Rozmowa z JEAN-PIERREM i LUCIEM DARDENNE, wybitnymi reżyserami i dwukrotnymi zdobywcami Złotej Palmy na festiwalu w Cannes

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
6 grudnia 2016
Fot. Materiały prasowe
 

Na ekrany kin wchodzi właśnie ich najnowszy film „Nieznajoma dziewczyna”. Jak zwykle u braci Dardenne – kino mocno zaangażowane społecznie. Kiedy lekarka Jenny uczy swojego praktykanta przestrzegania godzin pracy, jeszcze nie wie, że respektowanie tych zasad wkrótce zmieni i jej życie. A stanie się tak, ponieważ do jej drzwi – ale już po godzinach pracy – zapuka pewna młoda kobieta…

Jaka jest historia powstania NIEZNAJOMEJ DZIEWCZYNY, opowieści o młodej lekarce?

Jean-Pierre Dardenne (JPD): Na początku mieliśmy postać lekarki, nazwaliśmy ją Jenny. Ten temat towarzyszył nam latami. Lekarka, która czuje się odpowiedzialna za śmierć młodej, niezidentyfikowanej imigrantki i próbuje ustalić, jak się nazywała, żeby nie musiała być pochowana jako anonimowa… żeby nie zniknęła, jakby nigdy nie istniała.

Luc Dardenne (LD): Jenny czuje się winna, odpowiedzialna. Nie zgadza się na bierność, nie chce powiedzieć: “Nic nie widziałam, nic nie słyszałam…”.

Jenny opiekuje się swoimi pacjentami, wsłuchuje się w ich ciała. Czy ważne było dla was pokazanie tego w filmie?

LD: Tak. Postacie doznają wiele psychosomatycznych reakcji: zawroty głowy, bóle brzucha, napady drgawek… Ciało zawsze reaguje jako pierwsze: komunikuje to, czego my nie jesteśmy w stanie wyrazić słowami. Jenny jest bardzo wyczulona na cierpienie swoich pacjentów. Próbuje im ulżyć szukając informacji na temat nieznajomej dziewczyny.

JPD: Chcieliśmy, by Jenny była kimś, kto słucha słów i ciał swoich pacjentów, dzięki swojej umiejętności słuchania staje się położną życia, a zabiegi stają się dla niej konfesjonałem.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Czy pisząc scenariusz, konsultowaliście się z prawdziwymi lekarzami?

LD: Tak. Nasza wieloletnia przyjaciółka jest lekarką, konsultowaliśmy się z nią podczas pisania scenariusza. Była również na planie podczas kręcenia scen medycznych. Niektóre sceny były wręcz zainspirowane historiami, które usłyszeliśmy od lekarzy.

Na początku filmu Jenny mówi Julienowi, swojemu stażyście, że zawsze trzeba „być silniejszym niż własne emocje”. To, co dzieje się potem, częściowo zadaje kłam temu twierdzeniu.

LD: Jak każdy inny lekarz, Jenny nie powinna kierować się emocjami przy stawianiu diagnozy, ale mogą jej się przydać w kontaktach z pacjentami, w niesieniu im pomocy… a jeszcze bardziej w śledztwie mającym na celu ustalenie tożsamości zmarłej dziewczyny.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Na swój sposób Jenny również jest „nieznajomą dziewczyną”. Nie wiemy nic o jej przeszłości ani życiu osobistym.

JPD: Widzimy ją przy podejmowaniu życiowej decyzji, odrzuca korzystną ofertę zawodową by nadal pracować jako lekarz pierwszego kontaktu na przedmieściu, bo wierzy, że tylko w ten sposób uda jej się ustalić jak nazywała się zmarła dziewczyna. Uznaliśmy, że nie chcemy się nad tym dłużej zatrzymywać. Opuszcza mieszkanie na dobre by przenieść się do gabinetu, odrzuca korzystną ofertę zmiany stanowiska by pozostać lekarzem rodzinnym na przedmieściu. To wszystko co widz musi o niej wiedzieć. We wcześniejszych wersjach scenariusza było więcej informacji na temat jej życia, ale te szczegóły wydawały się nieistotne do opowiedzenia historii, na której nam zależało.

LD: Jenny jest owładnięta przez tę nieznajomą dziewczynę, i to sprawia, że z taką determinacją i cierpliwością szuka jej nazwiska. Nie jest to nadprzyrodzony rodzaj owładnięcia, raczej moralny. To nas interesuje.

Pacjenci Jenny są w różnym stopniu ofiarami trudów współczesnego życia: braku bezpieczeństwa socjalnego, rozpadu spójności społecznej…

LD: Te problemy istnieją „tu i teraz”. Przynależą do tej części społeczeństwa, która została tak brutalnie wykluczona. Jednak nie chcieliśmy pokazać „przypadków społecznych”, a osoby.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Akcja NIEZNAJOMEJ DZIEWCZYNY toczy się w prowincji Liège.

JPD: Od czasu OBIETNICY, od 1996 roku, tam kręcimy wszystkie nasze filmy. Jeszcze przed powstaniem scenariusza – jak mieliśmy jedynie mglisty pomysł na postać lekarki – wiedzieliśmy, że będziemy kręcić przy autostradzie i rzece Mozie. Miejsce było przed scenariuszem.

LD: Zainspirowała nas ta autostrada. Niekończący się ciąg samochodów przejeżdżających z dużą prędkością, nieświadomych tego, co dzieje się w malutkim gabinecie Jenny, jak świat i jego sprawy, toczące się swoim tokiem.

Po tym jak pracowaliście z Cécile de France przy CHŁOPCU NA ROWERZE i z  Marion Cotillard w DWA DNI, JEDNA NOC, teraz w NIEZNAJOMEJ DZIEWCZYNIE widzimy Adèle Haenel.

LD: Poznaliśmy Adèle w Paryżu po tym jak otrzymała nagrodę za SUZANNE. Już po zamienieniu z nią kilku słów wiedzieliśmy, że chcemy, żeby zagrała naszą lekarkę. Ona była w stanie oddać tę jasność młodości, i tę naiwność, i niewinność zdolną otworzyć najtwardsze z serc.

JPD: Zanim zaczęliśmy kręcić, przez cztery tygodnie mieliśmy próby z aktorami. Nie czytane, w pomieszczeniu, ale we właściwym miejscu akcji, w pracy nad konkretnymi sytuacjami i ruchami. Adèle była obecna każdego dnia tego niezwykle ważnego procesu, miała mnóstwo pytań i pomysłów. Jest jednocześnie spontaniczna, nieprzewidywalna i pogodna. Dzięki jej kreatywności doszliśmy do rozwiązań, o których sami byśmy nie pomyśleli.

LA FILLE INCONNUE Photo 6 l Christine Plenus

W filmie pojawiają się również wasi aktorzy-talizmany, Olivier Gourmet i Jérémie Renier.

LD: Praca z nimi zawsze daje nam wielką radość. W NIEZNAJOMEJ DZIEWCZYNIE grają również Thomas Doret, który grał Cyrila – chłopca w filmie CHŁOPIEC NA ROWERZE, Morgan Marinne, która grała Francis w SYNU i Fabrizio Rongione, z którym pracowaliśmy już wielokrotnie. Dobrze nam się również pracowało z Olivierem Bonnaud, młodym francuskim aktorem, który nas zachwycił swoim talentem.

plakat_nieznajoma-dziewczyna

NIEZNAJOMA DZIEWCZYNA od 9 grudnia w kinach.


Czym, tak naprawdę, różnią się dzieciaci znajomi od bezdzietnych singli? Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi…

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
6 grudnia 2016
Czym tak naprawdę różnią się dzieciaci znajomi od bezdzietnych singli? Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi...
Fot. iStock / ArtMarie
 

Więc masz już wesołą gromadę, udało się dorwać i męża. Oprócz oczywistych faktów takich, jak miłość, brak samotności i radość z obcowania z rodziną , które świadczą o wspaniałomyślności Matki Natury rozdającej ludziom dzieci i mężów, to poziom satyry niektórych codziennych smaczków z ich udziałem, przekracza ludzkie pojęcie. Wręcz prosi się o lekkie wyśmianie. Nie, nie o lekkie. Sceny z życia rodziny proszą się o porządne darcie łacha, bo zanim zmurszejemy do reszty drodzy państwo, to powinniśmy nauczyć się dystansu do otaczającej rzeczywistości i śmiać się z tego, co zazwyczaj spędza nam sen z powiek. Więc czym tak naprawdę różnią się dzieciaci znajomi od bezdzietnych singli? Ot śpieszę się poinformować – studium przypadku na podstawie pięciu popularnych kategorii.

Samochód

Kupowałaś ostatnio auto od jednego takiego, co ani dzieci, ani żony tylko dobra „łycha” na lodzie wieczorem, masturbacja kiedy się zachce, z kim się zachce  oraz nieprzerwany sen do południa bez „Tata! Kanapkę! Kupę! Zatemperuj mi kredki!”. Singiel. Po prostu. Kiedy wsiadałaś do samochodu przed kupnem szukałaś na półkach drzwi filcowych papuci na gumce jak w muzeum starej daty i płynu do odkażania rąk.  Mało tego – pokładowy zegarek pokazywał dobrą godzinę, a wszystkie przyciski w panelu radia zdawały się działać.

Elektryczne szyby faktycznie elektrycznie się opuszczały, nikt nie odgryzł żadnej ważnej wajchy, a w zagłówku nie wydłubano wcześniej dziury długopisem. Na oknach nie było wściekle różowych zasłonek z księżniczką. Odświeżacz powietrza pachniał i deska rozdzielcza połyskiwała pod warstwą cytrynowego Plaka. Czułaś dogłębnie, że chcesz to auto i jak mocno je pokochałaś od pierwszego wejrzenia, tak samo intensywnie nie chciałaś skonfrontować się z byłym już właścicielem – po kilku tygodniach jego użytkowania, miesiącach to już w ogóle, zapomnij.

W samochodach dzieciatych panuje, zupełnie nie ukrywając i nie owijając w bawełnę – Sodoma i Gomora, Księga Dżungli, burdel na gigantycznych kołach, a bakterie z reklamy domestosa nad zawartością bebechów fotelików ocierają łzy wzruszenia i moszczą sobie całkiem przytulne, nowoczesne domy. Kiedy przypadkiem zmuszona jesteś przepiąć siedzenia do samochodu męża i odkrywasz to kanapowe bajabongo przypominasz sobie kulinarny przekrój wszystkich zamierzchłych wycieczek.

Nie wiedziałaś, że kukurydziany chrupek tak ładnie zmienia umaszczenie na zielony mech, a to, że mrówki czują się u ciebie jak w Sheratonie dowiadujesz się pod siedziskiem kanapy pasażera. Samochód dzieciatego, to żyjący organizm. Dosłownie. Przebywając tak długo w dosyć trudnych warunkach zaczynasz wczuwać się w mentalność dzieci i już prawie zupełnie nie rusza cię rzucana na gumową wycieraczkę pusta puszka po Coli, która następnie podróżuje z tobą północ-południe, wschód-zachód.  Od San Francisco, aż po Rzeszów.

Weekendowe rozrywki

Impreza? Może spontaniczny wypad na weekend za miasto? Nic bardziej mylnego, bo od kiedy pojawiły się dzieci przypomniałaś sobie, jak się grało w chowanego za zasłoną i czy w Chińczyku można przeskakiwać pola. Naprawdę dobrze się bawisz też przy hałdzie prania z całego tygodnia i podczas rozkładania do szafek mikro skarpet upychanych na przemysłowe ilości. Kiedy twoi niedzieciaci przyjaciele wracają właśnie do domu ty – wstajesz siku jak cichociemny, jak z piechoty żołnierz umazany cały w moro, żeby zebrać myśli w jedynej za dnia ciszy jakiej doświadczasz zanim obudzi cię pisk głodnych paszcz. Toaleta, miłość poranków. Zdjęcia z Balearów szkolnego playboya i efekty andrzejkowej wróżby osiedlowej miss oglądasz systematycznie w kolejce do wędlin na ekranie połamanego smartfona na zmianę z przepisami kulinarnymi i tabelą kaloryczności zbóż. Mąż chciał wytrawne naleśniki, ale po glutenie go wzdyma. Nie ma lekko. Wieczorem może jakieś wino? Żyj przygodo!

Wakacje

Kiedy rozkładasz zasieki na złotej plaży, a wasze miejscowe legowisko wygląda bardziej jak Shawshank, albo baza strategiczna NATO patrzysz na siedzącą obok na słomianej macie dziewczynę. Przyszła na plażę z podręczną torebką, z której wystają szorty, plotkarski magazyn i olejek do opalania. Tyle. Kiedy jedną ręka strzepujesz wywrotki piachu z ręcznika z mapą greckiej wyspy, a drugą rozwijasz rozmaśloną drożdżówkę i zwiędnięte jabłko zagotowane już na kompot, ona psika się tłustym mazidłem na ciało zupełnie pozbawione piachu. Kiedy ty próbujesz zrobić to samo fundujesz sobie nadbałtycki peeling z siarczystą ku*wą z maciem w tle, bo przy dzieciach pokochałaś piach włażący w twoje absolutnie wszędzie.  Na hasło „goooooo – rąca kukurydza” pani siedzi nieruchoma dając smagać twarz świeżym powietrzem, kiedy po tobie przebiega stado domowego inwentarza z ojcem na czele i już na horyzoncie widzisz jak czekają w kolejce na kolbę. Boże jedyny, czy ty ich właściwie karmisz przed wyjściem?

Nie wspomnę nic o powakacyjnym pakowaniu  toreb przez dzieciatych i singli. Kto nigdy nie zastanawiał się jak wypompować dmuchaną orkę i czy zmieści się w bagażniku – nie wie nic o ciężkich powrotach. Ten moment kiedy domykasz bagażnik minivana, a gdzieś z czeluści zapiętych po ostatnie ząbki błyskawicznego zamka gratów włącza się zabawka z melodyjką, gumowa kaczka zarzuca ostatnie, nostalgiczne „kwaaa”… Znajome?

Łazienka

Piękne, wyremontowane wnętrza i kafle widoczne razem z dekorem. Kremy ustawione w zasięgu rąk razem z drogimi falkonami perfum . W małych, szklanych naczyniach nasypane kolorowe kamyczki, które pięknie odbijają ledowe podświetlenie ściany. Ręczniki, z których każdy do siebie pasuje. Spuszczona woda w toalecie, zero niespodzianek pod deską i zupełnie niezatopiona rolka papieru. To zdecydowanie łazienka singla bez dzieci, bo o ile dzieciaty też ma płytki z dekorem, o tyle nie pamięta jak ów wygląda. Zza gór zabawek, Barbie ze zmechaconym włosem i gumowym safari przyssanym do wanny,  do głosu dochodzą inne, przydatne rekwizyty. Podstawka pod nóżki, nakładka na kibel, która pomoże juniorowi nie zatonąć w trakcie i nocnik wygrywający fanfary po każdej dwójce. Kremy za bambiliony monet pochowane w domowym skarbcu, albo między ubraniami w bieliźniarce powodują, że czasem zapominasz co miałaś i gdzie schowałaś, Sherlocku. Nauczyłaś się szybko zabezpieczać swoje, kiedy ekstremalnie małym pojemniczkiem za ekstremalnie dużo forsy córka wysmarowała nogi lalce Zuzi i zadbała o jędrność jej plastikowych ud. Ładna ta singlowa łazienka, myślisz sobie. Ale już od progu, na sam widok dostajesz dreszczy i najchętniej pochowałabyś wszystkie przedmioty będące na twojej liście zagrożenia. Wariatko – to wolni ludzie tu bytują, nie piją szamponu. Zostaw!

Meblowanie

Co do wystroju własnego mieszkania zaczynasz mieć coraz mniej do powiedzenia. Przyrzekałaś sobie ulubiony styl i smaczek, jaki pamiętasz z czasów podanego pod nos obiadu przez mamę, a tymczasem walczysz z potomstwem o ilość wstrętnie mrugających, wściekłych naklejek z robotami na nowiusieńkich drzwiach ich pokoju. Nie do końca pasuje ci facjata gwiazdy internetów na każdej półce i każdej okładce zeszytu jakie posiada twoje dziecko, ale szafka nocna z rzeźbioną twarzą Elsy otwiera nóż w kieszeni i zaczyna maszerować po twoich kresach.

Kiedy wchodzisz do mieszkania koleżanki nie możesz się napatrzeć na niezalizane lustro i meble na wysoki połysk, które  faktycznie połyskują. Żadna ściana nie nosi znamion mazaka, ewentualnie krwi z czoła młodszego brata, a tapicerka kanapy wydaje się być jakaś taka… niezarzygana.  Świece pięknie się komponują z szarością betonowej ściany, ale ty pamiętasz raz jedyny, kiedy postawiłaś na wnętrzarski odlot i ustawiłaś świeczki na najniższej półce. Nie pamiętasz w której nanosekundzie córka postanowiła wsmarować ci gorący wosk w dywan, ale pamiętasz, że lubiłaś tą podłogową ściereczkę. Człowiek na błędach się uczy. Od tego czasu świece pachną na szafie i zdecydowanie nie w zasięgu małej ręki.

Zanim obruszycie się oburzone, że to wcale nieprawda pamiętajcie, że ja też mam dzieci i zasilam grono nieidealnych samochodowych bałaganiar. Nikomu nie chcemy przyklejać łaty. Nauczmy się  śmiać i łapać zdrowy oddech. Kiedy patrzę na sterylne wnętrza i wącham wolny czas znajomych, jak pastę do drewnianych podłóg, to mimo całej nostalgii za minionym czasem i możliwościami, jakie dawał, zostaję tutaj i idę posprzątać łazienkowe kremy. Bo najważniejsze w życiu, to znaleźć się w odpowiednim czasie, w odpowiednim miejscu i czerpać z tego niebywałe szczęście. Powodzenia single i dzieciaci.


8 rzeczy, których ginekolog chciałby ci z marszu zakazać

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
6 grudnia 2016
Fot. iStock / golubovy

Chodzimy do lekarza ginekologa może nie z przyjemnością, ale świadomością, jak wielkie znaczenie mają regularne wizyty i profilaktyka chorób kobiecych. Podczas wizyty śmiało można zadać nurtujące pytania, ale nie każda z nas przełamuje barierę wstydu i sama zabiera głos. A są rzeczy, o których ginekolog sam chętnie by powiedział, a jeszcze chętniej po prostu ich zakazał.

Twój ginekolog chciałby ci wybić z głowy te rzeczy:

1. Strach przed wizytą

To wręcz niewiarygodne, ale nawet w XXI wieku przytrafiają się ginekologom pacjentki, które na pierwszą wizytę decydują się dopiero dobrze po 20-stce, przy okazji ciąży lub poważnej infekcji dróg moczowo-płciowych. Wiele z tych kobiet tłumaczy się tym, że potwornie się bały, czuły wstyd i zażenowanie na samą myśl obnażenia się przed obcym człowiekiem, najczęściej mężczyzną. Zupełnie niepotrzebnie zresztą, bo dla ginekologa, to rzecz powszednia i nie robi na nim żadnego wrażenia! Wystarczy wypytać wśród znajomych, który specjalista cieszy się dobrą opinią i zaufaniem wśród pacjentek.

2. Uczucie zakłopotania i milczenie

Nie musisz z zaciśniętymi zębami przekraczać progu gabinetu. Ginekolog w trakcie swojej praktyki widział już tyle, że mało prawdopodobne, byś miała go czymś zaskoczyć. Nie bój się zadawać pytań i bądź szczera w swoich odpowiedziach. Nie oszukuj i nie pomijaj poruszonego tematu, byleby już mieć to za sobą. Każde pytanie zadawane jest w trosce o twoje zdrowie. Swoje wątpliwości zapisuj na karteczce, łatwiej będzie je wymienić podczas krępującej cię rozmowy.

3. Perfumowania miejsc intymnych

Specjalne dezodoranty, a tym bardziej te zwykłe, do ciała, nie są najlepszym pomysłem do stosowania w miejscu intymnym. Owszem, nadają ładny zapach, którego miejsca intymne nie posiadają ze względu na kwaśne pH, ale narażają na uczulenia i infekcje, zaburzając ich równowagę. Jeśli masz rzeczywiście kłopot z nieprzyjemnym zapachem, upewnij się, czy nie masz wymagającej leczenia infekcji.

4. Martwienia się o intymną fryzurę

Jeśli decydujesz się na depilację miejsc intymnych, tylko ze względu na czekającą cię wizytę, nie musisz się wysilać. Lekarz ginekolog nie śledzi trendów w tej materii tak jak my, i jemu bez różnicy, jaką fryzurę „tam” nosisz.

5. Czekania, aż infekcja się rozszaleje

Wiele z kobiet korzysta z aptecznych specyfików, lecząc w domu infekcję dróg moczowo-płciowych. Nie zawsze jest to dobry pomysł i lepiej się skonsultować ze specjalistą, nim początkowo niegroźna infekcja, przeniesie się na inne organy, np. nerki.

6. Szukania porad u Dr Google

Jakkolwiek nie kusi odnalezienie przez wyszukiwarki objawów podobnych, jak u ciebie i zastosowanie się do ogólnodostępnych rad, pamiętaj, że internet pełen jest prawd, półprawd i przekłamań. Nie sugeruj się tym, co najdziesz w Googlach, żywy lekarz lepiej oceni twoją sytuację, niż sztab wirtualnych samozwańczych specjalistów.

7. Nieprzemyślanej antykoncepcji

Nikt lepiej nie doradzi ci sposobu zabezpieczenia przed nieplanowaną ciążą, jak właśnie ginekolog. Od niego dostaniesz wszelkie informacje, on, zanim podejmie decyzję, zleci odpowiednie badania i dobierze najlepsze rozwiązanie. To lepsze niż seks na chybił-trafił.

8. Przekładania pilnej wizyty z powodu miesiączki

Miesiączka bywa nieprzyjemna i mało komfortowa. Samo krwawienie sprawia, że kobiety nie mają ochoty na intymne badanie. Ale jeśli istnieje konieczność wizyty, fakt przechodzenia miesiączki nie jest przeciwwskazaniem do wykonania badania.


źródło: www.womansday.com

 


Zobacz także

Czy umiesz być asertywnym? Przekonaj się odpowiadając na 20 prostych pytań

W życiu są dwie strategie. Napotykając trudności można się załamać lub wyciągnąć z tego doświadczenia niesamowitą siłę

Czasami najtrudniejsza w odchodzeniu jest samotność, więc zostajesz, bo znikąd nie dostajesz wsparcia