„Przepraszam, jutro już wstanę”. O silnej kobiecie, która przeżywa załamanie

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
29 lutego 2016
Fot. iStock / da-kuk
Fot. iStock / da-kuk

Muszę odpocząć. Chcę zawinąć się w kołdrę. Chcę oszukać, że jestem chora. Chcę powiedzieć wszystkim, że nie mam nic do powiedzenia więcej, nic do zrobienia i jest mi tak smutno, że żadne „będzie dobrze” mi nie pomoże. Ani żadne „rozumiem”, ani „przykro mi”. Nie chcę poniedziałku. Ani nie chcę wtorku. Środę też mam w dupie. A weekend mnie nie interesuje. Za chwilę będę znów silna. Wiem to. Ale teraz nie jestem.

Lubiłam swoją siłę. I radość. Inni też ją lubili. Dziś świat jest bardziej klarowny niż kiedyś – nie lubimy maruderów, pesymistów, nazywamy ich energetycznymi wampirami. Bardzo bałam się być energetycznym wampirem. Więc dużo się śmiałam.

Śmiałam się, gdy moi rodzice się rozwiedli i z dnia na dzień zostałam sama z mamą. Myślałam, że tym śmiechem pomogę mojej mamie, która śmiała się mało. Za to dużo płakała. Wtedy pomyślałam, że płacz nie jest fajny. Obiecuję, rzadko płakałam. Pierwszemu narzeczonemu, który mnie rzucił powiedziałam tylko: „okej”. Drugiemu, któremu mnie zdradził, spakowałam wszystkie rzeczy w worki na śmieci i wystawiłam na klatkę. Zmieniłam zamki. Nie płakałam ani razu.

Uważałam, że płacz jest słabością i wrzeszczałam na przyjaciółki, że płaczą. Kazałam im brać się w garść, uprawiać sport i seks bez zobowiązań.

Śmiałam się, gdy raz w życiu zwolnili mnie z pracy. Może inaczej: powiedziałam wszystkim, że w porządku, że to nic. Tak czułam. Powiedziałam też sobie, że to śmieszne się smucić i oni jeszcze zobaczą. Założyłam własną firmę i stałam się konkurencją dla tych, którzy mnie zwolnili. Groźną konkurencją.

Nic nie było w stanie mnie złamać. Nic. A któregoś dnia złamał mnie poranek. Że trzeba w ogóle wstać. Że umyć zęby i włosy. I odwieźć dzieci do szkoły.

Najpierw poszłam do internistki.

– Umarł ktoś? ( słucham???)

– Ale w jakim sensie?

– Czy ktoś umarł, że pani nie śpi, a potem nie może wstać?

– Nie umarł.

– A przeżyła pani stratę?

– Nie.

– To dlaczego pani nie śpi?

(a skąd ja mam to wiedzieć, babo ty, czy poszłabym do ciebie, gdybym wiedziała dlaczego?!)

To był pierwszy razy, gdy zrozumiałam, że silne kobiety nie mogą się załamać. Jeśli mam dom, pracę, pieniądze to muszę się cieszyć.

– Ej, ale o co ci chodzi? Zdrowa jesteś? Ciesz się.

– Rany…… Ty? Nigdy nie widziałam cię w takim stanie

– Trzeba chcieć.

Tak, wiem. Trzeba. Obiecuję, przysięgam, też to mówiłam. A potem leżąc w łóżku widziałam, że pięć metrów dalej jest łazienka. „Później”, pomyślałam. Później umyję zęby, zadzwonię służbowo, zrobię co mam zrobić. „Później”. To takie kojące słowo. Poczucie winy jest ogromne, bo naprawdę wiesz, że twoje problemy są żadne. Ktoś obok walczy o życie, ktoś się rozwiódł, ktoś ma chore dziecko. Masz świadomość śmieszności siebie, ale to twoje ciało mówi „nie”. Biegasz do kolejnego lekarza ( neurologa, bo wciąż boli cię głowa), okulisty ( bo tracisz wzrok w prawym oku ), kardiologa ( bo budzisz się z tak walącym sercem, przecież musi coś być).

W końcu trafiasz do psychiatry i słyszysz: „Przecież to stany lękowe i depresyjne”. I ktoś wreszcie zadaje ci pytania, których wcześniej nie zadawał ci nikt. Dlaczego ma pani poczucie winy? Dlaczego nie daje pani sobie prawa do uczuć?

Kochani,

też tego nie wiedziałam. Bo byłam tą silną, która ganiła innych. Ogarnięta w pracy, w domu, ogarniętą wszędzie. Ale czasem koniec, nul. I nie o to chodzi, że nie wstaniesz zawieźć dzieci. Oczywiście, że wstaniesz. I nie o to chodzi, że nie zrobisz pracy. Oczywiście, że zrobisz. Chodzi o to, że któregoś dnia po prostu czujesz tę obezwładniający smutek. I każdy krok jest walką, i kawa poranna, o której moja koleżanka, w depresji mówiła, że była dla niej wyczynem. Wstawienie ekspresu, naszykowanie córki do szkoły, zawiezienie jej. Codzienność. Sklep, zakupy, tankowanie i tłum w supermarkecie. Coś co kiedyś było oczywistością.

Pomyślałam, że częścią depresji jest wcześniejsze udawanie, że jest tak śmiesznie, nic nas nie dotyka. A przecież rozwód jest bólem i każde rozstanie. I strata pracy. Nie udawajcie. Lepiej naprawdę wyć po rozstaniu, użalać się nad sobą niż później, bez powodu, stać 20 minut przed marketem i zastanawiać się: „wejść czy nie wejść”, bo tak się boisz Nie Wiadomo Czego. Tłumu, hałasu i światła. Ból nieprzeżyty zawsze wróci.

Lepiej przeżywać wszystkie rzeczy na bieżąco, bo one później, zebrane wybuchają ze zdwojoną siłą. W związku, w przyjaźni, w pracy.

Lepiej nie być panią silną. Lepiej być kobietą świadomą, która nazywa uczucia. Wie, co jest stratą, co zdradą, co odrzuceniem, co złością, a co żalem.

Największą mocą wcale nie jest mówienie: „dam radę” , ale raczej: „Dziś się czuję ch…., ale jutro, pojutrze znów to ogarnę”.

A ludzi w depresji (smutku?) boli:

– przemijanie

– choroby bliskich

– choroby obcych

– rozstania bliskich i obcych

– śmierć (wszędzie widzisz tylko śmierć)

– inni ludzie (którzy nigdy nie będą tak empatyczni, żeby zrozumieć cierpiącego, ale to nie jest ich wina)

– oni sami ( że nie są silni, bardzo się tego wstydzą i czekają aż znów będę silni)

Dobra, boli ich wszystko. Ale to naprawdę mija. Nie mówcie im, że będzie dobrze i o co im, k….chodzi, bo są zdrowi. Przytulcie i powiedzcie, że jesteście.


„Proś, walcz, a potem żyj!”, czyli jak rozstać się dobrze. Wyznanie porzuconej

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
7 kwietnia 2016
„Proś, walcz, a potem żyj!", czyli jak rozstać się dobrze. Wyznanie porzuconej
Fot. Unsplash / dahiana candelo / CC0 Public Domain

Gdzieś w internecie przeczytałam list pewnej dziewczyny. Kilka lat temu porzucił ją mężczyzna. List był smutny, utrzymany w duchu rezygnacji, pełen wstydu. Wstyd dotyczył „upokorzenia” przed mężczyzną. Dziewczyna, tuż po rozstaniu, prosiła byłego partnera, żeby został, błagała nawet, pisała SMS-y, dzwoniła. Do tej pory (auć) pamięta to jak zachowała się bez klasy. Pod listem słowa wsparcia od innych kobiet. One też cierpiały, też błagały, też nie mogą się podnieść. Jedna napisała: minęło 10 lat. Jestem w tym samym punkcie co ty.

Nie mogłam oderwać oczu od ekranu monitora. Dziesięć lat?????? Dziesięć lat pamiętać o jakimś dupku, który zapakował się bez słowa i ożenił z inną. Dziesięć lat pięknego życia, gdy można podróżować, pracować, zasypiać i budzić się lekko? Nie–do–wiary.

Jeśli jesteś tuż przed rozstaniem (on wygląda na średnio zaangażowanego i po prostu widzisz jak się wycofuje), tuż po rozstaniu, albo sporo po rozstaniu i bliskie są ci słowa tamtej dziewczyny, błagam, natychmiast się ogarnij. To jest po prostu niemożliwe, żeby piękna i młoda osoba (starsza to już tym bardziej, bo serio szkoda sekundy) rozpaczała i każdą sekundę poświęcała mężczyźnie, który jej złamał serce. Na miłość boską!

I nie ma żadnego znaczenia, że przez chwilę go prosiłaś. Pokaż mi kobietę, która nigdy nie walczyła o związek. Jeśli ją znasz albo sama nią jesteś– szacun. Ale ile z nas takich jest? Ja znam jedną. Dobra. Partner powiedział: „odchodzę”, ta powiedziała: „dobrze”. Zachowała klasę, to pewne. Tyle, że potem przez kolejne lata zastanawiała się czy na pewno wszystko zrobiła? A może mogłaby zareagować inaczej? A zawalczyć? A postarać się? A może to by wszystko zmieniło?  Czy to czasy „Ani z Zielonego Wzgórza?”. Nie, to nie te czasy. Zawalcz jeśli ci zależy, ale jeśli widać, że to nie działa – weź klocki i do widzenia z tej piaskownicy i nawet nie patrz w tamtą stronę, bo po co?

I nie wyrzucaj sobie, że tak się upokorzyłaś. Świetnie zrobiłaś. To naprawdę lepsze niż wzdychanie i czekanie aż on zrozumie (na pewno się pomylił, zrozumie, zatęskni i inne srutututu).  Już lepiej usłyszeć jasno: „nie” i „nie” i „nie” niż czekać i tworzyć setki scenariuszy.

Ale zapamiętaj jedno – żaden mężczyzna, który cię nie chciał, nie jest wart myślenia o nim ileś lat. Życie jest zbyt piękne i to mówi doświadczona kobieta dobijająca czterdziestki (koszmar, zło;-) ).

W ramach witania wiosny urządziłyśmy sobie z przyjaciółkami wieczór wspomnień. Płakałyśmy… ze śmiechu. Każda była przynajmniej raz w życiu porzucona, wyrabiałyśmy naprawdę dziwne rzeczy, żeby kogoś odzyskać. Nie spałyśmy, rozpaczałyśmy, wydzwaniałyśmy do siebie co pięć minut. Żeby tylko do siebie. Do tych potworów (eks) też.

Oto lista rzeczy, którą potrafią zrobić zrozpaczone byłe kobiety

– pisać epistoły o treści: „Daj nam szansę, wciąż wierzę, że możemy być razem, myślę o tobie wciąż, nie ma rzeczy, której nie moglibyśmy zrobić razem”( mam mdłości na samą myśl. No pewnie, że zdarzyło mi się coś takiego napisać. Zachowałam nawet.

– pisać listy w stylu: „Szanuję twoją potrzebę odejścia, ale nigdy nie zapomnę” (hit mojej przyjaciółki)

– wystawać pod blokiem w środku nocy (no ja jednak nie, ale moja przyjaciółka spędziła pięć godzin, w mrozie, przed blokiem eks, bo chciała sprawdzić o której wróci – hmm, nie wrócił ). Ja tylko biegłam za narzeczonym boso po śniegu. 😉

– przejeżdżać po jego oknami w ciągu dnia (robiłam to i myślałam. Chlip, chlip, ale było cudownie – jasne, akurat, jakby było nie poszedłby w diabły)

– podglądać go na Facebooku, pisać posty specjalnie dla niego. Przecież to nie przypadek, że kobiety stają się po rozstaniach bardziej aktywne na portalach społecznościowych ( tak, te powyżej dwudziestki też)

– chodzić w miejsca gdzie on chodzi, żeby wyglądać świetnie i żeby zrozumiał co stracił

– wymyślać historie jak ci jest świetnie i opowiadać wspólnym znajomym

– niszczyć jego mienie. To akurat uważam za niedopuszczalne, chyba że…. Gdy moją znajomą mąż porzucił po tym jak dowiedział się, że ma raka i będzie musiała przejść  mastektomię – przyjaciółki porysowały mu samochód. Przepraszam, wsparłam całym sercem. O zła ja.

– życzyć jego nowej kobiecie najgorzej (prawie najgorzej), no dobra, nie tak dobrze jej życzyć.

– uważać, że on jest i tak twój i żadnej tak nie pokocha (co najgorsze mówić to wspólnym znajomym)

Uff. Odetchnij. Nie martw się, że nie masz godności, jesteś nikim, upokorzyłaś się, zniszczyłaś. Jesteś świetną dziewczyną, która zakochała się w kimś kto w niej się odkochał (albo nie kochał nigdy).

To się zdarza. Zdarza, gdy masz lat 20 i 40. Trudno. Takie życie. Płacz, płacz, rozpaczaj, a potem zajrzysz w przyszłość. Tam jest naprawdę świetnie i wiele kobiet porzuconych ci to powie.

Ja mówię też :).

Porzucić cię musi ktoś, by właściwy mógł pokochać cię :).


8 tekstów mężczyzn, za które czasami chcemy ich zabić

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
16 lutego 2016
Fot.Istock/_IB_
Fot.Istock/_IB_

Testują naszą cierpliwość, wprawiają w osłupienie, osłabiają, szokują. Bo jak – właściwie– można o to pytać? Osiem często używanych zdań, lekko i luźno. Jak gdyby nigdy nic. Jakby to Z NAMI było coś nie tak.

Ale o co ci chodzi?

Mistrz mistrzów. Przez mojego męża używane niemal jak przecinek.  Podniesiona brew, grymas zdziwienia na twarzy. A kysz, babo. Czemuż ty sobie tak życie komplikujesz? O co mi chodzi, gdy pytam o życie, o spóźnienie, brak telefonu, niezrobione zakupy. Hmm, o co mi chodzi? O nic, przecież, tak sobie tylko pytam głupio.

Przesadzasz

Oczywiście. Że też nie pomyślałam nigdy, że jestem po prostu zwykłą histeryczką.

Przesadzam, że jest bałagan. W końcu tu tylko wygląda jak po tornadzie, a mogłoby wyglądać jak po tornadzie, tajfunie i włamaniu. Nie wiem, czemu się czepiam. Przesadzam, w końcu pies mógł zjeść i stół, i krzesło, a obgryzł tylko kawałek komody. No i w łazience mogły pójść wszystkie uszczelki, a poszła tylko jedno i co tam, że to już pół roku. Naprawdę nie ma się czego czepiać.

Po co ci kolejna bluzka?

Hmm, zastanówmy się. Bo mam trzy na krzyż? Dobra, cztery. Dobra, pięć. I co za różnica. I tak mam za mało. Choć wiadomo, dla niego dużo. Zwinięte w kulkę kilka par gaci, dwa swetry, trzy bluzy– wciąż są mężczyźni, którym to wystarczy do życia.

A co ty dzisiaj robiłaś?

Ja? Czekaj, czekaj, rzeczywiście, chyba nic takiego. Wyszorowałam wannę, umywalkę, zlew, kuchenkę, fugi w kuchni i w łazience, odmroziłam lodówkę, ślady soku, starego mięsa i buraków, które już miałeś wyrzucić trzy dni temu, wyprałam 200 rzeczy, poprasowałam 100, okno na świat przemyłam, asystowałam twemu dziecku: w zabawie, spacerze, jedzeniu, myciu, rozrabianiu, w lekcjach, w tenisie i pływaniu, odpowiedziałam na 100 maili, upiekłam ciasto i zrobiłam makaron.

Tak, rzeczywiście nic dzisiaj nie zrobiłam.

Gdzie jest ręcznik? ( masło, piwo, obroża psa, laptop)

W szafie, kochanie. W której? W burej. W tej gdzie mamy pościel i ręczniki, człowieku. Nie ma, no nie ma. Nie ma, serio?! O leży tutaj, bardzo przepraszam, nie zauważyłem.

Na co ty wydajesz te pieniądze?

A tak rozdaję. A ponieważ rozdaję to obóz dla syna, teatrzyk córki, nowe zeszyty, kredki, flamastry, twoja ulubiona szynka parmeńska, paliwo, wino, obiady na tydzień po prostu spadły nam z nieba. Cud po prostu, prawda?

Możemy się pośpieszyć?

Poczekaj, poczekaj już. Jeszcze tylko ogarnę drugie twoje dziecko, pierwsze już gotowe do drogi. Zobacz, umyte, uczesane, ubrane, ze zmienioną sukienką, bo przepraszam, ale nie zauważyłeś, że tamta była poplamiona i mól wygryzł w niej dziurę. Drugiemu jeszcze tylko dam strawę i zmyję mu buzię po słodkim śniadaniu z tobą. Czekaj, jeszcze zabawki, książki i audiobook. A i picie. Zabrałeś? Nie? To poczekaj, muszę się wrócić. A pies był? O rany, to poczekaj, potrzebuję jeszcze 20 minut.

Nie wiesz tego?

A czy gdybym wiedziała to bym pytała?