Przeprawa przez taka dżunglę to walka o życie po prostu. Amazonki wiedzą to najlepiej

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
5 lutego 2017
Fot. iStock/Voyagerix
Fot. iStock/Voyagerix

Dzisiaj będzie o Amazonkach. O tej grupie kobiet, dziewczyn, lwic, które los zapędził do metaforycznej amazońskiej dżungli serwując im raka piersi na talerzu strachu, bólu i chemioterapii. Nie była to typowa wycieczka z biura podroży, zaplanowana i zorganizowana. Była to raczej samotna wyprawa na tereny nieznane, pełne czyhających niebezpieczeństw i gadów wszelakiej maści. Przeprawa przez taka dżunglę to walka o życie po prostu. Te, które przeżywają, wychodzą okaleczone. Ich ciała poorane, ich dusze pełne blizn i krwawiących ran. I tylko ich oczy błyszczą nadzieją.

Kobieta, która wraca z amazońskiej dżungli to już nie ta sama kobieta. I nie chodzi o to tylko, że z cyków ją odarto, z tej kobiecości zewnętrznej, celebrowanej, zachwycającej. Te sobie można przecież zrekonstruować, wytatuować, zwiększyć, zmniejszyć i podsterczeć. Bo cycki to pikuś… no powiedzmy.

Idąc przez dżunglę kobieta walczy z dziką zwierzyną, maczetą toruje sobie drogę, czasem macha nią na oślep, czasem uderzyć musi wiele razy zanim przeszkoda wreszcie ustąpi, zanim wreszcie się podda. A i tak pewności nigdy nie ma, że za chwilę jakiś nędzny gad, płaz czy inny ssak nie ukąsi, nie owinie się dookoła jej szyi nie skoczy jej do gardła.

Kobieta, która idzie przez amazońską dżunglę, oczy ma dookoła głowy. Często staje się niezwykle zwinna, gibka, reaguje na sytuacje w mig. Jest w ciągłym pogotowiu, na nieustającym dyżurze, bo wie, że chwila nieuwagi życie kosztować ją może. Potem są jeszcze te momenty, kiedy zza drzewa wychyla się śmierć. Bo śmierć też żyje w amazońskiej dżungli. Wtedy kobieta mierzy się z nią. Z tą bezlitosną kostuchą, która jak rzep przyczepiony do ogona, łazi za kobietą po amazońskich krzakach. Ale prawdziwa Amazonka wie, że śmierć też ma swoje lęki. Śmierć życia się boi. Więc jeśli kobieta to życie w sobie ma, śmierć wzdrygnie się tylko i w czarnej dżungli przepadnie.

Życie też mieszka w dżungli rzecz jasna. Szwenda się po koronach drzew, buja całymi dniami na lianach, z papugami spędza czas strojąc się w ich kolorowe piórka, a potem śmiga pośród drzew przytulone do aksamitu czarnej pantery, najbardziej gibkiej z gibkich. No życie. Wiadomo. Przyjemności żadnej nie odpuści. A że zajęte rozrywką jest ciągle, to i przy okazji jest nieuchwytne. Kobieta nigdy nie wie, gdzie to życie znowu się bawi, a przecież wyjścia nie ma! Musi je odszukać, musi przekonać, musi namówić na wspólną podróż przez życie.

Dlatego taka kobieta zanim z życiem zacznie negocjować, najpierw sama musi business plan opracować. I żeby jasne było, plan to musi być niezwykły, atrakcyjny, tak ciekawy, tak kuszący, że życie nie powie jej nie. Raz już jej przecież powiedziało, kiedy do dżungli w podróż ja wysłało. Raz już jej dało znać, że plan, który miała, życiu się nie podoba.  Że się nie sprawdza, nudą na każdym kroku wieje. Bo plan na życie oparte na kompromisie i strachu, plan na życie wyzute z pasji, marzeń, miłości i szaleństwa to dla życia żaden plan. Nie bo nie. Życie nie będzie żyło takiego życia.

Więc ta kobieta, ta Amazonka, przechodzi w dżungli niezwykłą przemianę. Oswaja demony, demaskuje fałsz, pokonuje tchórzostwo, odrzuca kompromis.  I odkrywa. Nieustannie odkrywa całą prawdę o sobie, łapie kontakt z duszą i zawiera pakt. Nagle też wie co robić ma. Jak żyć, by życie pełne było. Taka kobieta, wychodzi z dżungli żywa. Poraniona, okaleczona, ale z nowym planem na życie opartym na jej własnej prawdzie. Taka kobieta dobrze też pamięta każdy dzień w dżungli spędzony i wie, że ta wyprawa, być może najważniejsza na jaką kiedykolwiek się wybrała, dała jej siłę do bycia sobą.

Choć jak na ironię przecież zabrała jej zarazem ów atrybut kobiecości, zabrała jej piersi, dając niejako do zrozumienia, że skoro kobiety w sobie nie kochała, to kobiecość stracić musi. Przynajmniej na czas wyprawy, przynajmniej na ten czas, w którym uświadamia sobie jak ważna jest dla samej siebie.

Kobiecość… to przy tym tylko jeden z aspektów, który ginie w gęstej dżungli choć niebezpowrotnie. Jako stan umysłu jest ona do odzyskania. Ciekawe przy tym jest to, że odzyskana po tego typu utracie, kobiecość też jest jakby inna. Mądrzejsza, głębsza, jakaś taka bardziej surowa i organiczna, bo może po raz pierwszy nie powierzchowna, nie li tylko cielesna, ale wreszcie i duchowa. Kobieta staje się wiedźmą po takiej wyprawie do dżungli. Wojowniczką i wiedźmą, taką która jest silna i taką, która wie.

Podobno z dżungli wychodzą tylko te kobiety, w których przemiana się dopełniła. To kobiety, które pokonały strach i wróciły do swoich źródeł, które odzyskały siebie i sens swojego istnienia. Jeśli prawdą jest to, że choroba jest zaledwie manifestacją chaosu, który wytwarzamy w sobie żyjąc wbrew sobie, to wyprawa do amazońskiej dżungli jest niczym innym jak zimnym prysznicem. Policzkiem w twarz, który obudzić ma nas z wiecznego snu.

Oto czego dowiadują się kobiety w amazońskiej dżungli. I to o nich oraz dla nich jest ten tekst.


Za co kochamy facetów i czy my, kobiety, możemy się czegoś od nich nauczyć?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
5 lutego 2017
Fot. iStock/max-kegfire
Fot. iStock/max-kegfire

Dobra, możemy sobie narzekać ile wlezie. Że szowiniści, że buce, że brak im czułości, ogłady. My tak lubimy wytykać im ich wady, pastwić się nad nim uważając, że my kobiety jesteśmy lepsze, bo bardziej wrażliwe, empatyczne, lepiej zorganizowane.

To że jesteśmy lepsze, to może na forum teraz rozstrzygać nie będę, w końcu nie o tym mam zamiar napisać, drogie panie (choć to dobry temat, muszę przyznać), za to powiedzmy sobie jasno, że bez facetów nasz świat byłby ubogi. Kto się nie zgodzi? Przyznacie przecież, że gdybyśmy my same były na świecie, to nuuuuddaa – na całego.

A prawda jest taka, że ani oni bez nas, ani my bez nich żyć nie potrafimy. I bardzo dobrze! Co więcej, tak rzadko głośno i wprost tych naszych facetów chwalimy, że trzeba to nadrobić. Bo nie ma co ukrywać, że kurczę, no fajni są, pomimo wielu rzeczy, którymi doprowadzają nas do szewskiej pasji, są te, za które ich kochamy, i których z całą pewnością możemy się od nich nauczyć. Czasami warto zdać sobie z tego sprawę, choćby po cichu…

Dystans do siebie i świata

Wiecie, za co ja kocham facetów? Właśnie za ten dystans, który w sobie mają. Potrafią śmiać się z siebie, żartować ze swoich wad, słabości. Nie obrażają się, kiedy ktoś im mówi: „Stary, ale ty się do tego nie nadajesz”. Jasne, może gdzieś tam w duszy ambicjonalnie ich to rusza, ale w gruncie rzeczy – albo przyznają rację, albo stwierdzą: „co ty tam wiesz, ja wiem, że potrafię” i idą dalej. Nie traktują siebie samych śmiertelnie poważnie, nie reagują histerycznie, gdy ktoś wytyka im błędy. Przyznajcie, że często jest tak, że naprawiają to, co schrzanili, wyciągają wnioski i wychodzą na prostą.

Poczucie humoru

Uwielbiam. Uwielbiam spędzać czas w męskim towarzystwie i śmiać się z nimi. Z samych siebie i z przeróżnych sytuacji. Oni potrafią rozbawić mnie do łez choćby żartem na swój własnych temat. Facet z poczuciem humor to prawdziwy skarb! Nikt nie nastawi cię tak pozytywnie do życia, nikt nie pokaże, jak wiele komicznych sytuacji tobie zdarzyć się może, ja spuentować można nawet trudną sprawę tak, że się uśmiechniesz. Dystans i poczucie humoru zawsze idą ze sobą w parze.

Pewność siebie

Za to co wyżej ich kocham, a pewności siebie zazdroszczę. Czasami myślę sobie, że gdyby oddali nam trochę tej pewności siebie, może wtedy nasze życiowe szanse by się wyrównały. Bo my, kobiety, jesteśmy zawsze ten krok z tyłu, jednak zawsze z głową choćby odrobinę pochyloną, z pokorą przyjmujące, to, co nas spotyka. A faceci? Nawet jeśli mają wątpliwości, nawet gdy odrobinę drąż im ręce, bo zastanawiają się, czy podołają – prą do przodu jak czołgi. Wyprostowani, z podniesioną głową, każdy na swój sposób, a jednak pewny siebie.  Szacun panowie. Ja wiem, że teraz mogłabym napisać elaborat, że brak pewności siebie u kobiet wynika z wychowania, z powielanych stereotypów. Ale nie miało być o nas. Bez analizy. Zazdroszczę, obserwuję i staram się czerpać jak najwięcej od pewnych siebie facetów, bo wiem, że warto!

Odpowiedzialność

Tak wiem, że takich odpowiedzialnych to ze świecą szukać. Że teraz to wszystko na naszej głowie, rachunki, zakupy, zajęcia dzieci. O wszystkim trzeba przypomnieć, powtórzyć pięć razy, bo oni mają generalnie wszystko w d… Ale drogie panie, gdyby się tak nie zacietrzewiać, gdyby jednak spojrzeć na to z dystansem? Pomyślmy. Przecież kiedy wszystko bierze w łeb, kiedy nie mamy już siły, kiedy rzeczywistość nas przerasta, to na kogo możemy liczyć? Na kim się wesprzeć? Czyż nie na facetach? Nie mówię, że na partnerze (wiem, że bywa różnie) – ale jest jeszcze przyjaciel, sąsiad, szwagier, kolega z pracy. Przecież jeśli tylko facetom oddamy trochę pola, nauczymy się prosić o pomoc i nie będziemy jak te Zosie-Samosie, to oni się wykażą. Dźwigną wiele spraw, i rzeczy, o które my nie będziemy musiały dbać. Bądźmy sprawiedliwe, może miewamy blisko siebie facetów bez poczucia odpowiedzialności, ale wokół jest wielu potwierdzających jednak to, że potrafią być bardzo, ale to bardzo odpowiedzialni za siebie, za drugą osobę, za człowieka.

Brak analizy i „co ma być to będzie”

Lubimy się pastwić nad facetami mówią, że są prostej konstrukcji, bo dla nich wiele rzeczy jest biało-czarnych. Jest problem – szukam rozwiązania. Jest coś do załatwienia – robię to. Nie chce mi się – to mi się nie chce, nie walczę z tym. Czyż to nie jest cudowna cecha. Czy nie lepiej choć w minimalnym stopniu wdrożyć takie podejście w życie, zamiast wiecznie analizować, zastanawiać się po co, jak i dlaczego i jeszcze co by było gdyby? Ile my czasu marnujemy na analizowanie, na roztrząsanie, na zmuszanie siebie do robienia rzeczy, na które nie mamy ochoty! Nie wydaje się wam, że faceci z tym swoim olewackim: „daj spokój, odpuść” wkurzają nas, bo są naszym lustrem, bo tego im właśnie zazdrościmy? Bo my tak nie potrafimy, choćbyśmy czasami bardzo chciały? Może czas najwyższy się tego nauczyć?

Seks

My mamy w głowie obiad, nowe buty dla dzieci, problem przyjaciółki, praca, a oni? Oni, kiedy mają ochotę na seks, są seksem. Skupiają się na swoim i na naszym ciele, wrzucają z głowy wszystko inne. Nie wierzę, że któraś z nas by tak nie chciała – poddać się temu, co mówi nasze ciało. Ale nie my musimy zamknąć głowę, żeby móc poczuć, jak świetny może być seks. Cała gra wstępna, to wyłączanie naszej głowy, odganianie myśli, żeby poczuć, że jesteśmy tu i teraz i nic innego nie ma znaczenia. Kocham facetów za seks, za umiejętność cieszenia się nim tak po prostu, że nie musi być za coś, po coś, tylko jest czasami lepszy, czasami gorszy, ale za każdym razem ma znaczenie w naszym codziennym życiu. Możemy wiele od facetów nauczyć się tej kwestii, inna sprawa, że my same możemy ich wiele nauczyć. 😉

Miłość do nas

Lubię myśleć o tym, jak faceci nas kochają. A oni kochają tak, jak my im na to pozwolimy, jak pokażemy. Kochają bez warunków, bez rozmyślań. Jeśli jesteśmy z nimi naprawdę, nie odpychamy ich, nie oceniamy, nie mówimy, że muszą coś o lepiej, bardziej, to dostrzeżemy, jak nas kochają. Jak ich miłość wyraża się w wymianie pojechaniu naszym autem na myjnię, w ugotowaniu obiadu, w naprawie zepsutej szuflady, w zrobieniu zakupów. Ta miłość jest prosta, codzienna i przez to tak dla nas ważna, a z drugiej strony tak rzadko przez nas doceniana…

Mamy tendencję to mierzenia wszystkich jedną miarą. Jak facet cham, to wszyscy faceci, to chamy. Jak zdradza, to każdy inny też. Jak dupek, to przecież nie możemy być wyjątków. Ale bądźmy czasami ponad to. Faceci są fajni, i trudno ich nie lubić, nie kochać. Trudno nie dostrzegać tego wszystkiego, co możemy od nich dostać, czego się nauczyć. Ja uważam, że warto, chociażby po to, żeby lepiej rozumieć siebie nawzajem.

 

P.S. Oczywiście w głowie już powstał mi równolegle tekst: za co faceci powinni kochać kobiety. Spiszę niedługo. 😉


Tu się pacjentów nie leczy, tu pozwala im się żyć jak najlepiej w tym czasie, który im pozostał

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
5 lutego 2017
Fot. iStock/almir1968
Fot. iStock/almir1968

Siedzimy na długich kręconych schodach, które prowadzą do hospicjum. Jest półmrok, który rozświetla ogień z kominka. Raczej jest spokojnie choć gdzieniegdzie słychać wyciszone głosy.  Mężczyzna w żółtej koszulce wolontariusza (więzień) przenosi jakieś pudła z kablami. Krząta się jak u siebie. Podobnie jak dwoje dzieci, które próbują wyciągnąć dużą czekoladę z automatu, chichocząc jak to dzieci i uciszając się nawzajem, bo mimo 7 i 10 lat pamiętają gdzie są.  Ich tata umierał tu dwa lata temu, a teraz spotykają się tu z innymi osieroconymi dziećmi. Więzień to muzyk, który siedzi za przestępstwa gospodarcze. Wszyscy znają jego album, dumni, że jest znany.

Pani Jola nie odsiaduje wyroku, ale przychodzi tu codziennie, bo lubi pomagać. Jest na emeryturze i ma błyszczące szaroniebieskie oczy. Czuje się tu ważna, bo dzięki niej i takim jak ona ludzie, umierający mogą odchodzić w godności. Mogą uczestniczyć we mszy, mogą zejść lub być zwiezionym do kawiarenki, gdzie odbywają się cotygodniowe spotkania przy muzyce lub występach i nigdy nie wiadomo kto zajmie puste miejsce i po kim to puste miejsce zostanie. Tłumaczy mi, że wielu rzeczy nie da się przewidzieć, bo tu ludzie umierają każdego dnia. Takie urodziny to raczej ironia losu, bo prawie pewne, że ostatnie. Z tego miejsca raczej się do domu nie wychodzi.

Jest tu miejsce spotkań dla walczących z rakiem, a także tych, którzy spodziewają się chorego śmiertelnie dziecka. Są spotkania dzieci, które straciły rodziców lub rodzica, a także dla owdowiałych małżonków. Objęte opieką są rodziny z chorym przewlekle lub umierającym dzieckiem i dorośli, którzy nie mają już szans na wyzdrowienie.

W ogrodzie jest popielniczka. Chorzy mogą (jeśli są w stanie) wyjść do ogrodu i zapalić papierosa. Nikt nie robi im wymówek, nie wyrywa papierosa z ust. Tu się pacjentów nie leczy, tu pozwala im się żyć jak najlepiej w tym czasie, który im pozostał. Chory ma prawo zjeść tort albo tabliczkę czekolady. Że za dużo cukru? Przecież życie na jego ostatnim etapie trzeba osłodzić. Nie ma tu zakazów szpitalnych, jest celebrowanie życia, mimo iż osadzenie tego w hospicjum wydaje się brzmieć groteskowo. Ale…

Hospicjum to też życie. Tak brzmi hasło gdańskiej Fundacji Hospicyjnej, która opiekuje tym miejscem. Wrzucam na Facebooka zdjęcia stąd, zero komentarzy, cisza. Z 40 tysięcy osób które masowo lajkują, wzruszają się fotografiami, komentują teksty, wydarzenia, zdjęcia – nikt nic nie mówi. Bo hospicjum to tabu. Klamra, która zamyka temat śmierci, starzenia, choroby. Boimy się tak bardzo, że zamykamy oczy.

Pod koniec dnia wolontariusz gra na gitarze Barkę, śpiewają ci co mogą. Przy dużym drewnianym stole osierocone rodzeństwo, ich mama, my, wolontariusze i pacjenci, którzy mogą jeszcze samodzielnie siedzieć. Obok rzędem stoją łóżka pacjentów zwiezionych z góry, przy których siedzą najbliżsi. Niektórzy mają zamknięte oczy i lekko się uśmiechają. Barka jest taka prosta w jednoczeniu ludzi. Chłopiec głośno się śmieje i biega między krzesłami, nudzi się. Chłopiec ma jeszcze ze sto lat do przeżycia, ma siostrę, która chce być neurochirurgiem i mamę, która jest jeszcze w żałobie, bo płacze z piosenką jak każdy kto niedawno kogoś stracił i wzrusza go każda melodia, która synchronizuje się z jego smutkiem. W tym jednym miejscu jest prawie sto lat przeżytego życia i sto lat przyszłości. Życie szkolne, towarzyskie, życie za kratkami, życie hospicyjne. Zastanawiam się co tu jest więzieniem a co wolnością. I czym tak naprawdę jest czas. Same paradoksy.

Mam w sercu trzy momenty. Jeden w kapliczce,  gdy chory ojciec siedzi obok swojej córki i patrzy na nią z dumą wypełniającą całe jego wielkie oczodoły wyzierające z chudej twarzy. Drugi gdy chłopiec pyta mnie po cichu czy jak się ma przypięty mikroport to słychać jak się beka. Trzeci, gdy ksiądz w kaplicy mówi, że życie jest tam gdzie jest miłość. A miłość jest tam, gdzie są ludzie. Życie jest więc wszędzie tam, gdzie jesteśmy obecni.

Naprawdę nie potrzebujemy więcej. Tych gadżetów, kasy, wyjazdów, pustych nic nie znaczących przedmiotów czy miejsc. Tego wiecznego chcenia. Zabierania sobie i bliskim czasu, by mieć, zarobić, wydać. Pragnąć wciąż, dążyć ku czemuś, stawiać sobie cele, które są tak daleko od istoty życia. Zapędzamy się w robocie, a z dziećmi rozmawiamy w tak zwanym międzyczasie, nie mamy czasu zadzwonić do rodziców, którzy na to czekają, po drugiej stronie częściej monitor niż człowiek, nie mamy przestrzeni dla relacji z ludźmi. Warto czasami się zatrzymać i spojrzeć z lotu ptaka czy ma to sens.

W jednej z sal umiera człowiek, pies zwinięty w kłębek jest niespokojny, ale obecny w tych ostatnich momentach swojego pana. Myślę, że prawdziwe życie jest bliżej tego hospicjum niż centrum naszego świata.

Fot. Fundacja hospicyjna

Fot. Fundacja hospicyjna


Zobacz także

Fot.Screen/You Tube

Dlaczego kochamy? Jak się okazuje – często za nieoczywiste rzeczy. Obejrzyjcie koniecznie

Fot. iStock / Eva-Katalin

Galerianka: Nie zawsze trzeba uprawiać cały seks. Można tylko trochę, bo jak coś kosztuje dwie stówki, wystarczy zrobić loda

Fot. Pixabay / HugoHiram /

Najczęstsze powody braku energii. Sprawdź, który dotyczy ciebie