Rzuciła korporację, by spełniać marzenia. O swojej wielkiej pasji do gotowania i o tym, jak to jest kroczyć niepewną drogą

Anna Wójtowicz
Anna Wójtowicz
21 czerwca 2017
Fot. Facebook/Pracownia SMAKU Jolanta Kleser
 

Z dnia na dzień rzucić wszystko, żeby spełniać marzenia? I do tego odnieść sukces? To naprawdę możliwe. Historia Jolanty Naklickiej-Kleser jest przykładem na to, że warto słuchać głosu serca i odważyć się podjąć decyzję, która zmieni całe życie i wywróci je do góry nogami. Kiedyś pracownik korporacji, dziś właścicielka Pracowni SMAKU i autorka książki „Lodovo, czyli domowe zdrowe lody, zimne desery i smoothie” , która nie boi się głośno mówić o tym, że spełnianie marzeń jest dla niej najważniejsze. I że w jednej chwili podjęła jedną z najlepszych decyzji w swoim życiu i rzuciła wszystko, aby wziąć udział w MasterChefie.

Anna Wójtowicz: Jakie to uczucie, rzucić wszystko z dnia na dzień dla realizacji swoich marzeń i pasji?

Jolanta Naklicka-Kleser: Każdemu polecam. Pamiętam, jak to zrobiłam. Czułam się, jakbym stała na jakimiś co najmniej ośmiotysięczniku i krzyczała ile sił w płucach, po prostu z radości. To jest coś niesamowitego. Myślę, że normalnie bardzo ciężko jest nam uwolnić się od stałej posady, dobrze płatnej, bezpiecznej i pójść za czymś, co jest tylko marzeniem lub aż marzeniem. Bo to jest nieznane i niepewne. Natomiast, jeśli ktoś może sobie pozwolić na taką sytuację, a ja akurat mogłam, bo mąż zapewnił mi bezpieczeństwo, to naprawdę polecam, żeby się samemu rozwijać i codziennie zdobywać nowe góry. Ale już nie pod okiem menedżerów, szefów i w korporacji, tylko krocząc własną drogą.

Kiedy Pani poczuła, że to jest ten moment, żeby rzucić pracę?

Był konkretny powód. Rozpoczęto nabór do drugiej edycji MasterChefa. Pamiętam jak dzisiaj, że pierwszą edycję śledziłam z zapartym tchem, przeżywałam każdą konkurencję, którą mieli. I tak sobie pomyślałam, że to jest szczyt marzeń, żeby znaleźć się w kuchni MasterChefa, gotować codziennie coś innego, spotkać się osobami, które tak samo jak ja kochają gotować i rozmawiać tylko i wyłącznie o gotowaniu. Wysłałam zgłoszenie, zostałam zaproszona na casting. Kiedy została nas setka, reżyser oznajmił, że musi wiedzieć, czy będziemy mieć urlop. To był warunek dostania się do finałowej czternastki. Napisałam podanie do firmy. Odmówili. To był ten impuls, który zmienił moje życie.

Wielu może uznać to za akt odwagi.

Niektórzy mówią, że to była wielka odwaga. Pamiętam, że byłam wtedy tak zamroczona tym wszystkim, co się wokół mnie dzieje i gdyby nie to, że mąż powiedział: „to chyba rzucasz pracę w takim wypadku, jak nie dostałaś urlopu”, chyba nie podjęłabym decyzji. Ja mu na to odpowiedziałam: „no dobra”, odłożyłam telefon i napisałam podanie. Myślę, że gdyby się mnie zapytał więcej razy, to rozsądek doszedłby do głosu. Wtedy były wielkie emocje i chęć spełnienia się, sprawdzenia się. Teraz myślę, że jest to połączone z odwagą, ale wtedy tak nie myślałam.

Wsparcie męża było bardzo ważne dla Pani w tych chwilach. Gdyby nie on, być może wszystko potoczyłoby się inaczej?

Myślę, że on strasznie wierzył we mnie. Tak teraz z perspektywy czasu o tym myślę. Bo jeśli nie wierzyłby w moje gotowanie, w moją miłość do tego, to w ogóle by się na to nie zgodził. Wtedy nie miałby nadziei na to, że się dostanę i na to, że potem mogę coś robić w tym kierunku. Zawsze marzyłam, aby mieć chociaż takie malutkie miejsce, w którym będę karmić różnych ludzi, w którym będę mogła gościć i przekazywać swoją wiedzę.

To się spełniło. I wcale nie jest to takie małe miejsce.

Otworzyłam przepiękną Pracownię Smaku – jedno miejsce, wiele możliwości w tajemniczej bramie w samym sercu Katowic przy ul. Kościuszki 12.

Pracownia SMAKU zdjęcie z profilu na Facebooku

Pracownia SMAKU zdjęcie z profilu na Facebooku

Jak widać udział w MasterChefie był dla Pani przygodą życia, która otworzyła wiele furtek.

Zgadza się, każdemu polecam. Jeśli ktoś marzy o gotowaniu, na pewno tutaj szybciej osiągnie sukces i spełni swoje marzenia, ponieważ jest to furtka, która naprawdę otwiera wiele możliwości. Przede wszystkim dla mnie najważniejsze było to, że dostałam trzy razy „tak” na castingu od Magdy, Michela i Ani. Wtedy pomyślałam: kurczę, warto było rzucić tę robotę i chyba jednak jestem w dobrym miejscu. Odetchnęłam. Nie przyznałam się w programie, że rzuciłam pracę, ale ciągle o tym pamiętałam i czułam tę presję, że muszę dobrze wypaść.

Po przygodzie z programem nie tylko otworzyła Pani swoje wymarzone miejsce, lecz także wydała książkę „Lodovo, czyli domowe, zdrowe lody, zimne desery i smoothie”. Dlaczego akurat lody i desery?

Wiele czynników się na to złożyło, jednak najważniejsze jest to, że chciałam w ten sposób podziękować swojej rodzinie, szczególnie mężowi. Wziął na siebie bardzo wiele, pozwalając mi odejść z korporacji. Wspierał mnie przez te kilka lat po MasterChefie. Rozwijałam się, krok po kroku realizowałam swoje marzenie. Poza tym moja rodzina uwielbia lody. Mam trójkę dzieci i też spotykam się na warsztatach u mnie w pracowni z mamami, które mają ten sam problem, co ja, czyli co dać im do jedzenia i nie mieć poczucia, że poszłyśmy na łatwiznę i sięgnęłyśmy po gotowce. Chcę pokazać rodzicom, że nie muszą karmić dzieci produktami, o których tak naprawdę nie wiemy, co mają w składzie – a jak już wiemy, to jesteśmy przerażeni. Zrobienie lodów, to jest kwestia kilku minut. A radość dzieci jest wielka. Poza tym mam świadomość, że to, co im daję, jest zdrowe. Ale mam nadzieję, że to dopiero początek i ta książka będzie pierwsza. Mam w planach kolejne, tak więc jeszcze dużo przede mną.

Okładka książki "Lodovo, czyli domowem, zdrowe lody, zimne desery i smoothie" / zdjęcie z Facebooka Pracownia SMAKU Jolanta Kleser

Okładka książki „Lodovo, czyli domowem, zdrowe lody, zimne desery i smoothie” / zdjęcie z Facebooka Pracownia SMAKU Jolanta Kleser

Proponuje Pani ciekawe połączenia smakowe np. pojawiają się lody dodatkiem pieprzu czerwonego lub z kurkumą. Dzieci polubią takie smaki?

Pieprz czerwony to jest w ogóle rewelacja. Uwielbiam go dodawać do dań słonych, ale wykorzystałam go także w połączeniu ze słodkim. Nie jest tak pieprzny jak normalny, jego smak jest właśnie na pograniczu słodkiego a takiego charakternego, mocnego. Co do nowych smaków, nie tylko u dzieci, lecz także u dorosłych jest identycznie, że jedząc coś po raz pierwszy, to nie do końca jest to smak, który od razu kochamy, prawda? Ja tak miałam z kolendrą zieloną. Na początku zjadłam i uznałam, że to się w ogóle nie nadaje do jedzenia, a teraz kocham. Nie możemy odpuszczać, tylko uczyć się nowych smaków i kilka razy spróbować.

Jak zaczynamy swoją przygodę z lodami, to nie polecam lodów z czerwonym pieprzem dla dzieci. Zacznijmy od klasycznych smaków, które dzieci lubią. Ale możemy im codziennie te smaki różnicować, czyli raz truskawka, raz malina, innym razem jagoda, czyli te rzeczy, które znają. Później możemy coraz szybciej wprowadzać nowe smaki.

Jaki jest Pani ulubiony przepis?

Uwielbiam mango połączone z mlekiem kokosowym. Jestem uzależniona od tego smaku i każdemu polecam. Chętnie sięgam też po granity np. gruszkową z rozmarynem i Prosecco. To jest takie połączenie niebanalne, dość wytrawne. Gruszka jest aromatyzowana rozmarynem i następnie dodawane jest Prosecco. Tym goszczę swoich przyjaciół i klientów. Zgodnie twierdzą, że jest rewelacyjne i ja się z nimi zgadzam.

Podzieli się Pani szybkim i prostym przepisem?

Podam przepis na moje ulubione szybkie lody z mango. Jeden składnik musi być zamrożony, czyli wcześniej obieramy mango, kroimy na kawałki i mrozimy. Do tego dodajemy łyżkę śmietanki kokosowej i miksujemy, ale nie do uzyskania konsystencji smoothie, tylko krótko, aby połączyć te składniki. I mamy szybkie lody. Drugi sposób, to połączenie świeżych składników, wlanie ich do foremek, które są u mnie w książce wykorzystywane, i zamrozić. Po 5-6 godzinach są gotowe.

Fot. Facebook/Pracownia SMAKU Jolanta Kleser

Fot. Facebook/Pracownia SMAKU Jolanta Kleser

Jolanta Naklicka-Kleser to finalistka drugiej edycji MasterChefa. Właścicielka Pracowni SMAKU, która znajduje się w Katowicach przy ul. Kościuszki 12. Jej największą pasją jest gotowanie. Niedawno wydała pierwszą książkę „Lodovo, czyli domowe, zdrowe lody, zimne desery i smoothie”. I już zapowiada kolejne.


6 rzeczy, które może dać ci tylko miłość w rytmie retro

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
21 czerwca 2017
Fot. Materiały prasowe filmu Old Fashioned
 

A co jeśli prawdziwa miłość jest staromodna i nasze babcie miały rację? Nie ma seksu na pierwszej randce i pikanych zdjęć na What’s upie. Nie ma w niej pogoni  za partnerem idealnym, ani związku dwóch solistów? Co jeśli… A dlaczego by nie? Czy tak bardzo boimy się dziś prawdziwej miłości, że wolimy jej nie zauważyć?

Ta staromodna nie pędzi na złamanie karku, nie zaciąga od razu do łóżka, nie mierzy obwodu bioder i nie sprawdza twojego profilu na Facebooku. I wiecie co? Jest w niej tyle piękna, że wydawać by się mogło, że zdarza się tylko w filmach.

Na szczęście zdarza się naprawdę.

6 rzeczy, które da ci tylko miłość w rytmie retro 

Fot. Materiały prasowe filmu Old Fashioned

Fot. Materiały prasowe filmu Old Fashioned

1. Uczciwość

Bo to zupełnie inna gra. To nie giełda. Tu nie ma miejsca na kalkulowanie i zaglądanie do portfela. Liczą się zupełnie inne wartości. Zapytacie jakim cudem?

Bo ta uczciwość rodzi się z nadziei. Z nadziei na wspólną przyszłość, na głębokie uczucie. To poczucie, że oboje budujecie właśnie coś niepowtarzalnego. Żaden fart czy zbieg okoliczności. To wy nie przegapiliście swojej szansy na miłość. Nie musicie próbować jej uwiązać, żeby nie uciekła. Miłość w rytmie retro uczy nas dobrze kochać. Dobrze nie znaczy łatwo, ale w zamian oferuje wszystko, co w miłości potrzebne.

2. Nadzieja

Piękne uczucie, cóż byłoby warte życie, gdyby nie ona? Nie ma nic wspólnego z naiwnością. Bo kochać naprawdę i z całego serca, to wierzyć, że świat może być dobry – i że my również mamy w sobie więcej ciepła niż lodu. Nadzieja pozwala nam kochać, marzyć i wybaczać. Uczy nas akceptować siebie i przestać udawać.

Uwierzyć, że ktoś może nas pokochać takimi, jakimi jesteśmy – bezcenne.

3. Czas

Bo gdy beztrosko gapisz się w sufit łaskocząc po dłoni ukochanego, wygrywasz o wiele więcej niż waszą bliskość. Nagle dostrzegasz to, że masz czas. Nie ma ludzi, którzy nie mają czasu na miłość – są tylko ci, którzy mają inne priorytety. Staromodna miłość daje ci dużo czasu, to bardzo cenny dar.

4. Ciepło

Przecież wiesz, jak trudno ogrzać się w biegu. Żeby nasycić się ogniem, trzeba mieć czas, żeby zasiąść przed kominkiem… Tego nie zastąpisz najdroższymi wakacjami i najlepszym seksem.

5. Głęboką relację

Można wejść w związek jedynie z motylami w brzuchu i poczuciem, że na następnym etapie będziecie się „sprawdzać”. Można też zbudować głęboką i dojrzałą relację z partnerem na długo przed tym, jak zaparzy ci pierwszą poranną kawę.

6. Wyższy poziom namiętności

Co sprawia, że namiętność utrzymuje się w związku? Pary, których życie seksualne nadal kwitnie – wiele, wiele lat po pierwszej randce – podkreślają, że ich namiętność zaczyna się na długo przed tym, jak pójdą do łóżka. Bo udany seks i namiętność – to poczucie bezpieczeństwa i nieskrępowania, to wzajemna akceptacja uwalniająca nas z kompleksów. Tak rodzi się otwartość na przyjemności.

Zakochajcie się jak nigdy, w stylu retro! Zakochajcie się na nowo w tych, którzy co wieczór gaszą światło przy waszym łóżku, a rano wyłączają budzik. Trochę staromodnie, jak na pierwszych randkach. Jak w dobrej romantycznej komedii. Bo rycerskość powraca…

… a do kin wchodzi Old Fashioned!

Serdecznie polecamy!

baner_movies_room

„Od kiedy traktowanie kobiet z szacunkiem stało się żartem?” – pyta Clay, niegdyś król studenckiej braci, dziś samotnik przywiązany do staroświeckich zasad. Na swojej drodze spotyka Amber, niespokojnego ducha o buntowniczym nastawieniu do związków. Old Fashioned romantyczna historia o współczesnej miłości w stylu retro wejdzie na ekrany polskich kin 23 czerwca. 

Old Fashioned to historia Clay’a Walsha (Rik Swartzwelder), który porzucił beztroską hulankę, by prowadzić sklep z antykami. Na jego drodze staje Amber Henson (Elizabeth Ann Roberts), która uciekając od trudnej przeszłości, pojawia się w miasteczku i wynajmuje mieszkanie nad jego sklepem.

Spotkanie tych dwoje wywraca świat do góry nogami, lecz bolesne doświadczenia nakazują im trzymać się od siebie z daleka. Dwie zranione dusze, które mają za sobą młodzieńcze uniesienia i tak zwany okres „burzy i naporu”, starają się zakochać tym razem na zawsze.

Film Rika Swartzweldera opowiada historię o „kobiecie po przejściach i mężczyźnie z przeszłością”, wychodzących z ciemności w prawdziwą miłość. Rozwijającemu się uczuciu, romantycznym wzlotom i upadkom, towarzyszą piękne zdjęcia i nastrojowa muzyka, które sprawiają, że mamy ochotę zatrzymać się w biegu, odprężyć i delektować chwilą.

OLD FASHIONED_PLAKAT_OST


Samotne matki są najbardziej solidnymi i zdyscyplinowanymi pracownikami. Przestańcie utrudniać im życie!

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
21 czerwca 2017
Fot. iStock/Guasor

Moja znajoma szuka mieszkania do wynajęcia. I choć rynek nieruchomości pełen jest ofert spełniających jej oczekiwania, ona sama niekoniecznie spełnia oczekiwania rynku. Jako najemca, oczywiście. Dlaczego? Bo jest samotną matką dwójki maluchów. Samotna matka, jak powszechnie wiadomo, może być niewypłacalna. A dzieci mogą coś zniszczyć. Ale moja znajoma się nie zraża. Podobną sytuację przeżywała rok temu, kiedy po trzech latach przerwy wracała do pracy. I dopiero za piątym podejściem udało jej się przekonać szefową, że świetnie sobie poradzi, nawet z tymi obowiązkami, których wcześniej nie wykonywała. Bo szefowa rozumiała coś, o czym większość pracodawców nie ma pojęcia. Wiedziała, że samotna matka to najlepszy pracownik, jakiego można sobie wymarzyć.

Po pierwsze, organizacja

Praktyka czyni mistrza. Nikt nie jest w stanie przebić samotnych matek, jeśli chodzi o organizowanie czasu i rozplanowywanie obowiązków. Nikt nie przewidzi też z taką precyzją, ile czasu zajmie wykonanie danego zadania, wliczając w to możliwe opóźnienia. Samotne matki planują czas lepiej, bo biorą pod uwagę wszystkie okoliczności. Praca w domu? Proszę bardzo, bądź pewien, że raport, na który czekasz, dostaniesz zawsze w terminie. Jak one to robią? Nie dociekaj, doceń.

Po drugie, zaangażowanie i kreatywność

Samotne matki są zmotywowane i mają milion pomysłów na minutę. Nic dziwnego, posiadanie dzieci zobowiązuje do rozwijania wyobraźni i ciągłego poszukiwania rozwiązań, w różnych, niespodziewanych sytuacjach i okolicznościach. Te cechy doskonale sprawdzą się w pracy, tam, gdzie trzeba szybko podjąć ważne decyzje. Samotne matki się ich nie boją. Dorzuć do tego wielozadaniowość i masz idealnego pracownika.

Po trzecie, obowiązkowość

Samotne matki nie zapominają. Bez elektronicznych kalendarzy i przypomnień w telefonie pilnują terminów, które w jakiś magiczny sposób „wchodzą im do głowy ” i zostają tam, aż zadanie nie zostanie zrealizowane. Nie zawiodą cię, niezależnie od tego z iloma obowiązkami (zawodowymi i domowymi) muszą się uporać.

Po czwarte, niestety – ugodowość (często kosztem swojego komfortu)

Samotna matka mocno odczuwa ciężar odpowiedzialności – jest często jedyną osobą, która zarabia na utrzymanie swoich dzieci. Nie zmieni więc pracy z dania na dzień, nie odejdzie „ot, tak”, bo zmienił jej się stosunek do życia, albo postanowiła nagle, że chce „od dziś” robić coś innego. Będzie też cierpliwie znosiła trudną atmosferę w pracy, albo zrobi wszystko, by rozwiązać konflikty utrudniające współpracę. Możesz na nią liczyć, ona szanuje możliwości, które dostała od losu.

Drogi pracodawco, jeśli staniesz przed wyborem: młoda, wolna, niedoświadczona kandydatka, a samotna matka z kompetencjami i doświadczeniem  – zastanów się proszę dwa razy. Zwłaszcza, jeśli motto twojej firmy, krzyczy z folderów reklamowych o dawaniu szans i zmienianiu świata. Właśnie masz szansę udowodnić, że to nie tylko puste frazesy.


Zobacz także

Akcja „Moja pierwsza miłość”

Często słyszysz: „Jesteś zbyt wrażliwa”? Nie przejmuj się, wszystko z tobą w porządku.16 sygnałów świadczących o wysokiej inteligencji emocjonalnej

„U nas po nieudanej reanimacji rzucamy rękawiczki i zajmujemy się kolejnym pacjentem. Mój rekord pracy to 72 godziny z rzędu”. Z życia pielęgniarki