„Słowo „kredyt” działa na mnie jak płachta na byka i kiedy zaczynam: „po ch*j nam to było”, mój mąż patrzy z politowaniem…”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
6 września 2017
Fot. iStock/avid_creative
Fot. iStock/avid_creative

Kredyt. Brrrr. Zimne poty, bezsenność, nocne koszmary. Brrr. Kredyt, który miał być cudowną przepustką do posiadania czegoś na własność staje się klatką, z której trudno się wydostać. Brrr.

Ile razy wyobrażaliście sobie lub (szczerze współczuję) śniło wam się, że przychodzi windykator, że zaglądacie na konto, a tam brakuje na kolejną ratę. I choćbyśmy nie wiem, jak mieli w dupie pieniądze, to jednak kredyt to coś, co nas prześladuje przez wiele dłużących się lat.

Nienawidzę. Słowo „kredyt” działa na mnie jak płachta na byka i kiedy zaczynam: „po ch*j nam to było”, mój mąż patrzy z politowaniem i tłumaczy zawiłości mało dla mnie widocznej inwestycji w coś, z czego na dzisiaj w ogóle nie korzystamy. Tak szczerze, to myślę, że sam sobie próbuje to zracjonalizować, by nie myśleć, że to była nasza wspólna najgłupsza decyzja w życiu.

Czasami, jak mnie nerw na początku miesiąca ogarnia, kiedy zliczamy wszystkie nasze wydatki, sratki i podatki, zastanawiam się, po co ludziom kredyt. Po co nam kredyt? Czy nasze życie nie byłoby szczęśliwsze, gdybyśmy nie dostawali tego przyprawiającego o chwilowy napad paniki SMS-a z banku: „Prosimy o uregulowanie należności w wysokości 8,23 franka szwajcarskiego”, bo akurat tyle zabrakło do całkowitej raty. Mąż źle przeliczył, o co nie mam pretensji, bo kto by się w tym połapał.

Kupiliśmy mieszkanie, na kredyt oczywiście, na raty, które wydawały się nam możliwe do spłacenia, kto by brał pod uwagę najbliższe 30 lat, kto by pomyślał, że wyprowadzimy się w pioruny? Żyje się tu i teraz. Młode małżeństwo, czekające na drugie dziecko, wszyscy mówili: „O teraz powinniście iść już na swoje”, „No teraz to już własne mieszkanie”. Gdzie ja wtedy miałam rozum? Dlaczego mi się lampka nie zaświeciła: „a po co ci?”. Źle mi było w naszym wynajętym mieszkaniu? Może i było już na czwórkę ciut za małe, ale zawsze do wynajmu można było znaleźć większe, a nie od razu kupować, kredytować się i czekać na analizy banku i ostateczne „tak” po dostarczeniu setki dokumentów, gdzie miałam wrażenie, że odarta zostałam ze wszystkich tajemnic, o których teraz wie bank, pośrednicy banku i wszyscy koledzy Królika.

Mamy jakąś taką potrzebę posiadania, społecznie czujemy się poważani mając coś swojego. Jasne, że dzisiaj jestem mądrzejsza o dekadę spłacania kredytu za mieszkanie, w którym od kilku lat już nawet nie mieszkam. I wiem jedno – dzisiaj na bank (nomen omen) nie wzięłabym po raz drugi kredytu tylko po to, żeby coś mieć. Żeby to mówiło o mnie: „patrzcie to moje, to znaczy, że zarabiam, że mój status materialny i społeczny jest na poziomie akceptowalnym przez innych, że stać mnie spłacać kredyt we frankach”. A kogo nie stać, jak już się wzięło, płacić trzeba, czy stać czy nie stać. I tyle. Można biadolić czy to uczciwe czy sprawiedliwe, że ten frank tak do góry poszedł, ale kogo to obchodzi. Byłaś głupia, jak podpisywałaś dokumenty, to teraz płacz i płać. No głupia byłam jak but.

Wiecie, nie żebym była amerykańskim fanatykiem, ale jednego od zawsze zazdroszczę Amerykanom. Zazdroszczę im nieustannej gotowości do zmiany, do przenoszenia się z jednego miasta do innego, z jednego końca kraju na drugi, bo jest praca, taka potrzeba, bo dzieci, szkoła, pasje. Tymczasem u nas nadal panuje kult mojego kawałka własnej podłogi. Musi być. Musimy zapuścić korzenie tak głęboko, że nogami w końcu nie możemy ruszyć, ba – wyjechać nigdzie nie możemy dalej, bo przecież kredyt i nas nie stać. Ale podłogę własną co drugi dzień umyć możemy. Chwała za to. Co tam marzenia o wakacjach, skoro rynek akurat się załamał i ktoś musi odkładać, bo rata najważniejsza, bo przecież nie mogą odebrać ci tego, na co tak ciężko harujesz.

Pytam siebie: serio? potrzebujesz domu z aktem własności do szczęścia? Oj tak, nie raz słyszałam: „Ale obcemu za wynajem płacić będziesz? Lepiej tę kasę daj na coś swojego”. Na swój bank. Oczywiście. Swój własny mały taki banczek, co to ratunię kredytunię zamiast opłaty za wynajem co miesiąc pobiera i czasami wspaniałomyślnie co niektóry daje wolne od spłaty na wakacje. A jak za 15 lat ci nie starczy, bo stracisz pracę, bo zachorujesz, bo może wydarzyć się dziesiątki nieprzewidywalnych rzeczy, to ten twój baneczek odbierze ci tej twój domeczek. O i tyle będzie twojego. 15 lat, czyli jakieś 180 rat pójdzie w pizdu z dymem. Ja pie*dolę.

A tymczasem, mając wynajętą chatę niczym się nie wiążemy. Jest praca w Krakowie – proszę bardzo przenosimy się, szukamy mieszkania, jest wyjazd na Filipiny, bo akurat znajomi Polacy szukają kogoś, kto im pomoże prowadzić knajpę? Żaden problem, zero stresu, czy rata wpłynie, czy nie, czy najemcy, dzięki którym kredyt się spłaca, przypadkiem nie zechcą zdemolować nam chaty i przepaść jak kamień w wodę? Życie bez kredytu byłoby piękne, ale nie liczę na przypływ gotówki taki, że stać by mnie było po prostu spłacić bank, który rozsiadł się jak panisko na mojej hipotece.

Nie mam pretensji do banku. Widziały gały co brały, a raczej widziały tylko to mieszkanie, a reszta, no przecież jakoś to będzie. Eh. Cwaniacy. Wiedzą, że rządzi nami potrzeba konsumpcjonizmu, że miarą naszego szczęścia coraz częściej staje się to, co posiadamy. Znajoma mówi: „wezmę auto w leasing, to moje jakieś takie już… wiesz, pewnie zaraz się popsuje”. Idealna wymówka, żeby wziąć coś na raty, tylko po co? Naprawdę jest taka potrzeba? Jak z pralką, a nie daj Boże z telewizorem. Większy, lepszy – taki, przy którym koledzy powiedzą: „wow, stary, ale wypas” i pralka z tysiącem funkcji, których w rzeczywistości nigdy nie wypróbujesz, ba nawet nie poznasz. Na raty, bo co to 50 złotych miesięcznie. Żaden pieniądz. Chyba, że jeszcze dasz się skusić na specjalne ubezpieczenie poza gwarancją. Bo czemu nie skorzystać.

Kredyt to pułapka przywiązania. Nie tylko do miejsca, rzeczy, ale też do ludzi. Przecież od kilku lat powtarzamy, że wspólne kredyty łączą nas bardziej niż małżeństwo. Rozmawiam z przyjaciółką, która mówi: „Stara, masz rację, ja dzisiaj myślałam, po co ja ten kredyt cholerny płacę, jak za mniejszą kasę wynajęłabym też fajny dom, a jak dzieci z niego by wyszły, to zamieniłabym na mniejszy albo jakby mi się znudził, to poszukałabym innego, bo ja wiem, czy dzieci będą chciały tu zostać? Płacę co miesiąc ratę z nadzieją, że moje dzieci na tym skorzystają? Wolałbym część tej kasy odłożyć na świetne wakacje z nimi i żyć spokojniej”. Jak to było: mądry kredytobiorca po wzięciu kredytu?

Mogę tu sobie pobredzić licząc na zrozumienie. Sytuacji i tak nie zmienię, bo dzisiaj mój kredyt przewyższa wartość mieszkania, więc nawet go sprzedać mi się nie opłaca. Co za paranoja. Na szczęście mam fajnych najemców, niech im się tam dobrze mieszka, żebym ja mogła pójść dalej.

A może, z drugiej strony, to kwestia znalezienia swojego miejsca na ziemi? Ale czy kiedykolwiek i już na zawsze możemy być pewni, że tu właśnie chcemy mieć swój własny kawałek podłogi? Mi życie pokazuje, że jednak niekoniecznie… Jedyne, co pewne, to kolejna rata do zapłacenia.


Witaj jesieni, żegnaj bikini! W końcu można ukryć swoje ciało w workowatych sukienkach! Cudownie

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
11 września 2017
Fot. iStock
Fot. iStock

Witaj jesieni. Jak ja się cieszę, że w końcu nadeszłaś, że chłodem powiało i ani widu ani słychu po lecie. Zresztą – jakim lecie, kto je spędził nad naszym morzem, faktycznie może mieć tylko powody do narzekań. I wcale się nie dziwię. Pogoda nas nie rozpieszczała, ale tego przewidzieć nie mogliśmy jeszcze kilka miesięcy temu.

No więc u progu lata stanęłyśmy znowu przed naszą szafą próbując przepchnąć letnie ciuchy przed te zimowe… Mało kogo napawa to optymizmem, bo raczej to przemeblowanie garderobiane odsłania wszystko to, czego zobaczyć byśmy nie chciały.

Bo znowu postanowienia noworoczne wzięły w łeb i ani dieta nam nie wyszła, ani aktywność nie okazała się być aż tak aktywna, by zrobiła z nas na lato boginie seksu. No bo przyznajmy sobie tak szczerze, po babsku – która z nas nie chciałaby poczuć się we własnej skórze piękna? I bez znaczenia, czy nosimy rozmiar 36 czy 46? Po prostu mieć takie poczucie, że nasze ciało wygląda fajnie, że kurde zadbałyśmy w końcu o nie i nie wstydzimy się wystawić go do słońca!

Umówmy się, kobiety plus size potrafią wyglądać cudowniej niż niejedna ikseska. Jak ciało jest wysportowane, wymasowane, nawilżone i lekko muśnięte słońcem… eh… Rozmarzyłam się. Cóż, moje takie nie jest, a do ideału jeszcze mu brakuje. Bo jak już ten przeklęty cellulit zniknie na chwilę, to fałdka na boczku się pojawi. Mięśnie brzucha pieczołowicie ćwiczone na siłce nijak się latem pokazać nie chcą. Może w następnym – mówi trenerka, a ja myślę: „Do następnego, to ja tabletki na odwodnienie i odtłuszczanie wezmę, może podziała!”. No więc mnie jakoś tak bardzo brak pogody tego lata nie zmartwił. Nie musiałam sprawdzać czy we wszystkie sukienczeki, spódniczeczki i bluzunie z zeszłego roku się zmieszczę.

Co za ulga, że one sobie wisiały, a ja mogłam bez problemu na nie patrzeć myśląc: „Ha, w tym roku za zimno, wcale cię nie ubiorę, a za rok to ja już taka laska będę!”. Srały muszki będzie wiosna – jak to mawia klasyk. Ale nie ma co się zniechęcać, a kto wie, może jednak tym razem i już nareszcie w końcu będę piękna na kolejne lato! Marzyć nikt mi nie zabroni, a jak ja sobie dodam, że marzenia należy spełniać, może to się okaże wystarczającą motywacją.

Ale tymczasem witam jesień z uśmiechem. O witaj ukochana, która pozwalasz opatulić się ogromnymi swetrami, wrzucić na siebie workowatą sukienkę, założyć grube rajstopy i buty, które skryją opuchnięte stopy!

O witaj jesieni, kiedy już swoje ciało mogę skryć niczym tajemnicę w przepastnych koszulach, dżinsach i jesiennych kozakach. To niemal jak kokon, którym się otaczam, by na lato zrzucić sobie te warstwy ubrań i bez cienia wstydu pokazać swoje piękne ciało… No dobra, trochę mnie poniosło. Ale wiecie, chodzi o to, że kocham jesień za to, że już nie muszę ubierać koszulek z krótkim rękawkiem i zastanawiać się, czy mi już wisi czy jeszcze nie ta dziwna skóra na ramionach (skąd się jej nagle do cholery tyle bierze?). Nie muszę się martwić, czy nie zapomniałam ogolić sobie pach w kąpieli, a niefortunnie ubrałam sukienkę na ramiączkach i nijak dyskretnie zerknąć się nie da, czy tam już coś rośnie czy nie, a co dopiero się przeciągnąć, czy podnieść rękę prosząc o rachunek kelnera, który niczym Adonis biega po letnim ogródku ulubionej knajpki.

Jesień to koniec ze sprawdzaniem, czy nogi się dobrze ogolone, czy nadal walczyć z wrośniętymi po wosku włoskami. Tak to jest, jak się chce choć raz iść na łatwiznę i na wosk się człowiek wybierze przed urlopem. No i masz babo placek, jesień spędzę na wydłubywaniu tych włosków ze skóry. Mogę zapomnieć o bikini choć na chwilę, nie przejmować się czy wszystko wygląda tak, żeby w oczy nie kuło. Strój kąpielowy dwuczęściowy głęboko chowam do szafy, niech poczeka na lepszą wersję mnie za rok. Ten jednoczęściowy zostawię, może basen zimą… W końcu jakoś do tej lepszej wersji dojść trzeba, może dopłynąć będzie łatwiej.

Ale teraz – nadchodzi jesień, hulaj dusza kalorii nie ma! No bo przecież każdy, gdy robi się zimno i szaro za oknem, zasługuje na odrobinę przyjemności w postaci gorącej czekolady cz grzanego wina, porcji ciasta z bitą śmietaną i i kanapki z białym świeżym pieczywem prosto z piekarni przywiezionym i choć dopiero 21:00 to już ciemno, a ten chlebek taki ciepły i tak pachnie… Oj tam pół bochenka. Dopiero wrzesień, na odchudzanie i formę przyjdzie czas. Siłownię trzeba odwiedzić, co by się zapisać od listopada pewnie, biegać to najlepiej od października,nie można przecież tak od razu, bo kto do czerwca wytrzyma. Dieta? Hmm dieta. No tak. Dieta. Dieta może poczekać, w końcu niedługo urodziny mamy, teściowej, przyjaciółki, Święta, no kto by się odchudzał przed Świętami, prawda? Nowy Rok, kilka miesięcy do lata, nawet chudnąć pół kilograma na tydzień (bo tak zdrowo i rozsądnie, o diecie wiem wszystko), to wyjdzie jakieś osiem mniej do maja! Phi jeszcze będzie pięknie!

Tymczasem żegnaj bikini, witaj jesieni. Idę po kanapkę! A wieczorem owinę się w koc!


Czy coś ze mną jest nie tak? Zostawić miesięczne dziecko, żeby pojechać na wakacje? Gdzie jest granica?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
30 sierpnia 2017
Fot. Screen z Instagrama / majabohosiewicz
Fot. Screen z Instagrama / majabohosiewicz

Siedzę i myślę, i wku*w mnie ogarnia na sam fakt, że się nad tym zastanawiam. Bo tak jak celebrycki świat mnie ani ziębi, ani grzeje, to jednak zatrzymało mnie gdzieś info o tym, jak Maja Bohosiewicz, która urodziła miesiąc temu drugie dziecko, wybrała się na krótkie wakacje ze swoim partnerem (w sumie nie wiem czy to mąż, czy narzeczony, nieważne).

No i tak siedzę i dumam, gdzie jest granica? Dobra, wiadomo nie od dziś, że miewam dosyć swoich dzieci, jak każdy normalny rodzic. Że z utęsknieniem czekam na wakacyjny obóz, kiedy to oni odpoczną od nas, a my od nich. A teraz modlę się o wrzesień – niech już idą do szkoły dając chwilę oddechu.

Ale czy przypominam sobie czas, gdy miały miesiąc? Jasne, że tak. Przy starszym synu pierwsze cztery tygodnie przeleżałam karmiąc go i śpiąc na zmianę. I jeszcze na spacer dość szybko wychodząc. Cała moja uwaga była skupiona na nim nie dlatego, że tak musiałam, ale tak czułam. Wiedziałam, że dla niego jestem najważniejszą osoba na świecie, że pierwsze trzy miesiące życia dziecka to czas krytyczny, kiedy najsilniej potrzebuje poczucia bezpieczeństwa, znajomych zapachów, głosów. Kiedy przywiązuje się do najbliższych mu osób.

Dobra, ktoś by pomyślał – pierwsze dziecko – wiadomo, szał. Przy drugim już jest inaczej. U mnie było inaczej o tyle, że  czas musiałam dzielić na dwójkę. Ale pierwszy miesiąc, pierwsze trzy miesiące były tak samo istotne, jak wcześniej. Ta nauka uczenia się siebie nawzajem. Ono mnie, ja jego. Kiedy śpi, czego potrzebuje, jak reaguje na różne bodźce czy lubi, jak jest mu chłodniej, czy jak cieplej. Spacer bardzo długi czy lepiej krótszy. Jak często je, kiedy jest niespokojne.

To są najważniejsze chwile w życiu naszego dziecka, a uważam, że najpiękniejsze w życiu każdej matki. Dobra, wiem, są kolki, nieprzespane noce, ale w ogólnym rozrachunku? To czas kiedy my możemy dać z siebie najwięcej, obdarzyć dziecko takim ogromem miłości, które wyposaży go na całe życie tak naprawdę. Bo żaden etap życia dziecka nie jest tak istotny, jak te pierwsze miesiące.

Jedni zdają sobie z tego sprawę, inni pewnie trochę mniej, ale i tak często czują to intuicyjnie. Bo też takie jest macierzyństwo – intuicyjne.

I jestem pierwsza od podpisania się za postulatami:

– matki dajcie sobie luzu

– nie musicie być idealne

– pamiętajcie o sobie

– pamiętajcie o swoim związku

– pozwólcie sobie na zdrowy egoizm

– życie nie kończy się na dzieciach.

I będę głosić to wszem i wobec. Ale dzisiaj pytam siebie (was też w sumie), gdzie jest granica? Czy miesięczne dziecko zostawiłybyście na cztery dni, bo wasz mąż, ojciec waszych dzieci, zrobił wam prezent, żebyście odpoczęły? Jak mój mąż robi mi taki prezent teraz, zabierając na weekend, żebyśmy mogli pobyć sami, to jestem mu wdzięczna i kocham go jeszcze bardziej, ale odpocząć, gdy dziecko ma miesiąc?

Znajoma powiedziała: „To wbrew biologii”, kurczę no myślę podobnie. Próbuję wyobrazić sobie siebie zostawiającą miesięczne dziecko, takie maciupeńkie, zupełnie bezbronne, dla którego mam świadomość, że w tym momencie jestem cały światem – mój zapach, mój głos, moje bicie serca to wszystko, co zna i wie, że jest dla niego.

A może myślę źle, może właśnie to matka ma prawo decydować i wyjeżdżać, i zostawiać swoje dzieci nianiom, babciom, whatever. Bo dla dziecka i tak nie ma znaczenia z kim, znaczenie ma tylko, że nie z mamą. Tylko po co na cztery dni, może lepiej na tydzień, żeby już odpocząć na całego i później publicznie mówić, jak bardzo się tęskniło i jak takie wakacje dobrze robią, bo człowiek wraca mając więcej chęci do bycia mamą… Chyba.

A i nie można zapomnieć, że jak się na Instagrama wrzucało zdjęcia z wakacji, to teraz dla równowagi trzeba fotki z dzieckiem poumieszczać.

Jak zupełnie inaczej odbiera się rzeczywistość kiedy jesteś odpowiedzialny tylko za siebie. Kiedy jadący na około taksówkarz nie wkurza, tylko bawi. Bo przez jego zachowanie nie rozpłacze się dziecko/spóźnie się na drzemkę/ muszę dać jeść/zmienić pieluchę. Hotel wybierasz na miejscu, bo najwyżej będziesz spać na plaży. Wszystko jest przygodą. Nic nie jest zaplanowane. I nagle jest czas na żarty, na „nic nie musimy”, na to żeby leżeć w łóżku od rana i oglądać mtv oceniając nogi tancerek w skali 1-10, jest czas żeby chodzić za rękę na śniadanie i dawać sobie buzi co 7minut. Ale wiecie co jest najlepsze?! Jak googlowaliśmy czy jest jakiś samolot powrotny dzisiaj. Bo wakacje z dziećmi wymagają poświęcenia czasu i energi ale NIC nic na całym cholernym świecie nie daje mi tyle radości co te małe Śmierdziuchy, które kocham ponad życie i czuję się tu niekompletna. Szczęśliwa. Ale niekompletna. To tylko weekend, ale pierwszy. A pierwsze razy są trudne. #momslife

Post udostępniony przez Stara Dzidziutków (@majabohosiewicz)