Silna i dominująca. Kim jest „samica alfa”?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
3 października 2016
silna i dominująca - samica alfa
Fot. iStock / utkamandarinka
 

„Samiec alfa” – to sformułowanie towarzyszy opisowi silnego mężczyzny, który obejmuje dowodzenie nad jakąś grupą. W naturze określa się tak osobnika dominującego i przewodzącego stadem zwierząt. Najsilniejszy, zdecydowany na walkę w obronie własnych interesów i bezpieczeństwa pozostałych. „Samiec alfa”, funkcjonował dotychczas jako przedstawiciel męskiego gatunku, od zarania dziejów kojarzonego z okazywaniem siły. Tymczasem nastały nowe czasy, a wraz z nimi pojawiły się one — silne, niezależne, zaradne kobiety, które nie boją się sięgać po władzę oraz przywileje czy rzeczy, które ich zdaniem im się należą.

Samica alfa staje do walki

Te kobiety nie potrzebują stawać za plecami facetów, podążać wiernie za ich cieniem, bo doskonale odnajdują się w wytyczaniu własnych ścieżek. Decydują indywidualnie, co i w jaki sposób chcą osiągnąć i dążą z powodzeniem do celu. Bo typ kobiety „alfa” pokazuje, że stać ją na wiele. Inne kobiety (mężczyźni zresztą też) tak samo jej się obawiają, jak podziwiają, a wiele z nich pragnie odkryć w sobie właśnie ten pierwiastek kobiecej siły i dominacji.

Kobieta „alfa” potrafi bronić własnego zdania i stawiać na swoim, nawet jeśli na pierwszy rzut oka, nic nie gwarantuje osiągnięcia sukcesu. Ambitna, przebojowa i wyróżniająca się z tłumu odważnie sięga wyżej, niż mniej zorientowane na sukces koleżanki i koledzy. Trudno jest nią manipulować i wykorzystać do własnych celów. To raczej ona, jako sprawny gracz rozstawia swoje pionki na polu walki o wymarzone trofeum.

Dominacja mężczyzny kontra siła charakteru kobiety 

Przestrzeń życia i działania kobiet oraz mężczyzn, zupełnie się przemieszała. Od dawna nie funkcjonuje jasny podział na obowiązki typowo kobiece i typowo męskie. Kobiety prowadzą firmy, jeżdżą ciężarówkami, walczą na ringu. Mężczyźni opiekują się ciężko chorymi, zajmują się dziećmi, projektują kobiece fatałaszki. Nie ma podziału, nie istnieje granica, za to coraz intensywniej ścierają się wpływy jednej i drugiej płci. Każda chce rządzić, zaznaczyć swoją siłę i przewagę. Następuje swego rodzaju wyścig zbrojeń w zakresie kompetencji, umiejętności i osiągnięć. Kobieta dominująca predysponowana jest nie tylko, by przetrwać, ale rozmawiać z mężczyznami jak równy z równym. Jedynie w ekstremalnych przypadkach dochodzi do zjawiska „psychologicznej kastracji”, gdy silna kobieta pozbawia partnera możliwości podejmowania decyzji czy przejmowania inicjatywy. Bywają jednak tacy panowie, którym taka zamiana ról wcale nie przeszkadza, co pokazuje badanie przeprowadzone w Wielkiej Brytanii.

The Daily Mail” poinformował niedawno, że jedynym lub głównym żywicielem rodziny jest obecnie co piąta Brytyjka. Co ciekawe tamtejszym mężczyznom podoba się, że ich żony i narzeczone zarabiają na życie – tak twierdzi aż 86 proc. ankietowanych. 44 proc. facetów przyznało, że byliby szczęśliwi, gdyby mogli zająć się dziećmi i domowymi obowiązkami.

Kobiety chcą być po prostu silne, nie „alfa”

My same nie lubimy tego określenia. Mimo że wiele silnych, ambitnych kobiet staje w szranki z facetami, nie wszystkie chcą być tak określane. Samica, jakakolwiek by nie była — alfa, beta, gama czy delta, nie brzmi dobrze. Wręcz przeciwnie, to określenie w połączeniu z silnym charakterem, raczej tworzy negatywny obraz. Czasem nawet nie „samicy”, a „suki”, wrednej, dwulicowej i gotowej na wszystko. Do zdobycia wymarzonej pracy, wykłócenia się o swoje racje, czy odbicia brzydszej koleżance męża.

Samiec „alfa” w odniesieniu mężczyzny brzmi inaczej, bo dumnie. Mężczyzna ma w genach cechy przywódcze, pociąg do okazywania siły i swojej przewagi. Kobiety powinny być raczej łagodne, ukierunkowane na dzieci, tworzenie ogniska domowego, w którym ten facet miałby się ogrzewać. Tymczasem schemat się zmienia, kobiety wychodzą z domowych pieleszy, wprost w ten wielki świat, do tej pory dostępny dla nielicznych z nich. Coraz częściej kobieta staje się głową rodziny i decyduje w całości na temat jej funkcjonowania. Bywa, że przyjmuje na swoje barki ciężar utrzymania domu, a nawet wyręcza w tym niezaradnego partnera. Według badań 30% Polek dokłada się finansowo do domowego budżetu większymi kwotami i to właśnie one troszczą się o finansową egzystencję rodziny. Co ciekawe, te same cechy dla postronnych stają się u kobiety silnej zbiorem negatywów, a u faceta „alfa” nadal pozostaje czymś podziwianym, pożądanym zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn.

Silne kobiety mogą zrobić sobie krzywdę

Sobie, a także partnerowi. Bo łatwo pójść o krok dalej, niż podpowiada logika. W dążeniu do osiągnięcia celu można się pogubić. Wtedy cierpi na tym otoczenie kobiety, szczególnie partnerzy, którzy nie do końca nadążają za tempem ich działania. Odsunięci na boczny tor, mogą czuć się niepełnowartościowi i mniej istotni. A nawet silne kobiety powinny pamiętać, że mimo poczucia misji i wewnętrznej siły, łatwiej jest współpracować, niż samej nieść na barkach swój mały świat, jednakowo w kwestii zawodowej, partnerstwie czy wychowywaniu dzieci.


źródło: kobieta.wp.pl


Wiele już zostało powiedziane. Powtórzę więc najważniejsze: Mówimy NIE

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
3 października 2016
Fot. iStock / Martin Allinger
 

Prawie dwanaście lat temu zaczynałam swoją pracę jako psychoterapeutka. Byłam wtedy matką rocznego dziecka, a miejscem, gdzie zaczynałam, była przychodnia w Warszawie. Ona była jedną z moich pierwszych pacjentek. Wysoka szatynka w okolicach trzydziestki. Przechodziła obok, gdy zobaczyła, że w przychodni przyjmuje psycholog. Przykryta licznymi luźnymi szalami (była zima) jawiła się w moich oczach jako kobieta, która zmaga się z nadwagą. Dopiero dwa miesiące później przyznała się, że to zaawansowana ciąża. Niechciana, z pigułki gwałtu – tyle wiem z jej opowieści, ale tylko ona miała dla mnie znaczenie. Cóż dałaby mi prawda, gdy jedna jedyna prawda tej sytuacji mówiła o tym, że ona tego dziecko nie chciała i nie zamierzała wychowywać? „Obcy”, „inny”, „intruz”, „ono” lub „to” – tak o nim/o niej mówiła. Obrzydzenie, wstręt mieszały się z głęboko ukrywanym cierpieniem. „Udaję, że go nie ma”- mówiła. „Gdy się rusza, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że jest we mnie pasożyt, który prędzej czy później zniknie”. „Nigdy nie chciałam mieć dzieci i nigdy mieć ich nie będę”- to zdanie nie drgnęło nawet o milimetr mimo wielu rozmów.

Zniknęła nagle. Czy oddała dziecko do ośrodka adopcyjnego, jak zamierzała? Nie wiem. Czy zostawiła może w oknie życia? Nie wiem. Czy stało się coś gorszego? Nie wiem naprawdę.  Wiem tylko, że wtedy nie było żadnej siły, nawet tej ponad moją własną niekompetencję, by wskrzesić pragnienie w kimś, kto tego nie chce. Prawie każdy zna podobną historię.

Od tego czasu minęło wiele lat, a ja spotkałam w swojej pracy wiele niechcianych ciąż, trochę niedobrych matek i wiele wspaniałych. Spotkałam matki chorych dzieci i dzieci niepełnosprawne w stopniu lekkim i ciężkim. Także dzieci, których życie było pasmem bólu, odrzucenia i samotności. Które może, jakimś cudem, nie oddadzą tego swoim dzieciom. Zastanawiałam się niejednokrotnie, co by było gdyby…? Nie mam śmiałości, by na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć, ale…

Uważam, że kobieta powinna mieć WYBÓR. Wybór, który nie jest lekkomyślny, ale ten w najtrudniejszych sytuacjach, gdy rozstrzyga się sprawa życia i śmierci, wykorzystania seksualnego, a także podjęcia się roli rodzica w sytuacji upośledzenie płodu. To dla mnie OCZYWISTE. To właśnie ta decyzja, w tej jednej milisekundzie, gdy powiemy sobie tak lub nie, zmienia nasze życie na zawsze. Także naszych najbliższych, rodzeństwa, które zostanie obarczone odpowiedzialnością, i samego dziecka, które w mniejszym lub większym cierpieniu będzie żyć. A może jednak wszystko się poukłada? – podszeptuje nadzieja. A co jeśli nie? Kto weźmie odpowiedzialność za tę decyzję?

Kilka lat temu do głowy by mi nie przyszło, że będę pisać taki tekst, a w pracy brać urlop, by uczestniczyć w Ogólnopolskim Strajku Kobiet. W Polsce? W moim kochanym kraju, gdzie prawo aborcyjne miało iść w stronę większej liberalizacji, a kobiety stanowiły coraz silniejszą i wpływową grupę społeczną? Gdzie można było kochać jak się chce (prawie), wychowywać w duchu własnych wartości i mieć wolność w podejmowaniu najważniejszych dla mnie kobiety decyzji. A teraz od kilku miesięcy zastanawiam się, gdzie będziemy żyć, ja, a potem moja ukochana córka, której nigdy nie pozwolę zostać w kraju, gdzie jej podstawowe prawa są łamane. Myślę też o swoim synu, który ma uczyć się szacunku dla woli kobiety i który, jeśli stanie kiedyś wobec bardzo trudnego wyboru w swoim życiu, mam nadzieję, że będzie bardzo uważnie słuchał swojej kobiety, partnerki, czy żony. A decyzja będzie ich wspólną decyzją.

Wiele już zostało powiedziane. Powtórzę więc najważniejsze:

Są kobiety, które nie chcą mieć dzieci. Ich prawo.

Są kobiety, które są bite, poniżane i gwałcone. Ich prawa są łamane. Urodzenie dziecka może być traumą do końca życia.

Są dziewczynki, które są molestowane i zachodzą w ciąże. Kazać im rodzić to barbarzyństwo.

Są kobiety, które są w ciąży, ale ich życie lub dziecka jest zagrożone. Zakaz aborcji to także zakaz prawa do dalszego życia.

Są kobiety, których sytuacja nie jest opisana w żadnym z powyższych, ale nadal nie ma w niej miejsca na urodzenie dziecka.

Dziś w całej Polsce wszystkie kobiety, które myślą o sobie, swoich córkach, partnerkach swoich synów, przyjaciółkach, znajomych i nieznajomych, a także o tych kobietach, których historie znają i tych, których nie ma już z nami, a wiemy, że poświęciły swoje życie – strajkujemy w imię solidarności z wszystkim kobietami w naszym kraju. Mówi się, że jesteśmy sobie nieżyczliwe, obojętne na los innych, rywalizujące, cokolwiek to by nie było – dziś jesteśmy RAZEM jak nigdy przedtem. Dając wyraźny sygnał, że polska kobieta jest silna i że nie jest sama. Są nas tysiące.

W milczeniu. Lub głośno krzycząc. Z powagą tej sytuacji. Z szacunkiem dla każdej kobiety, która stała lub stanie kiedyś wobec tej decyzji. Z troską o nas wszystkie. Z miłością do innych kobiet. Z miłością do tego kraju. Z miłością do Boga, który nie ma nic wspólnego z tym, na którego się powołują.

Mówimy NIE.


„Mam 46 lat i zaczęłam studia. My kobiety zasługujemy na wszystko, co najlepsze – w każdym wieku!”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
2 października 2016
Fot. iStock / m-imagephotography

Droga redakcjo,

1 października zostałam studentką. Zasiadłam w ławach uczelni po raz pierwszy, z ogromną determinacją i podekscytowaniem. I pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden, mały szczegół. Mam 46 lat. W końcu postanowiłam zainwestować w siebie.

Znajomi śmieją się, że powinnam wybrać uniwersytet trzeciego wieku, a nie normalną uczelnię. Może na początku mnie to denerwowało, a nawet demotywowało… Dzisiaj jednak wiem, że dobrze zrobiłam. Postawiłam na siebie, w końcu!

Ostatnie lata spędziłam na wychowywaniu dzieci, męża też! Za mąż wyszłam w wieku 18 lat. Wszyscy mówili, że to paranoja. Młodzieńcza miłość, która zaraz nam przejdzie. Zaraz po maturze zaszłam w ciążę. Złożyłam papiery na uczelnię. Ba, dostałam się na medycynę! Studentką byłam miesiąc. Pewnego dnia zamiast na zajęciach, wylądowałam na oddziale patologii ciąży. Dziecko było dla mnie najważniejsze. Studia mogły poczekać.

Potem urodziłam jeszcze dwójkę dzieci. Na szczęście mój mąż miał na tyle dobrą pracę, że mogliśmy sobie pozwolić na to, bym została w domu. Stałam się typową kurą domową. W ogóle o siebie nie dbałam, nie miałam życia poza dziećmi i mężem. Nie byłam tylko lekarką, ale przy okazji sprzątaczką, kucharką, nauczycielką i przyjaciółką. Najstarsze dziecko miało 9 lat, kiedy wpadłam w depresję.

To był czas, kiedy depresja była postrzegana jak fanaberię. „Bo kobiecie nie chce się zajmować dzieckiem, bo jest wyrodną matką, bo jest egoistką…” W tym całym nieszczęściu, moim największym szczęściem był mąż. Przejął trochę obowiązków, odciążył mnie i zaprowadził… do pracy! Nie było to coś niezwykłego. Ot, zwykła praca w salonie piękności. Na pół etatu, pomoc w ogarnianiu rachunkowości. Zawsze miałam talent do matematyki, w domu zajmowałam się rachunkami. Żeby nie było – salon należał do kuzynki męża, więc wszystko było trochę poza kolejnością. Pomimo wszystko, dzięki nim odżyłam!

Dzieliłam życie między pracę i dom. Bałam się, czy dzieci sobie z tym poradzą. Pracowałam do południa, więc teoretycznie w czasie, kiedy maluchy były w szkole. Chciałam być jak najbliżej nich, a z drugiej strony mieć coś z życia dla siebie. Matka kwoka, co? Zgadnijcie ile wytrzymałam w pracy. Uwaga, całe cztery miesiące! Przyszły wakacje. Dzieci płakały, żebym została w domu… No i zostawałam, przez kolejne kilkanaście lat.

W międzyczasie dzieciaki dorosły, mąż dostał awans, a ja zostałam perfekcyjną panią domu. Pokochałam gotowanie, prasowanie, a każda przyjaciółka dzwoniła do mnie z błaganiem o poradę jak usunąć plamę po podkładzie z koszulki czy upiec moją popisową bezę. Moja metamorfoza była zauważalna dla wszystkich. Nie byłam już kurą domową, a kimś, kto naprawdę cieszy się życiem! Koleżanki i koledzy moich dzieci zazdrościły im matki – dla mnie to był największy komplement.

Rok temu najstarszy syn spełnił moje marzenie – został lekarzem. Na imprezie, którą zorganizowałam dla niego i jego przyjaciół, syn zażartował, że teraz pora na mnie. Konkretniej na studia i na mnie. Wyobraźcie sobie, jak bardzo się śmiałam! Mój mąż skwitował to tylko hasłem, że na studia mnie nie puści, bo jeszcze znalazłabym sobie młodszego kochanka.

Kochanka nie potrzebowałam, ale studia zaczęły mnie coraz bardziej intrygować. Zaczęłam szukać uczelni w pobliżu domu. Kierunek nie miał znaczenia. Szukałam, grzebałam w Internecie, ale nic nikomu nie mówiłam. W końcu zdecydowałam się na rachunkowość. Trochę tego zakosztowałam i naprawdę polubiłam. Kto wie, może gdybym nie uległa dzieciakom, dzisiaj byłabym ministrem finansów?!

Tydzień temu urządziłam rodzinny obiad. Zaprosiłam dorosłe dzieciaki z żonami, a mąż zastanawiał się, czy przypadkiem nie chcę ich poinformować o ciężkiej chorobie. Kiedy wszyscy rozkoszowali się pieczenią ze śliwkami, postanowiłam przekazać im tą radosną informację. -Kochani, zapisałam się na studia. Zaczynam w sobotę.

-Studia?! A ja myślałem, że masz raka!

Reakcja syna-lekarza była o wiele bardziej zaskakująca.

-A już myślałem, że nigdy nie załapiesz – zasługujesz na coś dla siebie!

Ma rację, zasługuję. Tyle lat poświęcałam się dla innych, że teraz pora zadbać o siebie. Kiedy usiadłam w szkolnej ławie z okazji innej niż wywiadówka czy przedstawienie. I wiecie co? Bardzo mi z tym dobrze! W końcu czuję, że robię coś dla siebie. Może i nie zacznę pracować w zawodzie za trzy lata, ale przynajmniej będę miała świadomość, że postawiłam na siebie.

Z mężem założyłam się, że jeżeli skończę studia w terminie, za trzy lata jedziemy w wymarzoną podróż dookoła świata. Czy to nie cudowna motywacja?!
Pamiętajcie, na zrobienie czegoś dla siebie nigdy nie jest za późno! Niezależnie od tego, czy chcesz studiować, zostać pilotem czy może skoczyć ze spadochronem. My, kobiety zasługujemy na wszystko, co najlepsze. Nieważne, ile masz lat i skąd jesteś, spełniaj swoje marzenia.


Zobacz także

Uśmiechnij się do siebie. Tydzień drugi, dzień #1

Rzeczy, które robisz, gdy boisz się, że twoja miłość cię porzuci

Czego dowiedziałam się o sobie po rozwodzie? Samych dobrych rzeczy!