„Przecież cię nienawidzę, wiec skąd ten żal?”. List do męża, z którym się rozwodzę

Listy do redakcji
Listy do redakcji
8 maja 2018
Następny

Ten rozwód był koniecznością. Doszliśmy dosłownie do ściany, do punktu, z którego nie ma odwrotu. Wydarzyło się między nami wszystko, co najgorsze, choć nie była to zdrada. Nie było mowy o powrotach, marzyliśmy, by jak najszybciej się od siebie uwolnić. Słowa „nienawidzę cię” padły wiele razy. A rozstanie było dla nas obojga ulgą. A jednak mi jest żal. Mnie boli. 

Odkąd złożyliśmy pozew (i tak – wszystko w nim ustaliliśmy razem, nawet wysokość alimentów i dni, w które nasz syn będzie u ciebie), nasze życia miały się toczyć oddzielnie. I toczą się, więc nie rozumiem skąd ten żal.

Skąd ten żal, gdy kolejny raz zawodzisz w sprawie dziecka, bo miałeś być, ale coś ci wypadło i nie poinformowałeś nas o tym, uparcie twierdząc, że przecież „nic nie obiecywałeś”? Nie mieściło mi się wcześniej w głowie, że można „wystawić” własne dziecko, mieć gdzieś jego potrzeby, kiedy nagle zaczyna się nowe, lepsze życie, w którym to dziecko będzie bywało tylko na chwilę, na weekend, ale już nie na stałe, ze swoimi problemami, chorobami, potrzebą twojej obecności i uwagi. Jak to wytłumaczyć kilkulatkowi? I dlaczego czuję się zawiedziona, przecież to nie pierwszy raz? Przecież znam na pamięć twoje „awaryjne sytuacje”, twoje „coś mi wyskoczyło i nie mogłem z tobą spędzić wieczoru”. Czy rozstanie cię zmieniło? Nie. Nadal jesteś tym samym człowiekiem. Tym samym, z którym dalsze życie było niemożliwe. Tym samym, z którym nie chciałam żyć.

Skąd ten żal, gdy jeszcze przed rozwodem korzystasz ze swojego prawa do wolności i układania sobie życia na nowo? Przecież możesz, przecież powiedzieliśmy sobie jasno „to koniec”, przecież nic nas już ze sobą nie łączy. To „nic” to przecież ledwie kilka spędzonych ze sobą lat, parę wspaniałych chwil szczęścia, momentów dla których chciało się żyć. Ale również zbyt wiele wylanych łez i bezsensowna walka o utrzymanie czegoś wbrew nam samym tylko po to, by „nie odpuścić”. A jednak świadomość, że tylko ja przeżywam po naszym rozstaniu jakąś emocjonalną żałobę, a ty zdajesz się już nie pamiętać o naszym uczuciu, boli.

Skąd ten żal, że można nagle nie być dla kogoś priorytetem, że ma się oto oddzielne sprawy, choć przecież tak właściwie ja dla ciebie najważniejsza nigdy nie byłam, choć twoje sprawy przede mną całe nasze życie skrywałeś? Skąd tęsknota za powrotem do tych kilku dobrych momentów, za ciepłem, którym ogrzewałeś mnie zdecydowanie rzadziej, niż tego potrzebowałam? Za tymi kilkima gestami miłości, które czasem rzucałeś, trochę na odczepnego, trochę dla świętego spokoju?

Skąd ten żal, że dla kogoś innego nagle potrafisz być świetnym partnerem, skąd ukłucie na widok was spacerujących ręka w rękę? Przecież ja też mówiłam, że nienawidzę, że mam dość, że teraz znajdę sobie kogoś…

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

6 drobnych rzeczy, których introwertycy nienawidzą. Nie róbcie nam tego

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 maja 2018
Fot. iStock / lolostock
 

Nie lubię być w centrum uwagi. Wolę zejść na drugi plan, niż czuć na sobie spojrzenia innych osób. Nie jest łatwo być introwertykiem. Rzeczy, które ekstrawertykom przychodzą naturalnie, dla introwertyków są dużym problemem, czego niektórzy kompletnie nie potrafią zrozumieć.

Dlatego chcę się z wami podzielić sześcioma drobnymi rzeczami, których introwertycy nienawidzą

Pytania: „Dlaczego jesteś tak cicho?”

Świetnie się czuję w towarzystwie, dopóki ktoś nie zada mi tego pytania. Jestem cicho, bo przetwarzam to, co usłyszałam. Czasami czekam na swoją kolej, żeby coś powiedzieć ale ta nie nadchodzi. My, introwertycy, czekamy na zaproszenie, które czasami nie przychodzi.

Następnym razem, gdy ktoś spyta, dlaczego jesteś taki cichy, uśmiechnij się i powiedz: „Lubię słuchać”.

Tłumów

Introwertycy nie cierpią wchodzić w środku imprezy, na konferencję, służbowe spotkanie, które już trwa, bo wtedy mają poczucie, że wszystkie oczy skierowane są na nich, choć racjonalnie wiedzą że tak nie jest. Niezależnie od tego, czy chodzi o centrum handlowe, szkołę czy mecz piłki nożnej, ekstrawertycy widząc tłum czują się podekscytowani, introwertycy myślą tylko o tym, jak się ukryć.

Lubimy ludzi, ale w dużo, dużo, mniejszych dawkach.

Rozmowy w towarzystwie nieznajomych

Zwłaszcza takich, kiedy naturalnie wymagane jest mówienie o sobie. Dla ekstrawertyków jest to pole do popisu, a dla introwertyków pole minowe, po którym stąpają ostrożnie i ze strachem. Jeśli rozmawiać – to najlepiej w towarzystwie znajomych.

Towarzyskie spotkania

Ekstrawertycy kochają ludzi, to oni ich pobudzają do działania, podczas gdy introwertycy wolą spędzać czas z jednym lub dwojgiem przyjaciół. Czasami musimy odpocząć od ludzi, wtedy spędzamy czas w samotności i nie jest to dla nas w żaden sposób krzywdzące.

Przedstawianie się większej grupie osób

Introwertyk, kiedy słyszy: „No dobrze, to chodźmy, przedstawisz się, powiesz kilka słów o sobie” – zamiera, a po chwili czuje, jakby jego serce miało wyskoczyć z klatki piersiowej. Zdecydowanie wolimy usunąć się w cień niż stawać w świetle reflektorów. Oszczędźcie nam tego.

Przemówienia publiczne

Największą zmorą introwertyka są szkolne przedstawienia, kiedy to nauczycielka nie bierze w ogóle pod uwagę faktu, że takie wystąpienia introwertyków przyprawiają o mdłości. Jasne, że w dorosłym życiu łatwiej panujemy nad emocjami i przełamujemy się, jednak nadal każde publiczne wystąpienie sprawia, że mamy nogi jak z waty i suche gardło. Nie pomaga nawet wyobrażenie sobie, że wszyscy są tylko w bieliźnie. Nic nie pomaga.

Nie umieszczajcie introwertyków na scenie. Błagam. Jesteśmy szczęśliwsi za kulisami, w kącie pokoju. Nie dzieje się nam tam krzywda.

Pamiętajcie, że świat potrzebuje zarówno ekstrawertyków jak i introwertyków.


źródło: Thougtcatalogy

 


A co jeśli Romeo nie istnieje? Ile trzeba się nakluczyć wąskimi uliczkami, by znaleźć prawdziwą miłość?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
8 maja 2018
Fot. istock / olegbreslavtsev

Życie jest jednak przewrotne. Pojechałam do Werony pełna nadziei na dotknięcie prawdziwej i pięknej miłości. W końcu to właśnie stamtąd pochodzi najsłynniejsza para kochanków – Romeo i Julia. I chociaż wiemy, jak to jest z romantyczną miłością, która najczęściej kończy się tragicznie, to jedna nadal chcemy w nią wierzyć i ją znaleźć.

Werona wydawała się do tych poszukiwań miejscem idealnym. Najpierw Casa de Gulietta – odnaleziony właściwie bez problemu słynny balkon, pod którym tłoczyło się całe mnóstwo turystów robiących sobie zdjęcie z pomnikiem Julii (trzeba ją złapać za prawą pierś, żeby mieć szczęście). Nigdy nie widziałam w jednym miejscu tak wielu dowodów miłości. Kłódki, karteczki, napisy, choć największe zaskoczenie to gumy do żucia przyklejone do muru z wypisami inicjałami kochanków.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Ale co tam Julia. Dla mnie najważniejsze było dowiedzieć się jak najwięcej o Romeo – w końcu każda z nas chciałaby, by mężczyzną pokochał nas miłością, w imię której byłyby gotowy popełnić samobójstwo. No, może trochę przesadziłam z tym samobójstwem, ale przecież wiecie o co mi chodzi. Taka miłość wbrew wszystkiemu i wszystkim. Naznaczona kłótnią między rodzinami, śmiercią najbliższych osób, była jednak ponad niechęć i niezrozumienie, ponad brak akceptacji. Która z nas nie chciałaby być tak kochana?

Arch. prywatne

Arch. prywatne

W każdym razie spod balkonu Julii ruszyłam na poszukiwania Romea i… okazało się to niezwykle trudne. Brak jasnych drogowskazów, kluczenie między uliczkami. Raz w prawo, raz w lewo, kilka razy musiała się cofnąć i nikt nie był w stanie po drodze wskazać, gdzie Romeo mieszkał. Aż w końcu stanęłam pod budynkiem z marną tabliczką, która informowała, że stąd właśnie do swojej Julii wychodził ten z najromantyczniej kochających. Żadnych turystów pod domem, żadnych zdjęć, pomnika. Nic. Mur i brama. I wiecie co? Zrobiło mi się strasznie smutno. Pomyślałam, że poszukiwania Romea to taka alegoria naszego miłosnego życia.

Arch. prywatne

Arch. prywatne

Jesteśmy my – piękne i młode Julie, które chcą kochać, tylko często swoje uczucia lokują zbyt szybko, zbyt pochopnie, bo poszukiwania tej jedynej, szczerej i prawdziwej miłości przez długi czas spełzają na przypadkowych kochankach. Na związkach, które bardziej ranią niż uszczęśliwiają. Na małżeństwach, które po 20 latach nie mają o czym ze sobą rozmawiać i właściwie są ze sobą jedynie z przyzwyczajenia, wygody lub strachu przed samotnością. Nie zdajemy sobie sprawy, jak długo mogą trwać poszukiwania tego jedynego. Zadowalamy się często (przepraszam za to stwierdzenie) „byle czym”, tylko dlatego, żeby wmówić sobie, że kochamy prawdziwie i że kochane jesteśmy. Mając 20 kilka lat jeszcze wierzymy, że to my będziemy tą Julią, za którą mężczyzna z miłości jest w stanie wyrzec się dotychczasowego życia, byleby tylko z nami być. Ulegamy ułudzie romantycznych opowieści będąc przekonanymi, że staniemy się wyjątkiem potwierdzającym, że taka miłość istnieje. Byle szybciej, bo przecież na miłość nie można czekać, nie można jej przegapić.

A może właśnie powinniśmy kluczyć tymi uliczkami. Iść raz w prawo, raz w lewo. Rozmawiać z przypadkowymi ludźmi. Z jakimś nieznajomym wypić po drodze kawę, umówić się z kimś na kolację. Czasami się cofnąć, by móc spojrzeć z dystansem na nasze uczucia, na ludzi, z którymi jesteśmy blisko. Przecież rzadko się zdarza, żeby nasz Romeo czekał tuż za tym pierwszym rogiem. Może trzeba minąć ich kilka? Kilkanaście? Dać sobie i jemu czas na to, by się odnaleźć? Wcale nie w burzliwym zakochaniu, które popycha nas do szaleństwa i nieprzemyślanych decyzji, tylko w dojrzałości, kiedy już wiemy, czego chcemy, kim jesteśmy i co tak naprawdę stanowi o szczerej miłości.

Dzisiaj już wiemy, że w miłości nie chodzi o to, żeby godzinami wystawać na balkonie i czekać na miłosne wyznania. Rozumiemy to często zbyt późno, gdy ktoś omamił już nas czułymi wyznaniami, które nijak się miały do późniejszej codzienności.

Przyjaciółka napisała „A może Romeo nie istnieje?”. Być może. Ale czy to zwalnia nas z potrzeby bycia kochaną? Czy daje przyzwolenie na spędzanie życia u boku kogoś, kto naszym Romeo wcale nie jest? Czy pozwala wiązać się z kimś przypadkowym, kto jedynie przez chwilę daje nam iluzję szczęścia?

Ja bym pochodziła między tymi uliczkami. Porozglądała się. Zeszła z balkonu wyczekiwania i zobaczyła kim jest Romeo z krwi i kości, a nie z miłosnych wyznań szeptanych wieczorami, choć droga do niego może okazać się bardzo kręta i wymagać sporo czasu. Taką podróż powinna odbyć każda z nas, bez względu na jakim etapie życia się znajduje.

P.S. Nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła mojego ukochanego Norwida.

W WERONIE

I

Nad Kapuletich i Montekich domem,

Spłukane deszczem, poruszone gromem,

Łagodne oko błękitu.

II

Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów,

Na rozwalone bramy do ogrodów —

I gwiazdę zrzuca ze szczytu;

III

Cyprysy mówią, że to dla Julietty,

Że dla Romea — ta łza znad planety

Spada… i groby przecieka;

IV

A ludzie mówią, i mówią uczenie,

Że to nie łzy są, ale że kamienie,

I — że nikt na nie… nie czeka!

 


Zobacz także

Mój mąż gej

Mój mąż gej… To takie dziwne, że jeszcze wczoraj żyłam w zupełnie innym świecie

https://youtu.be/hQVY_al1vZ4

Barbie – reaktywacja. Kultowa lalka wreszcie zyskuje nową figurę i nową cerę

Poczta zamiast maila. Czy rząd myśli, że na wsi czas się zatrzymał?

Poczta zamiast maila. Czy rząd myśli, że na wsi czas się zatrzymał?