„Proszę pani, co ja mam zrobić, żeby on był ze mną szczęśliwy?”. W związku zadbaj również o siebie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
10 lipca 2018
Fot. iStock / CoffeeAndMilk
 

Siedziała cicho, przygaszona sącząc smutno swoje latte. Nawet nie skubnęła herbatnika, który młody chłopak z obsługi ułożył starannie obok wysokiej szklanki z kawą. Gdyby tylko mogła zauważyć jak on na nią patrzy! Łzy płynęły jedna za drugą, mocząc obficie biały spodeczek. Zamknęłam komputer, wzięłam głęboki oddech. „Przepraszam – powiedziałam – czy mogę pani jakoś pomóc?”. Podniosła na mnie zapłakane oczy. Była piękna, delikatna i piekielnie smutna. „Bo ja nie wiem – wyszeptała – ja nie wiem, co ja mam jeszcze zrobić, żeby on był ze mną szczęśliwy”.

Usiadłam obok i wysłuchałam opowieści. Dość klasycznej. O tym, jak dziewczyna poznała chłopaka, jak doskonale się rozumieli, jak on się o nią starał. Jak się zakochali. A kiedy ona zaczęła w głowie snuć plany na przyszłość i poświęcać wszystko dla tego związku, on się zaczął oddalać. Więc ona starała się jeszcze bardziej. Odgadnąć jego marzenia, zaspokoić pragnienia. Pokazać mu, że on chce z nią być.

„Co ja robię, źle proszę pani? – pytała mnie raz po raz. – Jak mam go uszczęśliwić, żeby ze mną został, żeby zrozumiał, jak bardzo go kocham?”.

Cóż, nie mam dużego doświadczenia w takich sprawach. Moje życie miłosne przypomina bardziej spontaniczną wędrówkę przez amazońską puszczę niż zorganizowaną wycieczkę w znajomym kierunku.

Z boku jednak lepiej widać nasze błędy o wiele lepiej i radzić komuś jest łatwiej niż pomóc samemu sobie. I nagle człowiek czuje się zaskakująco mądry i może nawet w domu przemyśleć sobie swoje związki jeszcze raz. I może nawet zastosuje się do swoich wskazówek?

Dziewczyna z kawiarni była bardzo zakochana, a jednocześnie bardzo niepewna siebie. Zawsze zadziwia mnie ta niepewność siebie u pięknych, mądrych i zdolnych kobiet. Jak to możliwe, że one nie wierzą w swoją wartość, podczas gdy byle jaki, beznadziejny facet zazwyczaj uważa się za ósmy cud świata, ba, nawet jest w stanie przekonać niejedną naiwną, że on tym cudem jest?

„Problem w tym – powiedziałam – że on wie, jak bardzo pani go kocha.” Spojrzała na mnie zdziwiona, że potwierdziłam coś, co ona już wcześniej intuicyjnie wyczuła. Lepiej, żeby nie wiedział jak bardzo. Mężczyźni wolą zołzy, w 90 przypadkach na 100. Dlaczego tak jest? Nie wiem. Ale jeśli się tak mocno starasz, chcesz być dla niego w każdym momencie, w każdej chwili, usiłujesz mu pokazać swoją miłość na każdym kroku i odbierasz od niego wszystkie telefony, prędzej czy później przegrasz. Nie lubię tego spostrzeżenia. Nie lubię udawania i gier. Ale ta reguła sprawdza się w większości związków, które obserwuje. I w tych, w których sama byłam.

Rozmawiałyśmy o tym jeszcze dobrą godzinę. I o tym, że zakochane, zbyt łatwo rezygnujemy z siebie, godząc się na o wiele mniej, niż powinnyśmy dostać. Że wchodząc w relację z mężczyzną, mamy gdzieś w głowach wdrukowane poczucie, że musimy sprawić, że on będzie szczęśliwy, ale o swoje szczęście dbamy o wiele mniej. I on z czasem uważa, że to nasze szczęście jest mniej ważne.

Kiedy mówiłyśmy sobie „do zobaczenia”, była zdecydowana ograniczyć kontakt ze swoim ukochanym. Nie wiem jednak, czy bardziej kierowała nią chęć pokazania mu, ile ma do stracenia, czy walki o siebie samą w każdym następnym związku.

Miesiąc później usiadłam z komputerem w tej samej kawiarni. Moja nowo poznana znajoma zjawiła się nagle tuż obok, uśmiechnięta, ale czy szczęśliwa? Jeszcze tego nie wiem. „Uczę się” – powiedziała tylko – uczę się być ważna”.

Minęli się. Ona zrozumiała, że związek nie może być jednostronny,  on zrozumiał, jak wiele miał i próbuje ją odzyskać.

Czy będą kiedyś znów razem? Póki jej starania o siebie samą i o własny komfort nie staną się nawykiem, może się to skończyć katastrofą.

Bo jej niepewność wtłoczy ją za chwilę w te same mechanizmy „uszczęśliwiania” swojego partnera za wszelką cenę. Jeśli zaś zrozumie, że w kochaniu i prawie do szczęścia jest tak samo ważna, dobra miłość zjawi się sama.


Wakacje z dziadkami i dziećmi? O rety, lepiej uzbrój się cierpliwość, bo niekoniecznie musi być sielsko

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
13 lipca 2018
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Wakacje z dziadkami to powinna być czysta przyjemność – zakładają rodzice i ochoczo pakują dodatkowe walizki do samochodu czy samolotu. Warto zafundować ten dodatkowy bilet i zarezerwować dodatkowy pokój dla babci i dziadka. Bo przecież, kiedy ty będziesz relaksować się na piaszczystej plaży, oni pobiegną z maluchem do toalety, przypilnują, żeby nie wszedł do wody, nasmarują kremem z filtrem, pobiegają za nim po placu zabaw, a wieczorem położą spać, żebyś mógł w spokoju poczytać książkę. Czy aby na pewno?

Lepiej nie oczekiwać, bo można się srogo zawieść. Z moich wakacyjnych obserwacji wynika, że są trzy typy dziadków.

Pierwsi, na wakacje z dziećmi i wnukami owszem pojadą, ale po to, by wypocząć. Tak jak rodzice mojej koleżanki, której obie córki podczas wyjazdu na zagraniczny kemping zachorowały na ospę. Wysoka gorączka, płacz od rana do nocy, bo swędzi i nuda i… znikąd pomocy. Mama mojej koleżanki oświadczyła jej, że nie przyjechała po to, by niańczyć wnuczki, bo jest w takim wieku, że potrzebuje przede wszystkim odpoczynku i spokoju. Na urlopie odpoczywa i nic więcej. Dzieci proszę przyprowadzić, jak będą się lepiej czuły, bo ona nie ma zamiaru się denerwować. Swoje już na rękach nosiła, trzydzieści parę lat temu. Wystarczy. Cześć.

Napięcie między córką a rodzicami trwało już do końca wakacji. I choć oni jasno określili swoją postawę, ona miała do nich pretensję, bo nie pomogli jej dosłownie w niczym – nawet nie zaproponowali pomocy przy załatwieniu potrzebnych leków. Obecnie na wakacje z wnuczkami nie jeżdzą już wcale.

Są i dziadkowie nadgorliwi, którzy na wakacjach nie tylko wyręczają we wszystkim rodziców, ale również, co gorsza, bezustannie ich krytykują. Znacie to? „Jak mu założyłaś te spodnie?”, „Dlaczego jej dałaś taką czapkę” i jeszcze „No jak ty mu nie kupisz loda, to ja kupię”, kiedy właśnie postanowiłeś ograniczyć synowi słodycze, dla jego zdrowia.

Taki wyjazd może szybko przerodzić się w koszmar. Nikt tu nie odpocznie, atmosfera będzie nie do zniesienia, a dzieci będą przecierać oczy ze zdumienia na widok mamy i babci skaczących sobie do gardła…

Cóż, nie należy oczekiwać, że gdy twoi rodzice zachowują się tak przez cały rok, na wakacjach nagle zmienią front i zaczną cię wspierać. Oni raczej będą się starali pokazać swoim wnukom, kto tu jest fajniejszy i z kto o nich lepiej dba, czytaj – pozwala im na to, na co mają ochotę.

Tych „normalnych” dziadków jest chyba najmniej. Nie wchodzą w twoje kompetencje, kiedy mają ochotę i mogą – pomagają, ale nie wyręczają cię w twoich obowiązkach. No i również starają się odpocząć, bo przecież również są na urlopie. No i nie zawsze muszą być tuż obok, bo przecież mają swoje plany, swój sposób spędzania wolnego czasu.

Jaki z tego morał? Nie oczekujmy od naszych rodziców, że skoro pomagają nam w ciągu roku, to z uśmiechem na ustach będą niańczyć nam dzieci podczas wakacji. Jeśli się na to nie umówimy, nie określimy jasno zasad wspólnego wyjazdu („Mamo, chciałabym, żebyś mnie trochę odciążyła w opiecie nad dzieckiem”) i nie ustalimy jakiś reguł (na przykład dwa dni w tygodniu spędzicie bez dzieci), nikt nie będzie zadowolony.

Czasem lepiej jest, w ostateczności, jeśli naprawdę nie jesteśmy w stanie zająć się własnymi dziećmi, poprosić o pomoc animatorów, którzy zrobią to zawodowo lub opiekunkę, niż narazić na szwank rodzinne relacje i zepsuć sobie wakacje.


„Rzucić natychmiast” – powiedziała, to rzuciłam. Jak przyjaciółki rujnują nam związki

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
4 lipca 2018
Nasze życie to wybory. To my decydujemy, gdzie chcemy być. Kochana Przyjaciółko, co wybierasz?
Fot. iStock / piranka

K. i S. Znają się od liceum. „Papużki – nierozłączki” – mówili o nich już wtedy rodzice i znajomi. Lata mijały, przyjaźń kwitła. Wspólna szkolna ława, wspólne wakacje pod namiotem, wspólne wieczory i pierwsza butelka wina tuż przed maturą. Właściwie S. zawsze w głębi uważała się za trochę lepszą, a na pewno ładniejszą i bardziej interesującą. I o to przecież chodzi, bo przy skromnej K. łatwiej błyszczeć i samopoczucie jest. Trochę z siły rozpędu, trochę na zasadzie przyzwyczajenia, trwały tak razem wiedząc o sobie wszystko i zwierzając się sobie z najgłębszych sekretów.

„Żaden facet nas nie rozdzieli” – mówiła S. do K. i umawiała się z chłopakami. Bywała zakochana, wtedy „znikała” z życia K. na kilka tygodni. Fizycznie znikała, bo emocjonalnie wciąż była obok. Dzwoniła, mówiła, jak spędza czas, jaki on jest fajny i jak w końcu okazuje się idiotą, niedojrzałym dupkiem, pomyłką i maminsynkiem.

K. to rozumiała, miłość w końcu jest najważniejsza i na samym początku w końcu każda para potrzebuje intymności. Sama nie miała dużego doświadczenia w miłości. Była kochliwa, ale nieśmiała. W chwilach zakochania S., K. spędzała czas sama albo chodziła do kina na węgierskie filmy. Kochała węgierskie filmy. W ogóle świetnie znała się na kinie i jeszcze na wielu innych rzeczach, o których istnieniu S. nie miała zielonego pojęcia.

Przyjaciółka rzadko kiedy przedstawiała jej obiekty swoich uczuć. „Nie wiadomo co z tego wyjdzie” – mawiała i dodawała „Ty się lepiej nie zakochuj, aż ci powiem, że warto”. Ale jakoś nie było warto. K. miała to nieszczęście, że podobali jej się glównie „kretyni”, jak mówiła jej przyjaciółka. (Bo S. zawsze służyła K. radami sercowymi. A polegało to głównie na tym, że analizowała każdą nową znajomość przyjaciółki, by na końcu wydać wyrok, że nie warto się angażować.) Zmanipulowana K. nie angażowała się więc mocniej i niekiedy długo leczyła w ciszy smutne serce. Przyjaciółka musiała mieć nosa, bo żaden z obiektów uczuć K. nie walczył ani o nią, ani o związek.

Raz jednak sprawy wymknęły się spod kontroli. K. zakochała „na poważnie” i do tego z najprawdziwszą wzajemnością. Związek kwitł, rozwijał się, owocował godzinami interesujących rozmów o kinie, o sztuce i o górach. Udanym seksem i poczuciem szczęścia.

Jej ukochany jednak niewiele mówił o uczuciach. To znaczy K. wiedziała, czuła, że ją kocha. Ale S. jakoś inaczej przedstawiała jej, jak powinien wyglądać związek.

Pełna wątpliwości K. oczywiście natychmiast zwierzyła się przyjaciółce. Ta, byłe pewna – nic z tego nie będzie, on nie jest dla ciebie, nie kocha cię, tylko gra tobą, żeby cię wykorzystać i zostawić. Zobacz, jak on cię traktuje? Nawet złamanego kwiatka nie przyniesie. Co to za spotkania w ogóle? Spacery? Jakby myślał o tobie poważnie, mówiłby o jakiejś dalszej przyszłości. Zaproponowałw spólne mieszkanie. W ogóle to on jest „jakiś dziwny” i za mło mówi.

„Natychmiast rzucić” – zarządziła S. pewnego dnia.  Więc K. rzuciła. Cierpiała długo, ale miała wsparcie w przyjaciółce. Wspólne wino, wypad za miasto, włoska pizza…

Trzy miesiące później K. szła na zajęcia fitness w innej dzielnicy, pierwszy raz. Pomyślała, że pora zacząć wprowadzić do życia zmiany, zadecydowała o tym sama. Zresztą K. była akurat zakochana i to chyba bardzo, nie odzywała się za wiele. Więc K. zetnie modniej włosy, pójdzie na zajęcia z wizażu, zacznie w końcu ćwiczyć. Musi postawić w końcu na siebie, obudzić w sobie więcej kobiecości.

Zobaczyła ich w parku naprzeciwko klubu, w którym jej instruktorka prowadziła zajecia. Objęci, zakochani. Jej przyjaciółka i były chłopak K. Uśmiechnięci, zakochani, całowali się bardzo nie po przyjacielsku na ławeczce pod pomnikiem lotnika.

Dzisiaj K. myśli, że S. właściwie miała rację. No bo co to za facet, który najpierw spotyka się z jedną, a potem jej przyjaciółką? S. nie jest zła, K. by tak w życiu o niej nie powiedziała. Zakochała się, tyle. Ale telefonu już więcej od niej nie odbierze, mimo, że przyjaciółka dzwoni i dzwoni. Wczoraj wysłała tylko jednego SMS-a, z wyjaśnieniem: „Wybacz, nie mogę patrzeć, jak spotykasz się z tym kretynem. Boli mnie serce ze strachu, że zmarnujesz sobie życie. Pa.”