Rzuciłam karierę dla mojego męża. I cholernie tego żałuję

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
16 listopada 2016
Fot. iStock/lolostock
Fot. iStock/lolostock

Chociaż pochodzę z małego miasteczka, nigdy nie wychowywano mnie w przeświadczeniu, że kobieta powinna być jedynie „żoną przy mężu”. Moja mama zawsze nam powtarzała,  –  mnie i mojej młodszej siostrze – że przede wszystkim powinnyśmy zadbać o swój rozwój, skończyć szkołę, studia, znaleźć pracę. Że nie wolno nam rezygnować z siebie, ani czekać na księcia z bajki. Że związek powinien opierać się na partnerstwie.Mój dom rodzinny był szczęśliwy, choć nie często pachniał domowym ciastem. Nie miałyśmy nigdy idealnie wyprasowanych białych bluzek na rozpoczęcie roku i często biegałyśmy po podwórku z kluczem na szyi, czekając aż rodzice wrócą z pracy. Jednak nie miałam poczucia, że mnie zaniedbywano, wręcz przeciwnie, uważam, że i mama i tata przekazali nam wszystkie najlepsze wzorce. Dziś mogę tylko żałować, że słowa mamy nie zapadły we mnie na tyle mocno, by w odpowiednim czasie pomóc mi dźwignąć się z tego dna, na które spadałam, może nawet niepostrzeżenie, przez ostatnich 13 lat.

Po maturze wyjechałam na studia do Krakowa. Skończyłam ekonomię, zrobiłam jeden kurs księgowy, drugi, zdałam egzaminy z języka angielskiego. Szybko znalazłam pracę i zaczęłam żyć, tak jak tego by chciała moja mama: wynajęłam maleńkie mieszkanie, stać mnie było na opłacenie rachunków, na kino od czasu do czasu, na życie w pojedynkę. Najpierw z pomocą rodziców, potem już samodzielnie.

Przyszłego męża poznałam w pracy. On robił karierę w pionie menadżerskim, ja nabierałam doświadczenia w dziale księgowości. Zakochałam się. Był o pięć lat starszy, lubił jazz i chciał mieć dzieci. To mi wystarczyło. W tamtym czasie niewielu moich znajomych myślało o założeniu rodziny. Ślub wzięliśmy po kilku miesiącach znajomości, zanim tak naprawdę zdążyliśmy się dobrze poznać. Byłam pełna nadziei, wiary w to, że będzie nam ze sobą dobrze, że wszystko sobie poukładamy. I tak było, przez pierwsze dwa lata małżeństwa. Zamieszkaliśmy w jego mieszkaniu pełnym antyków i rodzinnych pamiątek, w kamienicy, którą odziedziczył po dziadkach. Czułam się tam swobodnie, tak wówczas myślałam. Teraz, z perspektywy czasu widzę, że tak naprawdę nigdy nie dano mi odczuć, że coś tam jest naprawdę „moje”. Wprowadziłam się do męża z dwiema walizkami ubrań i trzema kartonami książek i choć przez lata wspólnego życia, nagromadziłam wiele pięknych, ważnych dla mnie przedmiotów, ukochanych mebli – jak na przykład bujany fotel, na którym siadałam wieczorem przy łóżkach naszych dzieci, wyprowadzając się stamtąd zabrałam niewiele więcej.

Po trzech miesiącach od ślubu zaszłam w ciążę, od samego początku – zagrożoną. Obowiązkowe L4 i, co jakiś czas, kilkudniowe lub kilkutygodniowe pobyty w szpitalu. Myślę, że wtedy zaczęły się u mnie pojawiać stany depresyjne. Mąż dbał o mnie tak, jak umiał, ale miał też odpowiedzialną pracę, szansę rozwoju kariery. Urodziłam wspaniałego, zdrowego synka i… wyjechaliśmy za granicę. To znaczy ja i dziecko dołączyliśmy do mojego męża, któremu zaproponowano funkcję menadżera olbrzymiego zespołu i pięcioletni kontrakt w Argentynie. Z dnia na dzień znalazłam się w obcym kraju, w obcej kulturze zupełnie sama.

Nie mogę powiedzieć, żebyśmy tę decyzję podjęli razem. Dla niego było jasne, że wyjeżdżamy – chodziło o prestiż, pieniądze, przyszłość, także naszą. Ale nie moją.

Jednak nie czułam, że powinnam oponować. Co z tego, że będę praktycznie całymi dniami sama, z maleńkim dzieckiem przy piersi, w miejcu tak bardzo innym,  z daleka od najbliższych? Co z tego, że szanse na to, żebym wróciła do pracy były praktycznie w tej sytuacji bliskie zeru? Liczyła się jego kariera, jego plany rozwoju. No i pieniądze.

Pojechałam i udawałam dzielną. Byłam wzorową mamą, wzorową żoną, a mój stan psychiczny pogarszał się z miesiąca na miesiąc. O moim powrocie do zawodu nie rozmawialiśmy. Z resztą, nie znałam języka na tyle by móc myśleć o pracy. Nie skarżyłam się. Zdarzało mi się płakać w ciągu dnia, zagryzając zęby na kolorowych poduszkach, a wieczorem witać męża z uśmiechem i pyszną kolacją.

Kiedy syn miał 1,5 roku, zaszłam w drugą ciążę, tym razem znosiłam ją bez problemów. Na kolejne dwa lata jakiekolwiek plany kontynuowania mojej kariery automatycznie odsunęłam na bok.

I chyba wtedy w ogóle, przestałam robić cokolwiek, żeby się rozwijać. Moje życie ograniczało się do gotowania dziecięcych obiadków, zabaw klockami, spacerów, a sporadycznie – wyjść z mężem na kolację do restauracji. No i jeszcze – nowego nałogu – Internetu. Moje nowe znajome, inne „żony na kontrakcie” wydawały się radzić sobie o wiele lepiej z tą samotnością. Z resztą, może one nie były samotne? Moje relacje z mężem układały się poprawnie, ale oddaliliśmy się od siebie. On szedł do przodu, rozwijał się, szybciej uczył języka. Ja zostałam w tyle, tak to odczuwałam. W pewnym momencie zaczęłam nawet naciskać na powrót do Polski. Mówiłam, że jestem nieszczęśliwa, że nie mogę się realizować, że może wrócę sama z dziećmi, wtedy mogła, przy pomocy rodziców wrócić do pracy. Że to dla mnie ważne. Nie zgodził się.

Nie twierdzę, że mój mąż jest złym człowiekiem. Jest człowiekiem, który ma swoje priorytety, bardzo konkretne oczekiwania stosunku do partnerki na całe życie. Żałuję, że poświęciłam dla tego związku swoje życie zawodowe.

Kiedy po pięciu latach wróciliśmy do Polski, dla niego nic się nie zmieniło. Miałam być nadal „żoną przy swoim mężu”, wychowywać nam dzieci, dbać o domowe ognisko, a jednocześnie być dla niego ciekawym partnerem do rozmów o polityce i biznesie. Nie dałam rady. Psychicznie ani fizycznie.

Kiedyś wrócił z pracy wyjątkowo późno, po jakimś mocniejszym alkoholu. Okazało się, że był na kolacji, na której większość szefostwa firmy zabrała swoje żony. Mnie nie zabrał, bo się wstydził. Pozostałe żony miały jakieś hobby, którymi mogłyby się pochwalić, albo prowadziły „własne” biznesy. Ja byłam zwykłą kurą domową, czytującą rosyjskie powieści, kochającą hiszpańskie kino i specjalizującą się w maślanych ciasteczkach i kolorowych lunchboxach, którymi moi synowie chwalili się codziennie w szkole.

Następnego dnia wróciłam do rozmowy o moim powrocie do pracy. – Po co ci to – mówił. – Będziesz tylko jeszcze bardziej zmęczona. Przecież pieniędzy mamy dość.

Nie rozumiał, że tu chodzi o mnie. Bał się tego, jak taka nowa sytuacja wpłynęłaby na dotąd poukładane, rodzinne życie. Może zbyt pózno zaczelam wysyłać mu sygnały, że takie życie, trochę „w jego cieniu” mi nie odpowiada? Moja stagnacja i narastająca frustracja trwała tak do 12 rocznicy ślubu. Potem zebrałam się na odwagę i powiedziałam, że muszę odejść. To był przełom. Choć na początku wydawał się załamany, myślę, że moje wyznanie mąż przyjął z ulgą. Fascynacja, która nas połączyła, dawno wygasła. Okazaliśmy się na tyle dojrzałymi ludzmi, żeby zrozmieć, że oboje chcemy zupełnie czegoś innego w związku.

Rozeszliśmy się w zgodzie, mamy ze sobą dobry kontakt. Myślę, że teraz mój były mąż jest o wiele lepszym ojcem dla naszych dzieci, niż wtedy, gdy mieszkaliśmy razem.

Dziś mam 39 lat, jestem niecały rok po rozwodzie. Mieszkam z synami w mieszkaniu przyjaciółki, która wyjechała za granicę, ale to jest moja decyzja: nie chciałam przyjąć mieszkania męża. Każdego dnia prześladuje mnie wrażenie, że zmarnowałam te lata życia, które powinnam przeznaczyć na swój rozwój. Dzięki znajomej, która prowadzi własną firmę księgową, powoli, bardzo powoli wracam do zawodu. Uczę się obsługi programów komputerowych, wieczorami powtarzam angielskie słówka, ale przede wszystkim – wychodzę z ogromego doła. Wszystkim kobietom chciałabym powiedzieć – nigdy nie rezygnujcie z siebie, nie zaniedbujcie swoich karier. Niezależnie od tego, czy pracujecie w sklepie, czy założyłyście swoją firmę. Niezależnie od tego jak bardzo kochacie, priorytetem powinna być wasza niezależność.


Wysłuchała: Anna Frydrychewicz

 


Zawsze puszcza wodę, żeby zagłuszyć odgłos wymiotów, choć uczy się robić to bezgłośnie. Cztery ściany, w których nie musi być idealna

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
16 listopada 2016
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz

Uwielbia gotować, zapraszać gości. Nic nie sprawia jej tyle radości, ile karmienie innych. Tylko ona, gdy wszyscy zachwalają jej sałatki, mięso z nowego przepisu, znika w łazience. Zamyka się w czterech ścianach, by zwymiotować swój perfekcjonizm – każdą drobno pokrojoną marchewkę, każdy dobrze przyprawiony kawałek cielęciny, każdy dobrze chrupiący bochenek chleba, który wyciągnęła jeszcze ciepły z piekarnika.

Kiedy była mała, jej mama zawsze mówiła: „Stać cię na więcej”. Żyły we dwie, ojciec odszedł, nie pamiętała go w ogóle. Mama chciała, by jej córka była najlepsza, by nigdy nie skończyła jak ona – sama z dzieckiem pracując w sklepie. Chciała, by była kimś. Dlatego zawsze wysoko stawiała jej poprzeczkę. A ona rzadko słyszała, że jest z niej zadowolona.

Mogła się buntować, stawać na rzęsach, nic to by nie dało. Była więc córką, która nie stwarzała problemów, świetnie się uczyła, a nawet gdy coś ją przerastało – nie skarżyła się, wiedziała, że musi liczyć tylko na siebie, że o pomoc nie może się zwrócić do matki.

Ktoś puka do łazienki. „Wszystko dobrze?”. Odpowiada, że tak, że za chwilę dołączy do towarzystwa. Zawsze puszcza wodę, żeby zagłuszyć odgłos wymiotów, choć uczy się robić to bezgłośnie.

Szkołę skończyła z wyróżnieniem. Na studia dostała się bez problemu. Jakże by inaczej – medycyna. To wtedy miała problem z jedzenie. Chudła w zastraszającym tempie. Z uśmiechniętej i pełnej energii dziewczyny stała się własnym cieniem. Jadąc do domu zakładała większe ubrania, żeby nie było widać wystających kości. Było jej cały czas zimno. Zaniepokoiła się przyjaciółka, poleciła terapeutę, a ten grupę wsparcia dla anorektyczek. Matka nigdy nie pytała, czy coś się stało, czy ma jakiś problem. Zresztą ona o problemach nie lubiła mówić. Musiała być silna, nie mogła zawieźć. Nie chciała anoreksji dać szans, choć okaleczanie własnego ciała niejedzeniem przynosiło jej ulgę, odwracało uwagę od wysiłku, który wkładała, by zasłużyć na podziw innych. Bo podziw równoważny był z tym, żeby zasłużyć na czyjąś uwagę, sympatię. Innej drogi do budowania relacji z ludźmi nie znała.

Ale zakochała się i paradoksalnie ta miłość jej pomogła. Zagłuszyła w niej jakieś nienazwane lęki, w końcu poczuła się bezpieczna. Odzyskała, a może pierwszy raz, poczuła prawdziwy spokój.

Opłukuje twarz, poprawia włosy. Patrzy w lustro z obrzydzeniem. Ma dosyć, jest zmęczona tą walką z samą sobą, ze wszystkimi wokół. Czuje ulgę, gdy wymiotuje, ale za chwilę jest jeszcze gorzej. Wie, że to w żaden sposób nie rozwiązuje jej kłopotów. Nie sprawi, że wymiotując stanie się innym człowiekiem, zacznie żyć w innym świecie.

Wzięli ślub, urodziła dziecko. Na specjalizację wybrała pediatrię. Wszyscy ją podziwiali – dobra żona, świetna mama i jeszcze nauka, studia, specjalizacja. WOW. Potrafiła zrobić na innych wrażenie, tylko nie na samej sobie. Wiecznie była z czegoś niezadowolona. W ciąży z tego, jak wygląda, po porodzie szybko chciała wrócić do formy. Do zawrotów głowy, omdleń po szybkich spacerach z wózkiem się nie przyznawała. Ważne, że odzyskiwała swoje ciało. Odzyskiwała kontrolę nad własnym życiem. Wszystko musiała mieć zaplanowane. Macierzyński, egzaminy, praca. Drugie dziecko. To ona rezerwowała hotele na wakacje, ustalała, gdzie pojadą na narty, robiła zakupy. Pamiętała zawsze o wszystkim – o urodzinach w rodzinie, o występach dzieci, datach szczepień i wizyt u dentysty. Potrafiła nie spać pół nocy szyjąc strój anioła dla córki. Ale wstawała uśmiechnięta zachwycając się radością swojej córki.

Lubiła, kiedy inni ją pytali: „Jak ty to robisz? Jak to ogarniasz? Ja mam problem z jednym dzieckiem, a ty dwójka, praca, zadbany dom”. Te słowa dawały jej energię, upewniały, że idzie w dobrym kierunku. Tylko mama, kiedy przyjeżdżała, czepiała się plam na szafkach w kuchni i nieumytej miski po jedzeniu dla kota. Zawsze coś znalazła, zawsze miała się do czego przyczepić. Kiedyś nie wytrzymała i wykrzyczała jej w twarz: „Dla ciebie nigdy nie będę idealna!”. Matka spojrzała na nią z pobłażliwością mówiąc: „Za mało od siebie wymagasz”. To ją dobiło. Miała ochotę wszystko wyrzucić z szafy, wyjść, upić się, zrobić to wszystko, na co sobie przez lata nie pozwalała. Czuła, jak coś w niej krzyczy, jak chce się wyrwać na zewnątrz. To wtedy zwymiotowała po raz pierwszy. To wtedy poczuła ulgę. Jakby wszystko to, co złe, zleciało z wodą ze spłuczki. Wstała, wyprostowała się i zrobiła wszystkim kolację nie patrząc swojej matce już nigdy w oczy.

„Czy ty nigdy nie możesz wyluzować?” – spytała znajoma z pracy, bliższa znajoma, z którą spotykały się w weekendy. Miały dzieci w podobnym wieku. „Mam wrażenie, że jesteś cały czas spięta. Może byś pobiegała ze mną, to świetny sposób na rozładowanie stresu” – zaproponowała. I zaczęła biegać, ale sama. Niedługo trwało, kiedy zaczęła kontrolować tempo, ilość przebiegniętych kilometrów. Wiedziała, że znowu to robi, że znowu stawia sobie poprzeczkę coraz wyżej i że za chwilę rozczaruje samą siebie. Bo zawsze rozczarowywała. Kiedy krzyknęła na synka, żeby w końcu poszedł się kąpać. Kiedy w pracy musiała odesłać dziecko na konsultację, bo sama nie była w stanie ustalić diagnozy, a nie chciała zaszkodzić. Kiedy zaplanowana przez nią wycieczka rowerowa nie wypaliła, bo nie zdążyła wrócić wcześniej z pracy. Kiedy kolejne 10 kilometrów przebiegła w czasie poniżej swoich własnych oczekiwań.

Każdą frustrację, każdą porażkę kończyła na podłodze toalety wyrzucając niechęć do siebie, strach, że inni zobaczą, że nie we wszystkim potrafi być perfekcyjna. Wymiotowała i obiecywała sobie, że to już ostatni raz.

Znowu ktoś puka. „Już wychodzę” – rzuca lekko. Patrzy w lustro, przykleja do twarzy uśmiech. Prostuje się. Mówi szeptem: „No, bierz się w garść. Nie ma co się mazać”.

Już nie ma wyrzutów sumienia zamykając się w łazience. Nad wszystkim góruje potrzeba kontroli. Kontroli własnego życia, wszystkich jego obszarów – zaczynając od zwykłej codzienności, kończąc na emocjach. Przecież wiadomo, że ona zawsze da radę. Że się nie skrzywi, nie będzie narzekać. Ona też nie może się złościć. „Nie krzycz, jak ty się zachowujesz?” – mówiła jej matka, a ona nigdy nie dowiedziała się, że złość jest naturalna, że ma do niej prawo i że nie pokazując swojej złości na zewnątrz, największą krzywdę robi sobie samej.

Wraca do stołu. Wzrokiem ogarnia, co kto zjadł, czego brakuje. Proponuje kawę, ciasto, które chłodzi się w lodówce. Jakoś mniej ją cieszą co chwilę rzucane: „Anka, to jest pyszne, dasz przepis?”, „Kochana, jak ty to robisz, że twoje ciasto jest takie pulchne”, „Nigdy mięso nie wychodzi mi takie soczyste jak tobie”. Jest jakby za szybą. Chciałaby wrócić do łazienki. Zamknąć się tam, pozbyć się z siebie napięcia i strachu. Strachu, że inni odkryją, że to poza, że ona udaje, że jest słaba, że potknie się pewnego dnia i co wtedy? Nie może o tym myśleć. Nie teraz. Tu ma kontrolę – cztery kawy, dwie z mlekiem. Herbata. Talerze, ciasto. Przecież jest pięknie, jest idealnie. Później wyrzuci z siebie niepokój. Kiedy nikt nie zauważy.

Na zaburzenia odżywiania nie cierpią tylko nastolatki. Bulimia, kompulsywne objadanie się dopada też dojrzałe kobiety. Pułapka perfekcjonizmu, w którą same siebie wpychamy pochyla niektóre z nas nad toaletą, gdzie pozornie pozbywamy się tego, co w same w sobie oceniamy jako słabość… własne uczucia.


Ja tych gejów, to nawet lubię. Naszą tolerancję mierzymy liczbą lajków pod postem Roberta Biedronia

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
16 listopada 2016
Fot. iStock/SvetaZi
Fot. iStock/SvetaZi

Gdzie jest granica naszej tolerancji? Myślę, że tam dopóki jej brak nas nie dotyka. Co tam, że mówimy ciapaty – kiedy obok nas nie ma uchodźcy. Co z tego, że pedał i ciota – gdy żadnego geja na horyzoncie nie widać, a w końcu lubimy tego Biedronia. I co, że ona nosi ciuchy bez znanej metki, a on jeździ starym rozwalonym oplem, skoro akurat nie mijają nas na ulicy, a my ich do domu nie zapraszamy.

A tamta stara dziwaczka, co koty dokarmia? A ta – co się jej w głowie poprzewracało, bo włosy na różowo farbuje i kolczyków jej przybywa?

Przecież my jesteśmy tolerancyjni. Rozumiemy, że inność nie jest niczym złym, że odmienność powinna być akceptowana. Przytakujemy za każdym razem, gdy ktoś pyta, czy tolerancyjni jesteśmy.

Oczywiście, że jesteśmy. W końcu przyjaźnimy się z Olą, której brat jest gejem – nie, nigdy go na kolację nie zapraszaliśmy, bo czasem przyszedłby z chłopakiem i co dzieciom byśmy powiedzieli.

Pozwalamy się naszym dzieciom bawić z tą Kasią z kamienicy obok. Mama co prawda sprzątaczka, ale przecież nie musimy się od razu na sąsiedzkie kawki zapraszać.

A jak nasze dziecko przeklnie? To na pewno wina tego Piotrka, co to ojciec odszedł do jakieś innej baby i kto go ma dobrych manier uczyć, skoro matka cały czas w pracy.

Miarą naszej tolerancji jest ilość lajków pod kolejnym wpisem Roberta Biedronia. Ale już Anna Grodzka – lepiej, żeby publicznie się nie pokazywała. I ten, o którym słyszeliśmy, że w kobiecie ciuchy lubi się przebierać  – niech nie mówi tego głośno. To co inne najlepiej pierzmy we własnym domu, w czterech ścianach. Nie wychodźmy z tym do ludzi, bo tolerancja jest fajna, ale na odległość. Tak łatwo jest tolerować tych, którzy są daleko, których nie spotykamy każdego dnia na ulicy.

Mam takie poczucie, że dziś samo słowo tolerancja urosło do rangi wysokiej wartości. Bo jak nie być tolerancyjnym w multi-kulti świecie. Oczywiście, że jestem. Odmienność mi nie przeszkadza, żadna. Ja tych gejów to nawet lubię. Krzywdy nikomu nie robią, dopóki żadnego mój syn do domu nie przyprowadzi.  I na te kolczyki i tatuaże machnę ręką, dopóki córka z takim chłopakiem spotykać się nie zacznie. Ten dzieciak z upośledzeniem w szkole, też ok, ale niech się z moimi lepiej nie bawi.

Fot. iStock/DragonImages

Fot. iStock/DragonImages

Taka jest nasza tolerancja. W szkole na informację podaną przez dyrekcję, psychologa i lekarza – że w klasie jest dwoje dzieci zarażonych wirusem HIV, co nie stwarza absolutnie żadnego zagrożenia dla reszty dzieci, rodzice postawili warunek: „Albo te dzieci znikną ze szkoły, albo oni przeniosą swoje do innej”.

W lodziarni pani, tuż po tym, jak obsłużyła dwoje dzieci z ciemniejsza karnacją skóry i kręconymi włosami, wyszeptała złowieszczo: „Coraz więcej się ich tu pojawia”.

Jest mi wstyd, gdy słyszę w kolejce: „co za głupia baba, skasować cebuli nie potrafi, do szkoły specjalnej z taką, a nie na kasę”. A obok stoi mama z niepełnosprawnym dzieckiem. Nie, nikt się nie zreflektował, kiedy wyszła ze sklepu zostawiając zakupy w koszyku.

Dzisiaj jest Dzień Tolerancji. Jakoś nie huczą o nim media, nikt o niej nie dyskutuje, dopóki czarnoskórego ktoś nie skatuje na ulicy, albo gdy geje nie zostaną pobici przechodząc przez krakowski rynek.

Ile w nas tolerancji? Tyle, by nie musieć opuszczać swojej bezpiecznej strefy komfortu.  By nie musieć się zderzać z odmiennością, z innością. Tyle, by jeszcze matkę z niepełnosprawnym dzieckiem przepuścić w drzwiach sklepu, a już nie tyle, by pozwolić swojemu dziecku spotykać z tym z zespołem Downa.

Wyślemy kilka złotych na jakąś akcję charytatywną – pomoc uchodźcom, dzieciom z krajów Afryki, byleby do nas nie przyjeżdżali, byleby nie mieszkali po sąsiedzku.

Wytykamy palcem tą, która co niedzielę jest w kościele, a ona wytyka nas – że do niego nie chodzimy. Śmiejemy się z tych, co wierzą w innego boga uznając ich za głupców. Oceniamy tę która aborcji dokonała miarą naszej tolerancji. Wystawiamy opinie, doklejamy łatki. Ta gruba, ta świnia, ten cham, ta głupia, idiota, pedał, maminsynek, pantofel, szmata, dziwka.

Spytajcie się dzisiaj samych siebie, czym dla was jest tolerancja. Odpowiedzcie sobie na podstawowe pytanie – jak wyglądałby świat, gdyby większość ludzi nosiła w sobie tyle tolerancji, ile wy jej macie dla innych. I czy chcielibyście, by w takim świecie żyły wasze dzieci, w świecie, gdzie one wyróżniać się będą swoją odmiennością?


Zobacz także

Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

Mężczyzna nie jest gruboskórny. STOP – mitom i stereotypom. Dobrze przytulić się do miękkiego faceta

Fot. iStock / shapecharge

Znamy sekret długowieczności! To dopasowana dieta, jest zapisana w twoim DNA

Fot. iStock / JANIFEST

7 małych rzeczy, według których ludzie oceniają twoją osobowość