„Seksualność? Wróciła. Lubi od niego słyszeć, że jest 100-procentową kobietą”. Akcja „Mama, znaczy piękna”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
7 października 2017
Fot. iStock/CoffeeAndMilk
Fot. iStock/CoffeeAndMilk

Mama, matka, mamusia. Te słowa towarzyszyły jej od zawsze. Najpierw ona je wypowiadała, pół sylabami, potem poprawnie w różnych odcieniach, konstelacjach w zależności od momentu, w jakim się w życiu znajdowała. Dziś słyszy je od swojej córeczki. Także w różnych formach i nasyceniach emocjonalnych. Uwielbia je, a mogłaby nigdy tego nie doświadczyć. Tak niewiele brakowało…

Jako nastolatka nie chciała mieć dzieci. Przerażał ją rosnący brzuch i ten brak wolności po urodzeniu. Nie myślała o macierzyństwie. Nie znaczyło dla niej nic. Współczuła kobietom i nie rozumiała czemu to sobie robią. Po co zachodzą w ciążę, kaleczą ciało i z każdym zakładanym pampersem zacieśniają kajdanki. Z każdym wkładanym smoczkiem wciskają sobie w usta knebel. Przecież te baby nie gadają o niczym innym niż kupkach, zupkach, ząbkowaniu, mleku. To tak jakby zabrano im umiejętność mówienia. Są związane i nieme. Na własne życzenie. No i ten seks cholera. Niby fajny, niby odlot, ale ta ciąża w konsekwencji psuje cały blichtr tego sportu. Ciąża to powinno być coś dla tylko tych, co chcą. Niech zdają testy, dbają o zdrowie i rodzą, jak tak bardzo im zależy. Innym to przecież niepotrzebne.

Tak myślała przez całe liceum, studia i też po. Nawet gdy za mąż wychodziła, nie była pewna, czy chce mieć dzieci. One były w dalekiej, nieokreślonej przyszłości. Kiedyś tam. Może.
Aż nagle trach. Etna kobiecości się obudziła. Niemal z dnia na dzień. Bobasy zaczęły być słodkie, uroczo kwilić, a przyszłe mamy pięknie wyglądać. To wszystko miało sens. Chciało się żyć, by móc to życie dać. Tylko ten seks cholera. Niby fajny. Niby żaden problem zajść jak się ma dwadzieścia kilka lat. Niby każdy wie co i jak, nawet bez instrukcji, a tu nic. Organizm co miesiąc melduje brak ciąży. Dlaczego to premacierzyństwo jest takie skomplikowane. Chce się mieć dziecko. Więc idzie się z facetem do łóżka. To poszła. Nie jeden raz. Z mężem, nadmienię. Było i po bożemu, i nie. Ciąży brak. A przydałaby się. Cycki by jeszcze na dodatek urosły.

Idzie dalej zatem. Już nie tylko do łóżka z mężem. Nie no z kochankiem też nie. Do lekarza idzie i po jakimś czasie wie, że pragnienie z lat szczenięcych może być prawdą. Tarczyca, niedoczynność i policystyczne jajniki. Nazwy jak  wykwintne dania w jakimś menu dla konsylium. To one niszczą to macierzyństwo zanim się zaczęło.

I seksualność. Bo seks jest na dzień i czas. I na pozycję.

I kobiecości też nie ma. No bo przecież co to za kobieta skoro nawet w ciążę zajść nie umie. W głowie miliony myśli. Wku… na cały świat. Czemu jedne mogą, ot tak? Za pierwszym razem, a ona nie?

Bierze garści tabletek. Marzy o dziecku. Ośmiela się, choć szanse marne. Gdy traci nadzieję, zaczyna tracić na wadze, wymiotuje, czuje drobny ból w biuście. Biegnie do apteki, kupuje testy już nie owulacyjne, lecz ciążowe. Wypija dwa wielkie kubasy herbaty. Czeka. Gdy widzi te różowe paseczki, nie wrzeszczy, nie skacze. Jest przerażona. I tak bardzo szczęśliwa. Udało się do cholery. Głaszcze płaski, a wręcz wklęsły brzuch i pyta się jej, co zjemy. Jej, bo wie, że będzie ona. Są teraz dwie, muszą trzymać się razem i wytrwać, choć łatwo nie będzie. Oj nie. Za kilka dni usłyszą, że ona-matka jest chora, nieuleczalnie przynajmniej na ten moment. Że dziecko jest zagrożone. Że dopiero po porodzie będzie jej-matki leczenie, że ma się skupić na dziecku. No do jasnej ciasnej, jest skupiona. Wszystkie myśli krążą wokół małej. Byle była zdrowa. W głowie układa priorytety, nie użala się nad sobą, walczy o dobry nastrój, by mała miała dobry przykład.

Na początku promienieje. Wygląda cudownie, wszyscy to widzą. Leciutko się zaokrągla, tyje na gramy. Cycki są takie same niestety. Gdy mała zadomawia się w niej i zajmuje coraz więcej miejsca, do spółki przychodzi cholestaza. Taka wredna małpa, ukryta po całym ciele, niedająca normalnie funkcjonować ani spać. Swędzi całe ciało. Od powiek po palce u stóp. Wściec się można. O ku….dlaczego?! Przeklina każdą noc, zasypia nad ranem ze zmęczenia. Po jakimś czasie dostaje od dermatolożki maść. Daje ukojenie, choć na chwilę. Chodzi w starych ciuchach, bo maść tłusta jak cholera. Śpi w rękawiczkach bawełnianych, a paznokcie owija plastrami, że nie zadrapać się do krwi. Przynajmniej ciało po tej maści ma nawilżone. Jedyną nagrodą tego koszmaru będzie właśnie ono, bez nitki rozstępów. Jędrne i smukłe.

Mała pojawia się na świecie w mroźną zimową noc. Uparła się i siedziała w brzuchu, toteż matka zaledwie 52-kilowa nie miała szans samodzielnie wydać jej na świat. Nie z tymi biodrami, co to mierzyć ich nie chcieli nawet, bo takie wąskie. Mała pojawiła  się zatem po królewsku. Albo cesarsku raczej, z kształtną główką. Matkę zszyli pięknie, równo. Może to też była nagroda za trudy, które miały nadejść.

Nie mogła małej karmić piersią. To był cios. Jako kobieta pragnęła obfitego biustu, jako matka – biustu, dającego życie. Cycki zawiodły na całej linii. Nie czuła się ani matką, ani kobietą. Nie urodziła normalnie, nie karmiła. Ponoć takie matki mają słabszą więź z dzieckiem. Ci, którzy jej nie znali, oskarżali o wygodę, czym wbijali nóż już i tak w pocięty brzuch, i w serce krwiawiące ze strachu o siebie, i małą. Macierzyństwa zaczynała się uczyć, po omacku i intuicyjnie. Co chwilą dostawała z niego pałę. Kobiecości nie było. Nie mogła na siebie patrzeć. Brzuch ze szramą, w środku boli. Klata płaska. Seksualność też poszła się bujać.

Te początki były cholernie trudne. Choroba, walka o leczenie, rezygnacja z siebie, własnych potrzeb, bo mała ma kolkę, nie śpi albo złapała rotawirusa. W poradniku wszystko było proste i cudowne, tu na ziemi ciężko. Była maszyną do robienia jedzenia, przewijania, zbierania, noszenia, usypiania, mycia. Musiała się nauczyć komunikacji z małą, organizować czas i zrozumieć, że z dzieckiem się nie planuje. Czemu w szpitalu nie dają instrukcji obsługi do dzieciaka?! Czemu mówią, że jest różowo? Aż do wyrzygania. No do jasnej ciasnej nie jest. Dziecko nie śpi na zawołanie, płacz jest główną drogą porozumiewania, kupy nie pachną, a doba ma tylko 24 godziny. Jest ciężko, czasem zmęczenie jest tak duże, że graniczy z mordęgą. Hormony po porodzie szaleją i kolorują świat według własnego widzimisię.

Ona jednak, czasem z oczami otwartymi na zapałki, nie żałowała. Macierzyństwo pokazało całą feerię barw. Kobiecość wracała małymi krokami. Dziecko nosiła pod sercem przecież, czuła. Cesarka i butelka nie były jej wyborem. Były przymusem ratującym zdrowie im obu. Zawsze przy dziecku jest, dba o nią, kocha, uczy świata i odkrywa go z nią na nowo. Razem chodzą do kina, robią zakupy, jeżdżą na rowerze i rolkach, odrabiają lekcje, pieką babeczki i smażą  placuszki. Mała jest jej dopalaczem. Gdy nadchodzi w końcu upragniona terapia, uśmiech córki łagodzi ból po zastrzykach, dyskomfort po wymiotach i podróże na drugi koniec Polski. Robi to dla niej i siebie. Ta mała jest jej kołem ratunkowym, którego się chwyta, gdy czuje, że zaraz utonie. To macierzyństwo ją wyciąga z najgorszych odmętów. Daje siłę przenosić góry.

Seksualność? Wróciła. Facet jej życia uwielbia jej małe cycki, bo idealnie pasują do jego dłoni. Kocha jej płaski brzuch, wyćwiczony (ustaliła z córką, ze mama potrzebuje czasu dla siebie np. na ćwiczenia) z cieniutką kreską po cięciu. Lubi od niego słyszeć, że jest 100-procentową kobietą. Że jest matką doskonałą i dla niego tą jedyną, najpiękniejszą. A wisienką ma tym czasem słodkim, czasem gorzkim torcie są i tak słowa małej: Kocham Cię mamusiu jeszcze bardziej niż ty mnie.

Pseudonim: Poli-Ann

Akcja „Mama, znaczy piękna”

Napisz, jakie piękno w sobie odkryłaś, co jest dla ciebie inspirujące i dodaje ci skrzydeł, a co je podcina? Piszcie o swoich kompleksach, z którymi walczycie, o akceptacji, o tym, za co swojemu ciału jesteście dziś wdzięczne. Uwolnijmy swoją kobiecość i intymność. Bo każda mama jest kobietą, każda jest piękna – jeśli tylko pozwolimy temu pięknu rozkwitnąć. Właśnie dlatego chciałyśmy was zachęcić, do odszukania swojej kobiecości, piękna, seksapilu… tego samego, który cały czas jest w was – tylko czasami skryty głęboko pod warstwą spraw do załatwienia, uśpiony – często kompleksami. Najciekawsze z listów opublikujemy na łamach portalu, a najlepsze z nich nagrodzimy. Nagrody są bardzo kuszące, ufundowane przez Klinikę Kobiet Medifem. Wszystko po  to, byście znów mogły czuć się pewnie, kobieco, bez żadnego „ale”…

Zadanie konkursowe:

Napisz do nas o tym, co ty myślisz i czujesz. Pracę konkursową na temat: Świat kobiecości, seksualności i macierzyństwa moimi oczami. Prześlij na adres: kontakt@ohme.pl w tytule wpisując „Bella mama”.

Wysłanie tekstu jest równoważne ze zgodą na jego publikację oraz kontakt ze strony kliniki w celu odbioru nagrody. Tekst powinien być podpisany imieniem i nazwiskiem. Publikacja pojawi się pod wybranym przez autora pseudonimem bądź inicjałami. Prosimy o dołączenie informacji, jak chcecie zostać podpisani lub wyraźną informację, że chcecie by tekst pojawił się pod waszym imieniem i nazwiskiem.

Prosimy o dołączenie do wiadomości poniższego oświadczenia:

Oświadczam, że jestem autorem nadesłanej pracy konkursowej oraz wyrażam zgodę na jej publikację przez portal Oh!me oraz przez Sponsora akcji – Klinikę Kobiet Medifem (na stronie www sponsora www.medifem.pl oraz za pośrednictwem mediów społecznościowych).
Wyrażam zgodę na wykorzystanie i przetwarzanie przez Organizatora i Sponsora konkursu swoich danych osobowych uzyskanych w związku z organizacją Konkursu, wyłącznie na potrzeby organizowanego Konkursu, zgodnie z przepisami Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (Dz. U. z 2002 r., Nr 101, poz. 926 z późn. zm.).

Nagrody:

5 x voucher na zabieg HIFU i laseroterapia stref intymnych w Klinice Kobiet Medifem, o wartości 3.500 zł*

03FDA6F8-F77F-4207-A273-3F3BB774E031

1 x voucher na zabieg 0!shot w Klinice Kobiet Medifem, zabieg poprawiający doznania seksualne*

Dla wszystkich uczestniczek  zabawy specjalna oferta:

Konsultacja lekarska z cytologią w cenie 120 zł (regularna cena 250 zł) oraz 10% zniżki na zabieg  HIFU i laseroterapia stref intymnych – do zrealizowania w Klinice Kobiet Medifem.

*Na podstawie art. 30 ust. 1 pkt 2 ustawy z dnia 26 lipca 1991 roku o podatku dochodowym od osób fizycznych (tekst jedn. Dz. U. z 2012 r., poz. 361 z późn. zm.) wydanie nagród, o których mowa w ust.1 powyżej, podlega opodatkowaniu zryczałtowanym podatkiem dochodowym od osób fizycznych. Obowiązek podatkowy ciąży na Laureacie, wygrywającym nagrodę. W celu dopełnienia formalności, należy skontaktować się z organizatorem. Warunkiem wydania nagrody jest uregulowanie zaliczki na podatek dochodowy.

Akcja trwa od 28.09.2017 do 19.10.2017 roku.

Regulamin zabawy jest dostępny tutaj.


„Kim jestem? Myślę, że jedną z wielu 35-latek, które nawet za bardzo nie mają czasu się zastanowić nad tym, kim tak naprawdę są”. Akcja „Napisz nam swoją historię”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
7 października 2017
Fot. Pexels/gratisography.com /
Fot. Pexels/gratisography.com / CCO

„Kto ty jesteś?

Polak mały.

Jaki znak twój?

Orzeł biały.”

W moim przypadku brzmiałoby to inaczej. Miałabym zresztą problem, by tak jednoznacznie samą siebie zdefiniować. Kiedyś kobieta, potem żona, potem mama. Teraz wszystko po trochu, w proporcjach zmiennych. Mój znak? Kiedyś nieśmiałość, potem radosny uśmiech, spontaniczność, zawsze książka w dłoni. Z biegiem lat więcej troski i zmęczenia wypisanych na twarzy, dążenie do porządku, listy zakupów/rzeczy do załatwienia/ zrobienia, pełna organizacja. Z książkami słabiej, bo rzadko jest czas.

Kim jestem? Myślę, że jedną z wielu 35-latek, które nawet za bardzo nie mają czasu się zastanowić nad tym, kim tak naprawdę są. Życie z dnia na dzień, praca, dzieci (w moim wypadku 6-letni synek i 2-letnia córcia), plany raczej krótkoterminowe. I tak gonimy dzień za dniem, od jednego punktu do drugiego.

Czy narzekam? Nie. To znaczy na co dzień tak. Jak to Polak – tyle rzeczy do zrobienia, oj, sterta prania rośnie, tak długo oszczędzam, a nie mogę tej kuchni skończyć, znów nie mam co założyć, miałam poczytać książkę, ale padam… Itd. itp. Jednak to takie zwykłe, nazwijmy to małe narzekania. Lubię za to takie momenty, gdy siadam do komputera, przeglądam sobie jakieś fora, portale, czasem jakiś tytuł artykułu przyciągnie mój wzrok.

Gdy przeczytam post o chorobie dziecka, gdy trafię na artykuł o pielęgnacji ciała czy lepiej ducha, często potem nachodzi mnie ta refleksja, ta, którą właśnie tak lubię – mam fajne życie. I co, że mieszkam od dwóch lat w kompletnie niewykończonym domu, że w łazience na ścianach mam tynk. Za to dzieci mają wannę, ogród do zabaw. I co z tego, że zanim urządzę samą kuchnię minie pewnie jeszcze i kolejny rok, a wszystko stoi w zebranych po rodzinie starych szafkach. Przynajmniej mam przestrzeń! Błoto przed domem zamiast kostki. Ale ile to frajdy dla dzieci! Kolejna zmarszczka na czole? A co ja poradzę? To czas leci, na niego wpływu nie mam, nie mam się więc co tym martwić , bo i tak tego nie zmienię.

Nieuprasowane, nieodkurzone? Trudno, zrobię to kiedy indziej, za to ugotuję wyimaginowaną herbatkę i zjem ciasto na niby z córcią z różowego spodeczka. Wieczorem, gdy kładę dzieci spać, myślę o tym, ile zaraz zrobię – przejrzę internet, poczytam książkę, obejrzę serial z mężem. Gdy jednak woła mnie synek, bo chce porozmawiać o przedszkolnych przeżyciach, już tak po ciemku, na spokojnie, zwierzyć się, gdy jestem tylko ja i on, wszelki moje plany idą w dal. Liczy się on.

I to jest chyba recepta na szczęśliwe (choć oczywiście niepozbawione chwilowych złości, nerwów, smutków) życie. Mnie motywują dzieci. Nie jestem jednak Matką Polką w tym pejoratywnym znaczeniu. Mam w sobie też egoizm, potrafię zostawić dzieci po opieką dziadków i wyjść z mężem do pubu czy na imprezę. Nie są do mnie uwiązane, bo moja własna przestrzeń jest mi niezbędna do normalnego życia. Fakt, że ta przestrzeń się zmniejszyła do minimalnych wymiarów, ale mi wystarczy.

Kto ty jesteś? Spełniona kobieta – choć już nie pierwszej urody, to jednak pewna siebie, żona, kochająca mama, wielbicielka letnich dni spędzanych na tarasie i grzebania w zieleni, na które jakoś tak brak czasu.


„Na razie chce tylko pomocy, zrozumienia i wsparcia. I snu. Jest tak bardzo zmęczona. Te wymówki ją wykończyły”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
7 października 2017
Fot. iStock/domoyega
Fot. iStock/domoyega

Portrety dwóch kobiet, dwóch historii i innej rzeczywistości. 

Małgorzata: „Na razie chce tylko pomocy, zrozumienia i wsparcia”

Niewysoka, trochę pulchna z idealnie prostymi zębami. Żyje w niedużym mieście, blisko rodziców. Ma z nimi silną więź. Jest jedynaczką, wyczekaną bo mama przez prawie 10 lat nie mogła zajść w ciążę. Dbali o nią, dziadkowie pomagali w wychowaniu. Nie chodziła ani do żłobka ani do przedszkola. Była bardzo nieśmiała i małomówna. Po dziś dzień zresztą taka jest.

W życiu dorosłym miała ułatwiony start. Dostała mieszkanie po dziadkach. Zrobiła licencjat. Wyszła za mąż. Z pracą trudno. Ze swoją nieśmiałością nie udawało się jej przebrnąć przez rozmowy kwalifikacyjne. Na szczęście mąż pracował. Kredytu nie mieli i choć kokosów nie zarabiał starczyło na życie.

Po dwóch latach zaszła w ciążę. Zniosła ją dobrze. Dziecko przyszło na świat zdrowe i śliczne. Rozwijało się prawidłowo. Rodzinna sielanka. Problemy się zaczęły, gdy Maja przestała spokojna sypiać. Za duża była na kolki. Powoli wykluczano kolejne choroby. Była zdrowa, a mimo to było coś nie tak. Małgorzata nie chciała tego widzieć. Dziecko po prostu słabo spało. Nie mówiło, bo przecież nie każde gada od razu. Nie sygnalizuje potrzeb fizjologicznych, bo za wcześnie. Nie je samo, bo jest jeszcze małe. Ssie smoczek, bo lubi. Niszczy zabawki, gdyż widocznie mu się nie podobają. Nie bawi się z innymi dziećmi ani nie szuka z nimi kontaktu, bo jest bardzo nieśmiałe. Jak ona w jej wieku. Nie patrzy w oczy, bo dzieci przecież nie mają podzielnej uwagi.

Zresztą Maja się najzwyczajniej w świecie wstydzi no! Wszystko przecież jest w porządku. Czego tu wymagać od trzylatki, potem od czterolatki. No ma sześć smoczków, każdy na inną porę dnia i nie daj Boże któryś zgubić. Będzie wrzask, aż się zmęczy, a to nie tak prędko. No nosi ciągle pieluchy, bo jest wrażliwa na fetor fekaliów. Nieważne, że załatwia się w jednym miejscu, za fotelem i tylko gdy są spełnione jej warunki.

Bawi się rzucając zabawami, niszcząc je albo w kółko robiąc tę samą czynność. I tak może godzinami, ale Małgorzata jest szczęśliwa, bo dziecko się ładnie bawi. Mała nie lubi dotyku, ubrań, wody. No ale ma atopową skórę, to przez nią tak płakała. Teraz smarują skórę emolientami i jest lepiej. No trochę lepiej, bo Maja nadal wyje po nocach tak, że sąsiedzi wzywają policję, myśląc, że za ścianą dziecko katują.

I tak przez długie miesiące Małgorzata nie dopuszcza do siebie nikogo i nic. Żadnych przyjaciół, rodziny, znajomych. Tłumaczy się zmęczeniem. Najbliższą przyjaciółkę pogoniła, gdy ta szczerze jej powiedziała, że Maja to chyba jakieś zaburzenia ma. Może autyzm. Teraz tyle o tym trąbią. Może warto iść z małą dokądś, do psychologa, do ośrodka wczesnej interwencji. Gdziekolwiek. Małgorzata zabija ją wzrokiem. Wyzywa od najgorszych. Wyrzuca z mieszkania. Jakaś nienormalna ta Kaśka. Zazdrosna, że się Gośce układa, że nie ma kredytu,nie musi pracować. Ludzie to są jednak zazdrośni i podli.

Tę samą prawdę Małgorzata słyszy od dermatologa, który leczy Majki skórę. Szok, płacz, niedowierzanie. Jak to? Przecież była normalną dziewczynką. Małgorzata ponownie zamyka się w czterech ścianach. Tym razem czyta po nocach wszystko, co dotyczy autyzmu. Podnosi się powoli. Ociera ciurkiem płynące łzy. Myszka i klawiatura mokre. Obserwuje Majkę. Symptomy się zgadzają, książkowe. Małgorzata zbiera amunicję. Jak na wojnę. Jutro idzie z Mają do ośrodka wczesnej interwencji. Chcą ją dokładniej zdiagnozować i zacząć terapię. Wymówki Małgosia odłożyła na potem. Nie ma siły patrząc na czterolatkę, która nie je sama, ssie smoczek, nosi pieluchy, nie komunikuje się i nie utrzymuje kontaktu wzrokowego. Gośka jeszcze nie umie powiedzieć sobie w twarz, że ma autystyka w domu. Na razie chce tylko pomocy, zrozumienia i wsparcia. I snu, przespanej choć jednej nocy. Jest tak bardzo zmęczona. Te wymówki ją wykończyły.

 

Joanna: „Lubi to uczucie, gdy waga idzie w dół. Gdy stoi, jest wściekła”

Szczuplutka, średniego wzrostu, szatynka, której jest dobrze w każdej fryzurze. Obecnie w asymetrycznym bobie. Pracuje w klinice zdrowia psychicznego. Wcześniej korpodziewczyna, którą korporacja przeżuła i wypluła.

Aśka dostała po dupie. Świeżo upieczona pani magister przyszła do dużej firmy. Wygrała los na loterii. Nie na staż. Od razu umowa, najpierw na czas próbny, ale się wykaże i przedłużą. Te trzy miesiące były przyjemne. Dużo warsztatów. Została wprowadzona w sprawy firmy. Dostawała małe zadania, które wykonywała sprawnie i bezbłędnie. Atmosfera w pracy fantastyczna. Jeden team, który nawet, gdy ma deadline, współpracuje i się wspiera.

Wygrywają spory kontrakt. Są młodzi, kreatywni, chętni do pracy. Szefowa jest zadowolona. Chwali. Walczy o premie. Warto być w takiej firmie. Dużo bonusów i pakietów. Pieniądze niezłe. Aśka czuje, że się rozwija. Po jakimś czasie dostaje coraz bardziej odpowiedzialne zadania. Dużo pracuje z Pawłem. Lubi go, mają fajną energię. Nawet jej się podoba. Imponuje jej. Jest profesjonalny, nie flirtuje. Bardzo wymagający. Jego „nieźle” to największy komplement.

I takie nieźle Asia słyszy, gdy faktycznie trochę schudła. Zawsze była szczupła. Taka akurat. W pracy trochę stresu i waga zleciała  w dół. Pomyślała, że czuje się lepiej, lżej. Warto to utrzymać. Ma karnet na siłownię i basen. Zaczyna chodzić najpierw dwa, trzy razy w tygodniu. Uważa na to, co je. Gubi kolejne kilogramy. Paweł docenia, w pracy dziewczyny zazdroszczą. I sukcesów, i figury. Ta druga staje się jej obsesją. Joanna liczy kalorie, wyklucza kolejne produkty, przechodzi na wegetarianizm, potem weganizm. Stać ją. Zarabia więcej, awansuje. Zamawia jedzenie do pracy, nie musi szukać produktów po sklepach ekologicznych ani zamawiać w necie. Dużo od siebie wymaga. Jest coraz drobniejsza, w pracy efektywna na maksa, w domu pada. I tak codziennie.

Nie przyznaje się ani przed sobą, ani przed nikim, że nie chce jeść. Czuje wstręt do jedzenia i własnego ciała. Lubi to uczucie, gdy waga idzie w dół. Gdy stoi, jest wściekła. Nie słucha przyjaciółki ani rodziny, gdy ci przerażeni jej wyglądem proszą, by jadła. Może by wzięła urlop, poszła do lekarza. Oczywiście, że nie jest chora, wszyscy się czepiają, nie rozumieją, że ma trochę stresu i przygotowuje dużą, pierwszą samodzielną kampanię. Jak będzie po wszystkim to pójdzie do lekarza. Teraz kampania.

W tym wielkim ważnym dniu Aśka mdleje. Duży stres, rano trening, nie jadła nic od wczoraj. Organizm się zbuntował. Robił to od dawna, ale lekceważyła sygnały. Wypadanie włosów, łamliwe paznokcie, brak miesiączki, ziemista cera, mroczki przed oczami, zasłabnięcia, kołatanie serca. Dziś sygnałów nie było. Po prostu padła bateria. Aśkę zabrała karetka. W pracy patrzyli z politowaniem. Dostała kroplówkę, terapię z psychologiem. Diagnoza Anorexia nervosa. W szpitalu leży miesiąc. Z korporacji nikt jej nie odwiedza. Nie pisze, nie dzwoni. Mają dużo pracy pewnie. Przy łóżku jest mama, tata i przyjaciółka. Za ich namową decyduje się na klinikę i terapię. Po pół roku dostaje wypowiedzenie z firmy. Na piśmie. Nikt nie miałam odwagi jej powiedzieć. Ani podziękować za współpracę. Na szczęście wtedy jest silniejsza. Psychicznie i fizycznie. Tyje. Odbudowuje organizm. Wraca miesiączka. To wtedy podejmuje decyzję, że będzie współpracować z kliniką. Tu panuje zdrowa atmosfera w każdym tego słowa znaczeniu. I jest tu Krzysztof. On nie mówi „nieźle”. Mówi „wspaniale dziewczyno”. I przynosi kwiaty za dodatkowy kilogram. Zaprasza na spacery, na rower, na lody. Jest spokojnie i tak dobrze.


autorka: Ann Poli

 


Zobacz także

Fot. iStock/PeopleImages

Wypełnieni wdzięcznością dotykamy szczęścia. Wystarczy przystanąć, spojrzeć w siebie, obejrzeć się dookoła i dostrzeć bogactwo, jakie nas otacza

Fot. iStock / CasarsaGuru

Jak ja to wszystko posprzątam?! Proste, nie wszystko i nie tylko ty! Akcja „Wielkanoc pachnąca tradycją z babcinymi przepisami oraz dekoracjami”

Fot. iStock/Dean Mitchell

Prawdziwy powód, dla którego mężczyźni wybierają (coraz) młodsze partnerki w kolejnych związkach