera wiele dni, opleciona rurkami, sina, czarna od siniaków, zniszczona, ze spuchniętym jak balon brzuchem, twarzą niepodobną do ludzkiej twarzy. Tak jest naprawdę, gdy ktoś skacze drugiemu człowiekowi po głowie, kopie butem w twarz. Wolimy o tym nie myśleć, my dorośli, a co dopiero nasze niewinne dzieci.

Śmierć to nie hollywoodzka blizna po postrzale, te prawdziwe w niczym nie przypominają gustownej okrągłej „monety” na skórze.

Ile podobnych historii już słyszeliśmy? Ile dzieciaków umarło już lub odebrało sobie życie przez nienawiść? Strach odpowiadać. I uwierzcie, nikt z nas nie może mieć pewności, że jutro to nie zdarzy się w szkole naszych dzieci, na naszej klatce, w rodzinie.

„Żeby zrobić coś dobrego potrzeba bardzo dużo ludzi. Za to jeden, góra dwóch wystarczy, by czynić potworne zło”**.

Dlaczego akurat „Hate” Alana Gibbonsa? Bo nie traktuje młodego czytelnika jak nieświadomego idioty. Pokazuje prawdę, bardzo niewygodną prawdę. Bo śmierć nigdy nie jest wzniosła, i nie ma sensu, a nienawiść rodzi tylko nienawiść – nic więcej, nawet, gdy to ty jesteś ofiarą.

Bohaterowie „Hate’u” to postaci fikcyjne, zainspirowane wydarzeniami w Lancashire. Eve i jej rodzina – siostra zamordowanej Rosie, borykająca się z ogromną stratą, tęsknotą i dodatkowo rozstaniem rodziców – nie udźwignęli tragedii, która ich spotkała. Anthony – chłopak, który wszystko widział, stał obok i nic nie zrobił – niosący na plecach brzemię nieodwracalności czasu, swojego strachu. I Jess – przyjaciółka Eve, siostra geja, który tak jak Rosie, po swoim comming outcie, nie może już czuć się bezpiecznie.

Ta trójka została ze sobą spleciona jak warkocz. Każdy z brzemieniem, na które już nie ma wpływu. Każdy z bagażem, którego nie da się zgubić w poczekalni. Ta książka bardzo mocno pokazuje, że są rzeczy, których nie da się tak po prostu naprawić, że jest nienawiść (również ta do siebie samego), której  nie da się załatwić szkolną pogadanką. Ta często kiełkuje w nas pod wpływem traumy lub jest wlewana nam przez środowisko głęboko do głowy.

Zdecydowanie warto przeczytać, nawet gdy ma się nie naście, a trzydzieści czy czterdzieści lat. Buty spadają.

„Wspomnienia są jak ostrza. Sny są narzędziami tortur. Myśli opadają człowieka jak chmara os, pozostawiając piekące ukłucia na ciele”**.

Hate

35522491_2151835668163140_8014679630290092032_n

Autor: Alan Gibbons
Data wydania: 2018
EAN: 9788380738133
Format: 128×198
Oprawa: Miękka
Liczba stron: 272
Wiek czytelnika: 15+ lat

Czy odważysz się być inny?

Pół roku temu Rosie, starsza siostra Eve, zmarła w następstwie brutalnego pobicia. Eve nie potrafi sobie wyobrazić życia bez niej.

Pół roku temu Anthony był świadkiem brutalnej napaści. Nie zrobił nic, by ją powstrzymać.

Pół roku temu wydarzyła się tragedia. Teraz Eve i Anthony się spotkali i przeżywają koszmar na nowo.

Inspirowana tragiczną śmiercią Sophie Lancaster historia o miłości, stracie, nienawiści i przebaczeniu oraz o tym, że należy odrzucać uprzedzenia oraz mieć wiarę we własną tożsamość.


Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Zielona Sowa

*kultura.onet.pl, ** „Hate”, Alan Gibbons, Wydawnictwo Zielona Sowa, 2018


Zobacz także

Prosta drożdżówka, która nie może się nie udać

„Czy życzę Ci szczęścia z nową dziewczyną? Sama nie wiem, chyba cały czas wierzę, że zadzwonisz albo napiszesz i wrócisz tak jak zawsze wracałeś”. Akcja #ListdoNiego

Nie pozwalasz dziecku samodzielnie decydować o swoim ubiorze? Popełniasz błąd