„Przecież dam ci na zakupy”- mówił. Nigdy nie zapomnę tego „dam ci”. Mój mąż wmówił mi, że pieniądze to władza, więc ja nie mam nic do powiedzenia

Listy do redakcji
Listy do redakcji
25 stycznia 2018
Fot. istock/themacx
Fot. istock/themacx
 

Gdyby kilka lat temu ktoś mnie spytał, co najgorszego może się przydarzyć w związku z drugim człowiekiem, z osobą, którą kochasz i której ufasz, powiedziałabym pewnie, że zdrada lub brak miłości. Dziś wiem, że dla mnie to zależność od partnera, który wykorzystuje swoją finansową władzę nad kobietą po to, by ją ze sobą mocniej związać, by kontrolować i uniemożliwić samodzielne funkcjonowanie w małżeństwie. Bo nawet zdrada nie upokarza tak, jak fakt, że musisz prosić swojego partnera o parę złotych na bilet i drobne zakupy, czekając jak zaszczuta na te kilka zdań o sobie, które zaraz wypowie. Zanim poda ci (w najlepszym wypadku) pięćdziesięciozłotowy banknot, usłyszysz jaka jesteś rozrzutna, jak nie umiesz oszczędzać, jak nie można ci powierzyć domowego budżetu. Jak bez niego, jesteś nikim.

Nigdy nie sądziłam, że to przydarzy się właśnie mnie. Przecież pracowałam, odkąd zaczęłam studia. Udzielałam korepetycji, dorabiałam podczas wakacji, oszczędzałam. Dość szybko wynajęłam pierwsze mieszkanie, nieduże, ale dla mnie – idealne. Wiedziałam, od zawsze, jak ważne są pieniądze. Nie najważniejsze, rzecz jasna, ale nie oszukujmy się, nie żyjemy powietrzem.

W poprzednich związkach wspólne wyjście do kina, do restauracji, zakupy na kolację w domu nie stanowiły problemu – wydatkami dzieliłam się z partnerem zazwyczaj pół na pół. Tak było dobrze, wygodnie. I w tym związku było podobnie, dopóki nie zostaliśmy małżeństwem. Póki razem wynajmowaliśmy mieszkanie, wspólnie dokładaliśmy do domowej kasy, opłacając czynsz i drobne czy większe zakupy.

Co się zmieniło po ślubie? Na samym początku niewiele. Mąż przekonał mnie, żeby pensje przychodziły na jedno konto. Nie było w tym nic dziwnego. Ufałam mu. Tak będzie łatwiej, przejrzyściej, tak będziemy mogli lepiej kontrolować wydatki. Od zawsze zarabiał więcej niż ja pracując w dochodowej i dobrze finansowanej branży, ale nie było to nigdy źródłem nieporozumień między nami. Mieliśmy równy dostęp do konta, karty debetowe i poczucie bezpieczeństwa. Ja niestety tylko do momentu zajścia w ciążę, kiedy w piątym miesiącu musiałam pójść na zwolnienie lekarskie. Z powodu mojego złego samopoczucia, mąż przejął większość obowiązków związanych z zakupami, zajął się również opłatami. Ja miałam mieć tylko „spokojną głowę” i odpoczywać. Robiłam listę zakupów, on jeździł do sklepu i płacił. Coraz rzadziej przywożąc dokładnie to, o co prosiłam. Pomyślałam, że może nie chce mnie martwić, że powinniśmy więcej oszczędzać, że jest po prostu odpowiedzialny, więc zaczęłam zawężać listę swoich potrzeb, coraz bardziej i bardziej, do rzeczy podstawowych. Cieszyło go to, a ja skupiłam się głównie na oczekiwaniu na dziecko.

Kiedy urodził się nasz syn, mąż całkowicie przejął kontrolę nad wydatkami. On kupował pieluchy, zawsze w promocji, w określonym sklepie, zawsze w komplecie z tą samą marką mokrych chusteczek. Rozumiałam to, ale to zbiegło się w czasie z jego pierwszymi agresywnymi zachowaniami w stosunku do mnie. Nagle okazało się, że ten sam ukochany mężczyzna, który w ciąży masował mi stopy, potrafi mnie skląć, popchnąć, a nawet złapać za szyję i zacząć dusić.

Zaczął stawać się człowiekiem, którego wcześniej nie znałam. Coraz częściej robił mi awantury o źle odłożoną szczoteczkę do zębów, o naczynia w zmywarce, o smutek i zmęczenie wypisane na mojej twarzy. Coraz częściej mnie przerażał.

Coraz częściej słyszałam: „siedzisz w domu, nic nie robisz, a tu syf i brud”. A ja, jak każda młoda matka, robiłam w domu wszystko. Od opieki nad niemowlęciem, po sprzątanie, gotowanie obiadów i drobne zakupy. Tylko, że… no właśnie.

Zasiłek macierzyński skończył się po roku. Ja zdecydowałam się zostać jeszcze trochę z synem w domu. Mąż zarabiał dużo, o wiele więcej niż dwie osoby razem w przeciętnej polskiej rodzinie. Wydawało mi się, że mam najlepszą z możliwych sytuację i komfort psychiczny.

Dopiero z perspektywy czasu widzę, jak bardzo się pomyliłam.

Nadszedł dzień, kiedy on wrócił z pracy wyjątkowo zdenerwowany. Popchnął mnie na ścianę, zabrał telefon i uciekł do łazienki z moją torebką. Oniemiałam. Strach odebrał mi głos, bo dziś wiem, że już wtedy powinnam krzyczeć na cały głos o tym, co się wydarzyło. A jednak milczałam. Wtedy pierwszy raz zabrał mi kartę debetową na kilka dni, za karę za to, że się do niego odezwałam nie tak, jakby sobie tego życzył. Tylko nie wiedziałam, co było złego w pytaniu: „Jak ci minął dzień”?

Z czasem takiej sytuacje zdarzały się coraz częściej. Bywało, że siłą pozbawiał mnie dowodu osobistego, bym nie mogła pobrać pieniędzy z konta w banku. Zawsze potem przepraszał, przychodził z kwiatami i dawał w kopercie kilkaset złotych. „Przecież dam ci na zakupy”- mówił. Nigdy nie zapomnę tego „dam ci”.

Po kilku miesiącach zaczęłam te pieniądze „odkładać” do „następnego razu”. Że taki nastąpi, wiedziałam już na pewno.  Chowałam te koperty na wypadek, gdyby mąż znowu zechciał odciąć mnie od pieniędzy i zabrać mi dokumenty. Zamiast zacząć działać, przystosowywałam się do sytuacji, żeby przetrwać. I milczałam przerażona, że zabierze mi dziecko.

W kłótni słyszałam wiele. Najczęściej, że nie stać mnie na żaden z pokoi w naszym mieszkaniu. Że nie zarabiałam nawet na kilkanaście metrów tego mieszkania. Że nic, co się w nim znajduje, nie należy do mnie. I że jeśli zdecyduję się odejść, on wynajmie najlepszego adwokata, by odebrać mi syna. Zrobi to, bo go stać.

Ten ostatni argument zatrzymał mnie przy nim na kilka lat. Uwierzyłam we władzę pieniądza, w to, że jeśli masz kasę, możesz z drugim człowiekiem zrobić wszystko. I trwałam w tej sytuacji, jak sparaliżowana, na zewnątrz utrzymując iluzoryczną fasadę idealnego związku, idealnej rodziny.

Kiedy syn skończył dwa lata, wróciłam do pracy. Ale mąż postawił mi warunek. Pieniądze z pensji muszą przychodzić na nasze wspólne konto, on musi mieć pełną kontrolę nad każdą złotówką, którą wydaję. Bo nie umiem wydawać pieniędzy, nie znam się na tym. Zgodziłam się, ze strachu.

Kiedy nastąpił przełom? Pamiętam ten dzień dokładnie. Potrzebuję pieniędzy, żeby kupić bilet na autobus i zawieźć syna do żłobka. Drżącymi rękami liczę drobniaki, które zostały mi po zakupach w osiedlowym sklepie. Brakuje 20 groszy. Podchodzę do szafy i przeszukuję kieszenie kurtek i spodni. Upokarza mnie to. Przecież, do cholery, jestem dorosłą osobą, zarabiam pieniądze! A jednak nic nie jest moje. I to jest najgorsze uczucie, jakiego doświadczam.

W głowie zaczyna rodzić się plan. W następnym tygodniu już pracuję, po kryjomu na zlecenie, a to, co zarobię, wpłacam na założone przez siebie osobiste konto. Po pół roku stać mnie na wynajęcie mieszkania. Przychodzi dzień, w którym nie zawożę syna do przedszkola, tylko pakuję nasze walizki i uciekam.

Od mojej wyprowadzki z domu minął prawie rok. Kiedy myślami wracam do tych wszystkich, upokarzających sytuacji, kiedy w kieszeni brzęczały mi jedynie grosze na bułkę czy na bilet, nie potrafię sobie wybaczyć, zrozumieć, jak mogłam do tego dopuścić. Czas mija powoli i wiem, że w końcu nadejdzie moment, gdy poczucie winy wobec siebie samej minie. Jutro składam pozew rozwodowy.


No mieli przecież być razem. Miał się rozwieść i należeć do niej. Obiecywał, że ją kocha, że jest jedyna, najlepsza

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
25 stycznia 2018
Fot. iStock/Martin Dimitrov
Fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Sylwia

Noce są nieprzespane. Zasypia nad ranem. Płacze, wyje wręcz w poduszkę. Przed dziećmi gra. Poprosiła o zwolnienie lekarskie na kilka dni. W nowej pracy nie może się tak pokazać. Doktor o nic nie pytał. Widział jej smutne oczy, ale nie śmiał proponować pomocy. Wypisał zwolnienie. I często o niej myślał. Ciepło. Lubił ją bardzo. Lubił takie kobiety. Kobiece, pewne siebie, inteligentne. Wspaniałe matki, dobre żony. Trochę zabiegane, ale zawsze stawiające w swojej hierarchii rodzinę na pierwszym miejscu. Sylwia nie była mu przeznaczona. Pomarzyć mógł jedynie. Co to szkodzi.

Radek śpi w aucie pod domem. Przynosi kwiaty, przeprasza. Może i trochę żałosny jest, ale przynajmniej łechce to Sylwii ego. Nie pobiegł do kochanki. Waruje tu, pod domem. Marta nie namawia Sylwii do przyjęcia męża. Zauważa jedynie, że może tylko taki radykalny sposób uświadomił mu, co w życiu jest ważne. Może zrozumie i jeśli się nawet rozstaną, to będzie miał kontakty z dziećmi. Trochę racji w tym jest, za wcześnie jednak by myśleć o wybaczeniu. Sylwia chce widzieć jego starania. Na razie go ignoruje. Skupia się na Pauli. Na zemście.  Nie będzie tak spektakularna jakby chciała. Ale wbije miecz głęboko. I przekręci dla pewności trzy razy, by ją dobić. To już jutro. Marta wzięła wolne. Pojadą razem…

Paula

Raz tylko zadzwonił. Pieprzony jedyny raz. W tle słyszała dzieci i kobiecy głos. Powiedział, że Sylwia wie, że to koniec, że znika, nie życzy sobie kontaktu. I że kłamał cały czas, bo chciał się dobrze bawić.

Bolało. Nie wiadomo, co bardziej. To, że kłamał czy, że znika. Jak to koniec? Jaki koniec?? No mieli przecież być razem. Miał się rozwieść i należeć do niej. Chciała z nim uwić sobie gniazdko i żyć długo, i szczęśliwie. Obiecywał, że ją kocha, że jest wspaniała i jedyna. Że fruwa nad ziemią odkąd się pojawiła w jego życiu. Zmienił zdanie? Tak po prostu mu się k… znudziło? Co ona dziewczynom powie? Ale będą miały bekę. No masakra. Jezu, chyba się zwolni. Przecież będą się nabijać. Już się podpytują, kiedy Radzio będzie. Jak im powiedzieć? Jak mógł jej to zrobić? Było tak cudownie, tak super. Na pewno ona go zmusiła. Bo jak inaczej. Odkochał się? No opcji nie ma. Czuła, że mu się podoba. Mówił jej to, że jest taka słodziutka do schrupania. Napisze do niej. Niech nie będzie taka pewna. Radek jej jest i tyle. Przypomniała sobie żona, że ma męża. Trza było kariery nie robić, tylko z dupą w domu siedzieć i chłopa pilnować. Ona by siedziała. Dbałaby o niego. I kochała jak szalona.

Mama widzi, że coś z nią nie tak. Że jakaś markotna jest. Będzie kłamać. No bo co powie. Zmyśli jakąś grypę żołądkową. Do roboty nie pójdzie. Już kolejny dzień. Szkoda, że w ciąży nie jest. Radek by się nie wywinął. A i dziewczyny przestałyby plotkować. Teraz gadają, aż uszy puchną. Czuje na sobie ich wzrok.

Płakać się jej chce. Nie może uwierzyć, że to koniec. Że Radek nie będzie przyjeżdżał.

To na pewno nieprawda. Z zamyślenia wyrywa ją matka. Zapłakana. Mówi, by zeszła na dół. Ojciec stoi za nią. Wściekły. Ciska gromami z oczu. Mówi jedno zdanie, że nigdy się tyle wstydu nie najadł. Paula jeszcze nie wie, o co chodzi. Idzie powoli na dół. Do paszczy lwa. A tak naprawdę lwic.

cdn.

P.S. Nie znacie całej historii? Zajrzyjcie do wcześniejszych wpisów (KLIK, KLIK, KLIK)

Autorka: Poli-Ann


7 odkryć psychologicznych, które mogą cię zaskoczyć

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
25 stycznia 2018
Fot. iStock/vicnt
Fot. iStock/vicnt

Są takie teorie, które wygłaszane na prawo i lewo wydają się na pierwszy rzut oka prawdziwe, zwłaszcza, gdy jeszcze ktoś z przekonaniem twierdzi, że tak, to na pewno prawda. Tymczasem okazuje się, że wiele rzeczy czy zjawisk, w które wierzymy ot tak, bezrefleksyjnie, daleka jest od prawdy. Jak choćby to, że przeciwieństwa w miłości się przyciągają. Co jest prawdą, a co fałszem?

Nasz mózg jest w pełni rozwinięty w momencie narodzin

FAŁSZ

U noworodków średni rozmiar mózgu wynosi 350 cm3. Średnia objętość mózgu dorosłego człowieka osiąga 1200 cm3. Ponadto kora przedczołowa rozwija się w pełni tylko między 16. a 18. rokiem życia. Mózg rozwija się od łodygi, a kora przedczołowa rośnie jako ostatnia. Jest to ważne, ponieważ ta część mózgu rządzi pewnymi aspektami osobowości, sumienności i hamowania impulsów. Uszkodzenia lub opóźnienia rozwojowe w tym regionie mózgu skutkują problemami z kontrolowaniem emocji.

Ludzie zwykle zakochują się w kimś zupełnie innym od siebie. Przeciwieństwa się przyciągają

FAŁSZ

Istnieją badania dowodzące, że ludzie bardziej są skłonni do przyjaźni i zakochania się w osobach do siebie podobnych, choćby ze względy na wiek, pochodzenie, religię, itp.. Wyobraź sobie, że podczas randki w ciemno dowiadujesz się, że druga osoba nie cierpi muzyki, której słuchasz, filmów, które oglądasz i głosowała na partię polityczną daleką od twoich poglądów. Raczej wątpliwe, że pomyślisz: „Chyba się zakochałam”.

Osoby niewidome mają bardziej wrażliwy słuch i dotyk

PRAWDA

Ludzie niewidomi mają zazwyczaj większą wrażliwość dla alternatywnych zmysłów, ale nie ma nic wyjątkowego w ich sensorycznych receptorach. Receptory czuciowe w rękach i uszach są takie same, ale obszar kory przeznaczonej do przetwarzania pochodzących z nich danych jest większy. Większość informacji wzrokowych jest przetwarzanych przez płat potyliczny w tylnej części mózgu. Ponieważ osoby niewidome nie mają danych wizualnych docierających do tego regionu mózgu, mogą być absorbowane przez inne systemy sensoryczne (dotyk, słuch itp.)

Wszyscy śnią, jeśli śpią wystarczająco długo

PRAWDA

Wszyscy śnią, zakładając, że śpią wystarczająco długo, aby wejść w fazę REM. I choć czasami wydaje się, że nic się nam nie śniło, to nieprawda. Po prostu wiele osób ma problemy z zapamiętaniem swoich snów.

Ludzie używają tylko 10% możliwości swojego mózgu

FAŁSZ

Czy bylibyśmy w stanie normalnie funkcjonować, gdyby usunięto nam 90% mózgu? Dla ludzi, którzy tracą niewielką część kory mózgowej w wyniku operacji czy udaru, konsekwnecje często są katastrofalne. Fizjologicznie wykorzystujemy cały mózg. Tak jak używamy całego prawego łokcia i serca.

Członkowie sekt są głupimi, łatwowiernymi owieczkami

FAŁSZ

Badania pokazują, że członkowie sekt są tak samo inteligentni, jak pozostała część społeczeństwa. Około 95% z nich w swojej historii nie miało żadnych problemów psychicznych. Za to my, jako ludzie, jesteśmy mocno uzależnieni od przynależności do grupy. Jest to potrzeba tak podstawowa i prawdziwa, jak głód lub seks. „Sekciarze” są bardzo dobrzy w werbowaniu ludzi wykorzystując ich chwile słabości i mówiąc to, co oni chcą usłyszeć. Potężni przywódcy sekt potrafią zapewnić bezpieczną przystań, daleką od chaosu świata zewnętrznego, oferując jedno z najbardziej podstawowych ludzkich pragnień: potrzebę przynależności i bycia zaakceptowanym.

Rozszczepione zaburzenie osobowości jest ciężką postacią schizofrenii

FAŁSZ

Schizofrenia i rozszczepiona osobowość to dwa zupełnie różne zaburzenia, choć często błędnie zamiennie są używane te terminy. Schizofrenia jest zaburzeniem mózgu, które obejmuje rozłam (schizma) między zewnętrzną rzeczywistością a jej postrzeganiem. Osobowość dysocjacyjna (osobowość wielokrotna) występuje bardzo rzadko, jest zaburzeniem osobowości.


źródło: Psychology Today

 


Zobacz także

Fot. iStock / PeopleImages

8 wskazówek, które pomogą ci zatrzymać i pokonać bezmyślne jedzenie

Fot. iStock / Kontrec

7 sposobów, by przestać zachowywać się jak zazdrosna wariatka. Nikt tego nie wytrzyma na dłuższą metę

W Polsce każdego dnia 2 tysiące kobiet staje się ofiarą przemocy domowej. Tymczasem rząd chce się wycofać z konwencji antyprzemocowej

W Polsce każdego dnia 2 tysiące kobiet staje się ofiarą przemocy domowej. Czy rząd chce się wycofać z konwencji antyprzemocowej?