Są wydarzenia, które zmieniają wszystko i są decyzje… Takie historie dzieją się tuż za ścianą

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 marca 2016
Fot. iStock / prudkov
Fot. iStock / prudkov
 

Ostatni raz widziałam ją dwanaście lat temu. Przyjaciółka z lat dziecięcych: drobna, energiczna brunetka z pieprzykiem na prawym policzku. Śmieszka. Tylko ona potrafiła namówić mnie wagary i tylko jej nauczyciele wybaczali drobne wybryki. Uwielbiałam jej spontaniczność i to, jaka była mądra. Zazdrościłam jej zielonych oczu, długich, miękkich rzęs i zakochanych spojrzeń chłopców ze szkoły. Nasze drogi rozeszły się tuż po liceum, ale ciepłe wspomnienie szalonych, młodzieńczych lat zostało we mnie silne i pokrzepiające. I jeszcze to jej mocne: „ Co jest?!”, kiedy nastoletnie problemy przybijały swoim ciężarem do ziemi. Może nie tyle te słowa, co sposób w jaki je wypowiadała, wyraz jej oczu, żywe, nieudawane zainteresowanie sprawiały, że cokolwiek by się działo, człowiek zaczynał wierzyć, że się ułoży.

Po maturze straciłyśmy kontakt. Różne kierunki studiów, wyjazdy, inne kręgi znajomych. Wiedziałam, że skończyła dwa kierunki, że ma dobrą pracę, w końcu, że wyszła za mąż za przystojnego Pawła. Jak większość naszych koleżanek i kolegów „ułożyła sobie życie”.

Dziesięć miesięcy temu zobaczyłam ją na ławce w parku. Siedziała zamyślona i skulona w tym zamyśleniu, zupełnie jak kiedyś, na szkolnym korytarzu przed klasówką z fizyki. Nie przypomniała beztroskiej, wesołej dziewczyny z moich wspomnień, ale nie wyglądała też jak ta szczęśliwa, pewna siebie kobieta z fejsbukowego zdjęcia. – Hej – powiedziałam tonem  jakim się tego wcale nie mówi, kiedy się kogoś ostatnio widziało dwanaście lat temu. – Hej – poznała mnie od razu. – Nos masz czerwony – rzuciłam najnormalniejszym na świecie tonem. – Wiem – odpowiedziała i chwilę potem ryknęła płaczem. Przechodnie zatrzymywali się przy nas i patrzyli pytająco, ale ja tylko kiwałam głową, że nie wiem, że dziękuję, ale proszę dać nam spokój. Trzymałam ją za rękę i czekałam.

Po kilkunastu minutach szloch ustał. Podniosła głowę i patrzyła przed siebie, swoim zielonym kocim spojrzeniem. Zabójcze ma te rzęsy. Ciągle. „ Co jest?” – spytałam ciepło i łagodnie, z żywym zainteresowaniem, zupełnie tak jak ona wtedy, gdy rzucił mnie ten wredny Maciek z trzeciej „c”.

­– Jestem w ciąży. I wiesz, to nie jest czas na dziecko – powiedziała szybko, rzeczowo i konkretnie. Nie zdziwiłam się. Nie zapytałam „Co teraz?”. Zrozumiałam ją tak,  jak może zrozumieć tylko druga kobieta, która przeżyła te same emocje.  Ja je przeżyłam. Nieplanowana ciąża to nie jest coś, co człowiek przełyka, przetrawia jak wiadomość, że twoja znajoma złapała katar. To wydarzenie, które zmienia wszystko.

– A Paweł co na to? – spytałam zamiast tego, bo wydawało mi się w tej chwili, że przecież go znam. – Załamany – powiedziała cicho. – Nie chcieliśmy tego. Mamy kryzys. Rozwodzimy się.

Acha. Dwoje ludzi podejmuje decyzję o rozstaniu by zaraz potem dowiedzieć się że znowu zostaną rodzicami. Jest źle. Dokładnie tak, by pozwolić sobie na te łzy, przed chwilą wylane.

Nie, nie oceniałam. Nie spytałam: „O czym ty myślałaś?”.  Nie weszłam brutalnie w ich intymność i nie skrytykowałam rażącej nieodpowiedzialności. Bo to przecież się zdarza. Znam dzieci „nie w porę”, takie, które się „zdarzyły”. Znam też kilkoro zaplanowanych „ na zgodę”, o które teraz rodzice prowadzą przed sądem batalie do ostatniej kropli krwi i do ostatniego zdartego z paznokcia tipsa.

Ale w tamtej chwili nie myślałam o tym wszystkim. Miałam przed sobą dramat kobiety, która doskonale rozumie czym jest odpowiedzialność za dziecko. Wiedziałam dobrze, przed jakim dylematem stoi. Słyszałam jej myśli i pytania, które sobie zadaje, jakby nasze głowy połączono ze sobą magiczną sprężynką.

– Kochasz go? – spytałam jeszcze niedyskretnie. – Tak – odpowiedziała po prostu i uśmiechnęła się do mnie delikatnie. To jedno słowo i ten nieśmiały uśmiech zdały się ją trochę pokrzepić. – Pójdę już – ścisnęła mnie mocno, serdecznie i pobiegła gdzieś w parkową zieleń drzew.

Wróciłam do domu, ugotowałam obiad i wtuliłam się w miękkość moich dzieci. Myślałam o mojej dawnej przyjaciółce jeszcze wiele razy i wiele razy stawiałam się w myślach w jej sytuacji. Zostać? Odejść? Zawalczyć, czy udać, że TO nic nie zmienia, bo przecież nic już nas nie łączy. Prócz tej miłości.

Miesiące mijały, a ona nie odpowiadała na moje wiadomości, co zrozumiałam jako naturalną potrzebę w jej sytuacji. Zresztą, nie byłyśmy przez ostatnie lata blisko.

Aż w końcu w zimowy, świąteczny poranek telefon zadźwięczał i odsłonił na ekranie cztery słowa, które powiedziały mi wszystko. ZOSTAŁAM. BUDUJEMY OD NOWA. I znów poczułam się jak w liceum, gdy podziwiałam ją za odważne decyzje. I pożałowałam, że mi tej odwagi w życiu zabrakło.

Potem przyszła wiosna. Usiadłam na tej „naszej” ławce z moją córką. Przymknęłyśmy oczy łapiąc leniwie ciepłe, wiosenne promienie słońca. – Hej – usłyszałam radosny, wesoły głos nad swoją głową. – Stała tuż przede mą roześmiana i piękna, przewiązana kolorową chustą. Delikatnie podtrzymywała wystająca z niej, niemowlęcą głowę.  – To jest Paweł – przedstawiła mi swojego męża. Odeszli chwilę potem, objęci i tacy ładni, jakby ktoś ich narysował. Przytuliłam mocniej moją córkę i zamknęłyśmy oczy. Ciepła, szczęśliwa łza stoczyła mi się po policzku.

Ta historia wydarzyła się naprawdę.

 


Nie wszystko w moim życiu wyszło tak, jak sobie to wymarzyłam i wy to też wiecie. Mamo, tato, dziękuję wam za…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
31 marca 2016
Fot. iStock / Courtney Keating
Fot. iStock / Courtney Keating
 

Wiosna przyszła. Wszystko, co drobne wyległo na powierzchnię ziemi. Stoimy sobie z moim synem tak od ładnych kilku minut i patrzymy na te mrówki. Chodzą sobie, mrówka z mrówką, dobrze znanymi, wydeptanymi szlakami. – Dzidzia –  mówi mój syn o jednej z mrówek. –  To mama – wskazuje na inną. – A to? – łapie mnie za rękę pytająco. – Tata – odpowiadam bezwiednie. Przecież wiadomo, wszystko, co po ziemi chodzi musiało mieć mamę i tatę. Ale nie wszystko może być swoim rodzicom tak wdzięczne jak ja.

Mamo, Tato, dziękuję:

Za to, że nigdy nie dawaliście mi gotowych rozwiązań, ale prawie zawsze powtarzaliście: pomyśl, wierzę, że sama świetnie sobie poradzisz. Proste, a jednocześnie takie trudne. Wiem, bo teraz sama mam dzieci.  Chciałabym umieć, tak jak wy, pozwalać im częściej próbować swych sił.

Za to, że nigdy nie złamaliście mnie ani jednym słowem. Budowaliście mnie za to słowami miłości, wsparcia i życzliwości. Zabrałam je w sobie, kiedy już poszłam hen w życie czasem zbyt krętą drogą. Teraz, gdy upadam, te słowa miłości podnoszą mnie z kolan, z wiarą, że za chwilę już będzie dobrze, że zaraz wszystko sobie poukładam.

Za rozmowy w kuchni nocą, przy kubku herbaty (mamo) i niedzielnym wspólnym obiedzie (tato). W moim domu ta herbata i ten niedzielny obiad to momenty ważne, kiedy czujemy naprawdę, że jesteśmy razem i jest nam ze sobą dobrze. Albo kiedy czujemy, że żeby było dobrze, trzeba właśnie tej rozmowy i dwóch kubków.

Za miłość bezwarunkową i akceptację. Bo dzięki wam umiem ich szukać w relacji z najbliższym mi człowiekiem. I dzięki wam rozumiem, że i ja i on na nie zasłużyliśmy. Bezwarunkowo nie stawiam warunków w miłości, kocham po prostu za „nic”. Akceptuję bo i mnie akceptowano.

Za to, że nie udawaliście przede mną, kiedy wasze małżeństwo zaczęło się rozpadać. I za to, że nie odpuściliście, że walczyliście o siebie, gdy inni mówili, to nie ma sensu. Wy widzieliście sens, nie wyrzuciliście tej miłości, tych wspólnych lat do śmieci. Kocham patrzeć tato na to, jak odgarniasz mamie jasne kosmyki włosów z czoła.

Za to, że nie chcieliście być dla mnie autorytetem, byliście nim, po prostu. Bez pompy i sztuczności, swoim przykładem sprawialiście, że nigdy nie przestałam was szanować. Byliście i jesteście ważni.

Za to, że kiedy nadszedł moment, wybiegłam od was w życie, wierząc, że ono jest dobre, a ludzie potrafią być najwspanialsi, jeśli tylko umie się ich odnaleźć. I że najwięcej zależy ode mnie.

I jeszcze, dziękuję wam za wyprawy w góry, a nie na Majorkę, kiedy Majorka była szczytem marzeń. Dzięki tym wyprawom kocham góry bezkrytycznie, a o Majorce myślę z dystansem, lekko nonszalancko.  Żyję tu i teraz, ale nie odpuszczam marzeń. Kiedyś je zrealizuję, kiedyś znajdę swoją Majorkę.

Nie wszystko w moim życiu wyszło tak, jak sobie to wymarzyłam w dzieciństwie. Ale to nie znaczy, że wyszło źle. I wy to też wiecie, i za to też Was kocham.


Jestem zakładnikiem swoich emocji. Emocji, które powodują, że wiem kim jestem… Jestem ofiarą

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
24 marca 2016
Jestem ofiarą
Fot. Unsplash / Milada Vigerova / CC0 Public Domain
 

Nazywam się K. i jestem anonimowym emocjonalnym zakładnikiem. Nie umiem być szczęśliwa bez uczuć, które ty chciałabyś ze swojego życia wyrzucić. Tak, to skomplikowane. Ale wiesz, chyba nawet można się z tego wyleczyć. Jak to się stało? To dłuższa historia…

Mam 14 lat i fajnego tatę

Co to znaczy? Że po prostu jest. Żartuje, przytula mnie. To bardzo dużo, w domach moich rówieśników ojcowie bywają rzadko, a kiedy już są, to tak bardzo nieobecni, że właściwie mogłoby ich nie być. Mój jest. Zawsze bardzo intensywnie. Kiedy nie pije zabiera nas na wycieczki rowerowe i odrabia ze mną matematykę. Denerwuje się na mnie, że nie rozumiem i rozśmiesza mnie kiedy płaczę, że nigdy nie rozwiążę zadania z całkami. Kiedy pije, skupia na sobie całą moją uwagę i emocje.

Mama walczy o jego niepicie, o te momenty fajności, pokazuje mu jak dobrze jest patrzeć na świat trzeźwym okiem. – Zobacz – mówi – tak cię wszyscy kochamy. I mała i ja. Tyle byśmy zrobiły żebyś nie pił. I ja naprawdę czuję, że zrobiłabym wszystko. Czuję się odpowiedzialna za jego trzeźwość. Staram się go nie denerwować, żeby tylko nie otworzył barku, w którym trzymamy alkohol. I uczę się całek, żeby go nie zezłościć.

Moje życie wyznacza rytm jego picia: ciągi alkoholowe i momenty trzeźwości. Gdy te ostatnie trwają zbyt długo, zaczynam się niepokoić. Czekam na nie, wiem, że to przecież się musi wydarzyć. Wyczuwam całym ciałem, po prostu wiem kiedy zacznie znowu pić. W końcu on wraca do domu po alkoholu, a ja z jednej strony czuję złość, z drugiej ulgę. Uff. Wszystko jest tak jak trzeba, jak zwykle. Jest bezpiecznie.

Dostaję się na studia, a tata zrywa definitywnie z alkoholem. Jestem na etapie „nic mnie nie obchodzisz, jesteś dla mnie nikim”. Czekam, aż zacznie się wkupiać w moje łaski, starać, dawać to swoje ciepło, żartować. Teraz wszystko jest dobrze, tata jest zdrowy, stara się nadrobić te wszystkie lata picia. W moim sercu nadal niepokój.

Mam 19 lat i fajnego chłopaka

Naprawdę fajnego. Jest starszy o dwa lata, czuły i opiekuńczy. Wczepiam się w tę jego opiekuńczość jak w koło ratunkowe. Nareszcie mogę poczuć, że jestem dla kogoś wszystkim. Pierwszy rok naszego związku jest bajkowy. Czuję, że jestem kochana bezwarunkowo, podziwiana. Robimy plany, a ja zaczynam zauważać, że nie wszystko jest tak jak trzeba. Denerwuję się, kiedy on przyjmuje mnie tak bezkrytycznie. Brak mi silnych emocji, brak walki w tym związku. Nie muszę zasługiwać na chwile spokoju, na miłość. Źle mi z tym. Świadomie prowokuję kłótnie, ale on nie podejmuje wyzwania. Jest dobry i naprawdę mnie kocha, chce zrozumieć co się ze mną dzieje.

Jednym cięciem uwalniam się z tej relacji, ale to boli. Jeszcze przez kilka miesięcy krążę wokół niego i wracam, by za chwilę znów go zostawić. Sprawdzam, czy na pewno znowu to poczuję, czy odnajdę swój znajomy niepokój. W końcu odchodzę naprawdę. Czas biegnie, nie wiążę się z nikim przez kilka lat. Przecież jestem dziwna – uciekam od normalnych facetów.

Mam 30 lat i fajnego męża

To jest miłość od pierwszego wejrzenia. Poznaję go i myślę: „czuję to”. Choć wcale nie potrafię dokładnie określić co „to” właściwie jest. Nasz związek rozwija się, nasza miłość już chyba nie może być większa. Bierzemy ślub. – Kocham cię – mówi rano on, kiedy wychodzi do pracy – jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało. ­ – Idiotko – krzyczy wieczorem – nic nie znaczysz, nie mogę na ciebie patrzeć! Tak bardzo go kocham.

Mam swój niepokój, jestem szczęśliwa. Po dwóch latach zakrywam dłuższym rękawem koszulki siniaki na ramionach. Po trzech zabieram dziecko i wyprowadzam się od męża. Przez pierwszy tydzień cieszę się spokojem mojego syna i oddycham głęboko. Przez następne pięć walczę z tęsknotą. Nie, nie za mężem. Za tymi emocjami, które powodują, że wiem kim jestem, jak znowu stać się ofiarą. Za moim bezpieczeństwem. To jest jak detoks.

Chodzę na terapię. Poznaje mechanizmy, które sprawiają, że w życiu wybrałam tak, a nie inaczej. Co mi daje ta świadomość? Poczucie, że mam na to życie wpływ. I pewność, że to wcześniej, to wcale nie był spokój. Uczę się spokoju od zera. Jeszcze trochę nie umiem, jeszcze czasem chcę wrócić. Ale nie wracam. Kiedyś będę spokojna.