Rozwiązanie konkursu „Naturalne piękno – wasze domowe sposoby na dbanie o urodę”

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
17 września 2017
Fot. iStock / BeauSnyder
Fot. iStock / BeauSnyder
 

Pojechać do SPA… marzenie wielu kobiet, ale okazuje się, że prawdziwe SPA zaczyna się w głowie i można do niego wybrać się w kapciach! Zachęcałyśmy was do podzielenia się swoim sposobem na naturalne piękno – na domowy sposób, by zadbać o urodę (i odprężenie). Mamy nadzieję, że będziecie regularnie zamieniać swoje łazienki w SPA najlepszej jakości, takie, w którym nigdy nie trzeba czekać na „termin”.

I serdecznie dziękujemy wam, za każdą zdradzoną urodową tajemnicę – z pewnością włączymy je do swoich rytuałów! Dzięki sponsorowi nagród w naszym konkursie, cudowne kosmetyki do Dr. Belter będą rozpieszczać was w domowej pielęgnacji…

… serdecznie gratulujemy Laureatkom naszej zabawy! I z całą pewnością musimy stwierdzić, że mimo świetnie wypracowanych własnych sposobów na domowe SPA,  w Dr. Belter na pewno się zakochacie! <3

Laureaci:

– Kinga Cz

– Magdalena Arcimowicz

– Paula Kucharska

– Alicja Zwolak

– Patrycja Piasecka

Laureatom serdecznie gratulujemy i prosimy o kontakt mailowy w celu odbioru nagród w ciągu 7 dni od daty ogłoszenia wyników. Prosimy o przesłanie danych do wysyłki nagrody (imię i nazwisko, adres i nr telefonu) na adres e-mail: kontakt@ohme.pl. Otrzymanie danych potwierdzamy w odpowiedzi zwrotnej.

Prosimy o dołączenie w treści wiadomości poniższego oświadczenia:
Wyrażam zgodę na wykorzystanie i przetwarzanie przez Organizatora swoich danych osobowych uzyskanych w związku z organizacją Konkursu, wyłącznie na potrzeby organizowanego Konkursu, zgodnie z przepisami Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (Dz. U. z 2002 r., Nr 101, poz. 926 z późn. zm.).

Nagrody:

Dr.Belter_Logo - kopia

Zestaw kosmetyków, składający się z:

1 x Dr. Belter – Mascara do rzęs Lash Perfector

1 x Dr.Belter – Intensa Ultima Lip Care

1x Dr.Belter – Maseczka odżywcza z baobabem-stay on

901_deco_lash_perfector_mascara_3502_intensa_naturaVital_2724_intensa_ultima_lip_care_2

Regulamin konkursu znajduje się tutaj.


Wysiłkowe nietrzymanie moczu – to powód do działania, nie do wstydu!

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
18 września 2017
Fot. iStock / vadimguzhva
Fot. iStock / vadimguzhva
 

Wysiłkowe nietrzymanie moczu dotyczy niemal 1/3 dorosłych kobiet, choć niewiele z nich się do tego przyznaje. Nagłe, mimowolne związane  z wysiłkiem wyciekanie moczu wciąż bywa niestety tematem tabu Powoduje nie tylko dyskomfort, ale prowadzi także do wielu wstydliwych sytuacji, które z biegiem czasu niekorzystnie wpływają na pewność siebie. Na szczęście specjaliści znają metody, dzięki którym wysiłkowe nietrzymanie moczu może odejść w zapomnienie. Najważniejsze jednak, by przełamać się i pójść po pomoc.

Wysiłkowe nietrzymanie moczu może być spowodowane nadmiernym rozciągnięciem pochwy, co skutkuje zmianą kąta nachylenia cewki moczowej, a także wynikać z osłabienia mięśni Kegla (mięśnie dna macicy), które nie kurczą się prawidłowo i nie zaciskają cewki moczowej. Schorzenie objawia się mimowolnym wyciekaniem moczu, gdy wzrasta ciśnienie w jamie brzusznej. Najczęściej więc zdarza się w trakcie podnoszenia przedmiotów, kichania, wybuchu śmiechu czy ataku kaszlu. Do czynników ryzyka zalicza się: porody, starszy wiek, przebyte zabiegi ginekologiczne, otyłość, przewlekłe choroby związane z intensywnym kaszlem i przyjmowanie niektórych leków (diuretyków, leków przeciwlękowych i hipotensyjnych).

Jak sobie pomóc?

Niektóre kobiety radzą sobie z problemem, nosząc nieustannie wkładki higieniczne. Jest to jednak rozwiązanie chwilowe, ponieważ nieleczone nietrzymanie moczu może doprowadzić do zapalenia układu moczowego czy zmian skórnych w obrębie krocza. Panie, które zmagają się z tą przykrą dolegliwością, często skarżą się też na nieprzyjemny zapach moczu, który wywołuje wstyd i zażenowanie. Bez wątpienia, nietrzymanie moczu wpływa negatywnie na wszelkie aspekty społeczne, pracę zawodową i życie seksualne.

Lekarze z Kliniki Kobiet Medifem, specjalizującej się m.in. w leczeniu wysiłkowego nietrzymania moczu, niejednokrotnie mogli zobaczyć, jak tuż po zabiegu zmienia się samopoczucie kobiet. Chodzi nie tylko o komfort życia, ale także o pewność siebie czy zadowolenie z seksu. Wiele pań wciąż jednak nie potrafi przełamać bariery wstydu i latami zmaga się ze schorzeniem, które łatwo wyleczyć. Przede wszystkim trzeba zacząć działać – lekarz zazwyczaj stawia diagnozę na podstawie szczegółowego wywiadu i kilku badań diagnostycznych. Potem dobiera odpowiednią metodę leczenia. A tych nie brakuje!

Metody slingowe

Jest  to grupa zabiegów małoinwazyjnych  ,przeprowadzanych najczęściej w znieczuleniu dożylnym w połączeniu ze  znieczuleniem miejscowym. Polegają  na chirurgicznym wprowadzeniu taśmy polipropylenowej pod cewkę moczową drogą przezpochwową w celu jej podparcia. Skuteczność zabiegów przy właściwej kwalifikacji pacjentek sięga 95%.

Problem wysiłkowego nietrzymania moczu nie powinien nas dyskwalifikować z życia zawodowego, sportowego, ani w żaden sposób ograniczać. Im wcześniej zaczniemy działać, tym mamy do wykorzystania większy arsenał możliwości. Czasem 10-30 minutowy zabieg może zmienić nasze życie o 180 stopni. Warto? Pewnie, bez dwóch zdań!

Metoda HIFU

HIFU, (High Intensity Focused Ultrasound) to jedna z najnowocześniejszych, nieinwazyjnych metod walki z wysiłkowym nietrzymaniem moczu. Polega na zastosowaniu fal ultradźwiękowych o wysokim natężeniu, które oddziałują głęboko aż do poziomu powięzi i tkanki tkanki mięśniowej, wymuszając jej regenerację i nie uszkadzając przy tym śluzówki pochwy. Zabieg ten można stosować zarówno prewencyjnie, jak również po wystąpieniu pierwszych objawów nietrzymania moczu. Zabieg nie wymaga znieczulenia i jest bezbolesny. Co ważne, wykonanie zabiegu we wczesnym etapie wysiłkowego nietrzymania moczu lub po porodzie może znacząco wpłynąć na problem z nietrzymaniem moczu i chronić nas przed jego wystąpieniem w przyszłości.

HIFU biorąc pod uwagę mechanizm działania , zasięg penetracji tkankowej ( do 4,5m) nie tylko nie jest alternatywą dla  lasera a wręcz uzupełnieniem terapii Laserowej. Technologia ta wydaje się być bardzo obiecująca w ginekologii plastycznej biorąc w szczególności pod uwagę jej ugruntowaną pozycję w dermatologii i medycynie estetycznej.

Laserowa rewitalizacja pochwy

Zabieg  t.z.w odmłodzenia pochwy dedykowany jest przede wszystkim kobietom po porodzie drogami natury, które nie odzyskały napięcia typowego dla struktury i parametrów dróg rodnych sprzed ciąży, a także paniom w okresie okołomenopauzalnym, u których doszło do spadku napięcia pochwy w wyniku starzenia się organizmu. Zabieg jest bezbolesny  a efekt  utrzymuje się do około dwóch lat. Polega na naświetlaniu tkanek pochwy laserem CO2.Wiązka laserowa stymuluje kolagen w błonie śluzowej pochwy , dzięki czemu tkanki stają się bardziej napięte i elastyczne. Obwód pochwy się zmniejsza, a co za tym idzie – wzrasta zadowolenie z życia seksualnego. Efekty rewitalizacji odczuwalne są po miesiącu. Wykorzystanie lasera w okolicach cewki moczowej i przedniej ściany pochwy znacząco poprawia komfort życia i jest przedmiotem badań w zakresie ich skuteczności w leczeniu wysiłkowego nietrzymania moczu.

Nowością w ginekologii plastycznej jest połączenie obu zabiegów, które kompleksowo działa zarówno na tkankę mięśniową jak i na śluzówkę pochwy oraz okolice cewki moczowej zapewniając tym samym lepszy  efekt  niż zabieg pojedynczy.

medifem-logoZwww-02


 

Piotr-Kolczewski-Medifem-0001Piotr Kolczewski
ginekolog plastyk
Klinika Kobiet Medifem | Esthegyn
V-ce Prezes Polskiego Towarzystwa Ginekologii Plastycznej

 

Artykuł powstał we współpracy z Klinika Kobiet Medifem


„Jest ktoś” – usłyszałam od męża nie bardzo rozumiejąc o co mu chodzi. „Jak to jest ktoś?” – spytałam…

Listy do redakcji
Listy do redakcji
17 września 2017
Fot. iStock/elenaleonova
Fot. iStock/elenaleonova
 

Mam 45 lat. Przez ostatnie dwadzieścia wydawało mi się, że mam cudowne życie. Fajnego męża, którego poznałam na studiach, a który był zawsze opiekuńczy. Fajną dwójkę dzieci, które teraz studiują. Piękny dom, ciekawą pracę. Czego można chcieć więcej? Ile razy słyszałam: „Ty to masz dobre życie” i nikt nie musiał mi tego udowadniać, bo sama tak czułam.

„Jest ktoś” – usłyszałam od męża nie bardzo rozumiejąc o co mu chodzi. „Jak to jest ktoś?” – spytałam, ale gdy dotarło do mnie brzmienie tych słów, już wiedziałam, co znaczy, że jest i że ktoś. Ten ktoś może miał blond włosy, mniej lat ode mnie, długie nogi i uśmiech podkręcony botoksem. Na pewno na czas pofarbowane włosy, żeby nie było widać odrostów i nigdy nie widział jej w dresie zmęczonej po całym dniu pracy i innych obowiązków.

Nie mogłam zasnąć. Jak to na idealnym zdjęciu naszego rodzinnego zdjęcia pojawiła się rysa? Przecież było tak dobrze, wszyscy nam zazdrościli, że bez kryzysów, upadków wspólnie za rękę idziemy przez życie? Ale jak to? Jak to „ktoś”? Jak on mógł tak po prostu, jednym zdaniem przekreślić wszystko to, co zbudowaliśmy, w co – wydawało mi się, wierzyliśmy.

Nie chciał odejść. Mówił o tym, ile nas łączy, ile wspólnego razem przeżyliśmy. On nie wie, jakie to ma znaczenie, czy coś z tego będzie, a może w ogóle… A ja przecież jestem, tyle lat. Skok w bok niczego między nami nie musi zmieniać. On tylko poczuł się staro i nie chciał w życiu żałować czegoś, czego nie spróbował, choć miał okazję.

Ja chyba ku*wa śnię?

Przez dwadzieścia lat naszego małżeństwa byłam cała dla niego, pełna poświęcenia i miłości. To dla niego zrezygnowałam z kariery zawodowej, zostałam w jednym pewnym miejscu pracy niezmiennym od lat, bo karierę robił on. Musiał się szkolić, wyjeżdżać na konferencje, musiał się uczyć po nocach, pracować dłużej niż inni. Byleby osiągnąć sukces. Ja byłam żoną, która prasowała jego koszule, pakowała mu walizki, która w nocy wstawała do dzieci, żeby on mógł się wyspać. Gotowałam, sprzątałam, siedziałam z dziećmi nad lekcjami, siedziałam przy ich łóżkach, gdy miały gorączkę, przytulałam, gdy zawiódł ich przyjaciel. Chodziłam z nimi do kina, wyjeżdżałam na wieś do babci. Co miałam w zamian? Męża, który mógł bez problemu piąć się po szczeblach awansów, który zarabiał coraz więcej, dzięki czemu stać nas było na cudowne wakacje, na narty czy dobre szkoły dla dzieci. Byłam z niego dumna. Byłam dumna, gdy na kolejnych konferencjach gratulowali mu osiągnięć. Byłam żoną spełniającego się faceta, żoną, która mu to umożliwiła, która miała wkład we wszystko do czego on dążył, do czego wspólnie dążyliśmy. Mówił, że to dzięki mnie, że jest wdzięczny za cudowne dzieci, za to, że zawsze na niego czekam, że nie mam pretensji, gdy on dłużej musi zostać w pracy lub pracować w weekend. Przełykałam wtedy gorycz, żal, że jemu wydawało się to takie łatwe, że uważał, iż nie stanowi dla mnie problemu siedzenie w jego cieniu. I nie, nie chodziło o to, że ja chciałam się wybić przed niego, że chciałam świecić mocniejszym blaskiem. Chciałam też się spełniać. Też mieć czas wyskoczyć na siłownię, na plotki z przyjaciółkami. Dusiłam w sobie te myśli. Przecież tak, jak jest, jest idealnie, po co komplikować.

W pracy było mi dobrze, znane kąty, przestano mi już proponować awans, bo zawsze odmawiałam, za to nigdy nie odmawiałam większej ilości obowiązków. Potrafiłam się zorganizować, a im dzieci były starsze, tym było mi łatwiej.

Efekt. On kogoś ma. Dlaczego o tym piszę? Bo chcę, żebyście zrozumiały, że zawsze w każdym związku powinniście pozostawić część samej siebie, nim będzie za późno. Przez te dwadzieścia lat ani przez chwilę nie pomyślałam o sobie. Przez myśl mi nie przeszło, żebym zrobiła to, na co właśnie mam ochotę. Nigdy. Najważniejszy był mąż, zadowoleni teściowie, moi rodzice, a później jeszcze szczęśliwe dzieci. Całe swoje życie im poświęciłam. Gotowałam obiady, słuchałam „dobrych” rad teściowej bez cienia sprzeciwu. Czekałam z ciepłą kolacją na męża bez względu na to, o której godzinie wracał, a o której ja musiałam wstać czy to do dzieci, czy do pracy. Moje potrzeby były na samym końcu. Chciałam chodzić na basen, na masaż, bo miałam problemy z plecami, ale kiedy? Kiedy? Skoro dzieci trzeba było rozwieźć, zakupy zrobić, odebrać od męża telefon z informacją: „kochanie będę później, dasz sobie radę?”. Zawsze dawałam, z czasem przestał pytać. Może bał się, że w końcu powiem, co naprawdę gdzieś w sobie czułam, że wydobędę na zewnątrz cały swój bunt przeciw temu status quo. Przyjaciółki jeździły wspólnie do SPA na weekend, ja wyjeżdżałam zawsze z mężem i dziećmi, kiedy tylko on miał czas. Zawsze razem. Jak pie*dolona nierozłączna rodzina, idealna.

Jasne, że się buntowałam, że nie chciałam być tylko kurą domową, która przy okazji chodzi do pracy. Ale on miał zawsze gotową odpowiedź: „Chcesz, zatrudnimy panią do sprzątania, do prasowania. Tylko powiedz, nie musisz robić wszystkiego”. Ale jak nie robiłabym wszystkiego, to do czego byłabym potrzebna, co bym miała? Mój status był moją wartością, nie miałam nic więcej.

Dzieci zawsze były blisko. Dopiero na studia się rozjechały. I nagle dom stał się pusty, a ja zyskałam masę dodatkowego czasu. On też. Bo nagle nigdzie nie trzeba było dzieci wozić, odbierać z imprez, zabierać na zakupy. Nie było rozmów popołudniowych i wieczornych. Zostałam sama. I nagle tych koszul do prasowania było jakby za mało. Tych naczyń do umycia także. Mniej gotowania, mniej sprzątania. Mogłam usiąść z książką, z winem bez poczucia, że czegoś nie zrobiłam. Mogłam zostać dłużej w pracy, gdzie patrzyli na mnie ze zdumieniem.

W jego życiu nic się nie zmieniło. Tylko nam zabrakło tematów do rozmów. Nie było zwykłej wymiany informacji, co u dzieci, co na obiad, jak u niego. Lista zaczęła niebezpiecznie się skracać. Nie potrafiliśmy wspólnie usiąść, obejrzeć film. Jak para obcych sobie ludzi. On patrzył na mnie ze zdumieniem, gdy wyrzucałam z siebie, że nie wiem, kim jestem, że pozwoliłam, by zabrał mi tyle lat, że on nigdy nie zauważył, jak mnie używa, że jak mógł myśleć, że to dla mnie pełnia szczęścia. Patrzył, słuchał i nie rozumiał. A ja? A ja nie wiedziałam, czego chcę, nie znałam siebie, nie wiedziałam, co lubię robić, z czym mi dobrze. Bałam się pomyśleć o sobie. Samotne wyjście do kina, teatru, kiedy jego nie było, wypełniały mi czas.

Dwadzieścia lat, kiedy zapomniałam zupełnie o sobie, a on teraz kogoś ma. On żyje swoim życiem, takim, jakim chciał, o jakim decydował, w którym podejmował samodzielnie wybory. Mówi, że mnie kocha, że łączy nas przeszłość. Ale co teraz? Co z dzisiaj? Czy dzisiaj coś nas jeszcze łączy, czy dzisiaj nie jestem już mu potrzebna, bo wypełniłam swoją rolę – matki jego dzieci i organizatorki jego życia, ułatwiającą mu sięgnięcie po to, czego on pragnął? Już to ma. Ja mogę zejść na drugi tor. I wiecie co, chyba tak zrobię, chyba w końcu muszę zadbać o siebie i pójść swoją własną drogę. Boję się jak diabli, ale na co mam jeszcze czekać? Ryzykować swoim czasem? Nikt mi go nie zwróci.

Nie przegapcie tego wszystkiego, czego ja nie zauważałam. Pamiętajcie o sobie.


Zobacz także

fot. iStock/ swissmediavision

Czasami warto zaufać

Fot.  Screen z Youtube /

Jak wygląda prawdziwa miłość? Właśnie tak…

Fot. iStock/teksomolika

Absurdem jest dla mnie sytuacja, gdy kobieta chce zoperować się dla… mężczyzny. I nie ma znaczenia, że „zrobiłam tylko piersi”, bo on lubi duże