Przestańcie gonić za miłością. Przestańcie bać się samotności. Macie siebie, o siebie zadbajcie i o swoje dobre życie!

Listy do redakcji
Listy do redakcji
12 sierpnia 2018
Fot. istock/1001Love
 

Czy naprawdę nasze życie musi się kręcić wokół szukania miłości? Czy te ciągłe pytania: „Kiedy sobie kogoś znajdziesz?”, te insynuacje: „Jakoś dobrze wyglądasz, zakochałaś się?”, nigdy innym się nie znudzą, a mnie za każdym razem doprowadzają do szału.

Naprawdę jedyne na czym w życiu powinnam się skupić to na usidleniu faceta, który w oczach innych podniesie moją wartość? Mam koleżanki, które gonią za tą miłością, które skupiają się na kolejnej randce, kolejnym seksie, kolejnym nowym ciachem na Tinderze. Ich życie kręci się wokół tego, z kim się umówią, w co się ubiorą na spotkanie i czy może ten w końcu nie okaże się dupkiem, który chce ją tylko przelecieć.

Też tam byłam. Też wpadłam w kompulsję poszukiwania miłości. Też czułam tę presję czasu, którą wszyscy wokół podkreślają. „Latka lecą, mała, rozglądaj się, zanim będzie za późno”.

Ale pewnego dnia, po kolejnej randce, kiedy przez dwie godziny robiłam z siebie idiotkę, a w głowie mi huczało: „Co ty, do cholery, tu wyprawiasz?”, powiedziałam basta. Koniec. Wykasowałam swoje profile z randkowych aplikacji i wiecie co? Postanowiłam żyć. Nie, nie to, że straciłam nadzieję, że stwierdziłam, że nienawidzę facetów. Kończyłam 30 lat i kiedy obejrzałam się za siebie, dotarło do mnie, że co najmniej ostatnie trzy, straciłam za gonieniem miłości, która dotychczas się nie pojawiła.

Koniec. Mam dość. Nie chcę robić z siebie słodkiej idiotki, śmiać się z debilnych żartów, pozwalać, żeby byle jaki facet łapał mnie za tyłek, że niby taki dowcipny. Mam dość poczucia, że nic nie jestem warta, że nie jestem atrakcyjna, że być może jestem puszczalską, jeśli czasami ląduję z ledwo poznanym gościem w łóżku, tylko dlatego, że mi się spodobał. Ale w końcu, skoro oni mogą, to dlaczego ja nie?

Odpuściłam. Postanowiłam zacząć żyć swoim życiem, nie dać się wepchnąć w ten targ matrymonialny, gdzie kto pierwszy ten lepszy, a jak się nie uda, to zawsze możesz faceta na dziecko złapać. Pamiętam, jak wróciłam po tamtej randce do domu, usiadłam w pokoju nie zapalając światła i powiedziałam do siebie na głos: „Czego ty, kobieto, chcesz”. A ja chciałam zapisać się na jogę, chciałam iść do muzeum, czytać książki, jeździć na rowerze, podróżować. I będąc sama nie miałam na to czasu, bo tak bardzo skupiłam się na szukaniu faceta, który okazałby się tym jedynym, że o tym wszystkim zapomniałam. Nie miałam odwagi wyjść sama na wystawę, zaplanować wakacje, bo jak to? Pozwalałam się ciągnąć przyjaciołom, rezygnowałam z wyjazdów, bo samej nie wypada, bo nie chciałam wysłuchiwać kolejnych uwag i pytań, swatania na zasadzie: „Wiesz, Marek ma fajnego kolegę, może byście się poznali”.

Koniec. Jestem starą panną. Jestem nią i jest mi z tym dobrze. W końcu. Zaakceptowałam ten stan rzeczy i, o dziwo, w ogóle mi nie przeszkadza. Odżyłam.

Dzisiaj wiem, że pierwszy krok jest zawsze najtrudniejszy, ale gdy go zrobisz, zaczynasz zauważać całą ścieżkę, którą możesz podążyć. Kiedyś, zaczytując się w poradach dla singielek, czytałam: „Wyjdź do ludzi, zajmij się tym, co lubisz, wtedy poznasz tych, którzy mają podobne zainteresowania do twoich”.

Na zajęciach jogi poznałam fantastycznych ludzi, jeżdżąc na rowerze, zapisując się na różne grupy, stworzyliśmy super paczkę, z którą planujemy weekendowe wypady. Tam nikt nie pyta, czy kogoś mam, czy ktoś mnie zranił, bo jestem sama, a ja też nie traktuję każdego nowo poznanego faceta jak potencjalnego kandydata na męża. Wszystko się nomen omen kręci wokół rowerowych tematów.

Teraz każdego ranka obiecuję sobie, że zrobię w tym dniu coś dla siebie, że o siebie zadbam, że zrobię wszystko, by poczuć się dobrze ze sobą. W końcu to najważniejszy związek, w jakim jestem. Z kim miałoby mi być lepiej, niż ze sobą? Koleżanka z pracy ostatnio spytała: „Zakochałaś się?” – bo jej zdaniem częściej się uśmiecham. „Tak, w sobie” – wypaliłam bez zastanowienia i wcale nie pożałowałam tych słów, bo tak faktycznie jest. Przestałam się bać samotności, przestałam obsesyjnie myśleć przed zaśnięciem o tym, jak się ułoży moje życie, gdy nikogo właściwego nie poznam, gdy nikogo nie znajdę. Mam swoje plany, marzenia, które realizuję. Odkładam pieniądze na wyprawę do Ameryki Południowej. Czytam, planuję, wyciskam życie jak cytrynę. I już nie czekam na tego księcia z bajki ciążącego na nas, singielkach, jak przekleństwo. Teraz wiem, że ja także mam prawo wyboru, że nie potrzebuję faceta do szczęśliwego życia. Jeśli kiedyś zjawi się taki, który w moim dobrym życiu będzie chciał mi towarzyszyć, to super. Będę miała mu wiele do opowiedzenia i zaoferowania.

Przestańcie gonić za miłością. Przestańcie bać się samotności. Macie siebie, o siebie zadbajcie i o swoje dobre życie. Polecam.


Emocjonalne rany z dzieciństwa, które zostają na zawsze. Nie udawaj, że to się nie wydarzyło

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
12 sierpnia 2018
Fot. iStock/spukkato

Dość często zdarza się, że nasze zdrowie emocjonalne jest narażone na uszczerbek już w dzieciństwie, czyli w okresie, w którym nasza psychika się kształtuje. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, że blokady i lęk, które odczuwamy w dorosłym życiu, to konsekwencje tego, co przeżyliśmy jako dzieci, reperkusje pierwszych, bardzo negatywnych doświadczeń.

Rany emocjonalne to właśnie te bolesne doświadczenia z dzieciństwa, które kształtują naszą dorosłą osobowość, to kim jesteśmy i jak radzimy sobie z przeciwnościami życia.

Musimy być ich świadomi, by umieć sobie z nimi radzić. Nie powinniśmy unikać tej świadomości, bo strach przed ponownym przeżywaniem cierpienia, którego doświadczyliśmy, sprawia, że ​​nakładamy setki masek, które komplikują nam życie jeszcze mocniej.

Rany emocjonalne z dzieciństwa, które zostają na zawsze

Strach przed porzuceniem

Porzucenie jest najgorszym wrogiem emocji dziecka. Samotność, izolacja, brak poczucia, że ktoś cię chroni… Wszyscy dorośli, którzy tego doświadczyli panicznie boją się zaangażowania, żeby znów nie przeżyć porzucenia. Ci ludzie będą obawiać się samotności i odrzucenia w obliczu fizycznego kontaktu (uściski, pocałunki, kontakty seksualne …). Będą odchodzić pierwsi.

Strach przed odrzuceniem

Uraz ten uniemożliwia nam zaakceptowanie naszych uczuć, myśli i doświadczeń. Jako dzieci doświadczyliśmy braku akceptacji tego, kim jesteśmy.

Ból, który powstaje w wyniku tego urazu, uniemożliwia właściwe budowanie poczucia własnej wartości. Człowiek dąży do dewaluacji samego siebie. Odrzucone dziecko nie czuje, że zasługuje na uczucie lub zrozumienie, i izoluje się z obawy przed ponownym przeżywaniem tego cierpienia.

Upokorzenie

Uraz ten powstaje, gdy czujemy, że inni nas krytykują. Jeśli jako dziecko słyszysz (dodatkowo w obecności innych ludzi), że jesteś brzydki, głupi, irytujący, twoja samoocena jest bardzo mocno zaburzona. Jako dorosły, często uzależniasz się od innych. Jako mechanizm obronny możesz także stosować tyranię, skrajny egoizm lub upokarzanie innych.

Zdrada lub zawiedzenie zaufania

Dzieje się tak, gdy bliskie dziecku osoby nie wypełniają swoich obietnic, stwarzając poczucie zdrady i oszustwa.

Prowadzi to do nieufności, która może przerodzić się w zazdrość i inne negatywne uczucia, ponieważ nie czujemy się godnymi tego, co nam obiecano i co mają inni. Cierpienie z powodu tych problemów w dzieciństwie buduje dążące do perfekcjonizmu osobowości, które kontrolują wszystko.


Na podstawie: amelioretasante.com


Zobacz także

Kobiety mówią dość! Nie składamy parasolek i zapraszamy was na bardzo ważną dyskusję zorganizowaną przez Koalicję Mam Prawo

8 oznak, że twojemu mężczyźnie jest dobrze w waszym związku

8 rad od architekta wnętrz, jak urządzić mieszkanie, żeby potem nie narzekać, że coś nie pasuje