Od przyzwolenia, zdziwienia, niepewności i lęku – tak zaczyna się piekło przemocy emocjonalnej

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
16 listopada 2017
Fot. istock/visualspace
Fot. istock/visualspace
 

Nigdy nie zapomnę jej twarzy. Patrzyła na mnie wielkimi, brązowymi, smutnymi oczami, szukając wsparcia i porozumienia. Właśnie obie urodziłyśmy córeczki, obie leżałyśmy w jednej sali, odpoczywając po tym ogromnym wysiłku. Dla obu z nas to był pierwszy raz, obie nie wiedziałyśmy, jak sobie poradzimy jako mamy. Mieszanina szczęścia i przerażenia. Tylko, że mnie otaczał spokój i miłość, ją – chaos i tłum ludzi, których nie obchodziły jej potrzeby, a jedynie ich własna chęć pouczenia jej, pokazania jej jak powinna karmić swoje dziecko, jak się nim opiekować, jaką matką powinna być.

Pierwsze wizyty zaczęły się tego samego popołudnia. Najpierw zjawił się jej mąż. Przywitał ją szybkim całusem w czoło. „Umaluj się trochę, bo blada jesteś. Masz tu pomadkę i krem, o który prosiłaś”. Wysoki, zdecydowany, wyjął kamerę i bez pytania zaczął filmować dziecko i mamę – zmęczoną, smutną, śpiącą. Choć w jej oczach pojawiły się łzy, nie zaprotestowała. „Weź małą na ręce, pokaż, jak karmisz” – instruował ją i odpinał guziki piżamy, by odsłonić pierś karmiącej. Zrezygnowana nie próbowała się nawet buntować. Nie, raz powiedziała cicho: „Piotrek, ale ja bym chciała odpocząć, naprawdę, ciężko było, zobacz malutka śpi, nie budź jej”. „Przecież leżysz, nic nie musisz robić” – padło tonem nie znoszącym sprzeciwu.

Dziewczyna spuściła w milczeniu głowę. Nie postawiła na swoim, poddała się, choć widziałam rodzącą się w niej iskierkę buntu. Buntu w obronie jej dziecka i jego spokoju.

Godzinę później zjawiła się cała rodzina, około 8 osób. Osiem osób w małej, poporodowej salce, w której dwie kobiety i ich dzieci odzyskiwały siły po wyczerpującym emocjonalnie i fizycznie wydarzeniu: narodzinach. Teściowa, teść, jakieś ciotki, rodzeństwo męża z osobami towarzyszącymi. Głośni, nie zważając na to, że w pomieszczeniu znajdują się dwa noworodki wykrzykiwali pierwsze komentarze. „Jaka podobna do Piotrka!”, „Mogłaby otworzyć oczy”. Potem było jeszcze gorzej. Matka męża pouczała ją jak ma karmić, strofowała, że na pewno robi to źle i dziecko się nie najada („wychowałam czwórkę dzieci, to wiem”). Reszta rodziny usiadła na jej łóżku i bezlitośnie pstrykała zdjęcia, śmiejąc się i opowiadając sobie rodzinne historie porodów (zazwyczaj zakończonych komplikacjami). Pouczali ją, komentowali jej wygląd i strój, bladość jej twarzy. Nikt nie zapytał, jak się czuje, czy czegoś jej trzeba. Nikt nie wpadł na pomysł, że ona potrzebuje spokoju.

Spojrzałam na moją współtowarzyszkę. Coraz bardziej blada, coraz bardziej nieszczęśliwa nie umiała nawet powiedzieć: „Proszę, wystarczy już, chciałabym odpocząć, dziecko również”. W oczach migotały jej łzy, ton był coraz bardziej błagalny i płaczliwy.

Gdyby nie interwencja pielęgniarek („proszę już wyjść, matki nie wolno denerwować”), mąż i rodzina zadręczaliby ją jeszcze dłużej.

Tej nocy długo rozmawiałyśmy ze sobą. Okazało się, że moja nowa znajoma pochodzi z zupełnie innego miasta, że jej rodzina przyjeżdża do Warszawy rzadko. Że tutaj ma tylko męża i teściów. I że odkąd wyszła za mąż i z nimi zamieszkała, jej związek zaczął przypominać więzienie. Sterowano nią, wykorzystano jej uległy charakter. Planowano jej każdy dzień, a kiedy wracała z pracy angażowano natychmiast we wszytskie możliwe prace domowe.

Ciąży – oczekiwanej, „wymodlonej” przez teściową – nie mogła przeżywać po swojemu, zabroniono jej spacerów, wyjścia do kina. Teściowa przygotowywała jej swoje zdrowej jedzenie, mąż pilnował, by za dużo nie przytyła.

„Dlaczego się na to godzisz?” – spytałam. Nie odpowiedziała wprost, nie umiała. Rozumiała, że jej sytuacja mogłaby być inna, gdyby umiała zaprotestować, postawić na swoim, zadbać o swoje potrzeby – od samego początku. Ale nie potrafiła zrobić tego mieszkając w domu swojego męża, będąc z dala od rodziców, przyjaciół.

Od przyzwolenia, zdziwienia, niepewności i lęku. Strachu, że to ze mną jest „coś nie tak”. Że może to ja się mylę, że może rzeczywiście jestem taka beznadziejna, że trzeba mną „sterować”, mówić mi co mam robić, jak się zachowywać. Tak zaczyna się przemoc w rodzinie.


Kochasz? Kochaj! Masz prawo do szczęścia, samotna mamo, masz prawo ułożyć sobie życie od nowa

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
20 listopada 2017
Fot. istock/YakobchukOlena
Fot. istock/YakobchukOlena
 

Stało się. Twoje małżeństwo legło w gruzach. Nieważne już, kto zawinił. Ta miłość jest już przeszłością. Jest ci ciężko, smutno, przez długi czas rozpamiętujesz nieudany związek. Jednak przychodzi moment, gdy w twoim życiu pojawia się INNY mężczyzna. Zakochujesz się lub, co pewnie zdarza się  częściej – poddajesz się jego urokowi. Jest ci dobrze, znowu czujesz się wyjątkowo.

Czas mija, sprawy stają się nieco bardziej poważne. Wiesz już, że kochasz. Ale twoja sytuacja nie jest „jasna”. Wszystko zdaje się skomplikowane. Radość miesza się z lękiem. W głowie pojawia się tylko jedno pytanie: czy masz prawo do szczęścia? Bo przecież dzieci… Bo przecież były mąż… Bo przecież rodzina…

I pewnie czasem chcesz uciec, rzucić to wszystko, przerwać znajomość, nawet jeśli masz przeczucie, że tym razem się uda. Rezygnujesz z miłości, bo nie wierzysz, że powinnaś spróbować. Wybierasz obowiązki, bo wydaje ci się, że nie da się pogodzić twojej trudnej codzienności z „jakimś romansem”. Samotna matka nie romansuje… Z samotną matką się nie romansuje – słyszałaś kiedyś, jak ktoś mówił, że takie są zasady. Samotna matka jest prawie świętą… Szkoda, że nikt nie bierze pod uwagę jej potrzeb.

Zrywasz więc, ale powrót do rzeczywistości okazuje się jednak trudniejszy niż myślałaś. Tęsknisz, bardzo. Wieczorem kładziesz dzieci spać i siadasz na kanapie przed telewizorem. Łzy płyną jedna za drugą, gdzieś w środku boli. Czy będziesz jeszcze szczęśliwa? Nie, jeśli sama sobie na to nie pozwolisz. Nie, jeśli zamkniesz się szczelnie w swojej skorupce i skoncentrujesz tylko na tym, by być jak najlepszą dla swoich dzieci.

Pomyśl teraz proszę, szczerze i powiedz, czego się boisz?

Martwisz się, co sobie pomyślą inni?

Od kiedy to jest dla ciebie ważne? Od kiedy podejmujesz decyzje bojąc się opinii osób, które nie żyją twoim życiem, nie mają twoich doświadczeń, nie wychowują twoich dzieci i nie tworzą do domu na nowo – od początku? Już słyszysz w myślach komentarze swoich rodziców, kuzynek. Ciotek. „Ty się lepiej dziećmi zajmij, a nie jakimiś miłostkami”. Wiesz, że to brak szacunku dla ciebie, prawda? Że nikt nie ma prawa komentować twoich pyrwatnych wyborów i osobistych decyzji? Zaufaj proszę sobie. Zaufaj swojemu rozsądkowi i sercu. Oni zawsze będą się bać. Zawsze znajdą się też „strażnicy moralności”.  Ale to nie jest ich życie, to nie o nich tu chodzi.

Obawiasz się reakcji swojego byłego męża?

Fakty są takie, że nie jesteście już razem. Owszem, wiele was łączy – wspólna historia, dzieci, wspomnienia. Pewnie nie raz jeszcze obejrzysz się za siebie i przypomnisz sobie to, co dobre, bo po co pamiętać to, co złe? Ale i on ułoży sobie życie z kimś innym. I on zacznie w końcu chodzić na randki, zakochiwać się, zapragnie być z kimś, może stworzyć dom, mieć jeszcze dzieci.  Uważasz, że przed dążeniem do szczęścia powstrzyma go myśl o tobie, o tym, że może być ci przykro? Nie, on sięgnie po swoje. Każdy chce być szczęśliwy. Każdy pragnie miłości.

Martwisz się o dzieci

Zaczekaj chwilę. Jesteś przecież odpowiedzialna. Nie stracisz głowy, prawda? Mężczyzna, z którym się spotykasz wie, że wychowujesz dzieci. Pamiętaj, to musi być jasne. Tego nie można ukrywać. I tylko w ten sposób przekonasz się, czy ta znajomość jest coś warta. Nie chodzi o to, by od razu przedstawić twojej córce nowego partnera. Chodzi o to, by (jeśli wasza relacja stanie się poważna i zaczniecie myśleć o wspólnej przyszłości) wspólnie postanowić co dalej, mając na uwadze również dobro i szczęście twoich dzieci. Wiesz przecież, że masz szansę pokazać im, że dobre, trwałe związki istnieją. Że czasem trzeba poszukać jeszcze raz. I że zasługujesz na miłość ukochanego mężczyzny.

Stało się, znowu kochasz. On też cię kocha. Pozwól sobie być szczęśliwą.


Synku, ona do ciebie nie pasuje, czyli pozwólmy każdemu kochać tego, kogo i jak chce

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
10 listopada 2017
Fot. istock/South_agency
Fot. istock/South_agency

Poznali się niedawno, ale już wszyscy o nich wszystko wiedzą. Że przyjechał ją odwiedzić, że chyba przyniósł kwiaty. Że ona chyba jest po rozwodzie, że chyba pracuje w tej dużej firmie i może nawet nieźle zarabia. Żeby mieć jednak pewność… Bo może wcale nie chodzi o nią?

Kasia spotyka się z Jackiem od miesiąca. Są sobą zauroczeni, to świeże, fajne, pozytywne uczucie. Całowali się, byli razem w kinie, zakochują się w sobie. Powoli, w swoim tempie, w ukryciu przed całym światem. „Całym światem”, czyli rodziną Jacka, jego matką, ciotkami i siostrami, które bardzo chciałyby wiedzieć na pewno o kogo też może chodzić. Z kim ten Jacek jest? Czy to poważne, czy tylko na chwilę? Czy w ogóle „coś z tego będzie”? Przecież one zachodzą w głowę od kilku lat, żeby Jacek w końcu kogoś sobie znalazł. Mówiły mu tyle razy, przyjedź na dłużej, znajdziemy ci fajną dziewczynę. Taką „swoją”, dobrą. Ożenisz się, stabilizacja jest ważna. A ten co? Po kryjomu, nie wiadomo z kim. Nie wiadomo, kiedy dokładnie. I nawet nie wiadomo co. A przecież one POWINNY wiedzieć. Zobaczyć, skontrolować, zaakceptować. No, przynajmniej wyrobić sobie zdanie. Najlepiej na „nie”.

Ktoś ich widział, przytulonych. Ktoś inny widział, jak szli „za rękę”. Dlaczego Jacek nic nikomu nie powiedział, o tym, że idzie z nią na spotkanie? Przecież mogliby coś doradzić, albo lepiej – odradzić. To niemożliwe, żeby sam umiał zdecydować, kto mu się podoba. Na pewno strzelił jakąś głupotę z tą Kaśką, o ile to w ogóle o nią chodzi. Ale nikt inny do tej historii nie pasuje. No i poznali się jakiś czas temu, to nie jest taka świeża znajomość, wygląda na to, że dopiero teraz zaiskrzyło. Dlaczego wcześniej nie zwróciły na to uwagi? Może można by było go jakoś powstrzymać, jakoś temu zapobiec? Zainteresować kimś innym, bo ta Kaśka to do niego nie pasuje. Na bank, będzie z tego jakieś nieszczęście.

Jacek odbiera telefony od ciotek. Pytają go jak leci, jak tam w pracy i czy przypadkiem ostatnio kogoś nie poznał. Że nie, wcale, absolutnie nic nie wiedza, ale tak pytają, bo się martwią. Nie odpowiada nic. Bo to nie ich sprawa. Bo to coś osobistego.

Jacek nie mówi o tym Kasi, nie chce, żeby się denerwowała, żeby coś zmąciło ich szczęście. A tak na pewno będzie, wie to, bo już raz to przeżywał. Był w związku, był zakochany. I zaczęło się tak samo. Telefony, zaproszenia, propozycje. „Przyjdź z dziewczyną, chcemy ją poznać”. Nie spodobała się. Nie była dla niego „odpowiednia”. Zaczęli dzwonić, dawać rady. „Daj sobie lepiej z nią spokój, to nie jest nikt dla ciebie, zaraz wyjeżdżasz za granicę, tam pewnie kogoś poznasz. Tak będzie lepiej dla was obojga”.

Tamten związek na odległość nie przetrwał. Ona czuła brak akceptacji ze strony jego rodziny, on nie miał w sobie dość siły, by o tę relację powalczyć. Ale wtedy był o wiele młodszy. Dziś wie, że o miłość trzeba dbać, a najlepiej chronić ją przed całym światem. Póki jest taka „świeża”, trzymać w ukryciu. Przynajmniej jeśli ma się taką rodzinę, jak Jacek.

Czemu tak bardzo lubimy mieszać się w szczęście innych? Dlaczego nie pozwalamy im cieszyć się tym ich szczęściem? Nie wtrącajmy się w życie osób, które są nam bliskie. Nie mamy prawa kontrolować niczyich uczuć, wybierać partnerów, którzy naszym zdaniem lepiej do kogoś pasują. Nie przeżyjemy za nikogo uczucia zakochania, nie uchronimy go przed błędami. W miłości niech każdy podejmuje decyzję na własną rękę.

P.S. Wydarzenia przedstawione w tekście są prawdziwe, zmieniono jedynie imiona bohaterów.