Siedem wiarygodnych sygnałów, że ON cię lubi. Bardziej niż innych (inne?)

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 października 2016
Ilustracja: Alena Tsarkova dla BrightSide.me
 

Jeśli umierasz z ciekawości, bo chciałabyś dowiedzieć się co ON o tobie myśli, nie musisz pytać wprost albo bawić się w zgadywanki. Wystarczy poobserwować jego pozy. Niezależnie od tego, co dana osoba mówi, jej gesty mogą ujawnić znacznie więcej prawdziwych intencji…

7 wiarygodnych sygnałów, że mu się podobasz:

1. Poprawia sobie włosy, albo stara się je potargać 🙂

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

W ten sposób panowie (panie również!) często dodają sobie pewności siebie. Kiedy widzimy kogoś atrakcyjnego, instynktownie staramy się poprawić swój wygląd.

2.Układa ręce blisko bioder

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

Jeśli mężczyzna trzyma ręce w pobliżu bioder – na przykład w kieszeniach – daje wyraźny sygnał, że jest silny :).

3. Stara się wyglądać okazalej, niż w rzeczywistości 

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

W świecie zwierząt to już prawie rytuał. Gdy zaczyna się walka o samicę, należy użyć specjalnej techniki przyciągania jej do siebie – na przykład postawić pióra albo nastroszyć futro. Wszystko po to, żeby wyglądać na tak dużego, jak to tylko możliwe…

4. Przyjmuje otwartą postawę

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

W sytuacjach społecznych, podświadomie przyjmujemy bardziej otwartą postawę w stosunku do osoby, która nam się podoba. Zwróćcie uwagę na stopy –  instynktownie ustawiamy je się w kierunku tego, z kim chcemy kontaktu.

5. Naśladuje twoje pozy

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

Widzisz „lustrzane odbicie”? Oznacza to, że ON próbuje cię zrozumieć i znaleźć z tobą coś wspólnego. To, co widzisz to podświadomie odzwierciedlanie tych pragnień w języku jego ciała.

6. Bardzo się stara być elokwentny 🙂

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

Zwróć uwagę na tę chwilę, kiedy ON staje się bardziej rozmowny, „łapiąc cię” w polu widzenia. Oznacza to, że chce ci … zaimponować.

7. Nagle w jego zachowaniu pojawia się więcej energii i zainteresowania

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

Fot. Alena Tsarkova dla BrightSide.me

Jeśli ktoś cię lubi, wyraz jego twarzy staje przyjazny i otwarty. Zobaczysz tę sympatię w jego oczach, a jeśli jest nerwowy, może się rumienić.


Źródło:  brightside.me


Nie jesteś ważny, człowieku. Jeśli tylko cudze przedkładasz nad swoje

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
2 października 2016
Fot. iStock/lofilolo
 

Człowiek ma plany. W głowie, na liście „to do”, a także w szufladzie, zamknięte pod kluczykiem. Z reguły całkiem obszerna to lista… punkty, podpunkty, wydrukowane albo odręcznie utrwalone z pomocą schludnej kaligrafii. To są plany człowieka. Potem, człowiek ma cudze plany, najczęściej doraźne, na gębę, telefon, email też bywa popularny, zwłaszcza ostatnimi czasy. Te drugie plany, z reguły podlegają realizacji natychmiastowej. Te pierwsze, całkiem przeciwnie!  Leżą odłogiem. Czekają na lepszy czas, mówimy, kiedy wreszcie będzie można usiąść, przewertować  to życie i zająć się tym czym zajmować się powinniśmy. Sobą znaczy się. Bo czyż nie sobą powinniśmy się zajmować? No niby tak, powiemy, ale telefon dzwoni, zadanie dostajemy i na złamanie karku lecimy je realizować.

Więc o co chodzi? Instynkt bowiem powinien raczej ku naszym marzeniom nas pchać. Czemu zatem realizujemy cudze życzenia z nabożną nadgorliwością traktując swoje pragnienia i potrzeby tak bardzo po macoszemu?

Przyszło mi do głowy, że chodzi o nagrodę i ten kod wygrawerowany na jakimś tam płacie przez mamę lub tatę albo społeczeństwo. Nagrodę, która idzie w parze z jakże pożądaną powszechnie zdolnością „zadawalania innych”. Znowu bowiem dziecko trzeba na scenę przywołać, to wewnętrzne dziecko, które od wersji mini mini, niemalże od dnia narodzin, jedną miało misję: przetrwać. A żeby przetrwać musiało wiedzieć jak przypodobać się światu, jak zadowolić tych wszystkich wymagających, którzy notabene, sami za dziecka przerabiali to, czego dziecko właśnie nauczyć się musi.

Sprawa była przy tym prosta. Działanie zgodne z oczekiwaniami było nagradzane. Przede wszystkim uwagą, wsparciem, zadowoleniem, zaangażowaniem w dziecka świat. Działanie wbrew oczekiwaniom niestety było karane: obojętnością, raniącą krytyką, brutalnym podcinaniem skrzydeł i co najgorsze komunikatem, że co to za dziecko na miłość boską! nic nie warte.

Nic więc dziwnego, że życie dziecka dookoła oczekiwań się plotło i z prawdziwą potrzebą, z tym wewnętrznym: „to jestem ja i tak postąpić muszę”, niewiele wspólnego miało. Kod przy tym był jednak tak cudownie prosty. Więc każde dziecko, prawie bez wyjątku, dzielnie wykonywało to, co zlecone mu było. Jak miało pomysł własny, nierzadko o geniusz zahaczający, było gaszone w brutalny wręcz sposób i powiadamiane drukowanymi literami, że mama czy tata są z dziecka takiego bardzo, ale to bardzo, niezadowoleni.

Dziecko urosło, wiadomo. Zrobił się z niego spory człowiek. Ale kod jest ciągle ten sam, niezmieniony , na jakimś tam płacie dłutkiem wychowawcy dobrze utrwalony. Niesie on jedną, druzgocącą acz zasadniczą wiadomość: nie jesteś ważny człowieku. Twoje marzenia, pragnienia, te żałosne listy „to do”, ta cała mozolna kaligrafia życzeń, to zwykła bzdura i strata czasu. Weź ty się lepiej za zadawalanie innych, bo to oni są warci a nie ty.

Ilu z nas ma taki kod? Ilu rozpoznaje w tym wszystkim siebie? Pewnie tłum, bo wychowanie na powyższą modłę to był standard swego czasu w Polsce. I wszystko jeszcze byłoby ok, gdybyśmy od zawsze mieli świadomość tego wychowawczego podtekstu. Gdybyśmy tylko zdawali sobie sprawę z tego co nam na tym płacie napisano. Ale niestety. Wychowawcza to jest enigma i nie tak łatwo ją złamać. Chociaż złamać można! Trzeba tylko przyjrzeć się własnym sukcesom z jednej strony i ich brakowi z drugiej. Czy rzeczywiście jest tak, że jak koleżanka prosi to bierzemy się do roboty i rezultaty mamy oszałamiające, a jak projekt jest nasz, to odkładamy go na potem, prokrastynuujemy jak Olimpijczycy, po mistrzowsku? Jeśli bowiem jest tak, że cudze przedkładamy nad swoje, wbrew logice i naglącej potrzebie, to szanse są, że voila! Mamy w móżdżek wbity kod: nie jesteś ważny człowieku. Tenże zaś najczęściej idzie w parze z kodem: zadawalacz. No i mamy efekt wiecznego niespełnienia.

Świadomość przy tym to piękna rzecz. No bo jakże tu odkładać upragnione plany i marzenia na potem gdy człowiek już wie dlaczego to robi. I o ileż łatwiej jest odmówić wszystkim potrzebowskim dookoła, gdy rozpracowało się mechanizm własnych zachowań. Świadomość bowiem nie tylko otwiera oczy, ale i zobowiązuje. Do tej pory człowiek bowiem nie wiedział, ba! całkowicie nie rozumiał dlaczego, kiedy wolna chwila na coś własnego już się pojawiła, on zamiast zabrać się do dzieła, zalegał na kanapie, by bezmyślnie oglądać nic nie wnoszący, a nawet niepokojący mentalnie show o pannach i paniach Kardashian, czy inne, podobne kuriozum medialne. Ileż to czasu przelało się niejednemu przez palce, gdy tak marnotrawił życie czyniąc rzeczy bezrozumne. I oczywiście, że trochę niewinnej głupotki w życiu też nam potrzeba. I oczywiście, że pomagać ludziom to sprawa jest szczytna. Absolutnie nie próbuję tu lansować konceptu, że bliźniemu ręki nie należy podawać. Trzeba jednak nie tylko znać umiar, ile może i przede wszystkim wiedzieć kiedy postępując w taki czy nie inny sposób, nie sabotażujemy przypadkiem siebie. Ciężko jest bowiem odkodować kod, który utrwalono nam przez lata. Ciężko jest oswoić się z myślą, że jesteśmy ważni. Ciężko rozwinąć skrzydła, które regularnie nam podcinano. Ciężko, bo wszystko w nas mówi do nas starym tekstem.

Dlatego świadomość to taka piękna rzecz. No i nie sposób od niej uciec, nie sposób nie zauważyć. Jak raz się włączy to jak czerwona lampka, świecić się będzie natrętnie, aż człowiek odczyta wiadomość i zacznie działać w jej kierunku. Bo prawda jest taka, że jesteś ważny, człowieku. Więc pora przestać udawać, że nie.


Prawdziwych przyjaciół poznaje się… no właśnie, kiedy?

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
2 października 2016
Fot. iStock/savageultralight

Podobno prawdziwi przyjaciele zawsze znajdą sposób na to, by nam pomóc, a fałszywi wymówkę, by tego nie zrobić. Jako nastolatki i gorące dwudziestki przyjaciół mamy niemal wszędzie i zdarza się, że każdą spotkaną Kaśkę, Baśkę czy Krzyśka zaliczamy z marszu do „best friends”. Po trzydziestce najbliższe grono nieco szczupleje (odwrotnie proporcjonalnie do nas samych) i zostaje z nami elita, najlepsi z najlepszych, crème de la crème naszego towarzystwa. Nie ma aptecznego testu na wykrycie przyjaźni, analizy laboratoryjnej ludzkich relacji, czy wzoru, dzięki któremu możemy obliczyć wzajemne zaangażowanie. Prawdziwych przyjaciół poznaje się jednak w kilku sytuacjach.

W biedzie i nieszczęściu

Mądrość ludowa od dawien dawna znana głosi, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Powtarzała tak babcia, a wcześniej jej babcia i babcia tejże babci, więc coś w tym musi być! Gdy w lodówce masz tylko światło, w portfelu lekko zwietrzały zapach dawno już wydanej gotówki, a twoja dobra passa wyjechała na długie wakacje, ludzie będący obok, którzy wspierają cię i dopingują, są twoimi prawdziwymi przyjaciółmi. Tacy, którzy odwiedzą w domu, gdy zaniemożesz, rosół w termosie przyniosą i herbatę ciepłą robią. Ci, którzy ochrzanią, gdy sił do walki zaczyna brakować i marudzenie się włącza, wymyślą plan C, gdy A i B okaże się niewypałem lub spod ziemi wykopią potrzebne ci informacje, kontakty i zasoby.

W obliczu sukcesu

Awans w pracy i rozwijająca się kariera, odznaczenie państwowe, wygrana w totolotka albo nawet dostanie się do lekarza specjalisty bez czekania latami – sukces jest ogromnym sprawdzianem dla relacji międzyludzkich. Nie każdy potrafi go znieść u swoich bliskich, nie każdy potrafi przełknąć czającą się gdzieś w gardle gulę zazdrości. Sukces może być dla kogoś tak dotkliwy, że stanie się barierą nie do przejścia – prawdziwych przyjaciół to jednak nie dotyczy. Jeśli blisko siebie masz ludzi, którzy gratulują szczerze, kciuki zawsze trzymają i na dodatek namawiają do tego, byś pięła się jeszcze wyżej, to nie pozwól im odejść zbyt daleko.

Przy remoncie i/lub przeprowadzce

Niejedno malowanie lub wnoszenie lodówki na trzynaste piętro zweryfikowało już status zażyłości ludzkiej. Remonty i przeprowadzki to niezawodne testy przyjaźni – posiedzieć na kanapie można z każdym, ale już wynieść ją lub położyć pasującą do niej tapetę to tylko z przyjacielem! Ten prawdziwy pomocy nie odmówi i za pędzel chwyci, będzie z radością sunąć wałkiem po ścianie, tynk skrobać i meble z Ikei skręcać. Kartony z dobytkiem do bagażnika zapakuje, w ich przewiezieniu pomoże, a nawet wniesie i rozpakuje. A potem pomoże przy parapetówce, toast pod tę nową szafę wniesie i w zbudowaniu domowej atmosfery pomoże.

Gdy masz złamane serce

Przyjaciel nie pyta wtedy o nic – po prostu przynosi chusteczki, wino i czekoladę, pozwala się wypłakać, wyżalić i nazwie tego drania odpowiednio niecenzuralnym słowem. Będzie stać po twojej stronie, tworzyć wspólny front i nie pozwoli na to, by cierpienie trwało zbyt długo. Włączy wasz ulubiony serial albo film z Ryanem Goslingiem, zabierze na zakupy i przekona, że taka super laska jak ty nie zasługuje na takie dupka jak on.

Gdy tracisz wiarę w siebie

Prawdziwy przyjaciel zmotywuje, podbuduje, będzie dopingować niczym cheerleaderka z amerykańskich filmów dla młodzieży i wspierać jak najlepszy osobisty coach. A w ostateczności da porządnego kopa w tyłek, za włosy z dołka wytarga i postawi do pionu. Nie pozwoli na długotrwałe marudzenie, narzekanie i brak wiary we własne możliwości.  Szczerze i do bólu powie, co należy zrobić i co zmienić, ba!, sam w tych zmianach pomoże.

Gdy zostajesz rodzicem

Tego, kto potrafi znieść twój zachwyt na pierwszym ząbkiem, pierwszą kupką, druga zupką lub czwartym krokiem stawianym przez potomnego, możesz bez obaw nazwać swoim przyjacielem. Ten, który przez tysiące zdjęć się przedrze, każde powita zachwytem, uśmiechem i komentarzem dotyczącym oczywistych zalet widocznych na pierwszy rzut oka, musi cię bardzo lubić.  Temu, komu nie straszne smarki, ślinotok, wrzaski, fochy i dziwne zachowania latorośli, możesz nadać miano przyjaciela.

W szczęściu

Szczęście ma to do siebie, że dzielone zostaje pomnożone i najlepiej nam smakuje, gdy mamy blisko siebie innych. Zamknij oczy, wyobraź sobie chwilę ogromnej radości, jakieś niesamowicie szczęśliwe wydarzenie. Kto jest wtedy obok ciebie, z kim świętujesz? Widzisz ich twarze? To właśnie twoi przyjaciele! Celebruj wspólne spotkania, dbaj o łączące was relacje i nigdy nie zapominaj, jak cenne i ważne są łączące was więzi.


Zobacz także

Masz być „Najlepszy”. Ten film wbije was w fotel, poznacie historię osoby silnej i słabej jednocześnie

Dagmara Skalska: „Martwisz się, że mężczyźni są nieprzewidywalni? Uwolnij się od tego”

Jak złagodzić ból rozwodu. Staraj się uniknąć tych pięciu, typowych błędów