Przepraszam, jeśli cię zawiodłem. Każdego dnia robię wszystko, byś zrozumiała, że pracuję i żyję dla ciebie i dzieci

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
31 grudnia 2016
Fot. iStock / john shepherd
Fot. iStock / john shepherd

Kiedy dziesięć lat temu braliśmy ślub, miałem tylko jedno marzenie: założyć z tobą rodzinę, kochać ciągle tak mocno jak tego dnia, i być kochanym. Wyobrażałem sobie nasz dom, narodziny naszych dzieci, szczęście i wspólną starość. Ten dom miał być spokojnym, szczęśliwym miejscem, do którego codziennie wracam, żeby usiąść obok ciebie, albo z głową na twoich kolanach i opowiedzieć ci jak minął mi dzień. Jednak nie wszystko wyszło tak, jak sobie zaplanowaliśmy. Choć mamy i dom i dzieci, nie potrafimy dojść do porozumienia w najprostszych kwestiach.

Dziś marzę o tym, żeby móc usiąść z tobą do stołu i przypomnieć sobie, dlaczego jesteśmy razem. Nie udało nam się to w święta, przestaję wierzyć, że jeszcze kiedykolwiek się uda.

Siedem lat temu urodził się nasz syn, trzy lata później, córka. Zdecydowaliśmy, razem, że zostaniesz w domu, a ja skupię się na tym, żeby niczego nam nie brakowało. Miałem odpowiedzialne stanowisko, dobre zarobki i szansę na szybki awans. Ty powiedziałaś, że nie zależy ci na karierze, że chcesz być z dziećmi, dać im dobre, szczęśliwe dzieciństwo. Więc musiałem tylko zarobić tyle, by starczyło nam na życie, o jakim marzyłaś, taka była naturalna kolej rzeczy. Nie, nigdy nie usłyszałaś z moich ust, że „cię utrzymuję”. Nigdy nawet tak nie pomyślałem. Myślałem, że podzieliliśmy się obowiązkami, że mamy to ustalone. Mamy wspólne konto i razem decydujemy o większych wydatkach. Stać nas na ubrania, które ci się podobają, na gadżety, które odnajdujesz w Internecie, na wakacje dwa razy w roku i dwa samochody. Stać nas na dobre życie. A mimo to, to nie jest dobre życie.

Pracuję w olbrzymiej firmie. W ciągu pięciu lat moja kariera rozwinęła się błyskawicznie. Kontroluję olbrzymi dział w pięciu europejskich stolicach. Mój dzień zaczyna się o szóstej rano. Jedyna przyjemność, jedyna rzecz, którą mam tylko dla siebie, to czterdziestominutowy jogging po okolicy, każdego dnia, bez względu na pogodę. Bez tego nie jestem w stanie skupić się na swoich zadaniach, szybko wejść w codzienny tryb pracy. A w mojej branży to jest bardzo potrzebne. Potem szybka kawa, śniadanie i wyjazd do biura. Czasem jeszcze wtedy, gdy śpisz. Cały dzień spotkań, decyzji, rozwiązywania problemów. Odpowiedzialność. Olbrzymia odpowiedzialność za finanse firmy. Napięcie, stres, który trzeba szybko opanować, żeby nie wypaść z gry. I którego nie wolno przynosić do domu. Raz na jakiś czas, wyjazd za granicę. Trzy do pięciu dni poza domem, podczas których plan jest tak napięty, że kiedy kładę głowę na hotelowej poduszce, natychmiast zasypiam. Ty jednak uważasz, że te wyjazdy to dla mnie jeszcze jedna, dodatkowa atrakcja i kolejny dowód na niesprawiedliwość – twoja żona „siedzi w domu”, a ja „jeżdżę sobie za granicę”. Mówisz, że jestem wolny i niezależny, krzyczysz, że mogę robić co chcę, że pewnie cię tam zdradzam. Nie mam już nawet siły powtarzać ci, jak bardzo się mylisz. Boję się każdego takiego wyjazdu, tego, jak wpłynie na atmosferę między nami.

Kiedy w tygodniu wracam z pracy do ciebie i dzieci, jest już przed 19-tą. Jestem tak bardzo zmęczony, że trudno mi okazać taką radość z tego powrotu, jaką chciałabyś na mojej twarzy zobaczyć. Żeby uniknąć wyrzutów, idę prosto do sypialni. Często mam migreny. To źle, będziesz niezadowolona. Powinienem teraz być przecież gotowy nadrabiać czas, który należy się dzieciom. Muszę poczuć, co to w ogóle znaczy „mieć dzieci”. Otwierasz drzwi do sypialni, z wyrzutem wydymasz usta. „Znowu leżysz” – słyszę. Zazwyczaj biorę tabletki, wstaję, pomagam Ci wykąpać młodszą córkę, zanoszę ją do łóżka. Idę pocałować syna na dobranoc i siadam na kanapie, w salonie. Nie, ciągle nie mogę odpocząć. Teraz jest czas dla ciebie. Cały dzień byłaś tylko z dziećmi, chcesz wreszcie porozmawiać z „kimś dorosłym”. Znowu wyrzuty – nie słucham cię uważnie. Przepraszam, naprawdę nie daję już rady.

Wieczorem biorę szybki prysznic, kładę się szybko, w łóżku jeszcze trochę pracuję, czytam raporty, maile, sprawozdania. Kiedy przychodzisz, wyłączam światło, albo mówię, że mam jeszcze coś do zrobienia. Głośno wzdychasz i odwracasz się ode mnie plecami. Tak bardzo dajesz mi do zrozumienia, że cierpisz. Nie musisz, ja wiem, że jest ci ciężko. Już prawie się nie kochamy. Za bardzo boję się, że zawiodę. I tego, że zareagujesz jak zwykle: Już mnie nie pragniesz, jestem dla ciebie tylko kurą domową na pewno kogoś masz.

Nie, kochanie, nikogo nie mam. Kocham Cię i jestem ci wierny. Kocham też nasze dzieci, najbardziej na świecie. Ale od dwóch lat każdemu mojemu powrotowi do domu towarzyszy lęk. Lęk, że siadając na chwilę na kanapie usłyszę, że jestem złym ojcem, że nie sprostam zadaniom, które przede mną stawiasz.

Najbardziej nienawidzę weekendów. Budzisz mnie rano, zwołujesz rodzinne śniadanie, potem „organizujesz” dzień. Nie mogę go spędzić tak, jak bym chciał. To ty jesteś z dziećmi na co dzień, to ty wiesz, czego one potrzebują najlepiej. Jest weekend, ty nie gotujesz, odpoczywasz. Powinienem przejąć tę pałeczkę. Proponuję wyjście do rodzinnej restauracji i słyszę, że „idę na łatwiznę”. Nie wiem już, czy zdołam zrobić cokolwiek, co zyska Twoją akceptację. Wspólny film to zło, spacer z moimi rodzicami to „wymigiwanie się” od zajmowania się dziećmi. Największą aprobatę zyskuje wspólne czytanie bajek i gry planszowe z synem. Uważnie obserwujesz, czy poświęcam tym zajęciom całą uwagę. Pilnuję się, żeby nie okazać zmęczenia.

Naprawdę kocham nasze dzieci. Chciałbym poświęcać im jak najwięcej czasu, chciałbym uczyć je jazdy na rowerze, grać z nimi w piłkę, chodzić na spacery. Ale fizycznie nie jestem w stanie robić tego tak i wtedy, kiedy ty byś chciała. Przepraszam.

Naprawdę jesteś dla mnie najważniejsza. Utknąłem jednak gdzieś, pomiędzy twoimi wymaganiami, a moim wyobrażeniem o naszym życiu.  Chcę, żebyś była szczęśliwa, ale coraz mniej wierzę w to, że jestem w stanie cię uszczęśliwić. I boję się powiedzieć ci, że ja również jestem nieszczęśliwy.

Od roku nasze relacje tkwią w martwym punkcie. Chciałbym, żebyś przeczytała to wszystko i zrozumiała, co czuję. Chciałbym, żebyś czasem odpuściła. Chciałbym wracać do domu z radością, którą czułem kiedyś, myśląc o naszej rodzinie. Przepraszam, jeśli cię zawiodłem. Każdego dnia robię wszystko, byś zrozumiała, że pracuję i żyję dla ciebie i dzieci.

 


Moje życie w zawieszeniu. Dlaczego boimy się podjąć decyzję?

Karolina Krause
Karolina Krause
31 grudnia 2016
Fot. iStock / PeopleImages
Fot. iStock / PeopleImages

Jesteśmy tu. Ty i ja – w zawieszeniu. Bo żadna z nas nie zrobi ani kroku wstecz, ani kroku w przód. Ja – bo nie mogę, nie potrafię, ty – bo nie chcesz. Bo wydaje nam się, że czasami lepiej nie robić nic, niż popełnić błąd, którego potem mogłybyśmy żałować. A nie żałujesz czasem tego czasu? Tego życia uciekającego ci przez palce? Ja bardzo, a mimo to nadal się boję. Choć opowiem ci o strachu, który odbiera nam życie…

Podjęcie decyzji to jeden z tych aktów, który najbardziej definiuje nas jako człowieka. Stanowi o naszej godności i dlatego właśnie jest tak trudny i bolesny. Bardzo często wiąże się dla nas z walką i niebezpieczeństwem przez co naszą pierwszą i instynktowną reakcją staje się próba ucieczki, uniknięcia konfrontacji. W ten sposób odwlekamy ten moment na później, a w ostateczności nie podejmujemy się żadnej z możliwych dróg (co paradoksalnie też jest już jakimś wyborem). Większość decyzji w dzisiejszych czasach podejmowana jest właśnie w ten sposób. Raczej przez unikanie działania niż działanie. Mówimy sobie, że to wszystko jakoś się ułoży. Tylko, że zbiegiem lat okazuje się, że wcale tak nie jest, a my pożeglowaliśmy już zbyt daleko od naszego upragnionego portu.

Decyzje kosztują

Najczęściej robimy tak dlatego, że każdy z tych wyborów ma swoją cenę. Staramy się więc ciężar odpowiedzialności za nasze decyzje, przerzucić na kogoś innego. Dążymy do podejmowania decyzji grupowych, do anonimowego wypowiadania się. Bo nikt nie chce wyjść przed szereg, nikt nie chce się określić, nie chce zaryzykować, że może przyjdzie mu kiedyś za to „zapłacić”.

Podjęcie decyzji wymaga kosztów, bo kosztuje nas samookreślenie siebie. Strach przed zaangażowaniem, przed pomyłką, przed byciem sobą. To wszystko nas paraliżuje. Sprawia, że zaburza się nasza równowaga, marnujemy szanse, które daje nam los. Bo ten kto się boi, nie może wybrać dobrze. Dlatego w podejmowaniu decyzji prawdopodobnie najważniejsza jest odwaga. Odwaga do tego by się pomylić, odwaga by wybrać, by żyć. Dokonując osobistego wyboru dajemy samej sobie zobowiązanie, że cokolwiek się stanie „zrobiłyśmy dobrze”. Staramy się udowodnić sobie słuszność tej decyzji i dzięki temu sprawiamy, że rzeczywiście tak jest. To dodaje nam energii do działania. Ożywia.

Lęk przed zmianą

Lęk przed podjęciem decyzji to często także lęk przed zmianą. Boimy się tego, co nas czeka. Tego co obce, nieznane. Nierzadko zostajemy w starych schematach, bo choć nie jest nam w nich dobrze, wiemy przynajmniej czego możemy się po nich spodziewać. To daje nam złudne poczucie bezpieczeństwa. Myślimy wtedy: „jest jak jest”, niby mogłoby być lepiej, ale po co ryzykować?

Samooszukujemy się. Przekonujemy, że nie może być zbyt dobrze, zbyt idealnie, że nie potrzebujemy od życia nic więcej. Im niższe mamy poczucie własnej wartości, tym bardziej pozwalamy tym myślom siać spustoszenie w naszej głowie.

Ból rezygnacji

Jest jeszcze jedna, powszechna przyczyna, przez którą dążymy do odwlekania decyzji. To gorzki smak pożegnania z możliwością, której nie wybrałyśmy. Bo, z której strony by na to nie spojrzeć, dokonanie wyboru zawsze wiąże się z rezygnacją z tej drugiej „opcji” – drogi, którą mogłybyśmy pójść, ale już nie pójdziemy bo zdecydowałyśmy inaczej. Odwlekamy więc ten smutek możliwie jak najdłużej.

Tak jak to dziecko, które zmuszone do wyboru między dwoma lalkami, ostatecznie nie wybiera żadnej. Po chwili jednak upomniane przez mamę, że lepiej mieć jedną lalkę niż żadną, wraca do sklepu. Bierze jedną zabawkę, a tej drugiej daje wielkiego całusa. Wyrażając w nim cały ten ból, cierpienie i bezsilność, jaką niesie z sobą podejmowanie decyzji.

Dokonywanie wyboru często bywa niezwykle trudne. Nie raz przyjdzie nam w życiu podjąć złą decyzję. Dajmy sobie jednak do tego prawo. Zmierzmy się z własną omylnością, bezradnością, niewiedzą. Nie uda mi się – trudno. Obdarujmy same siebie wsparciem i zaufaniem.

Nieważne, co na tę naszą decyzję powie sąsiad, szef czy przyjaciółka. Ważne jak my się z nią czujemy. To przecież nasze życie i nasze wybory. Bardziej lub mniej fortunne, ale nasze. Lepsze to niż pozwolić, by ktoś przejął nad nim kontrolę, czy bierne trwanie w zawieszeniu. Dlatego ja robię dziś pierwszy krok. A ty?

 


Źródło: deon.plonet.pl


Romans w pracy wiecznie żywy. Są zawody, w których zdradzamy częściej

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
31 grudnia 2016
Fot. iStock / by_nicholas
Fot. iStock / by_nicholas

Miłość kwitnie — aż chciałoby się rzec patrząc na gruchające przy pracowniczym bufecie gołąbki. Piękna ona i piękny on, miło popatrzeć. Ciut mniej miło, gdyby ten obrazek widział/a mąż czy żona pracownika „gołąbka”. Tak, romans w pracy to standard, rzecz tak zwykła, że chyba nikt nie dziwi się istnieniu takich praktyk.

Wiadomo, serce nie sługa, więc kwitną w roboczych kanciapach gorące uczucia między pracownikami. I nie tylko, bo równie dobrze można romansować w pracy i z klientem, byle tylko się dało. Według badań, 4 na 10 pracowników przynajmniej raz w trakcie pracy zdecydowało się na randkę ze współpracownikiem. Aż 33% pracowników poznało w pracy swojego przyszłego, życiowego partnera. Można? Można!

Lista zawodów, w których zdradzamy najczęściej:

1. Finanse (bankowcy, brokerzy, analitycy, itd.)

2.Lotnictwo (piloci, stewardzi i stewardessy, pracownicy linii lotniczych, itd.)

3. Służba zdrowia (lekarze, pielęgniarki, itd.)

4. Biznes (szefowie, menadżerzy, sekretarki, itd.)

5. Sport (zawodnicy, trenerzy, itd.)

6. Sztuka (muzycy, modele i modelki, aktorzy i aktorki, fotografowie, itd.)

7. Branża rozrywkowa (DJ’e, tancerze i tancerki, kelnerzy i kelnerki, itd.)

8. Media (dziennikarze, public relations, rzecznicy, itd.)

9. Prawo (prawnicy, sekretarki, prokuratorzy, sędziowie, itd.)

Romanse w pracy zaczynają się, można rzec, standardowo:

  • 13% pracowników jako główny powód podało ciągłe wpadanie na siebie w pracy,
  • 11% były skusiło się przez wspólne lunche,
  • 10% podaje za przyczyn częste, wspólne wykonywanie pracy po godzinach.

Jest ryzyko, jest zabawa

Romans w pracy nie zawsze popłaca, nie tylko w przypadku, gdy jedna ze stron jest w związku małżeńskim. Z jednej strony taki związek potrafi uatrakcyjnić pracę, sprawić, że dojdzie do niej element ekscytacji. Ale z drugiej nie każdemu musi się podobać taki stan rzeczy, szczególnie jeśli podwładna romansuje z przełożonym. Samemu szefostwu również może przeszkadzać, że pracownicy, zamiast skupiać się na pracy, skupiają się na miłostkach. A gdy o romansie dowiaduje się współmałżonek, robi się jeszcze mniej sympatycznie.

Badania przeprowadzone przez portal Victoria Milan pokazują, że z ponad 5 tysięcy kobiet, aż 65% przyznało się do zdrady w pracy. Co ciekawe, aż 85% badanych nie poleca sypiania z kolegami z pracy. Aż 70% badanych przyznało, że romans w pracy ma fatalne konsekwencje.


źródło: www.focus.plweblog.infopraca.pl


Zobacz także

Fot. Gratisography/RYAN MCGUIRE / /  CC0 Public Domain

Jak nosić trampki, najfajniejsze buty na tę porę roku? 5 top modeli

Fot. iStock / Springfrom

Codzienność i zwyczajność jest „na życie” o wiele lepsza niż te fajerwerki…

Fot. iStock/andresrimaging

Makijaż podkreśla urodę kobiety, ale to uśmiech czyni ją piękną