Kiedy słyszę: „Pieniądze nie są w życiu najważniejsze”, to ku*wica mnie strzela. Bo najczęściej mówią to ci, którzy tę kasę mają!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
22 listopada 2017
Fot. iStock/Kikovic
Fot. iStock/Kikovic
 

Nic nie wkurza mnie tak, jak pieniądze. Każdy temat z nimi związany powoduje u mnie białą gorączkę. Najchętniej udawałabym, że pieniędzy nie ma, że ich nie potrzebuję i z pewnością do szczęścia nie są mi potrzebne.

Ale ku*wa są. Są chwile, kiedy marzę, żeby zamieszkać na jakiś Karaibach, pracować w knajpie przy plaży, zarabiać z 10 dolarów miesięcznie ze świadomością, że więcej nie potrzebuję. Bo i tak cały rok łazi się w stroju kąpielowym, dzieciaki żyją beztrosko bez potrzeby butów na zimę, kurtek, książek i zajęć, bo ja mam czas z nimi usiąść, pogadać, a codzienność dostarcza im tylu wrażeń i lekcji, których nigdy nie dałaby im szkoła. Tak – to idealny, sielankowy obraz mojego życia. Zdecydowanie urodziłam się nie w tej szerokości geograficznej, gdzie trzeba liczyć kasę, żeby żyć godnie i przeżyć. Co to w ogóle za konstrukcja świata, w którym za wszystko musimy płacić, a nasze życie sprowadza się do tego, żeby pracować, by mieć. I nie mówię tu o jakiś wypasionych wakacjach, markowych ciuchach, ale o pieprzonym prądzie, wodzie i ogrzewaniu.

I przecież pracuję, nie lenię się, nie siedzę z dupą na kanapie i nie czekam, aż mi manna raczy spaść z nieba. Oboje zapieprzamy, pracujemy, a i tak zawsze pojawi się rozterka – czy aby na pewno nas na coś stać. Na to, by właśnie teraz pomalować dzieciom pokój, pojechać do kina, wysłać dzieciory na wycieczkę i co kupić pod choinkę, żeby nie wydać głupio pieniędzy, ale też sprawić radość tym, którzy zwyczajnie na to zasługują. Tak, już słyszę te głosy – przecież nie o materialne rzeczy chodzi. Pie*dolenie. Zawsze chodzi o materialne. Nawet jak upieczesz najbliższym w prezencie pierniki, to i tak chodzi o tę cholerną kasę. Bo za coś więcej produktów kupić musisz i rzeczy, którymi te pierniki przystroisz.

Rozmawiam ostatnio ze znajomą o innej znajomej, zeszło na temat pieniędzy. – Wiesz, ona ma na koncie tyle kasy zaoszczędzonej, że ja w życiu takiej nie widziałam – mówi znajoma. Fajnie, myślę, zazdroszczę. – Ale wiesz, mówi, że w dupie ma te pieniądze, bo są rzeczy ważniejsze.

Nożeż ja pie*dole. Krew mnie zalała, bo jak to łatwo mówić tym, co mają w ch*j kasy na koncie, że pieniądze są be i właściwie to nic nie znaczą. Ciekawe, co by mówili, gdyby tych pieniędzy nie mieli, gdyby z tych oszczędności nie mogli korzystać? Tak łatwo by im przychodziło powiedzieć, że kasa nie ma znaczenia. No ku*wa ma i nikt mi nie powie, że jest inaczej. Znam masę małżeństw, które z powodu pieniędzy się kłócą – brak wspólnych kont, niejasna sytuacja, strata pracy, bezradność, brak możliwości dorobienia – wszystko się kręci wokół kasy, szczerze, to ja się czasami zastanawiam czy, gdyby tak zajrzeć głębiej, to nie okazałoby się, że każdy kryzys w związku kasą nie jest podszyty.

Podobnie jak dyskusja o wygranej w toto lotka. „Całą wygraną przeznaczyłbym na cele charytatywne, bo na swoje potrzeby sam zarobię”. I raz dwa po mordzie wszystkim tym, którzy zaczęli mówić o swoich marzeniach, co by z taką kasą zrobili. No sorry, cudownie mieć takie podejście i dzielić się kasą z innymi, ale czy ktoś nie rozumie, że tym samym dopie*dolił wszystkim tym, którzy choć na chwilę chcieliby się uwolnić z tych finansowo zależnych kajdan. Poza tym pewnie znowu piszą tak ci, którzy na co dzień nie mają problemów z pieniędzmi. Jasne, że sobie to wypracowali, że sobie ustawili życie tak, że ich stać. I świetnie, ale nie wszystkim tak się udaje. Poznałam ludzi, którzy rzucili wszystko w cholerę, żeby utrzymywać się ze swojej pasji. Myślicie, że jest im łatwo? Jasne, decydując się na taki krok, chociaż ściągnęli z siebie poczucie zapieprzania tylko dla kasy, której i tak zawsze było za mało i która im szczęścia wcale nie dawała. Jasne, są teraz spokojniejsi, szczęśliwsi, ale czy bogatsi, w większości przypadku uwierzcie, że wcale nie. I każdy z nich taką wygraną w totka by przytulił i z pewnością część oddał na pomoc potrzebującym.

To tak jak komentarze w stylu: „Daj, spokój, to tylko stówę kosztuje” albo „A wzięłam to zlecenie, chociaż na waciki będzie”. Tyle, że dla jednego to będzie „tylko”, a dla drugiego „aż” stówa, czy trzy stówy za zlecenie. My mamy taki problem z tym, żeby powiedzieć: „Stary, to dla mnie w pi*du kasy, nie mogę tyle wydać albo chciałbym tyle zarobić”. Niee, my zęby w ścianę i choć boli nas to okrutnie, to dajemy się zaprosić na kawę z ciastkiem, za którą co najmniej z trzy dychy zapłacić musimy. Byleby nikt nie zauważył, że nas nie stać.

A co mają powiedzieć ci, którzy pracują, a kasy nie dostają, bo „firma ma problemy”, bo „czekamy na płatności”, bo „mamy dłużników, musicie zrozumieć”. Każdy z nas ma inne umiejętności, jedni mają smykałkę do interesów, innym rodzice całe życie pomagają, jeszcze inni dziedziczą w spadku rzeczy, które ustawiają ich właściwie na całe życie. Ale jest szara masa, która zapie*dala i końca nie widzi. Nie ma tu momentu, że pewnego dnia, będę mieć tyle kasy, że zrobię sobie na miesiąc wakacji, wyjadę z rodziną i niczym się nie będę przejmować. A przecież każdy, kto ciężko pracuje zasługuje na coś takiego, to nawet nie jest przywilej, to powinno być każdego chrzanione prawo!

Kasa daje wolność. Wolność, kiedy nie jesteś od nikogo uzależniony, kiedy możesz decydować o sobie, o swoim życiu, podejmować decyzje bez oglądania się, czy ci starczy na kolejny miesiąc.

Mój wku*w bierze się z tego, że nie dostajemy sprawiedliwego wynagrodzenia za swoją pracę. Chociaż się angażujemy, siedzimy po nocach, staramy się to i tak jeden ch*j, kasy zawsze na coś będzie brakować i nie ma tu złotego środka, który odwróciłby sytuację.

Staram się na co dzień o tym nie myśleć, żeby się nie wkurzać, ale przychodzą takie momenty, takie rozmowy, takie rzucone „Co ty, pieniądze nie są w życiu najważniejsze”, że piany dostaję i muszę całą wściekłość z siebie wyrzucić.

Tak i oczywiście są wyższe wartości, musimy cenić inne rzeczy niż kasę. Ja cenię, ale czasami marzę o tym, żeby pożyć bez przymusu posiadania pieniędzy. Tak mam. I wku*wia mnie, że jest to niemożliwe.


Czy jak zamówię pierogi, a uszka kupię mrożone, to Święta w tym roku nie nadejdą?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
18 grudnia 2017
Fot. iStock/gpointstudio
Fot. iStock/gpointstudio
 

„Dobrze, że nigdzie nie jedziesz, bo tyle jest roboty” – rzuciła moja mama, kiedy jej powiedziałam, że turniej mojego syna w sobotę (na tydzień przed Świętami) jest odwołany. Krew mi zawrzała, ale myślę – spokojnie, spokojnie, tylko spokój cię uratuje.

„Jakiej roboty?” – pytam, choć w oczach czuję już te mordercze iskierki. I się zaczęło, że sprzątanie… I że… sprzątanie. I sprzątanie. Pomijam, że moja mama mieszka sama, kota ani psa nie posiada, ale co najmniej raz na dwa tygodnie robi generalne trwające dwa dni porządki. Cóż, z chęcią widziałaby i mnie w takim zaangażowaniu. Tyle, że ja już stara baba jestem i nie dam się wkręcić w pucowanie kryształów przed świętami i pranie firanek – po prostu jednego i drugiego zwyczajnie nie posiadam.

No ale okna, tyle, że dla mnie mycie okien, to żadne wielkie wydarzenie, po prostu od czasu do czasu jak sprzątam i widzę, że już ledwo słońce przez nie przebija, to biorę ręczniki, płyn i myję. I tyle. Wszystko trwa może z 10 minut, na jedno okno. Tyle, co odkurzanie albo wieszanie prania. No, ale idą Święta i wszyscy mają tyyleee roboty. A więc ja postanowiłam jak co roku przejrzeć na szybko ciuchy, co by te za małe po moich synach i te, za ciasne już na mnie (jak to się dzieje, nie wiem), zawieść jak co roku do domu samotnej matki. I przy okazji wyskoczyć z moimi chłopakami na nowe „Gwiezdne wojny”. O, tak właśnie byłam zarobiona przez cały weekend.

I tak siedząc w kinie, zabijając czas ciągnących się reklam, myślałam, że kurde serio mam w nosie całą tę tak zwaną „robotę”. Nie zapomnę tej nerwówki, chaosu, tej wścieklizny świątecznej, kiedy choć na koniec cały dom pachniał pastą do podłogi, to jednak potrzeba było dłuższej chwili przy stole, by każdemu nerw minął. Bo obrus nie tak, bo podłoga jeszcze ufajdana, a stroik może by jednak inny, i czemu tata z tą choinką tak późno, a w ogóle to czemu Wigilia tak późno, im szybciej, tym lepiej, zjeść, posprzątać i odpocząć, bo jak człowiek ostatnie dni zapie*dalał, to on ma jeszcze ochotę świętować?

A ja mam ochotę i zamierzam świętować, i nie mam zamiaru unurać się po same pachy tą tak zwaną i bliżej nieokreśloną robotą. Bo czy jak zamówię pierogi, a uszka kupię mrożone, to Święta w tym roku nie nadejdą? Jak pościel wyprałam tydzień wcześniej, a nie przed samymi Świętami, to nie poczuję ich magii? Czy dostanę rózgę pod choinkę, bo zamiast szorować podłogi, umażę ją jeszcze lukrami i groszkami do przystrajania pierników?

Kurde, no ja wolę iść z moim chłopakami na łyżwy, niż ślęczeć nad rybą w galarecie, której nikt nawet nie posmakuje, a w drugi dzień Świąt zje ją tylko wujek Zdzisiek, za którym nie przepadam. Zresztą jak za rybą w galarecie. Za to może w końcu nauczę się hamować na tych cholernych łyżwach, zamiast odbijać się rok rocznie od bandy.

I czy naprawdę w Święta chodzi o to, żeby się urobić? Żeby ślęczeć do późna w nocy nad garami? Dla zasady? Dla tradycji? Naprawdę tradycją Świąt ma pozostać ta chora gorączka, która każe lepić pierogi, które później w zamrażarce tkwią do kolejnych świąt? Tradycją jest robienie ośmiu kilogramów ryby w różnych odsłonach, chociaż twoje dzieci i tak zjedzą tę w occie, a śledzi po kaszubsku nawet ty nie lubisz? No ale tradycja.

Więc u nas tradycja jest taka, że mój mąż mąką zasypuje całą kuchnię, kiedy robi swojski makaron do klusek z makiem. Robi go bardzo dużo, bo my uwielbiamy, a mi ani w głowie zwracać mu uwagę, że przecież jutro Święta już brudzić w kuchnie nie powinien, podłogę zawsze można umyć, to chwila. U nas tradycja, to wyciąganie z szaf starych ubrań i szukanie przebrania, bo po kolacji chodzimy jako kolędnicy po sąsiadach, znajomych i przyjaciołach, każdemu uroczyście odśpiewując jedną z kolęd. Ja oczywiście już swoje skrzydła anioła i aureolę wytargałam, czekają na świąteczny wieczór, chociaż raz w roku mogę być aniołem, co mnie bardzo cieszy. I to, że moje dzieciaki nadal wierzą w świętego Mikołaja, więc prezenty mamy pochowane w przeróżnych skrytkach i później ich szukamy nie pamiętając, gdzie co schowaliśmy. I choinka – żywa, to nic, że nabrudzi, że igły i w ogóle jak ją później rozebrać. Phi, kto o tym myśli wnosząc choinkę do domu. Ma pachnieć, ma być piękna, niekoniecznie stylowo w najmodniejszych kolorach przystrojona, ale pełna tych tak brzydkich, że aż pięknych ozdób z masy solnej, krzywych łańcuchów robionych dzień wcześniej. Tylko waty nie pozwalam kłaść, brrr, co to – to nie.

I choć się zarzekamy, że w tym roku to już koniec, już spokój, na pewno nie dam się wciągnąć w tę nerwówkę, to i tak w ostatniej chwili męża wysyłam po rajstopy, co by teściowa się nie czepiała, że ty znowu w spodniach. Synowi wyrzucasz ulubioną koszulę i każesz ubrać tę, która twojej mamie się podoba, a mężowi wyjątkowo zawiązujesz krawat, choć on do cholery nie nosi krawatów. Ale ten jeden dostał od teściowej rok temu, wypada założyć, co by chociaż pozory, że miło zachować, albo dać powód, żeby milej było niż rok temu, kiedy twoje dzieci pluły przesolonym przez matkę barszczem.

No więc im bliżej Świąt, tym bliżej mi do zen. Barszcz ugotuję, bigos zrobię, bo lubię, pierogi i uszka kupię, karpia usmażę i kluskami z makiem się objemy wszyscy. Ale wszystko w poczuciu, że nie robię niczego wbrew sobie, że nie gwałcę swojego czasu i czasu z najbliższymi spinając tyłek w jakiś kompletnie irracjonalny sposób. Czego i wam życzę.

P.S. Właśnie zadzwoniła moja mama, że czwarty raz okna umyła… Serio? Te okna w Święta są największym wyzwaniem?


Jak mi ktoś powie, że kobieta w domu to w sumie nic nie robi, to przysięgam – skoczę do gardła i przegryzę aortę

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
14 listopada 2017
Fot. iStock/cookelma
Fot. iStock/cookelma
 

Zwolnienie. Cały miniony tydzień spędziłam w domu. Jelitówka – o dzięki ci za wirusy. Żeby nie było – w moim przypadku jelitówka to ból brzucha, głowy i ogólne osłabienie, więc źle nie jest, wiem, że niektórzy przechodzą ją znacznie drastyczniej. Ale że to wirus, a ja nikogo zarazić nie miałam zamiaru, więc na tydzień wylądowałam w domu.

Jak ja się cieszyłam. Tydzień spokoju, dzieciaki w szkole. A ja filmy pooglądam, książki coraz wyżej piętrzące się na półce w końcu poczytam. Po prostu cud, miód i malina. Jak się trafia taki tydzień wakacji w środku niemalże listopada, to jak się nie radować.

I to by było na tyle tej radości. Dobra. Pierwszy dzień faktycznie słabo się czułam, więc przedpołudnie i wczesne popołudnie przespałam. Reszta domowników sama się ogarnęła, coś mrożonego na czarną godzinę z lodówki wyciągnęli i obiad ogarnęli. Luz. Tak mi było dobrze się wyspać. Jest kilka rzeczy, które w życiu kocham – dobrze się wyspać, zjeść coś dobrego, wziąć gorący prysznic, gdy przemarznę – to jeden z nich. Jak się człowiek wyśpi, to świat od razu jawi mu się jako piękniejszy i bardziej przyjazny. I jakoś sił ma się więcej, zresztą zawsze powtarzałam, jak moje dzieci były małe – jak śpią, to znaczy, że zdrowieją. Tego się trzymam. No, ale nie o tym.

I kiedy tak jeden dzień gnaty wyleżałam, kiedy już trochę wiercić się z nic nie robienia się zaczęłam, zrobiłam najgorszą rzecz na świecie – wstałam. Po ch*j, dzisiaj się siebie pytam. Na diabła jakiego ruszyłam się z tego wyra, nie lepiej było mózg oszukiwać, że chora, że słaba i w ogóle kiepsko, a nie szukać sobie w domu zajęcia.

Jak mi ktoś powie, że kobieta w domu to w sumie nic nie robi, to przysięgam – skoczę do gardła i przegryzę aortę. Nie żartuję. Ja do perfekcyjnych pań domu nie należę, ba, nie zamierzam nawet ubiegać się o to wątpliwej wartości miano. A jednak, po całym tygodniu zrozumiałam, że jednak w pracy, to ja sobie odpoczywam.

Bo wyobraźcie sobie. Nie pracujecie, jesteście w domu. Fajnie, mąż dużo kasy zarabia, a wy nie musicie. Jakoś przestałam marzyć o tej sytuacji, choć do niedawna wydawała się bardzo atrakcyjną. Siedzieć w domu i nic nie robić, bo przecież okien co drugi dzień myć nie będę, a skoro odkurzam dwa razy w tygodniu, to częściej, nawet będąc w domu, nie mam zamiaru.

A jednak. Wstajesz rano, bo głupio trochę spać, jak wszyscy się spieszą. No więc wstajesz, bo chcesz zrobić śniadanie. Ty masz czas, tobie nikt spóźnień wyliczać nie będzie. Robisz kanapeczki, kawkę herbatkę, kroisz nawet jabłuszka do pudełka, a ja już wszyscy wychodzą , twoim oczom ukazuje się masakra. Jak można rano zrobić taki syf? Pomijam kuchnię, ale niepościelone łóżka, ręcznik na podłodze, szczoteczka w zlewie, zlew zapluty od pasty, gacie na podłodze, bo dzieci jakby nie wiedziały, gdzie kosz na pranie.

Okej, pierwszy dzień cię to bawi. Przynajmniej masz zajęcie. Każdy kolejny zaczyna lekko wku*wiać, zwłaszcza, że musisz po zakupy wyskoczyć i obiad zrobić. I nagle z ósmej rano, robi się jedenasta, a ty nadal w piżamie. No tak, jakby teraz ktoś do ciebie wpadł, to by powiedział: „A ty w domu, ty to masz dobrze, jeszcze w piżamie”. Tyle, że ja tej cholernej piżamy nawet ściągnąć nie zdążyłam, bo ogarniałam poranek rodzinny i po porankowy burdel!

Okej, tylko spokój nas uratuje. Zapomnij o bieganiu po sklepach i przymierzaniu nowych kiecek. Nie ma takiej opcji. Z jęzorem wywieszonym wpadasz do sklepu, kupujesz, co potrzebne na obiad i wracasz do domu, żeby zdążyć z gotowaniem, nim cała banda wróci. I kiedy już siadasz (w końcu!) z ciepłą kawą w fotelu, domofon. Kurier. Za chwilę znowu – poczta. Ciśnienie już ci się podnosi, zerkasz nerwowo na fotel… Kto wygra oni czy ty? Nim zdążysz zamknąć drzwi, zagaduje cię sąsiadka z pytaniem, czy nie masz może sprawdzonego przepisu na biszkopt, bo u ciebie to zawsze tak ładnie pachnie ciastem… Raz, dwa, trzy, cztery. Czas minął.

Drzwi się otwierają, tornister ślizga się rzucony po podłodze, a od drzwi słyszysz: „Cześć, co na obiad?”. Jeden się zameldował. Cierpliwie tłumaczysz, że czekacie na wszystkich, bo w ciągu godzin, każdy powinien zlądować w domu. I tym samym fundujesz sobie: „A zrobisz mi kanapkę” łamane na „Mogę serek” łamane na „Nic nie ma do jedzenia” choć lodówka pełna. Wymiana uprzejmości typu co w szkole, jak koledzy, kiedy sprawdzian, co zadane. I nagle kolejny tornister mknie po podłodze. Przechodzisz ten sam rytuał – co do jedzenia, jak w szkole, mogę kanapkę, kupiłaś jogurt?

I kiedy opanowujesz sytuację, drzwi otwierają się po raz trzeci. „Co tak ładnie pachnie?” – słyszysz. Czyli czas na obiad. Jest miło. Siadacie wszyscy przy stole, rozmawiacie, sprzeczacie, śmiejecie – tak jak miało być. I nagle – wszyscy znikają. Każdy ma coś do zrobienia, jedno dziecko trzeba zawieźć na zajęcia, drugie ma sprawdzian. A ty znowu w tej kuchni, z tym syfem, a przecież już było tak czysto.

Po ch*j ci ten nowy ekspres do kawy, jak nawet kawy nie masz kiedy wypić. I co? I znowu sprzątasz. Sprawdzasz lekcje na razie razy jeden, odpytujesz przed sprawdzianem. Wraca drugie – już niech ojciec lekcje sprawdzi, bo ty gnasz do sklepu po zestaw małego rysownika, bo się starszemu przypomniało, że na jutro potrzebuje. „Mamooo, a wyprałaś na jutro białą koszulkę? Na wuef potrzebuję”. „A właśnie, mamo – nie wiesz, gdzie moja biała koszula, jutro muszę założyć”.

To jest jakaś niekończąca się historia, bo nagle znowu wszyscy głodni i kolacja. A ty jeszcze pranie musisz wstawić, jedno złożyć, drugie powiesić. A przecież okien jeszcze nie umyłaś. Lodówkę chciałaś posprzątać, przegląd szafy dzieciom zrobić.

Dobra, jutro. Tyle, że jutro wpadasz w ten sam schemat. Nożeż, ja pie*dole. Na dupie nie ma czasu usiąść, książki poczytać, telewizję śniadaniową to jednym okiem jeszcze ogarniesz, ale nic więcej.

A jak jeszcze któraś ma małe dziecko na głowie, wolę nie myśleć…

I tak podłogi nie umyłam, okna olałam, a w cholerę z tym wszystkim. Się człowiek po pachy urobi, a jeszcze wieczorem przeczytasz, jak jeden z drugim w internecie komentuje, że baba to w domu nic nie robi albo TYLKO sprząta i TYLKO gotuje. To ja zapraszam do świata takiej baby, do jej codzienności.

No nic, na szczęście wirus poszedł sobie w p*zdu. Wróciłam do pracy i w końcu mam gdzie wypić ciepłą kawę. Zakupy zrobi mąż, zupa na dwa dni zrobiona, a gacie i ręczniki z podłogi jakimś cudem znikają, jak się dwa razy huknie, że o porządek w domu każdy powinien dbać. No.