Skoro nie jesteś w stanie naprawić osób, które kochasz, skup się na naprawianiu siebie

Karolina Krause
Karolina Krause
4 stycznia 2017
Fot. iStock/courtneyk
Fot. iStock/courtneyk

„Faceta trzeba umieć sobie wychować” mówiły nasze matki i babki. I co? Udało im się? Jednym tak, drugim nie. Ale każda chyba przyzna, że była to droga przez męki. Choć staramy się wyciągać z tego nowe wnioski, owo dążenie do zmieniania innych wciąż wydaje się być głęboko w nas zakorzenione.

Psycholog Paul Coleman w swojej książce „Musimy pogadać. Trudne rozmowy z współmałżonkiem”, stara się wytłumaczyć dlaczego idea zmieniania naszych partnerów, przyjaciół, czy dorosłych dzieci, tak aby dostosowali się do naszych oczekiwań, jest dla nas niezwykle pociągająca. Jego zdaniem – „Ego utwierdza nas w przekonaniu o absolutnej słuszności naszego punktu widzenia, jednakże prawda wygląda tak, że na ogół próby wyprowadzenia kogoś z błędu odbijają się rykoszetem”.

„Zakładamy, że wiemy więcej, że posiedliśmy głębszą wiedzę o tym, co najlepsze” – dodaje Coleman. Gdy pozwalamy drugiej stronie odczuć, że tak właśnie myślimy, może ona to odebrać osobiście – poczuć się gorsza i przyjąć postawę obronną. Co automatycznie przełoży się na osłabienie więzi między wami i pogłębi dystans.

Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem, kiedy nie zgadzamy się w jakiejś kwestii z osobą, na której nam zależy, jest próba naprawienia sytuacji. Do tego potrzebna jest jednak akceptacja, którą trzeba ćwiczyć. Jeśli wiesz, że twój partner jest raczej typem domownika, może lepiej byłoby gdybyś poszła na kolejne przyjęcie bez niego. Unikniesz w ten sposób kolejnej awantury, a jemu zaoszczędzisz stresu wynikającego z przebywania w większym tłumie. Albo, gdy twoje dziecko informuje cię, że nie chce iść na studia. Spróbuj wesprzeć go w podjęciu decyzji dotyczącej pierwszej poważnej pracy. W końcu istnieją różne drogi osiągania tego samego celu.

W pewnych sprawach nigdy nie znajdziemy z daną osobą wspólnego języka, jednak zawsze powinniśmy starać się zaakceptować jej autonomię. Być może kiedyś zmieni swoją decyzję, a może nigdy tak nie będzie. Z całą pewnością jednak doceni twoje dobre intencje i okazany szacunek. To umocni waszą więź i pozwoli zachować pozytywne stosunki. Jak twierdzi Coleman – „Musisz po prostu przyznać, że istnieją trwałe różnice, ale trzeba się nauczyć z nimi żyć”.

Źródło: focus.pl


„Chciałabym pracować, nie chcę być darmozjadem”. Apel matki dziecka niepełnosprawnego

Listy do redakcji
Listy do redakcji
4 stycznia 2017
Fot iStock/BalazsKovacs
Fot iStock/BalazsKovacs

Jestem matką dziecka z niepełnosprawnością. Jestem matką, która co dla niektórych jest jak wrzód na tyłku. Bo najlepiej, żebym siedziała cicho, brały zasiłek, który daje nam państwo i nie wychylały się z jakimikolwiek roszczeniami. Bo my sobie jakoś poradzimy, bo zbierzemy pieniądze na 1%, w miasteczku ktoś zorganizuje festyn dla naszego dziecka, może jeszcze jakaś fundacja pomoże nam zebrać pieniądze na rehabilitację i leczenie.

Patrzę na placu zabaw z cichą zazdrością na dzieci, które przybiegają do swoich mam prosić o picie, albo o zasznurowanie buta. Nie, nie mam żalu. Kocham moją córkę, jest całym moim światem i bez niej życia sobie nie wyobrażam. Ale bywa, że narasta we mnie wściekłość, wściekłość na bezsilność, wściekłość na siebie, gdy brakuje mi już sił i determinacji, wściekłość na system, który nijak nie pomaga nam dźwignąć tego wszystkiego.

A ja wcale nie chcę dużo, wcale nie chcę narzekać jakoś strasznie. Mam prawie 40 lat, jestem pogodzona ze swoim życiem, które lubię i szanuję, a kiedy upadam powtarzam zawzięcie, że trzeba wstać i przeć do przodu, bywa, że czasami jak taran… Inaczej się nie da.

Ale też bywają dni, kiedy jadę z córką do lekarza, kiedy odkładam słuchawkę słysząc: „wolny termin wizyty za pół roku”, kiedy na jeden wyjazd do specjalisty wydaję 1100 złotych i co? Co mam zrobić? Co maja zrobić te tysiące matek, które codziennie, każdego dnia, każdej godziny borykają się z tymi samymi problemami, z wyborami, decyzjami, które mogą stanowić o być lub nie być ich dziecka. O ich życiu…

Chciałabym pracować

– nie chce być darmozjadem, który żeruje na tym, że ma chore dziecko i siedzi w domu. Tak – wiem, że są tacy, co tak myślą. „Dostaje 1500 złotych i jeszcze marudzi, do roboty by poszła”. A ja bym poszła, dorobiłabym, na zlecenie, na umowę o dzieło. Ale nie mogę, bo przepadnie mi zasiłek, który ma starczyć na opiekę nad moim dzieckiem. I co? Skoro wizyta u specjalisty z badaniem to 600 złotych plus dojazdy – jednorazowo w miesiącu wychodzi ponad 100- złotych plus leki z recepty dodatkowe 200? Ja nie żebrzę, nie błagam. Ja tylko bym chciała pracować. Ale kto zatrudni matkę dziecka z niepełnosprawnością, skoro nagłe przypadki zdarzają się dość często, kiedy nagle okazuje się, że 10 dni spędzamy w szpitalu, że zwalnia się termin u lekarza i już i teraz musimy jechać? Policzyłam… W ciągu roku nie byłoby mnie w pracy 4 – 5 miesięcy. Kto zatrudni mnie na stałe? Kto zajmie się moim dzieckiem, kiedy spóźnię się do domu, a maż wyjdzie na drugą zmianę, do drugiej pracy, na kolejny etat, by zarobić na nasze utrzymanie, na leczenie naszej córki?

Chciałabym mieć dostęp do specjalistów

– wiele gabinetów lekarskich odwiedziłam… Z wieloma „ekspertami” rozmawiałam. Dwóch potrafiło wstać, przywitać się, podać rękę, porozmawiać z dzieckiem. Dwóch na dziesiątki innych. Tych dwóch mieszka daleko, ale to do nich jeździmy, bo tylko im mogę powierzyć z ufnością zdrowie i życie mojego dziecka. Czy tak trudno byłoby przyjmować dzieci z niepełnosprawnością poza NFZ-owskimi kolejkami. Moją córkę boli ząb – wizyta za pół roku… Bo my oprócz dentysty potrzebujemy anestezjologa, każdy zabieg w pełnym znieczuleniu. Żaden z rodziców zdrowych dzieci nie przeżywał koszmaru szukania lekarzy, umawiania się na wizyty, błagania o przyjęcie, o zdjęcie, o tomograf, o leki. „Według matki…”, „Na podstawie matki wywiadu…”, „Zdaniem matki…” – nie pochylają się nad dzieckiem, ściągają z siebie odpowiedzialność, odsyłają, przerzucają, byleby się nie zaangażować. A my nadal śnimy o szpitalu w Leśnej Górze i lekarzach z „Na dobre i na złe” – na próżno. Służba zdrowia rozczarowuje, rozczarowują lekarze, którzy traktują twoje dziecko jak numerek w kolejce, w końcu i tak jest chore… Po co mu pomagać bardziej. Niech ma szczęście, że żyje…

Chciałabym wiedzieć, że państwo mi pomaga

– ale nie dając 4000 złotych, jeśli moje kolejne dziecko urodziłoby się nieuleczalnie chore, nie dając 500 złotych, na które ja matka chorego dziecka się nie łapię, bo o 20 złotych próg przekraczamy. Chciałabym wiedzieć, że moja córka nie jest marginalnym problemem, że nie są nimi tysiące innych dzieci. Chciałabym nie musieć krzyczeć, prosić i zabiegać o wpłaty na 1%, liczyć na pomoc fundacji i ludzi dobrej woli. Przyzwyczailiśmy państwo, że my możemy jeść sam ryż, byleby dziecku zapewnić godziwą opiekę. Nikt nas nigdy nie traktował poważnie, nie traktował tak naszych dzieci. A wystarczyło zadbać o leki, bo co z tego, że jedne mam refundowane, a za drugie – tak samo potrzebne płacę wysoką cenę? Co z tego, że mam dostęp do państwowej służby zdrowia, która dla mojej córki nie istnieje, bo kolejki długie, bo specjaliści często żadni. Gdyby nie moja determinacja, mój upór moja córka mogłaby nie żyć… Ja walczę, ale są matki, które spuszczają głowę i wychodzą…

Chciałabym zasypiać spokojnie

– bo z wszystkim innym dam sobie radę, bo sobie odmówię, żeby moja córka miała. To nie jest problem. Ale ta myśl, co będzie, gdy mnie zabraknie, jak ona da sobie radę kończąc 25 lat i dostając na dzisiaj rentę w wysokości 600 złotych? Jak ma godnie żyć. Ktoś powie: „nikt na świat chorych dzieci nie prosi”. No właśnie okazuje się, że są tacy, co proszą tylko bardziej zależy im na życiu nienarodzonym, na odhaczeniu kolejnych narodzin w statystykach, a dalej, niech się dzieje, co chce. Z każdym, ze wszystkim, z rodzicami i dziećmi z niepełnosprawnością…

Każdego dnia się boję. Każdego dnia modlę się, żeby nic się nie wydarzyło, żeby było spokojnie, żeby moja córka bez żadnych problemów przeszła z jednego dnia w kolejny i kolejny. Jestem matką. Przede wszystkim matką dziecka, chwilę później matką dziecka niepełnosprawnego. Czy to powód, żeby traktować mnie gorzej?


Drogi tato, który nie płacisz alimentów! Skoro jesteś taki dobry w liczeniu, powiedz proszę, kiedy ostatni raz zapłaciłeś w aptece za leki dla twojego dziecka? List otwarty

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 stycznia 2017
Fot. iStok/AleksandarNakic
Fot. iStok/AleksandarNakic

Drogi tato, który nie płaci alimentów,

Chcę tylko wiedzieć jedno – czy ty naprawdę wiesz, co robisz? Zadaj sobie proszę pytanie, oprócz pomocy finansowej, co właściwie należy do twoich obowiązków?Kiedy ostatni raz przycinałeś malutkie paznokcie? Czy budzisz się przed wschodem słońca, aby mieć pewność, że twoje dziecko zdąży do szkoły? Ile godzin tygodniowo spędzasz pomagając w odrabianiu prac domowych i czy ktoś ci za to płaci? Trzymasz to swoje dziecko za rękę podczas wizyt lekarskich i wydajesz potem kilkadziesiąt złotych w aptece na lekarstwa? Jesteś taki dobry w liczeniu, powiedz proszę, ile posiłków planowałbyś zrobić za około 200 zł tygodniowo? Czy wiesz, ile pieniędzy trzeba wydać w ciągu całego roku na pieluchy i mokre chusteczki? Ile kartonów mleka, ile bochenków chleba kupujesz tygodniowo ?

Ile razy w nocy budziłeś się, bo maluch miał właśnie najgorsze w swoim życiu, albo pierwsze, koszmary? Znasz imiona przyjaciół twojego dziecka? (…) Kiedy ostatni raz zrobiłeś w sobotnie przedpołudnie pięć prań, a potem jeszcze dwa w niedzielę, bo nadeszła katastrofa i ulubiony koc pokrył się wymiocinami i okruszkami z kanapek?

Ilu zleceń w pracy nie wziąłeś z powodu choroby twojego dziecka i braku wolnego czasu?… Ile prądu zużywasz skoro nie musisz w nocy zapalać światła, bo w twoim mieszkaniu nie kryją się potwory? Ile wynoszą twoje opłaty za wodę, skoro nie kąpiesz swojego dziecka i nie robisz co chwila prania? Kiedy ostatni raz zapłaciłeś za przedszkole, albo za szkolny obiad, czy komitet rodzicielski?

Ile wydajesz miesięcznie na papier toaletowy, szampon, pastę do zębów, czy płyn do kąpieli, który nie uczuli delikatnej skóry twojego dziecka?

Kiedy ostatni raz kupiłeś albo upiekłeś dla dziecka tort urodzinowy, kiedy zawinąłeś w piękny, kolorowy papier wszystkie prezenty i zapłaciłeś za nie w sklepie? Kiedy ostatni raz, półprzytomny, zmieniłeś cały zestaw pościeli o 4 nad ranem (słuchając płaczu twojego chorego dziecka), żeby miało czysto i wygodnie? Ile razu czuwałeś w nocy przy nim, kiedy miało gorączkę i męczący kaszel? Ile bajek wtedy opowiedziałeś, ile książeczek przeczytałeś?

Znasz nazwisko pediatry, do którego chodzi twoje dziecko? Numer sali, w której odbywają się klasowe zebrania i nazwisko nauczyciela? Czy wiesz jaki rozmiar butów nosi twoja córka, i czy zdajesz sobie sprawę z tego, że za chwilę te buty będą już za małe?

Z ilu możliwości rozwoju zrezygnowałeś, bo dobro dzieci i czas spędzony z nimi były dla ciebie najważniejsze? Gdzie jesteś, kiedy twoje dziecko zaczyna się buntować, nie chce sprzątać swojego pokoju, kiedy płacze i jest nieszczęśliwe?

Czy byłbyś w stanie zrobić to wszystko samodzielnie, mając do dyspozycji jedynie tę kwotę, którą teraz masz tylko dla siebie?…

To prawda, pracujesz ciężko. Mniejsza o to, że jesteś zatrudniony na „najniższą krajową”, aby móc powiedzieć, że nie możesz płacić alimentów, bo cię na to nie stać. Pracujesz ciężko, kiedy masz na to ochotę. I masz też przecież swoje potrzeby, opłaty. Rachunek za energię elektryczną, paliwo do samochodu, żywność, wakacje. Zasługujesz przecież na ten cholerny urlop.

A skoro tyle cię ogranicza, dlaczego miałbyś wysyłać jeszcze „swoje” pieniądze na „pomoc” matce swojego dziecka? To był jej wybór, że znalazła się w takiej sytuacji, prawda?  Może powinna pogodzić się z twoim brakiem odpowiedzialności, z uzależnieniami, zdradą, lub po prostu żyć dalej w tym nieszczęśliwym związku. Nie byłaby teraz samotną matką.

Być może w ciągu kilku tygodni lub miesięcy, jeśli nazbierasz trochę dodatkowej gotówki, wyślesz jej kilkaset złotych. Nie dlatego, że jesteś do tego prawnie zobowiązany, ale dlatego, że jesteś takim dobrym człowiekiem. Powinna być ci wdzięczna, prawda?

Mylisz się.

Kiedy jesteś w sklepie spożywczym, nie musisz tłumaczyć trzylatkowi, że nie możesz kupić mu gazetki z bohaterami ulubionej kreskówki. Nastoletniej córce nie musisz mówić, że nie stać cię w tym roku na zakup modniejszej kurtki. Nie płacisz za szkolne wycieczki, ani wyprawy do muzeum.  Nie czujesz lęku za każdym razem, gdy nie jesteś pewny, że „starczy wam do pierwszego”. Bo nie jesteś odpowiedzialny za kogoś jeszcze.

Bronisz się, odsuwasz to od siebie, albo wcale o tym nie myślisz. Sypiasz dobrze w nocy i wciąż uważasz, że spotyka cię olbrzymia niesprawiedliwość. Każdy wie, że jesteś cholernie dobrym ojcem. Wychowałbyś te swoje dzieci o wiele lepiej niż ona i to bez niczyjej pomocy. Lepiej, żeby i ona jej nie miała. I niech przypadkiem sobie kogoś nie znajdzie. Żaden obcy facet nie ma prawa zajmować się twoimi dziećmi.

Czy naprawdę wiesz, co robisz, gdy uciekasz przed płaceniem alimentów? Czy zdajesz sobie sprawę, jak to wpływa na jakość życia twojego dziecka, na samopoczucie jego matki? Czy masz świadomość, że bez względu na to, co wydarzyło się między tobą, a kobietą, którą kiedyś kochałeś, wciąż jesteś odpowiedzialny za sytuację materialną twojego dziecka i powinieneś wspierać osobę, która poświęca całe swoje życie, aby je wychować?

Nie, nie dlatego, że jesteś hojny, lub dlatego, że zostało ci trochę gotówki, albo dlatego, że sąd  tak nakazał. Dlatego ze jesteś odpowiedzialnym, przyzwoitym człowiekiem. I nie oczekuj pochwał. Kiedy ostatni raz powiedziałeś matce swojego dziecka „dziękuję” za wszystko, co robi dla niego, każdego dnia?

Wychowywanie dzieci nie jest nagrodą za dobre zachowanie. To jest męcząca, ciężka, praca. Przy tej pracy, twoje lody w weekend i kino raz na trzy miesiące są po prostu śmieszne. Może i „reszta świata” stoi po twojej stronie. Do perfekcji opanowałeś wizerunek świetnego ojca. Na Facebooku. Wśród znajomych. Szkoda, że oni nie znają prawdy.

Drogi tato, który nie płacisz alimentów, myślę, że wiesz, w głębi duszy, że popełniasz ogromny błąd. Pora go naprawić.


Zródło: josidenise.com

 


Zobacz także

Fot.  Screen z Youtube  /

Ćwiczenia na piłce – mięśnie pośladków, grzbietu i tylnej części ud

po tragedii w Nicei

Świat sztuki jednoczy się z Francją, po tragedii w Nicei

Fot. iStock/tirc83

Sąsiedzie, dobrze, że jesteś… Tyle tylko, że coraz częściej o tym zapominamy