Remonty – sport dla odważnych. Brzmi znajomo? Co nas nie zabije, to nas wzmocni

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
24 listopada 2016
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
 

Tytuł mistrza matematyki w podstawówkowym konkursie wiedzy „Kangur” i wielogodzinne trzaskanie klockami Tetrisa na pierwszej grze od matki w  latach dziewięćdziesiątych przydają się zupełnie na nic, kiedy życie rzuca pod nogi kłody i stawia na ścieżce przeprowadzkę, ewentualnie remont z dzieckiem. Z dzieckiem w liczbie mnogiej to już w ogóle wyjątkowo złośliwa franca, a w zestawie do płyt karton gipsowych w markecie budowlanym powinni rozdawać sznurek i niewysoki taborecik na chybotliwej nóżce.

W moim trzydziestoletnim życiu przeprowadzam się chyba piętnasty raz (nie mam pewności, na wszelki wypadek dodajcie sobie dwa zera) i zawsze obiecuję sobie, że to ten ostatni. Nie przewidziałam jednak, że małżonek rzuci hojnością i zarządzi remont całego domu na koniec listopada. Dokładnie na miesiąc przed gwiazdką i przy temperaturze nieprzekraczającej dziesięciu stopni. Ja, jak każda kobieta czujna niczym policyjny pies, wiem doskonale, kiedy delikatnie odstąpić od pomysłów pana domu, a kiedy zagryźć zęby i brać co dają. Tym razem z trzęsącą brodą i migotaniem komór podjęłam się próby i zgodziłam na „delikatne odświeżenie”. Skoro o ten zryw prosiłam się dwa lata, to następny możemy przywitać już po kolejnej denominacji, albo trzeciej zmianie władzy. Nie dziękuję. Róbcie.

Remonty mają w sobie magiczny efekt kuli śniegowej i umiejętność szargania nerwów jak ciężarna kobieta na garmażeryjnym, kiedy stojąc w „delikatnie odświeżanej” łazience widzicie jak majster nakasztania młotem pneumatycznym w ściany zupełnie na oślep, odpada wieszaczek pod ręczniki, lampa mizernie dynda na jednym kablu, a podłoga w dużym pokoju, która miała być perłą wśród podłóg posiadłości, okazuje się być jedynie powiewem świeżości, o której opowiadano podczas zakupu mieszkania. Deska, legar a pod spodem próżnia. Głęboki tunel na cztery zdrowaśki do Mordoru albo innego Hogwartu i cała magia poprzedniej wizji robotniczej. Coś, co teoretycznie zaczyna się od skubnięcia pazurkiem tynku nad łóżkiem dziecka, kończy się nową dachówką na dobudowanym piętrze i kopaniem głębokiego basenu. No dobra, przesadziłam. Nie będziemy mieć basenu, ale jeszcze chwila, a wykopiemy sobie po wygodnej mogile.

Remont zaczyna się zazwyczaj od wycieczek do marketów budowlanych, w których panowie biegają jak psy spuszczone z łańcucha szukające suki z cieczką, kobiety podpierają ściany udając, że wiedzą, o co pytają mężczyźni, a tak naprawdę jedyne o czym marzą to dział tapet, kocy i ramek na zdjęcia.  Małżeństwa przechodzą ciężkie próby ogniowe, „nie denerwuj mnie” rzuca się w eter równie często jak „a spierd*laj pan”, ludzie macają kible niczym wczesnego Van Gogh’a, a po alejkach biegają dzieciory jak hordy dzikich wilków. Jeżdżenie w plastikowym ferrari z samoczynnie skręcającym kołem znudziło im się już jakieś dwie sekundy od wrzucenia monety do podajnika. Zakładam się, że teraz ty pchasz to różowe barachło i na pewno uroczo wygląda wystający z koszyczka wielkości miski na orzeszki odpływ bidetu z deską WC.

Jeżeli ktokolwiek jeszcze łudzi się, że to plastikowe auto z zapinaną w pasie klamerką w jakikolwiek sposób oczyści z toksyn cały budowlany wypad i spacyfikuje dzieci, to lojalnie uprzedzam, że to jest jedna wielka korporacyjna mistyfikacja. Bieganie między ludźmi z zestawem klamek, wpieprzanie metalowych mocowań żyrandola i miarowe powtarzanie, że chce kupę na zmianę z ciasteczko, zawsze sprawdzi się lepiej niż imitacja samochodu. Matki kucające pod śrubkami wciskające maluchom w gardła mleko, tam gdzieś na horyzoncie babcia karmi starszaka kotletem ze styropianu. Poligon. Ludzie remontujący z dziećmi nie byliby do złamania na torturach w Guantanamo. Za to dzieci ludzi remontujących hasłami „a co to?”, „a to?”, „a po co?”  mogą spokojnie łamać terrorystów jak mafia pruszkowska małe paluszki.

Wpadasz z zakupami do domu, a właściwie do tego, co z niego zostało. Ze ścian wystają smutne kikuty, czarny kot w tynku już zlał się z kolorem szlifowanej ściany. Dowiadujesz się, że poprzednicy to patałachy i „proszę pani, kto to pani robił…” . Dokładnie to samo słyszałaś od tych, co to wtedy robili. Dzieci znowu chcą kupę teraz, już natychmiast, bo przecież właśnie zdemontowaliście muszlę. Bułka z masłem nigdy nie smakowała im lepiej niż w tej chwili, kiedy nie wiesz, gdzie masz noże, a wspomniane masło leży na blacie obok klapka majstra.

Pakowanie gratów zaczynałaś od dokładnego układania w pudła w przyjętym systemie – „użyteczność”, „rozmiar”, „do śmieci”, „albo do śmieci albo oddam matce”, a teraz wciskasz palcem w pozostawione dziury jak nienormalna to co zostało po skrupulatnej logistyce. Jeden kalosz córki do garnków, pierwszy gdzieś już widziałaś. Jak się znajdzie to przynajmniej wiesz, gdzie masz do pary. Pudełko podpasek do lodówki, bo jedynie tam odnotowałaś puste półki. Zbierane skrupulatnie pierdy i cała nostalgia „ przyda mi się jeszcze kiedyś” lądują dosyć szybko w śmieciach, kiedy nie masz za cholerę pojęcia, gdzie wrzucić paproszki życia – długopis z niepiszącym od dwóch lat wkładem, a będący pamiątką romantycznego odpustu na św. Wojciecha, zakrywkę od mazaka, kartę do gry z Damą i szlufkę od paska małżonka.

Dziwnie podśmiechujesz pod nosem, jakby nerwowo. Chciałabyś iść się myć, ale nie wiesz, gdzie masz czyste gacie. Remont miał trwać trzy tygodnie, ale tu stuka, tam puka. Pani kierowniczko, to co robimy?  Nadal nie masz domu, dzieci chodzą do przedszkola w twoich skarpetach. Córki warkocz wieńczy opaska zaciskowa, a syn śpi przykryty ręcznikiem. Remonty – sport dla odważnych. Brzmi znajomo? Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Jeszcze tylko kilka wylewek, nowe okna na strychu, instalacja elektryczna, tapetowanie, malowanie, glazura, terakota…. jeszcze dwa tygodnie. W porywach do pół roku.


„Miotasz między obcymi łóżkami”. Tak smakuje seks w żałobie

Anika Zadylak
Anika Zadylak
24 listopada 2016
"Miotasz między obcymi łóżkami". Tak smakuje seks w żałobie
Fot. iStock / Marco Rosario Venturini
 

Mateusz: – Ewa – moja żona, zmarła cztery lata temu. Byliśmy szczęśliwi przez tyle lat, mieliśmy dwoje dzieci. Zachorowała nagle i tak samo szybko odeszła. Miałem wtedy 34 lata, cały dom na głowie i to nasze wspólne ogromne i puste łóżko. Kiedy odchodzi ktoś, kogo każdy dotyk znasz niemalże na pamięć, nie jesteś sobie w stanie wyobrazić nic. Zwłaszcza bliskości innej osoby. Robiło mi się niedobrze, gdy słyszałem, że taki jeszcze jestem młody, że jeszcze wszystko przede mną. Że powinienem kogoś mieć. Może nie od razu wchodzić w nowy związek, ale chociaż się spotykać, spędzać miło czas. Nie mieściło mi się w głowie, że mógłbym dotknąć innej kobiety, że pościel z małżeńskiej sypialni miałaby obco pachnieć. Po siedmiu miesiącach od pogrzebu życie się jakoś toczyło, czas leczył tyle, ile mógł. Byliśmy na wyjeździe służbowym, Kalinę znałem już od dawna, pracowała w naszej firmie. Wylądowaliśmy w jej pokoju, uprawialiśmy seks przez kilka godzin. Zawsze mi się podobała, nie wiem czy była podobna do mojej żony. Była pociągająca, miała piękne ciało. Nie ukrywam, że z nią było mi łatwiej, zrobić to ten „pierwszy raz” po stracie Ewki. Byłem jak zwierzę. Kompletnie tego nie rozumiałem i do dziś o tym myślę. Bo przez kolejny rok miałem wiele partnerek, więcej niż przez całe swoje dotychczasowe życie. Nie wiem, jak to się stało, czego szukałem. A może raczej przed czym uciekałem. Przed wspomnieniem kogoś, kto już nigdy nie wróci. Zagłuszałem tęsknotę, która dusiła każdej nocy.

Te oraz inne wypowiedzi są typową reakcją na wzrost libido, w okresie żałoby, po bliskiej osobie. Niektórzy mogą poczuć zaskoczenie. Najczęściej bowiem uważa się, że w okresie po stracie następuje tzw. libido deficiens, czyli spadek potrzeb seksualnych. Obserwacje potwierdzają, że bezpośrednią konsekwencją przeżywanego dramatu śmierci jest wycofanie się. Odsunięcie się od świata, zerwanie więzi emocjonalnych. To w konsekwencji prowadzi także do znacznego obniżenia potencjału seksualnego, a nawet do abstynencji.*

– Michał miał wypadek samochodowy. Pojechał po zakupy, z których już do mnie nie wrócił. Byliśmy ze sobą od liceum, prawie dwa lata, mieszkaliśmy razem od kilku miesięcy. Nie zdążyliśmy się zaręczyć, choć może, gdyby żył, też by do tego nie doszło.

Agnieszka jest już teraz mężatką i świeżo upieczoną mamą. – Po jego śmierci, dwa tygodnie po pogrzebie, upiłam się z jego kolegą. Nie wychodziliśmy z łóżka przez pół dnia. Ale gdy wróciłam do domu, zaczął się koszmar. Myłam się pod prysznicem aż do starcia naskórka, czułam obrzydzenie. Pojechałam na cmentarz, błagałam go o przebaczenie. A potem, znowu się z kimś spotykałam. To mi pomagało na chwilę zapomnieć. Albo łudzić się, że wracam do normalności, do życia. Wmawiałam sobie, że to przecież nic takiego, że to takie naturalne. I że nikt nie ma prawa mnie oceniać. Tylko, że za każdym razem miałam coraz większe wyrzuty. Tak jakby ten seks był czymś złym. Bywały momenty, że czułam się jak w matni. Z jednej strony, gdy wychodziłam, poznawałam nowych ludzi i facetów, z którymi miałam romanse, czułam się lepiej. Jakby życie do mnie wracało. Z drugiej jakieś pretensje do siebie, że tak nie można, że Michaś się w grobie przewraca jak to widzi. Obłęd. Ludziom się wydaję, że w żałobie wszystko jest czarne, mroczne. I jest, tylko druga część ciebie boi się tego mroku, ucieka przed nim. I ląduje w obcym łóżku, owinięta cudzą kołdrą.

Jest jednak druga strona medalu. Wielu ludzi reaguje na śmierć odwrotnie do tego schematu. Ich libido wzrasta od razu po śmierci bliskiej osoby. Tymczasem rozbudzone potrzeby seksualne, w okresie żałoby po śmierci bliskiej osoby, także są naturalną reakcją na tę śmierć. Ściślej, jest to reakcja na czające się widmo depresji, w wyniku tej śmierci. Wzrost libido jest w tym przypadku formą obronienia się przed owym wycofaniem, zamrożeniem, pogrążeniem w ciemnościach cierpienia. Seks jako zaprzeczenie abstynencji i jako symbol witalności staje się swoistym zaprzeczeniem śmierci.*

Agnieszka: – Dziś to widzę wyraźniej i inaczej na to patrzę. Wyzbyłam się poczucia winy, które mi towarzyszyło. Ale to trwało nawet, gdy poznałam obecnego męża. Jakbym nim chciała zapełnić pustkę w sobie. Tę stratę, której przecież tak naprawdę nie odbuduje już nic. Najgorszy był ten osąd ludzi, tych którzy źle o mnie mówili, że Mateusz jeszcze dobrze nie odszedł, a ja się puszczam. A ja wtedy kompletnie nie rozumiałam swojego zachowania. Zawsze sobie wyobrażałam, że po stracie ukochanego, tylko się cierpi. Nosi czarne ubrania, nie dba o siebie, odcina się od świata. Dopiero po latach zrozumiałam, że to też  była żałoba. To, że ten seks był taki jaki był, że w ogóle się zdarzał. Że to było moje ciche wołanie o pomoc. I niemy krzyk rozpaczy, gdzie każdego dnia musisz coraz bardziej boleśnie uświadamiać sobie, że śmierć zabiera bezpowrotnie. Karmi się twoim żalem i lękiem. Tym, że się miotasz między obcymi łóżkami. I wymiotujesz potem na swój widok w lustrze. Że to cierpienie nas wypacza, sprawia, że szukamy ucieczki od smutku, od tego ciągłego uczucia ucisku na sercu.

Pewnie gdybym sama przez to nie przeszła, nie umiałabym dziś tego zrozumieć. Może też myślałabym stereotypowo, że żałoba to tylko ślęczenie na cmentarzu i ciągłe oglądanie wspólnych zdjęć. I, że powroty do ” normalności” są łatwiejsze, prostsze. A prawda wygląda tak, że wracamy całe życie. Bo jeśli partner nas po prostu zostawi, to też nie wyobrażamy sobie nikogo innego u swojego boku. I też na nowo musimy się uczyć, że wejście w nowy związek czy do innej sypialni nie jest niczyją winą. Że w ogóle nigdy nie powinniśmy tego rozpatrywać w takich kategoriach, bo życie pisze nam różne scenariusze. Nie zawsze zgodne z naszymi zamierzeniami. I zaskakuje. Na tyle mocno, że gubimy się nawet na znajomych ścieżkach.


*żródło: psychosztuka


Kryzys po 40-tce? To jak zrzucanie z siebie starej skóry. Zupełnie inny rozdział w życiu

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
24 listopada 2016
Kryzys po 40-tce
Fot. iStock/anouchka

Wyśmiewamy kryzys wieku średniego u mężczyzn, że to niby kryzys męskości, że to wtedy faceci wpadają w sidła romansu z młodszymi, kupują nowoczesne auta i ogólnie jakoś tak… tracą trochę rozum.

Tymczasem kryzys wieku średniego dopada każdego bez względu na płeć, tyle tylko, że my kobiety trochę inaczej ten kryzys przeżywamy, rzadziej rzucamy się w ramiona młodszego kochanka.

Jak ów kryzys zauważyć? Jak wytłumaczyć, że nagle stajemy się pełni lęków, ale też determinacji? Czasami świadomość mechanizmów naszych uczuć i myśli sprawia, że łatwiej nam przejść przez kolejny etap naszego życia.

Po czym rozpoznać, że wchodzimy w kryzys wieku średniego?

Zaczynamy się obawiać o swoje zdrowie

Nigdy wcześniej o tym nie myśleliśmy, a tu nagle nasze zdrowie obchodzi nas więcej niż dotychczas. Myślimy o zrobieniu profilaktycznych badań, przestajemy odkładać wizyty u lekarza. Lepiej się odżywiamy, w ogóle to moment, kiedy przywiązujemy wagę do tego, co jemy, jaki tryb życia prowadzimy. Nasze myśli częściej krążą wokół zdrowia i samopoczucia.

Obsesyjnie chcemy schudnąć

To jak wyglądamy zaczyna mieć dla nas zdecydowanie większe znaczenie niż dotychczas. Nagle zapisujemy się na zajęcia fitness, chodzimy na basen, zaczynamy nawet, byleby tylko nasze ciało nabrało satysfakcjonującego nas kształtu. Śmiejemy się z mężczyzn, że zaczynają się młodzieżowo ubierać, a co my robimy? Też chcemy, by nasze ciała wyglądały młodo, często popadając na tym punkcie w obsesję.

Porównujemy się z innymi

Jesteśmy w takim wieku, kiedy można przyjrzeć się znajomym, przyjaciołom, na jaki etapie swojej kariery zawodowej są, jakie sukcesy zdążyli odnieść. Porównujemy nasze osiągniecia do tych, którymi oni mogą się pochwalić. Zastanawiamy się, jak my w tym bilansie wypadamy

Pytamy siebie i swój rozwój

Tak, jak porównujemy się z innymi, tak też sami zaczynamy się zapytywać czy podążamy dobrą drogą czy to jest właśnie to, co chcemy robić? Czy zmierzamy do naszych własnych oczekiwań? Zastanawiamy się, czy osiągnęliśmy to, co sobie kilka lat wcześniej zaplanowaliśmy, czy się udało zrealizować swoje pragnienia, marzenia? Czy przypadkiem nie jest za późno, żeby jeszcze coś w swoim życiu zmienić.

Myślimy o zmianie pracy

Nagle praca zaczyna nad denerwować, myślimy o jej zmianie, zaczynamy się rozglądać, szukać dla siebie nowych możliwości, miejsca, gdzie moglibyśmy się realizować, gdzie widzimy siebie spełnionymi za kilka lat. To także czas, kiedy praca przestaje być dla nas najważniejsza, kiedy chcemy robić to, co lubimy, co sprawia nam przyjemność, a nie jest tylko codziennym obowiązkiem.

Popadamy w stany depresyjne

Choć eksperci wskazują, że ludzie w wieku średnim rzadziej chorują na depresję, to jednak jej epizody dotykają nas, kiedy na nowo poszukujemy swojej tożsamości, kiedy pojawia się poczucie pozornej straty tego, co było – młodości, szaleństwa. To może zmienić chemię naszego mózgu, jeśli do tego dołożymy niefortunne zdarzenia, istnieje prawdopodobieństwo, że pojawić się mogą objawy depresji.

Myślimy o śmierci i przemijaniu

Mijamy połowę naszego wieku, wchodzimy w tę jego część, która jednak zbliża nas do śmierci, a nie od niej oddala. Naturalnym jest to, że nasze myśli biegną ku przemijaniu, że jakoś tak zastanawiamy się, co po sobie pozostawimy, czy cele postawione możliwe są do osiągnięcia, czy zdążymy ze wszystkim, co sobie w tym naszym życiu postanowiliśmy?

Stajemy się rozrzutni

Po 40-tce łatwiej wydać nam pieniądze na własne zachcianki, badania pokazują, że robi tak około 1/3 osób w średnim wieku. I tak jak faceci kupują samochody, tak na przykład kobiety decydują się na operacje plastyczne.

Kryzys wieku średniego to zderzenie się z tym, co dotychczas zrobiliśmy, a co jeszcze przed nami, wejrzenie w siebie, obrócenie się na chwilę i zrobienie rachunku sumienia – czy to moje życie jest takie, jakie chciałabym, żeby było. Wnioski mogą być różne, bo takie zatrzymanie się, może w nas wywołać wiele niepokoju. To zmierzenie się z tym co było dotychczas i zadecydowania, którą drogą chcę pójść, czy coś chcę w swoim życiu zmienić, bo, jeśli chcę, to jak nie teraz, to kiedy?

Mam takie poczucie, że to jak zrzucanie z siebie starej skóry, przepoczwarzanie się. Walczymy ze sobą, czy wyjść z bezpiecznej dotychczas strefy komfortu, czy pozostać w poukładanym, może nie do końca wymarzonym, ale jednak znanym życiu.

Jedno jest pewne. Jeśli zdamy sobie sprawę z tego, dlaczego targa nami tak wiele emocji, czemu zadajemy sobie setki pytań dziennie, to warto wykorzystać ten etap życia, by przemyśleć, zajrzeć w siebie głęboko i wycisnąć z tego życia, ile się da, ile my sami chcemy. A może w końcu rozłożyć skrzydła i pozwolić sobie polecieć?


Zobacz także

20 prostych trików, by letnie ciuchy z powodzeniem nosić jesienią

Kochanek czy mąż. Bratnia dusza czy życiowy partner - spójrz na swój związek z dystansem i zdecyduj, którą drogą chcesz pójść

Kochanek czy mąż. Bratnia dusza czy życiowy partner – spójrz na swój związek z dystansem i zdecyduj, którą drogą chcesz pójść

„Powinnam ją chronić, ale nie byłam wystarczająco silna. Zawiodłam ją. Może kiedyś mi wybaczy”