Raj dla dzieci, piekło dla rodziców. Wolny czas z dzieckiem na sali zabaw

MamaM&M
MamaM&M
18 czerwca 2017
© MamaM&M
© MamaM&M
 

Jeszcze do niedawna wybieraliśmy miejsca odpoczynku według naszych (czyt. moich i Pana Męża) upodobań. Nie braliśmy pod uwagę dzieci, ponieważ było im po prostu wszystko jedno – ważne, że przytulone, nakarmione i przewinięte. Starszy syn nam wyrósł i priorytety mocno się zmieniły.

Wprawdzie nie uważamy dzieci za kule u nogi, ale wyprawa na hamburgera o 21:00 nie przychodzi nam teraz z taką łatwością, jak w epoce przed narodzinami pierwszego syna.

Już na ostatni zimowy wyjazd wybraliśmy ośrodek z kompleksem basenów oferujący przede wszystkim atrakcje dla 2-letniego malucha. Przy okazji było SPA? Na taki efekt uboczny mogłam się zgodzić… Staramy się naszemu starszemu synowi (młodszy jest na etapie: przytulony, nakarmiony, przewinięty) pokazać, gdzie mieszkamy. Objeżdżamy więc lokalne (zachodnia Polska) atrakcje, poznajemy smaki w restauracjach, odwiedzamy miejsca, w których dziecko choć przez chwilę może zawiesić wzrok na czymś, czego jeszcze nie widziało. Za chwilę zalegniemy na pobliskiej miejskiej plaży i jedynie czołgiem będzie można nas stamtąd wyciągnąć. Pogoda jednak płata figle i trzeba nadal szukać atrakcji na spędzanie większej ilości wolnego czasu poza kąpieliskami.

 

Operacja, którą niedawno przeszedł Pan Mąż, sprawiła, że na kolejne tygodnie musimy odpuścić sobie baseny, dlatego szukamy innych lokalizacji, gdzie dziecię nasze może się zmęczyć  na tyle, żeby zasnąć w drodze powrotnej. Niestety zazwyczaj jest tak, że obiekty, które dla syna są rajem na ziemi, my postrzegamy jako siedzibę szatana. Dziś odwiedziliśmy miejsce, o którym tak myślałam, kiedy sprawdzałam cennik. Lubię się dziwić, lubię się też pozytywnie rozczarować.

 

Kraina zabaw… na pierwszej dmuchanej atrakcji omal nie zmiażdżyłam własnego syna swoim cielskiem. Na szczęście później było już tylko lepiej. Już na wstępie zaznaczę, że polecam i będę polecać ten wyjątkowy plac zabaw wszystkim rodzicom – bez względu na wiek dzieci.

 

20170618_143740

 

Nie wiem, czy w okolicy jest inna taka sala zabaw. Ja nie słyszałam o istnieniu takowej. Spodobała mi się koncepcja otwartych namiotów. Dzieci mogą biegać w skarpetkach lub na boso niemal po całym obiekcie pod dachem, a kiedy już poznają wszystkie atrakcje wewnątrz namiotów, czeka na nie niemało wabików na zewnątrz. Nasz dwulatek był zachwycony. Mimo upału, także dorośli nie byli skazani na niebyt. Otwarte boczne ściany, możliwość wyjścia „pod chmurkę”, całkiem atrakcyjna oferta gastronomiczna (zjedliśmy nawet obiad) i, co dla nas było dziś bardzo ważne, możliwość płacenia kartą.

 

Wybraliśmy się na wycieczkę po drugim śniadaniu i to nas prawdopodobnie uratowało. Kiedy wychodziliśmy (godzina 16:00 – 17:00), na parkingu nie było wolnego miejsca, a w wejściu do parku mijały nas tłumy.

 

bogilu_1

 

Park znajduje się w województwie wielkopolskim. Ze Świebodzina, gdzie mieszkamy, trzeba poświęcić około 50 minut na dojazd. Koszt pobytu nie przeraża. Zapłaciliśmy 30 zł (20 zł za syna, po piątaku za każdego dorosłego, za juniora nie ma opłat – nie chodzi jeszcze) i  w tej cenie mogliśmy się bawić przez cały dzień. Nasze starsze dziecię było zachwycone. Nie do końca mógł uwierzyć, że wszystkie jeździki, autka, huśtawki, dmuchane zamki, baseny z kulkami, zjeżdżalnie są dostępne bez zbędnych kolejek. Puściliśmy smycz nieco luźniej niż zwykle, żeby zobaczyć, jak sobie poradzi ta nasza pociecha w starciu z zupełnie obcymi, często starszymi dziećmi. Dzikich tłumów nie było, więc i o obserwacje łatwiej.

 

20170618_134559

 

Wychodziłam naprawdę zadowolona. Odpoczęłam, nie musiałam się zbędnie napocić. Doceniam podział stref na te dla dzieci starszych i maluszków (połączona z gastronomią, więc podczas obiadu można spokojnie obserwować, co robią dzieci), daję wielki plus za cały plac zabaw na zewnątrz. Nie wiem, jak o przetrwanie walczyły dzieci po południu. Na pewno odwiedzających było więcej, ale też rodzice muszą się liczyć z tym, że „po obiedzie” niemal wszędzie jest ciaśniej.

 

Opisaną krainę zabaw poleciła na jednej z facebookowej grup dla mam, mieszkanka Zielonej Góry. „Wygooglałam” sobie, sprawdziłam, co i jak i nie żałuję. To była wyprawa, którą na pewno będziemy chcieli powtórzyć.

 

Nie odwiedziliśmy strefy z grami 3D i go-kartami. Pewnie kolejny raz już się nie uda. Dziś atrakcji było wystarczająco dużo, a i upał potęgował zmęczenie.

 

Czy dostrzegłam minusy? Jasne (zawsze dostrzegam…), ale pojechaliśmy się bawić, a nie szukać dziury w całym. Od właścicieli obiektu wymagałabym jedynie większego nacisku na czystość w toaletach (choć bywałam w znacznie bardziej odrzucających toaletach – choćby w niektórych restauracjach), nie wiem, czy jest przewijak dla niemowląt, ponieważ nie musieliśmy korzystać. Nie mogę też zrozumieć, dlaczego mała cola i woda muszą łącznie kosztować 7 zł, ale ja generalnie jestem za bezpłatnym dostępem do wody pitnej wszędzie i zawsze (mało przedsiębiorcze podejście, wiem). Więcej uwag miałabym do odwiedzających, konkretnie do rodziców: nie pozwalajcie swoim pociechom psuć zabawek, zwłaszcza jeśli nie są to zabawki waszych dzieci i nie wy za nie zapłaciliście – dzięki temu przy kolejnej wizycie wasze dziecko znowu będzie mogło z nich korzystać; uczcie dzieci, że wodę należy spuścić przed wyjściem z toalety, deskę wytrzeć (aj, przepraszam, dorośli też tego nie robią, więc dzieci uznają to za normę); tłumaczcie dzieciom, że kolejka to nie jest walka o przetrwanie, a oczekiwanie na odpowiedni moment do skorzystania z atrakcji; uczcie pomagać młodszym i słabszym, a przynajmniej zwracać na takie osoby uwagę, żeby obeszło się bez interwencji lekarza i rękoczynów co bardziej krewkich tatusiów.

 

Nikt mi za ten artykuł nie zapłacił. Napisałam, co widziałam. Teraz powinnam napisać, o czym była mowa. Odwiedziliśmy dziś Krainę Zabaw Bogilu w Wiosce koło Nowego Tomyśla w województwie wielkopolskim. Polecamy i może do zobaczenia na huśtawce następnym razem…

 

Chętnie poznam miejsca w zachodniej Polsce, które wy odwiedzacie z dziećmi.

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie, skomentuj artykuł, zdjęcie, wpis. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Zatrzymujemy emocje, kiedy tylko możemy

MamaM&M
MamaM&M
21 czerwca 2017
© Jacek Korzeniewski Fotografia
© Jacek Korzeniewski Fotografia
 

Kiedyś śmialiśmy się z Panem Mężem, że nasz album ze zdjęciami jest wart  tyle, co niezłe zagraniczne wakacje. Często umawiamy się na sesję zdjęciowe u zaprzyjaźnionych fotografów. Znamy prawdziwych profesjonalistów w swoim fachu. Dzięki temu na starość będziemy mogli pokazać dzieciom, a może i wnukom, porządny kawałek naszego wspólnego życia.

 

Lubię zdjęcia, najbardziej te drukowane, jeszcze bardziej te stare – wywoływane z kliszy, kiedy nie było szans powtórzyć ujęcia, bo nikt nie wiedział, co zostało zapisane i jaki będzie efekt pstrykania. Dziś fotografia powszednieje. Ludzie mają miliony zdjęć w telefonach, na dyskach komputerów, ale kiedy technologia zawodzi, pada dysk twardy, ginie smartfon, często nie mają żadnych zdjęć sprzed kilku, nie mówiąc już kilkunastu i więcej, lat.

 

My staramy się jak porządne, myślące o przyszłości małżeństwo gromadzić zdjęcia w albumach. Na miarę możliwości i posiadanego czasu fotografie są opisywane i komentowane. Znajomi lubili swego czasu oglądać nasze albumy z wakacji. Starałam się przemycić w nich jakąś zabawną historię, opowiedzieć sytuację, która nas rozbawiła do łez. Teraz miło się do nich wraca. Niestety muszę przyznać, że ostatnie dwa lata to okres, kiedy zaniedbałam albumy wakacyjne, ale tez wyjazdy już są inne. To już nie walka o przetrwanie ze znajomymi w polskich, niemieckich i czeskich górach, ale odlotowe wyjazdy z dzieciakami. Historii jest może i równie wiele, ale czasu na ich opisanie znacząco mniej.

Sesja0003

Nie zaniedbaliśmy jednak sesji zdjęciowych. Rokrocznie w maju umawiamy się na zdjęcia z moim kolegą z liceum. To taki nasz rocznicowy prezent. Kiedyś usiądziemy i będziemy mieć dowód na to, jak się zmienialiśmy. Tegoroczna sesja była wyjątkowa. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że Pan Mąż ma nowotwór, myśleliśmy, że leczenie definitywnie się zakończyło i to nasze szczęście na zdjęciach widać.

 

Sesja0004

Dziś nie jesteśmy szczęśliwi mniej, ale bardziej pokorni. Jestem przekonana, że za rok znowu staniemy razem przed obiektywem Jacka i znowu będziemy mogli poczuć się przez chwilę, jak gwiazdy pod ostrzałem paparazzi. Zdecydowaliśmy się na sesję bez dzieci – pierwszy raz od narodzin Marka. Pierwszy raz wybraliśmy też na plener ulice naszego miasta. Wcześniej wyjeżdżaliśmy w różne miejsca, które nas w jakiś sposób urzekły i które chcieliśmy na zdjęciach pokazać. Teraz, chyba bardziej podświadomie, zostaliśmy w Świebodzinie. Tu się poznaliśmy, tu niemal od początku naszej znajomości razem mieszkamy i pracujemy. Przechadzamy się ulicami i zauważamy, jak zmienia się nasza mała ojczyzna.

 

Sesja0001

Lubię dzień, w którym odbieramy zdjęcia od fotografa. Lubię patrzeć, jak widzą mnie inni, jak fotograf widzi uczucie, które jest między mną i Panem Mężem, jak pokazuje nasze emocje i nasze charaktery – każdy inny, każdy wyjątkowy.

Jacku, tym razem dziękujemy szczególnie…

A namiary na Jacka znajdziecie tu: Jacek Korzeniewski Fotografia
Wszystkim z zachodniej Polski (i innych regionów również, bo naprawdę warto) polecam, szczególnie na śluby i na sesje kobiece. Co on potrafi uchwycić, to głowa mała…

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie, skomentuj artykuł, zdjęcie, wpis. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Słyszysz: „to rak” i… w głowie masz pusto

MamaM&M
MamaM&M
8 czerwca 2017
pixebay.com/jarmoluk
pixebay.com/jarmoluk
 

Żyjemy z rakiem pod jednym dachem od dawna. Od tygodnia wiemy o jego istnieniu. Niechciany lokator, którego nienawidzimy i jednocześnie musimy szanować. 

 

Czasami zastanawiałam się, co myśli człowiek, który dowiaduje się, że jest poważnie chory, jak reagują jego najbliżsi, mąż, żona, rodzice, dzieci, przyjaciele. Przyszło mi się zmierzyć z diagnozą: „to rak”… i w pierwszej chwili nie myślałam o niczym.

 

Tak jak spodziewałam się, że wyniki badań mojego męża mogą nie być dobre, tak samo odsuwałam od siebie myśl, że to może być nowotwór złośliwy. Wszystkie wyniki przed operacją były dobre, sama operacja również przebiegła bez komplikacji, mąż wrócił do formy bardzo szybko. Czekaliśmy tylko na wynik histopatologii, żeby zamknąć rozdział naszego życia pod tytułem: „Choroba”.

 

Poniedziałek, przedpołudnie, mąż właśnie miał wrócić po rekonwalescencji do pracy, ale termin odbioru wyniku sprawił, że musiał wziąć dodatkowy dzień urlopu. Ja jestem w pracy, dzwoni telefon, odbieram i słyszę: „to jednak jest rak”.

Nie pamiętam, żeby kiedyś zrobiło mi się tak niedobrze, spociły mi się ręce, nie wiedziałam, co powiedzieć. Zdołałam wydusić z siebie tylko krótkie: „wracaj bezpiecznie”… Płakałam przez całą drogę powrotną do domu, płakałam całą noc – jedną, drugą, trzecią. Rozmawialiśmy z mężem, szybko ogarnęliśmy sprawy dalszego leczenia.

Pomyślałam sobie w ten cholerny poniedziałek: „gdzie ty, Ewka, widziałaś do tej pory problemy, co nazywałaś problemem, mąż cię wkurzał, miałaś go dość? To teraz sobie wyobraź, po jak cienkiej linie razem idziecie i nad jak wysoką przepaścią. Chrzań wszystko. Życie jest ważne, życie razem jest ważne. Reszta sie jakoś zorganizuje”.

 

I w takim przekonaniu żyłam dwa, może trzy dni. A teraz? A teraz jest życie, jest codzienność, są dzieci, jest pies sikający na nowe panele i jakieś drobne i grube sprawy do ogarnięcia. Wstajemy rano, jedziemy do pracy, odwozimy dzieci do żłobka. Żyjemy dalej, czekamy na kolejne wyniki badań, na kolejne konsultacje, wyjazdy na drugi koniec Polski. Czy coś planujemy? Jutrzejszy obiad, najbliższy weekend, urodziny mamy i prezent na nadchodzący roczek kuzynostwa. Nie myślimy o wakacjach, choć nie wyobrażamy sobie, że możemy je spędzić inaczej niż razem.

 

Co się zmieniło? Posługujemy się pojęciami medycznymi, jakby to było słownictwo wyssane z mlekiem matki. Tłumaczymy znajomym, jak będzie wyglądało leczenie, czego można się spodziewać, co jest niewiadomą, Pamiętamy, że gdzieś tam w lipcu czeka nas wyjazd na Śląsk, że konieczne jest dalsze leczenie i że będą kolejne badania i kolejne wyniki.

 

Czego się nauczyłam? Że nie jesteśmy nieśmiertelni, że mamy po 30 lat, ale to nic nie zmienia. Bo chorują dzieci, osoby starsze i 30-latkowie też. I nauczyłam się jeszcze, że człowiek żyje do śmierci. Nigdy inaczej.

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉