Ślub z samym sobą? Sologamia? Sorry, ale ja tego nie kupuję!

Stara Panna
Stara Panna
4 lipca 2017
fot. iStock/ SanneBerg
fot. iStock/ SanneBerg

Stany Zjednoczone kolejny raz zaskakują zwykłych śmiertelników i przynoszą nam nową modę – tym razem coraz więcej obywateli USA decyduje się na ślub… z samym sobą! Ten nowy trend ma nawet swoją nazwę – panie i panowie, nadchodzi era sologamii! Nie wiem tylko, czy mamy się cieszyć, czy jednak zacząć martwić i zastanawiać…

Solo-co?

Kiedy zobaczyłam artykuł dotyczący ślubu solo jednej z Amerykanek pomyślałam sobie „what the fuck?” (no dobra, pomyślałam to samo, ale w tłumaczeniu na polski). Nie należę raczej do osób mało tolerancyjnych i zamkniętych na nowości, ale jednak nie umiałam sobie tego wyobrazić. Jaka sologamia? Co za ślub? Jak niby ma to wszystko wyglądać? I podstawowe pytanie – po co coś takiego robić?

Zaczęłam się więc zagłębiać w temat – jako Stara Panna poczułam się wręcz w obowiązku!-  i odkryłam stronę „I married me”, czyli po naszemu „ja poślubiłam siebie”. Nazwa odpowiednia i streszczająca całą ideologię nowego trendu. Założyciele owego portalu przekonują, że małżeństwo z samym sobą to symboliczna ceremonia, która ma na celu pokazanie jak ważni jesteśmy sami dla siebie, jak wiele dla siebie znaczymy, a obrączka, którą nakładamy w trakcie ślubu jest symbolem przypominającym o najważniejszym – o tym, że kochamy siebie. Oferta kierowana jest głównie do singli, ale ślub może wziąć także osoba będąca w związku, a nawet obecna żona czy mąż! Na stronie kupić można także obrączki, a kobiety, które zdecydowały się na ceremonię, często organizują ją w tradycyjnym stylu – z białą suknią, zaproszonymi gośćmi, bukietem i przysięgami przy ołtarzu. Wyjątkiem jest tylko to, że brakuje drugiej osoby.

Jesteś powodem do świętowania
Plan drogi do pozytywności, nasz zestaw ślubny, ma wszystko, czego potrzebujesz, aby stworzyć własną ceremonię, w tym obrączkę, przysięgi i codzienne karty afirmacyjne.
Ślub z samym sobą to symboliczna ceremonia – o ponownym połączeniu i pozostaniu w kontakcie z tobą. Noś pierścień, by przypominał Ci każdego dnia, aby KOCHAĆ SIEBIE.

fragment ze strony internetowej www.imarriedme.com

fot. iStock/ SanneBerg

fot. iStock/ SanneBerg

Biznes czy nowa fala?

Czytam to wszystko i odnoszę wrażenie, że ktoś tutaj trafił w dziesiątkę z pomysłem na biznes. W czasach, gdy nie umiemy odpoczywać i cieszyć się własnym życiem, mindfullness i hygge święcą tryumfy i zyskują na popularności, mamy trudności w relacjach z innymi lub nie potrafimy stworzyć stałych związków, z pewnością znajdą się osoby, które uwierzą, że taka ceremonia coś w ich życiu zmieni. Ale czy na pewno? Nie neguję tego, że sami dla siebie powinniśmy być ważni. Że musimy o siebie dbać, troszczyć się i kochać, być swoim najlepszym przyjacielem. Dobrze wiem, jak to jest żyć samemu, nosić miano starej panny i marzyc o kimś bliskim, o stworzeniu relacji, czuć się czasami źle i niewygodnie w swojej samotności – na dłuższa metę to nic fajnego. Ale żeby zaraz ubierać to w miano sologamii, dopisywać do tego ideologię i tworzyć szpanerskie ceremonie? Nie, sorry, ale ja tego w ogóle nie kupuję!

Czy to czasami nie jest ubieranie gówna w błyszczący papierek? (Przepraszam za wyrażenie, ale inaczej się nie da tego określić). Bo jak dla mnie mało jest tutaj miłości do samego siebie i autentycznej troski, a więcej krzyku rozpaczy z powodu samotności i braku bliskiej osoby oraz chęć udowodnienia sobie i światu, że jesteśmy ponad to, że w ogóle nas to nie obchodzi. A obchodzi, bo miłość, akceptacja i uznanie są podstawowymi potrzebami każdego człowieka i choćbyśmy nie wiem jak się oszukiwali, bez względu na to, jak dziwnie to nazwiemy, to niewiele to zmienia.

Zalety ślubu z samym sobą

Niewątpliwie jednak ślub z samą sobą ma jakieś zalety. Przede wszystkim już przy przygotowaniach do uroczystości nie będzie kłótni i wymówek, że ktoś jest za mało zaangażowany i w ogóle się nie stara – ten ktoś musi, bo oprócz niego nie ma nikogo. Po ślubie nie będzie awantur o rozrzucone skarpetki i źle zakręconą tubkę pasty do zębów, nikt nikomu nie wypomni zapomnianej rocznicy czy zignorowanych imienin. Nie będzie też narzekań, że kiedyś było inaczej, tam przybyło, tutaj ubyło i w ogóle to widziały gały, co brały, reklamacji nie ma. Prawdopodobnie to także jedyny rodzaj związków małżeńskich, które nie zakończą się rozwodem i sądowymi potyczkami o podział majątku, a więc statystyk można im już pozazdrościć!

Czy jednak ta moda przyjmie się na szerszą skalę? Szczerze, to bardzo w to wątpię, a przynajmniej nie w naszej szerokości geograficznej. I wcale nie chodzi tutaj o brak otwartości, przywiązanie do tradycyjnych uroczystości czy wąskie światopoglądy. Głęboko wierzę, że potrafimy być dla siebie dobrzy i kochać samych siebie bez dodatkowych atrakcji w postaci ślubów sologamicznych i tłumaczeń niczym żywcem zerżniętych z książek Paulo Coelho. Ufam, że potrafimy odróżnić autentyczne, szczere wartości, od biznesowych zagrywek i cynicznym bazowaniu na cudzych emocjach. Mam też nadzieję, że jest w nas odpowiednia dojrzałość i tolerancja dla życia solo na kocią łapę.

Żródłó: www.imarriedme.com


Przestańcie wytykać innym wagę! To, czy ktoś ma spodnie wielkości namiotu czy chusteczki do nosa, to wyłącznie jego sprawa

Stara Panna
Stara Panna
20 lipca 2017
Fot. iStock / vitalytitov
Fot. iStock / vitalytitov

– To nie jest kraj dla grubych ludzi – mówi M. podczas ostatniego babskiego spotkania. Faktycznie, po ciąży zostało jej kilka nadprogramowych kilogramów, na które zdarza jej się narzekać, ale tragedii nie ma i ona też nie wydaje się z tego powodu wariować. Z rozmiaru 38 przeszła na 40/42, ale zamierza wrócić „do siebie”, jak tylko przestanie karmić piersią, będzie mogła intensywniej ćwiczyć i ograniczyć kalorie.

– Co ty opowiadasz! – oburza się P., rozmiar 38/40 – przecież tyle się teraz mówi o modelkach size plus, w sklepach kupisz wszystko, są rozmiary, wiele się zmienia.

–  Nie o ciuchy chodzi, ale o podejście ludzi. Możesz być głupia, uprzedzona, nawiedzona, ale nikt ci tego wprost nie wytknie. O widocznych defektach i niepełnosprawności też nikt się nie zająknie, bo nie wypada. Ale jak tylko spodnie ci się opinają albo fałdka spod bluzki wyjrzy, to zaraz się pojawią komentarze, dobre rady i onieśmielające pytania. No same powiedzcie, że jest inaczej?

Wszystkie baby zaczęły intensywnie myśleć i analizować. Inaczej niestety nie jest. Ludzie wiele rzeczy komentują, oceniają, dopytują, a temat figury i kilogramów jest chyba jednym z ich ulubionych. No i dobre rady jak się ich pozbyć i zamienić z fat na fit też dają bez wahania i bez pytania. Tak jak teściowa M.

– Ostatnio na jej urodzinach podała mi tort z komentarzem, że ukroiła mi mniejszy kawałek, bo już i tak dobrze wyglądam. Myślałam, że spalę się ze wstydu, dwadzieścia osób przy stole nagle zamilkło i czułam, jak ważą i mierzą mnie wzrokiem. Ze sto razy już słyszałam od niej, że powinnam chleb porzucić, makaronu się wystrzegać, ewentualnie czasem kasze zjeść, a tak to warzywa, warzywa i owoc czasami, ale też nie każdy i w małych ilościach. Jej znajoma przestała jeść pieczywo i schudła prawie dwadzieścia kilo!

No tak, metoda znajomej znajomego zawsze jest najbardziej skuteczna i gorąco polecana, a zamiana diety z ludzkiej na króliczą (czytaj : sałata, marchewki i kiełki) cudowną kuracją odchudzającą. Cudowną, dopóki sami nie spróbujemy, a po zrzuceniu kilogramów nie wrócimy do objadania się i zgubnych nawyków – jojo murowane!

– U mnie teściowa nie komentuje, za to matka zawsze coś mi wytknie – dodaje B. rozmiar 36/38 – odkąd pamiętam ona sama jest na diecie i ciągle się ogranicza, a o kaloriach to chyba czytała mi w dzieciństwie na dobranoc. Jak słowo daję, zawsze przy niej nieświadomie wciągam brzuch, choć nie bardzo mam co. A jak razem jemy obiad, to wszystko staje mi w gardle, o dokładce nie ma mowy, bo strażnik mojej wagi patrzy.

Bo choć rodzina powinna nas akceptować i zapewniać wsparcie bez względu na wagę, to właśnie z domu rodzinnego najczęściej wynosimy złe wzorce. Matki, które są wiecznie powtarzają, że są grube, brzydkie i muszą schudnąć, ojcowie, którzy żartują z krągłości dojrzewających córek, krewni, chwalący dziewczynki jedynie za wygląd i mówiący, że muszą być chude, bo inaczej nikt ich nie pokocha – takie są fakty. Dodajmy do tego lansowany w mediach obraz idealnej sylwetki (jedynej słusznej, o rozmiarze topmodelki) i parcie na zdrowe odżywianie, ćwiczenia fizyczne i bio-fit- życie. nie ma nic złego w zdrowym jedzeniu i aktywności fizycznej, ale ludzie, to idzie w złą stronę i niedługo zjedzenie snickersa będzie grzechem śmiertelnym, a brak karnetu na siłownie albo butów do biegania prosta droga do wykluczenia społecznego.

– Mam taką koleżankę w pracy – zaczyna B. – babka słusznych rozmiarów, ubrania kupuje 46 albo i nawet większe. Kiedyś opowiadała mi, że nie lubi chodzić ze swoimi dzieciakami do restauracji czy na lody, bo ma wrażenie, ze wszyscy dookoła się gapią i czekają, co ten grubas zamówi i ile gałek lodów zeżre. To musi być straszne.

– My byliśmy teraz na urlopie i facet w pensjonacie powiedział, że obok jest świetna kawiarnia, a ja wyglądam na taką co lubi słodkie – oburza się M. – Dobrze, że mój K. tego nie słyszał, bo by się na rękoczynach skończyło. Powiedziałam temu matołowi, że to, czy mam spodnie wielkości namiotu czy chusteczki do nosa to wyłącznie moja sprawa.

Powszechna opinia jest taka, że gruby jest ten, kto zajada się ciastkami, fast foodami i czekoladą, a aktywność fizyczna to dla niego zło konieczne. Jak gruby kupuje sobie loda, to już wszystko wiadomo i karcące spojrzenia obcych ludzi są nieuniknione. A jak chudy kupi pięć i wszystkie zje, to nawet zabawne jest i nikt mu złego słowa nie powie, że cukier, że kalorie, że to niezdrowo. Znam to z własnego doświadczenia, mała nie jestem, nigdy nie byłam chudzinką i raczej nie będę, ale nie dlatego, że kocham hamburgery i leżę całe dnie. Odżywiam się zdrowo, regularnie ćwiczę, ale z hormonami nie zawsze da się wygrać. I tak, czasami też „zgrzeszę” i upiekę ciasto do niedzielnej kawy albo zjem kawałek czekolady (w końcu też jestem człowiekiem) i nie potrzebuję do tego przyzwolenia innych – niech każdy pilnuje swojego talerza i własnego tyłka.

Choć oficjalnie mówimy, jak ważna jest akceptacja ciała bez względu na jego rozmiar i że dążenia do idealnej sylwetki za wszelką cenę to chore i niepokojące zjawisko, to nieoficjalnie grubego nie akceptujemy (no chyba, że na zdjęciu sprzed metamorfozy) i traktujemy jako gorsze. Oceniamy, komentujemy, pozwalamy sobie na żarty i żarciki w złym guście, czujemy się w obowiązku przeliczyć kaloryczność jego obiadu i rozliczyć z wypoconych kalorii. Patrzymy i widzimy nadmiar kilogramów, często zapominając, że mamy przed sobą człowieka, takiego samego jak my, z uczuciami, emocjami i wrażliwością.


Zastanawiasz się czasem „jak ona to robi?”. Powiem ci – świetnie udaje

Stara Panna
Stara Panna
30 czerwca 2017
fot. iStock/ yulkapopkova
fot. iStock/ yulkapopkova

Znasz te kobiety, które wydają się być idealnie ogarnięte w każdej dziedzinie, których plan A nigdy nie zmienia się na B, C czy nawet Z, bo zawsze dopinają swego? Mają ułożone życie rodzinne, z powodzeniem wychowują dzieci, w pracy zgarniają pochwały, zawsze mają pomalowane paznokcie i starannie zrobiony makijaż, a ich bluzka gniecie się jakoś tak mniej niż bluzki innych. Z lekką nutą zazdrości zastanawiasz się czasem „jak ona to robi?”. Powiem ci – świetnie udaje!

W życiu każdej osoby jest jak w teatrze – to, co na scenie, możemy oglądać, podziwiać, analizować i oceniać do woli, ale kulisy są dla nas jedną wielką zagadką i nawet, jeśli tam się wali i pali, to nie mamy o tym bladego pojęcia. Każdy z nas ma takie swoje kulisy, do których wpuszcza nielicznych, najbliższych sobie ludzi, przed którymi nie boi się otworzyć i pokazać prawdy o sobie. Na co dzień widzimy najczęściej jedynie publiczny obraz drugiego człowieka, to, co on sam zdecydował się światu zaprezentować i ujawnić. I znowu, tak jak w teatrze – jedni grają znośnie i przeciętnie, inni są niczym drewno i widać każde ich niedociągnięcie i braki warsztatowe, a niektórzy zgarniają burzę oklasków po każdym swoim słowie czy geście i hipnotyzują widzów.

Te Cud Kobiety zaliczają się właśnie do ostatniej kategorii. Są fenomenalne w swoim udawaniu, wykreowały wokół siebie rzeczywistość, w której są niczym „święte – wiecznie ogarnięte”. Sprawiają wrażenie kogoś, kto małe problemy rozwiązuje w minutę, na duże potrzebuje dwóch, a cuda załatwia następnego dnia. Ale to jedynie fasada, zgrabna sztuczka z zakresu marketingu i PR- u, bo przecież nie ma idealnych kobiet, nie ma idealnych ludzi. Gdybyś zajrzała za ich kulisy zobaczyłabyś pewnie bałagan taki sam, jak i u ciebie, kolekcję masek na każdą okazję i sztab pomocników, którzy niezauważeni odwalają najczarniejszą robotę pomagając Cud Kobiecie funkcjonować bez szwanku dla jej pozycji.

fot. iStock/ Paolo Cipriani

fot. iStock/ Paolo Cipriani

Cud Kobiety świetnie udają, oto ich sekret! Udają, że nie stresuje ich deadline w pracy i bez problemu zdążą oddać dokumenty zanim szef się o nie upomni, a w rzeczywistości mają tak samo spocony tyłek i podskórny strach jak cała reszta. Udają, że foch ich czterolatki w sklepie w ogóle ich nie rusza, a spojrzenia ciekawskich ludzi wokół nie mają znaczenia, ale w myślach mówią sobie wszystkie brzydkie wyrazy, odliczają po raz wtóry do tysiąca i za szerokim uśmiechem ukrywają mocniej zaciśnięte zęby. Udają, że nie dotknęła ich przykra uwaga partnera, jego brak empatii i zrozumienia, bo nie mają siły na kolejną kłótnię i wywlekanie wszystkiego na światło dzienne. Udają, że ciasto, które podały teściowej upiekły samodzielnie w domowej kuchni, a te wspaniałe przekąski wyszły spod ich rąk, a nie z restauracji na rogu. Udają, że wcale sobie nie odpuściły niektórych spraw, że wciąż mają je na liście swoich priorytetów (bo przecież nie mieć nie wypada) i dążą do sukcesu w każdej sferze swojego życia (bo przecież nie dążyć nie wypada).

To nie jest hipokryzja, żadna próba oszustwa, czy wielkie intryga na światową skalę. Te Cud Kobiety udają nie po to, by komuś dokopać, pokazać swoją wyższość czy zyskać satysfakcję z czyjejś zawiści i zazdrości (przynajmniej w większości). One udają w akcie samoobrony i dla własnego dobra! Wypracowały sobie metodę na to, jak nie zwariować, jak nie dać się wpędzić w szalony wyścig o złoty medal Kobiety Perfekcyjnej – udają, że już są na mecie i dawno otrzymały nagrodę. Mają też swoje mantry, które powtarzają zaraz po przebudzeniu – jestem wspaniała, jestem doskonała, jestem szczęśliwa i zadowolona – i w które po pewnym zaczynają wierzyć. Dzięki temu same niejako zadecydowały o tym, jakie są, o swoim poczuciu szczęścia i osobistej satysfakcji – i tego można im zazdrościć, w tym warto brać z nich przykład!

Ty tez możesz być Cud Kobietą, od zaraz, od teraz! Przestań marudzić i wszystkim wokół rozpowiadać, jak to masz ciężko w życiu i z jakimi problemami walczysz. Odpuść tam, gdzie możesz i komu możesz, częściej spuszczaj siebie i swoich bliskich ze smyczy obowiązków i powinności. Pozwól sobie na zakulisowy bałagan, nie zabije cię odrobina nieporządku, gwarantuję! Nie roztrząsaj wszystkiego, co cię spotyka i przestań się przejmować każdym detalem, czasami nie mamy na pewne sprawy wpływu i trzeba to zaakceptować. Wmawiaj sobie, że jesteś wspaniała, wyjątkowa, rewelacyjna, atrakcyjna i cudowna- tak, właśnie, wmawiaj i udawaj przed samą sobą, jeśli nie chcesz przyjąć tego za oczywistość i rób to tak długo, aż w końcu nie zaczniesz w to wierzyć! A gdy to się stanie, inni będą patrzeć na ciebie i zadawać sobie pytanie „jak ona to robi?”.