Samiec alfa? A któż to taki? Taki typ nie istnieje, chyba, że jest jego kiepską podróbką

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
8 maja 2018
Fot. iStock/-Robbie-
 

Jest pewien typ facetów, którzy działają na mnie trochę jak płachta na byka. Znacie ich na pewno. Napuszeni, wyprostowani, jakby ktoś kij im w tyłek wsadził, z pozą pod tytułem: „Do pięt mi nie dorastasz”. Lubią rozsiewać poczucie wyższości nad innymi. Spotykam takich – czasami przebranych w garnitury, czasami udających luz w jakimś cool T-shircie. Łączy ich jedno – są przekonani o swoim alfa samczym uroku. „Wiesz maleńka, ja mogę wszystko, tobie ewentualnie pozwolę usiąść obok mnie i obdarzę cię łaskawie spojrzeniem”. Brrrr. Straszny typ. Do takich, to mam ochotę podejść, wetknąć szpilkę, żeby spuścić z nich trochę powietrza, żeby pokazali jacy są naprawdę. Bo pewnie pełni kompleksów i lęków, że ktoś odkryje, że nie są takimi, na jakich chcą wyglądać.

Samiec alfa – och niedościgniony ideał damskich serc i męskich wyobrażeń. Nawet nie wiem, czy taki istnieje, bo chyba nigdy w życiu prawdziwego nie spotkałam. Więcej tych podrabianych w markowych ciuchach, co to myślą, że jak kupią auto droższe od naszego mieszkania, to już świat oniemieje z zachwytu. A tfu. Wiecie, najgorsze jest to, że pod tą skorupą rzadko kiedy kryje się coś wartościowego. Tacy faceci często są szowinistami mającymi kobiety za nic i budujący swoją wartość kosztem innych, mniej pewnych siebie ludzi. Lubią czuć się lepsi, dlatego otaczają się tymi, którzy pewnego poziomu osiągnąć nie mogą, bo też pewnie nie chcą albo nie mają takiej potrzeby.

Przyjaciółka umówiła się kiedyś z takim jednym. Sama nie wiedziała dlaczego. Może z ciekawości? A może miała nadzieję, że to nie poza, ale prawdziwy samiec alfa, co to da jej poczucie bezpieczeństwa, szacunek i czułość. Tja… jasne. Przewiózł ją swoim wypasionym autem, zabrał do jednej z najdroższych restauracji i myślał, że ona od razu mu do łóżka wskoczy. Był oburzony, kiedy zamówiła taksówkę i odjechała w siną dal, zostawiając buca samego. Dlaczego buca? Bo mówił tylko o sobie, przechwalał się, kim on nie jest, kogo nie zna, co ma. Pomijam fakt, że co drugie zdania słyszała ile, co kosztuje, na co wydał jaką kwotę. Mogło zemdlić nawet przy najbardziej wytwornej kolacji.

Dlaczego o tym piszę? Bo pewnie nierzadko po tym pozoranctwem kryją się fajni faceci – to jedno. Po drugie – panowie nigdy nie chciejcie być samcami alfa. My wolimy zwyczajnych z krwi i kości którzy potrafią się przyznać do błędu i uznać czyjąś rację zauważając, że sami się mylą. I nie chodzi wcale o to, że akurat nasza racja ma być na górze. Chcemy, żebyście potrafili powiedzieć: „Przepraszam”, wtedy gdy jest to potrzebne i żeby to nie były tylko puste słowa. Fajnie by było, gdybyście co jakiś czas zauważali, jakie jesteśmy dla was ważne i ile wnosimy do waszego życia.

Nie, my nie jesteśmy idealne. Oj, daleko nam do tego. Ale wy też ideałów nie udawajcie, a przynajmniej się za takich nie uważajcie.

Drogie panie, jeśli zauważycie, że jakiś z panów pretenduje do zostania samcem alfa, rzućcie mu w twarz listą rzeczy, które takiemu mężczyźnie nie przystoi, może od razu mu się odechce.

Samiec alfa nie narzeka, nie marudzi. Nawet 38 stopni gorączki znosi z godnością, a katar to dla niego pikuś.

Samiec alfa nim coś powie czy zrobić, najpierw dwa razy pomyśli i zastanowi się czy warto i czy nikogo nie skrzywdzi swoimi słowami.

Samiec alfa kompletnie nie dba o to, co o nim myślą inni. Potrafi przyjść w dresach na domówkę, bo czuje się dobrze ze sobą i nikomu nie musi udowadniać, że jest samcem alfa.

Samiec alfa doskonale zna swoją wartość, ale nie po to, by wywyższać się nad innymi. On wie, jakie są jego mocne, ale też i słabe strony. Ma tego świadomość i dobrze mu z tym.

Samiec alfa ma dystans do świata i do siebie. Potrafi z siebie żartować i śmiać się z dowcipów na swój temat. Nie bywa złośliwy, jeśli ktoś chce mu dopiec. Ma klasę i wie, jak umiejętnie wybrnąć z takiej sytuacji.

Samiec alfa z nikim nie rywalizuje, bo on po prostu jest zwycięzcą.

I co wy na to? Poznałyście kiedyś prawdziwego samca alfę? Czy może lepiej docenić to, co mamy, niż oglądać się z ideałami, które nie istnieją. A panowie może spojrzą jednak na siebie z większym dystansem i pobłażliwością. Bo umówmy się – nie ma idealnych facetów, tak jak nie ma takich kobiet. Hmm, ciekawe, jakie by były samice alfa. Muszę o tym pomyśleć.


„Mężczyzna po skończonej pracy potrzebuje pochwały i odpoczynku”. Brawo dla tego księdza! Teraz wszyscy faceci się nawrócą!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
9 maja 2018
Fot. iStock/praetorianphoto
 

Z Kościołem mi ostatnio nie po drodze. Zbyt wiele rzeczy mnie wkurza, zbyt wielu nie rozumiem, w kilka przestałam zwyczajnie wierzyć. Przyszło naturalnie. Dostaję szewskiej pasji na mieszanie się władz kościelnych w sprawy państwa i demokracji. Nic nie podnosi mi tak ciśnienia, jak te „święte” uśmieszki pełne obłudy i kłamstwa.

Oczywiście nie chcę generalizować. Sama znam kilu cudownych księży, ale jak to się ma do całej instytucji? Jeszcze kilka lat temu próbowałam pogodzić się z Kościołem, ale zawsze były to próby nieudane. Bo jak w końcu zebrałam się w sobie i poszłam, to usłyszałam na mszy, że mężczyzna jest głową rodziny, więc kobieta powinna mu się podporządkować. Albo, że szatan zalewa nasz kraj w postaci uchodźców. I inne bzdury, z którymi nijak się nie zgadzam. No nie mogę. Wychodziłam za każdym razem mieląc w ustach przekleństwa, bo inaczej się nie dało.

A jak jeszcze do tego dodać tych, którzy w imię miłości do Boga wykorzystują słabszych, poniewierają innymi, a słowo „miłosierdzie” jest w ich słowniku synonimem agresji, rasizmu i przemocy, to zamieram ze strachu przed takim wyznawcami. Religia zawsze była narzędziem władzy i kontroli nad ludźmi. W końcu większość z nas boi się ognia piekielnego, straszona jeszcze za dzieciaka kotłami smoły, przy których czekają na grzeszników diabły.

Ale dobra, nie o mnie miało być i moim sceptycyzmie do wszystkiego co związane z katolicyzmem, który jest wszędzie teraz obecny. Nie pozostaje zamknięty w murach kościoła, w klasztorach, w zaciszach parafialny salek. Brakuje mu pokory odkąd dzięki mediom może szczycić się sławą i nieograniczonym dostępem do szerzy ludzi, którzy na co dzień życie w sieci spędzają (przynajmniej jakiś fragment dnia). Tyle tylko, że mało kto tę sławę potrafi rozsądnie wykorzystać. Najczęściej to wysyp sądów, opinii i idei, które raczej szkodzą niż pomagają. Bo jak potraktować wpis księdza na Twitterze (każdy podąża za nowoczesnością), który pisze – cytuję: „Mężczyzna często po skończonej pracy czuje się bardzo wyczerpany. Potrzebuje pochwały, odpoczynku, nie można go zaraz angażować do następnej pracy. Trzeba cierpliwie poczekać. Żony powinny o tym wiedzieć!”. Doktor filozofii chrześcijańskiej w zakresie psychologii. No ja pie*dole, że tak przeklnę przy księdzu, ale trzeba przyznać, że ciśnienie mi szybko podniósł jeszcze przed poranną kawą.

Nigdy nie zrozumiem, skąd u niektórych księży potrzeba wypowiadania się w tematach, o których nie mają pojęcia, co więcej, które obrazują ich podejście do współczesnego świata, który jasne, że jest damski i męski, ale w ch*j daleki od tego sprzed kilkudziesięciu lat. Bo ksiądz chyba z połowy poprzedniego wieku czerpał wzorce, kiedy kobiety siedziały w domu, zajmowały się dziećmi, a mężczyźni faktycznie utrzymywali rodziny. Czy nikt księży nie uświadamia, że czasy się zmieniły? Że choć dzisiejsza władza z całą siłą chce zamknąć kobiety w kuchniach, garach i zawładnąć ich ciałem, które, ich zdaniem, służy tylko do rodzenia dzieci, to my kobiety w zdecydowanej większości się na to nie godzimy. Nie stoimy już z tym talerzem zupy, czekając aż szanowny małżonek usiądzie to stołu, nie podajemy mu kapci, gdy tylko wraca z pracy i nie spełniamy jego zachcianek seksualnych bojąc się przyznać do własnych potrzeb. (tak, my też, proszę księży, chcemy mieć orgazm!)

I serio, tak trudno to zauważyć? Że jesteśmy wykształcone, ambitne, że w końcu szczęśliwe, bo mogące się spełniać na wielu płaszczyznach. Bo potrafimy być niezależne finansowo, bo umiemy powiedzieć „nie” i każdemu chamowi, który pcha ręce w nasze cycki strzelić w pysk? Kobiecy świat się zmienił co, jak widać dla księży i kilku innych oszołomów, jest kompletnie niezauważalne. A może właśnie jest, a oni uparcie próbują wcisnąć nam w brzuch dziecko (często dosłownie) próbując udowodnić, że zawsze będzie panował stary porządek. No ku*wa nie będzie! Żadna z nas się na to nie zgodzi. Bo jesteśmy i setki kilometrów dalej od tej ich chorej czasoprzestrzeni.

I wiecie co, ch*j z nami, kobietami. My swoje wiemy i często nie chce nam się udowadniać, że głupota jest zwyczajną głupotą, a idiotyzm idiotyzmem. Tylko jak ta wypowiedź świadczy o męskim świecie? Naprawdę ksiądz myśli, że teraz mężowie wracają do domu i ograniczają się do tego, żeby żona cierpliwie zaczekała, aż on odpocznie? To obraża wielu facetów, których znam. Którzy gotują, sprzątają, bawią się z dziećmi, zawożą je na zajęcia bez potrzeby odpoczynku i pochwał na każdym kroku. A wiecie dlaczego? Bo oni wiedzą, że ich żony zapierdalają tak samo jak oni. Że rodzinne obowiązki spadają na nich oboje. Że na partnerstwie opiera się współczesny związek, a nie na czekaniu, aż szanownemu mężowi się zachce wynieść śmieci. Bo czekać to można do usranej śmierci. I oczywiście jest druga strona medalu – tych, co chodzą do kościoła, a potem po kilku piwach leją żony, wyzywają je i ubliżają im uważając – bo przecież tak usłyszał lub przeczytał – że to on zasługuje na wyjątkowe traktowanie, na szacunek kobieto, która powinnaś z radością tę butelczynę piwa mu podać, ciesząc się, że w ogóle do domu wrócił i jeszcze go za to pochwalić. No wku*w mnie bierze maksymalny.

HALOOO! Nie żyjemy w jakimś zacofanym kraju. Chciałabym powiedzieć wszystkim tym, którzy myślą, że uda się wrócić do starego patriarchalnego porządku, że to się ku*wa nie uda. Nie ma szans! I nie dlatego, że to my – kobiety, jesteśmy (sic!) wyzwolone, otumanione kulturą zachodu, zaszczute presją mediów, które mówią nam jak mamy żyć. NIE! Nie uda się to dlatego, że jest coraz więcej mężczyzn, którzy doceniają takie kobiety, jak my, którzy je kochają i szanują za to, że właśnie takie są! I jeszcze coś powiem – to oni często mówią: „Kochanie, odpocznij po pracy, ogarnę dzieci”. I za to my ich kochamy. I niech nikt nie próbuje na siłę tego zmieniać. Zwłaszcza ci, którzy o funkcjonowaniu dzisiejszej rodziny nie mają zielonego pojęcia.


Nie wierzę w instytucję małżeństwa. Jest ono mocno przereklamowane

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
2 maja 2018
Fot. iStock / Valery Kudryavtsev

Pod swoim ostatnim tekstem o tym, że presja pierścionka i wyjścia za mąż mnie przeraża, znalazłam komentarz, że są kobiety, które chcą założyć rodzinę i nie ma w tym nic złego. I jasne, że nie ma. Zło pojawia się, jeśli chcą to zrobić za wszelką cenę i jedynym dla nich źródłem szczęścia staje się: mąż, dzieci i mieszkanie na kredyt. Nie ma nic więcej. Tylko to. Nikt mi nie powie, że taka kobieta już na wieki wieków amen będzie szczęśliwa. No za diabła nie będzie, zwłaszcza gdy dzieci pójdą w świat, a ona zostanie z facetem, którego zaciągnęła pod ołtarz, bo marzyła o rodzinie.

Małżeństwo jest przereklamowane. Takie jest moje zdanie. Szczerze zazdroszczę parom, które nigdy na ślub się nie zdecydowały i żyją razem bez potrzeby sankcjonowania związku, z pełnym poczuciem zaufania, że nie muszą mieć na papierze potwierdzenia, jak bardzo się kochają. Tyle, że do tego trzeba cholernej dojrzałości. W końcu, która z nas mając 20 kilka lat nie poczuła się wyjątkowo, gdy on o rękę poprosił. Pomyślałaś: „Matko, jak on mnie kocha, traktuje mnie poważnie, chce ze mną spędzić resztę życia”. Ale, że my na to dowodu potrzebujemy? To tylko świadczyło o naszej szczenięcej naiwności, która podpowiadała: „No teraz, to będziecie szczęśliwi na zawsze razem”. Ja pierdolę, a potem rach ciach – zdrada, kłamstwa, przemoc, nuda, rutyna, romans, rozwód. No dobra, może nie jest to aż takie proste, ale to scenariusz wielu małżeństw, w których nie zawsze dochodzi do rozwodu, bo przecież w imię dobra dzieci, poświęcamy własne szczęście. Czekamy aż będą większe, same stworzą patologiczne jak nasze związki. I wcale nie chodzi mi o alkohol i agresję, tylko brak zrozumienia, akceptacji i faktycznej radości z bycia razem. Trzyma nas raczej poczucie obowiązku, niż to, co wydawało się na początku, esencją każdego „bycia razem”.

Spotkałam się jakiś czas temu z przyjaciółką, która stwierdziła: „Wiesz co, obligatoryjnie powinno być tak, że pary z 10-letnim małżeńskim stażem, weryfikują swoje uczucia i określają, czy chcą być razem czy nie. I żeby odbywało się to bez żadnego ostracyzmu, po prostu – naturalna kolej rzeczy”. Hmm, mi osobiście bardzo się ten pomysł spodobał, bo przecież to często zmora każdego małżeństwa. Poznają się, zakochują się w sobie, a raczej są pod wzajemnym swoim urokiem, idą ze sobą do łóżka i wydaje im się, że to już twarda podstawa do tego, by spędzić ze sobą resztę życia. A gdzie czas na to, żeby siebie poznać, żeby sprawdzić, czy mamy taki sam pomysł na życie, bo choć on deklaruje, że za tobą pójdzie na koniec świata, to później tym końcem staje się kanapa przed telewizorem, z której nie można go ruszyć.

I okej, nie ma tu potrzeby permanentnego wybielania się i oszukiwania, że jestem lepszy czy lepsza niż w rzeczywistości. Jednak każdy z nas stroi się w barwne piórka, puszy jak paw, byleby pokazać się z jak najlepszej strony, bo to ja chcę być tą wybraną i on chce, żebym była jego.

Tylko co to ma wspólnego z prawdziwym życiem? Otóż kompletnie nic. To zwykła biologia, potrzeba prokreacji, utrzymania gatunku, tak naprawdę niewiele różnimy się pod tym względem od zwierząt. Chcemy kopulować, bo tak podpowiada nam natura. Ale nie, my od razu ubieramy to w szumne uczucia, wielkie emocje i deklaracje na resztę życia. Po kiego diabła, ja się pytam? Nie możemy po prostu pobyć razem? Sprawdzić czy naprawdę jest nam po drodze i nie wmawiać sobie, że on czy ona się zmieni albo (jeszcze lepiej), żeby my go zmienimy jak już tylko zostaniemy małżeństwem?

Małżeństwo jest iluzją obrośniętą przekonaniami, że do tego, by być żoną i mężem zostaliśmy stworzeni. Serio w to wierzycie? Teraz, po 15-tu, czasami 20-tu latach małżeństwa? Że to jedyna droga, którą powinniśmy kroczyć?

Obserwuję moich znajomych – kobiety i facetów i wiecie, co najczęściej widzę? Nudę i rozczarowanie, do którego nikt się nie chce przyznać. Bo nadal udajemy, że jest cudownie. Okej, powiem, że on mnie wkurwia, a ona doprowadza do szału i brak jej luzu i dystansu, ale na pytanie, które często zadaję: „A co będzie, jak dzieci już wyjdą z domu?”, zapada krępujące milczenie. Bo czy będziemy potrafili odnaleźć siebie nawzajem? Czy nadal będziemy dla siebie atrakcyjni? Czy może tak skupimy się na dorosłym życiu dzieci, że ominiemy ten niewygodny temat, bo przecież lepiej zająć się wnukami, niż zmierzyć z trupami pochowanymi głęboko w szafie.

I niech mnie piorun jasny strzeli, jeśli kogokolwiek namawiałabym do porzucenia w tym momencie małżeństwa. Bardziej chodzi mi o refleksję, w którym miejscu jesteśmy? Czy to małżeństwo naprawdę jest nam do szczęścia niezbędne. Już dawno porzuciłam myśl, że coś jest nam dane na zawsze, zwłaszcza jeśli chodzi o drugiego człowieka. Ten pojawia się w naszym życiu i może też zniknąć, w każdym momencie. Pytanie, z czym my zostaniemy?

Małżeństwo nie jest receptą na szczęśliwe życie, co więcej uważam, że tworzy szczęście iluzoryczne, a my chętnie tej iluzji ulegamy, bo nie musimy nic więcej. Mam męża, dzieci, dom – jestem szczęśliwa. Jakby to było takie łatwe. Definicja szczęścia w wydaniu prospołecznym. Gdyby tak faktycznie było, to przecież wszyscy bylibyśmy zadowoleni z życia, uśmiechnięci i radośni, a żadne problem by nas nie przytłaczał. A przecież tak nie jest. Matki powtarzają: „Musisz znaleźć sobie męża”, a ojcowie mówią: „Znajdź sobie miłą i spokojną, nie taką jak twoja matka”. Tyle, że oni najczęściej te matki znajdują. A my chętnie w tę rolę wchodzimy.

Małżeństwo jest przereklamowane. Jest martwą skorupą, w której zostajemy zamknięci i gdzie niczego więcej poza praniem, sprzątaniem, zdawkową rozmową i seksem, który daje minimum satysfakcji, nie musimy. Bo w końcu jesteśmy razem. Do końca życia. A że każde ze swoim pomysłem na szczęście w wieku 40 lat, to już zupełnie inna sprawa. O tym się nie mówi. Stan rzeczy się milcząco akceptuje, jakby nie można było inaczej. Tylko, że można i ta świadomość boli najbardziej. Jak macie ochotę, pomyślcie o tym.