Jestem samotną matką, dlaczego ktoś próbuje mi wmówić, że przez to gorszym człowiekiem?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
16 lutego 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
Fot. iStock/AleksandarNakic

Nie oczekuję wiele, nie chcę by ktoś robił coś za mnie, dawał pieniądze za nic. Chcę uczciwie pracować, zarabiać i żyć spokojnie w kraju, który ten spokój krok po kroku mi odbiera.

Nigdy nie interesowałam się polityką, ale też ona niespecjalnie interesowała się mną. Żyłyśmy obok siebie w znośnej symbiozie. Ale to co dzieje się teraz, coraz to nowe pomysły, które docierają do moich uszu, najpierw wprawiają w zdumienie, później w głupkowaty śmiech, a na końcu w furię.

Bo czemu ja jestem winna, że moje życie ułożyło się tak, a nie inaczej. Czy to, że sama wychowuję od ponad pięciu lat córkę, jest w tym kraju przestępstwem, choć nieoficjalnym, to jednak godnym potępienia i wymierzenia kary?

Mieszkamy w niewielkiej miejscowości. Ale dobrze nam tu, daleka jestem od narzekania. Co to komu daje. Moje małżeństwo rozpadło się kilka lat temu. Klasyka. Winni byliśmy oboje – mało dojrzali, zbyt wiele oczekujący od siebie, właściwie się nie znający, kiedy zachodziłam w ciążę… Zostałam sama, gdy Ala miała 3 lata. Przedszkole, praca, tata zabierał ją na weekendy na początku. Później się wyprowadził, słuch po nim zaginął, ma nową rodzinę, o „starej” córce nie pamięta.

Jasne, że sobie radzę, jaki mam wybór. Pracuję, dorabiam. O alimentach mogę zapomnieć, bo on nie płaci, a mój dochód przekracza próg dochodowy w Funduszu Alimentacyjnym. Musiałabym zarabiać mniej niż 1500 złotych na nas dwie, żeby wyciągnąć rękę po pieniądze. A ja tak nie chcę, nie chcę niczyjej jałmużny. Mam dwie ręce, dość siły, by sobie w życiu poradzić, tylko dlaczego tak niesprawiedliwym kosztem?

Moja córka jest w tym milionie dzieci, które alimentów nie otrzymuje, a rząd nie robi z tym nic. Odmawia obniżenia progu tłumacząc się brakiem środków. No tak, bo owe środki pochłonął projekt 500 plus, z którego też nie korzystam. Po pierwsze dlatego, że to moje jedyne dziecko, po drugie, bo znowu za dużo pracuję, więc i więcej zarabiam. To nic, że ci, co zarabiają dziesięciokrotnie więcej ode mnie, 500 zł na drugie i kolejne dzieci, którym nic nie brakuje, dostają. I to nie jest zawiść, super, że dostają i mogą dzieciom te pieniądze na przyszłość odłożyć, ale dlaczego moja córka jest od nich gorsza? Co jej powiem, gdy pewnego dnia spyta: „Mamo, a dlaczego nam nikt nie pomógł?”. Co będzie ją trzymać w kraju, w którym nikt o jej przyszłość nie zadbał, bo zbyt zajęci są walką z wyimaginowanymi wrogami i uciszaniem tłumów albo przekupstwem, albo działaniem po cichu, gdzie nikt nie ma o niczym pojęcia?

Na prace nad zwiększeniem ściągalności alimentów nie mam co liczyć, przestałam się łudzić. Zamknięcie kwestii Funduszu Alimentacyjnego i progu dochodowego – mnie też zamknęło usta z wrażenia i z żalu, że nikogo nie obchodzę – ja i moja córka, mając świadomość, że wiele jest takich kobiet jak ja.

I co mam zrobić? Krzyczeć, tupać nogami, złościć się? Co to da? Co zmieni? Skutecznie odbiera mi się złudzenia, że choćby w jakimś aspekcie mogłoby się poprawić. Płacę podatki, płacę składki do ZUS-u i co z tego? Państwo, które od wielu lat mi nie pomaga, obraca moimi pieniędzmi, wypłaca sobie podwyżki, naprawia rozbite służbowe auta, wprowadza reformy, których się nie domagałam. Moja córka musiała iść jako 6-latka do szkoły, od września obejmie ją kolejna reforma – przygotowywana na szybko, mam wrażenie, że w imię dziwnych ideologii, a dzieci nie mają w szkołach bezpłatnych zajęć dodatkowych, bo nikt nauczycielom nie zapłaci. A ona chciałaby i na jakieś zajęcia techniczne, na tańce, na koszykówkę. Musimy wybierać, nie stać mnie na wszystko. Przeliczam, odkładam, szukam możliwości. Pożyczać nie chcę, bo z czego oddam? Jedyne, co mogę, to więcej pracować, więcej od siebie samej wymagać.

Tyle tylko, że później słyszę, że powinnam o siebie zadbać, że może kogoś znaleźć, ułożyć sobie życie na nowo. Szczerze, mam to gdzieś. Ostatnią rzeczą jakiej potrzebuję, to facet w domu, który mógłby się okazać jedynie pasożytem zjadającym mnie powoli – mnie i moje życie, które sobie składam. To jak taka koronkowa praca. Złotówka do złotówki, minuta do minuty – jedna dla pracy, jedna dla córki – nie zawsze się udaje, bo nie jadam śniadania z córką pędząc do pracy. Obiad ona je w szkole, bo ja nie zdążę z nią usiąść do stołu. Staram się jej to wszystko wynagrodzić na miarę moich możliwości. Siadamy wieczorem czytając książkę, grając w gry. Patrzę na nią i myślę, że to z czego jestem w moim życiu dumna, to właśnie z niej. I drżę o jej przyszłość, bo sama tej przyszłości się boję. Bo co, jak zachoruję, jak coś mi się stanie, kto o nią zadba? Przecież nie państwo, w którym przyszło nam żyć. Musze ją uzbroić w siłę, w odwagę, w pewność siebie, by nigdy nie musiała przepraszać za to, jak żyje, kim jest. By nigdy nie musiała prosić o pomoc, na którą nie ma co liczyć.

Smutno mi dziś, pewnie dlatego piszę. Patrzę na moją córkę, jak spokojnie śpi, płacę rachunki, czytam nowości, o jakich znowu informuje nas rząd i jest mi najzwyczajniej w świecie smutno… Bo wiem, że jak ja o nas nie zadbam, nikt nie stanie po naszej stronie, że głos choćby garstki samotnych matek i tak zostanie zlekceważony, niezauważony. Dla wielkich są wielkie cele, a nie matki pochylające się co wieczór nad swoimi dziećmi, całujące je na dobranoc, które wiedzą, że zrobią wszystko, by ich dzieci były szczęśliwe. Oni też to wiedzą, pewnie dlatego mają nas w głębokim poważaniu…

Jestem samotną matką, dlaczego ktoś próbuje mi wmówić, że przez to gorszym człowiekiem nie zasługującym na pomoc czy wsparcie państwa?


Marta nie żyje, ale dała życie innym. „Jej serce bije w innym ciele. Ta myśl mnie uspokaja”

Magdalena Lis
Magdalena Lis
16 lutego 2017
Fot. iStock / mactrunk
Fot. iStock / mactrunk

Koniec

Moje życie skończyło się szesnastego czerwca 2014 roku, siedem minut po godzinie osiemnastej. Mój spokojny, szczęśliwy świat runął. To wtedy pod oknami naszego bloku zobaczyłam migające na niebiesko koguty policyjnego auta. Później usłyszałam dźwięk domofonu, a w moich drzwiach stanęła policja. Wówczas po raz pierwszy w życiu zemdlałam. Córka, wypadek, szpital, ulica, strzępki zdań dotarły do mnie odbijając się od ścian głuchym echem. To niemożliwe, to nie Marta, takie rzeczy to tylko w telewizji, zwykłych śmiertelników to nie dotyka. Tak bardzo chciałam wierzyć w to, że pomylili domy, rodziny, klatki, domofony. Tak bardzo chciałam, żeby moja córka odebrała zaraz telefon, żeby oddzwoniła. Godzinę później trzymałam ją za rękę, w dziecięcym szpitalu.

Nie tędy droga

Tego dnia Marta poszła do koleżanki, jej dom był oddalony zaledwie o kilka bloków od naszego domu. Mogła iść na skróty, taką boczną szutrową drogą, ale zawsze jej mówiłam, córuś, nie chodź tędy, zawsze idź na pasy, tak żebyś bezpieczna była, bardzo się o ciebie boję.’ I gdyby mnie wtedy może nie posłuchała. Gdyby się śpieszyła i poszła tą zakazaną krótką drogą. Gdyby… To może teraz byłaby tu z nami.

Kierowca matiza w Martę wjechał z impetem. Tak mówiła sąsiadka, bo ona tam była. Marta upadła, przekoziołkowała, ale zaraz potem wstała i usiadła tuż przed krawężnikiem. Chciała iść do domu, mówiła, że nic jej nie jest, podobno nawet się jeszcze uśmiechała.

Nie pamiętam tamtej drogi. Nie pamiętam jak znalazłam się w szpitalu. Jedyne co potrafię odtworzyć, to że była bardzo blada. I że na twarzy taki podwiązany bandaż miała.

Szpital

Ze szpitala pamiętam światło jarzeniówek i smak zimnej kawy z automatu, którą siłą we mnie wlewano. Nie jadłam, nie spałam, strach i panika towarzyszyły mi na każdym kroku. Bieganie od drzwi do drzwi, obijanie się o pustą dyżurkę pielęgniarek. Marta leżała taka bezwładna, blada twarz, sine usta. Przerażająca cisza i rozdzierający serce dźwięk szpitalnej aparatury. I pamiętam tę przerażającą diagnozę lekarza – jest silny obrzęk mózgu, państwa córka umiera. Powiedziałam mu, że to nieprawda i wybiegłam ze szpitala. Z rozpaczy gryzłam dłonie. Ze wszystkich sił prosiłam Boga, obiecywałam mu, że wyrzeknę się wszystkiego, tylko błagam, niech mi jej nie zabiera.

Obudź się córeczko

Czuwaliśmy przy niej całe dnie, moja siostra jej czytała. Marta była gimnastyczką, chodziła na zajęcia z baletu chodziła. Taki typ szkolnej prymuski, przez wszystkich w szkole była lubiana. Mówiłam jej o tym co u nas. Że za miesiąc przecież wyczekana przez nią Chorwacja, że nasz pies Dingo niecierpliwie na nią czeka. Że czekają na nią w szkole i że nowe pointy kurierem przyszły, te tuż przed wypadkiem przez nią zamówione. Błagałam ją ze wszystkich sił, obudź się córeczko. Ale ona mnie nie słyszała. Będzie dobrze mówił mój mąż, a ja mu wierzyłam. Bardzo tego chciałam. Ale nie miał on racji. Nie było.

Niezgoda

Patrzyłam na swoją córkę, która chwilami samą siebie przypominać przestawała. Jej ciało było zmęczone, serce biło, ale głowa nie pracowała. Powołano komisję lekarską, zarządzono odłączenie od aparatury. Oboje z mężem wiedzieliśmy, że to się stanie, że padnie to pytanie, że będą chcieli pobrać jej organy. Do niedawna była przecież silna, młoda, zdrowa. Nie mogłam się na to zgodzić. Odmówiłam.

Decyzja

Na korytarzu zaczepiła mnie pielęgniarka. Mówiła, że wie, musi mi być ciężko, że to trudna decyzja, że poważna sprawa. Że mnie nie namawia, i że zrobię jak uważam, ale jeśli wyrażę zgodę, to jakaś matka będzie się uśmiechała. Strasznie wtedy na nią nakrzyczałam. Co mnie obchodziła jakaś inna matka, czym był uśmiech obcej kobiety w chwili, kiedy moja córka nagle umierała. Obraziłam się na nią, na cały świat, szpital, lekarzy i Boga. A potem nastąpił jakiś przełom, bo wiedziałam, że to już, że to dziś, że teraz nadszedł czas pożegnania. Zmieniłam zdanie, powiedziałam lekarzom, że się zgadzam. Przeprosiłam swoją córkę, że jej od złego nie uchroniłam. Przeprosiłam, że jestem bezradna w tej walce, że nie sięgnie już po żadne życiowe marzenie. Chwilę później zaczepiłam tamtą pielęgniarkę, zapytałam jej czy to będzie ją bolało. A ona mnie przytuliła. Nie wiem czym wytłumaczyć moją zmianę decyzji. Po prostu zrozumiałam, że skoro nie mogę już pomóc mojej córce, to chociaż innym pomogę.

Nie poinformowano mnie, kto otrzymał serce mojej córki, nie wiem komu życie uratowała jej nerka, bo to jest objęte tajemnicą. Zresztą, czy to ważne? Jej śmierć nie poszła na marne. Moja córka uratowała komuś życie.

Życie

Nie mam żalu do losu, życie nauczyło mnie pokory. Naraz wszystko przestało być ważne, wysoka rata kredytu, piętrzące się w koszu pranie, mój odwlekany zabieg usunięcia żylaków na nogach. Świat się zatrzymał, ziemia się nie kręciła.

Bardzo mocno wierzę w Boga i przeznaczenie, w to, że każdy ma swój czas na życie na tym ziemskim świecie. Marta śni mi się czasem, najczęściej jak tańczy. Jest taka piękna, tak ładnie się uśmiecha. A potem biegnie do mnie po swoim występie i woła mamo, już po wszystkim, możesz być spokojna. Musi być jej tam dobrze. Bardzo w to wierzę.

Tamten kierowca? On ponosi swoją karę. Nie mnie osądzać. Kiedyś wszyscy po równo zostaniemy osądzeni.

Często wspominam słowa tamtej pielęgniarki, myślę o tym, że jakaś matka się uśmiecha. Moja córka nie żyje, ale jej serce bije w innym ciele. Ta myśl daje mi nadzieję. To dzięki niej żyję.

 


Zawsze jest dobry moment na bycie tatą. Fantastyczna kampania społeczna skierowana do mężczyzn

Karolina Krause
Karolina Krause
16 lutego 2017
Fot. Screen z Youtube
Ad Council
Fot. Screen z Youtube Ad Council

„Wystarczy moment, by stworzyć „ten magiczny moment”. Znajdź czas, żeby być ojcem dzisiaj” – takimi słowami twórcy najnowszej odsłony, znanej już kampanii organizacji Ad Council, zachęcają ojców, do aktywnego uczestniczenia w życiu ich dzieci.

Za pomocą, czterech krótkich filmików pokazują nam, że nieważne gdzie, nie ważne kiedy – zawsze jest dobry moment na bycie tatą. I to nie koniecznie takim na cały etat, tylko takim, który po prostu jest. Takim, z którym można się czasami pośmiać, powygłupiać, pobawić. W końcu tak niewiele potrzeba, by dobrze spędzić czas ze swoim dzieckiem a w dodatku zadbać o jego prawidłowy rozwój. Albowiem, jak pokazują liczne badania, wpływ ojca na rozwój dziecka jest nieoceniony!

I wcale nie chodzi o to, żeby nie wiadomo jak się poświęcać. Czasem wystarczy pół godziny  kilka chwil, w których – skupimy swoją uwagę tylko na dziecku – by miało ono cudowne wspomnienia.

Nie wierzycie? To obejrzyjcie te 4. spoty:

Piątek, godz. 19:31 – czytanie bajek na dobranoc

Poniedziałek, godz. 18:14 – zabawa przed lustrem

Piątek, godz. 13:17 – rajd w koszu na pranie po mieszkaniu

Niedziela, godz. 15:22 – wspólne śpiewanie


Źródło: kampaniespoleczne.pl


Zobacz także

Fot. Screen z YouTube /

Przepiękna animacja o miłości niemożliwej. Warto obejrzeć i pomyśleć o tym, jak wiele można stracić rezygnując z siebie

Fot. iStock / ArtMarie

Zawsze będziemy szczęśliwi, tak jak dziś. Tylko nigdy nie proś mnie o…

Fot. Materiały prasowe

Bajkowy Dzień Dziecka w Julinku 4 i 5 czerwca