„Praca, szkoła dziecka, mąż. I cieszysz się tą rutyną, bo nie chcesz już nic więcej poza spokojem”. Czasami od życia oczekujemy tak wiele, nie zauważając jak wiele mamy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 czerwca 2017
Fot, iStock / sdominick
Fot, iStock / sdominick
 

Takie historie poruszają najczulsze struny. To jedne z tych opowieści, których nie chcemy słuchać dłużej, kiedy wszystko w nas krzyczy: już dosyć, wystarczy, więcej nie chcę. A później dociera do nas, że ktoś to wszystko nosi na swoich barkach, próbuje utrzymać w ryzach emocje, żeby nie zwariować, żeby nie odwrócić się od świata i życia, które zdaje się krzyczeć: pamiętaj, że może być jeszcze gorzej, że może być naprawdę strasznie.

Mówili, że Darii mama nie ma szans na przeżycie, że po długiej i rozległej – drugiej w ciągu niespełna dwóch dni operacji nie ma szans. A ona gnała z Francji do mamy, bo przecież niemożliwe, żeby śmierć odebrała jej kolejną ukochaną osobę. To nie może się zdarzyć, nie po raz kolejny!

Kasia – młodsza siostra urodziła się chora. Nie była to jednak jedna z tych chorób, która odbiera radość życia i chęć do jego kosztowania. Właściwie nie widać było, że Kasia choruje, tylko raz na rok, na dwa lata, musiała w Centrum Zdrowia Dziecka przechodzić zabieg „gumkowania” żylaków przełyku, by nie pękły i nie rozlały się krwią w ciele dziewczynki. Kiedy miała 18 lat zaszła w ciążę. Lekarze mówili: „trzeba usunąć, w jej stanie to zbyt duże zagrożenie i dla matki i dla dziecka”. Kasia jednak chciała urodzić, znalazły z mamą specjalistów, którzy powiedzieli: „nie takie rzeczy widzieliśmy” i zapewnili, że siostra Darii zostanie szczęśliwą mamą. I faktycznie, wszystko było dobrze. Dwa dni przed ślubem Darii, Kasia po kontrolnym badania z radością przygotowywała się do siostrzanego wesela. – Kwitła w tej ciąży. To był już ósmy miesiąc – wspomina Daria. W dzień, który dla Darii miał być najszczęśliwszym, wdarł się koszmar. Kasia straciła przytomność, szpital, lekarze, którzy nie znali jej historii, którzy czekali zbyt długo. Zuzia – która miała być siostrzenicą Darii zmarła, dwa dni po ślubie, pogrzeb… Kasię ratowali wszelkimi sposobami. Tym razem się udało. Kolejny raz, pięć lat później już nie. To miał być kolejny rutynowy zabieg „gumkowania” żylaków, by te wyschły i nie zrobiły krzywdy. Inny lekarz, inny szpital, bo bliżej, bo prowadząca doktor zapewniała, że będzie dobrze. Nic dobrze nie było. Nie zdążyły się pożegnać. Nie zdążyły porozmawiać, pośmiać się, pożartować. Daria straciła siostrę. A jej tata poddał się depresji, która zawładnęła jego życiem. – Wyprowadziłam się do Francji. Rodzice przyjechali do nas na Wielkanoc, pamiętam, jak tata powiedział oglądając nasze mieszkanie, że teraz może już umrzeć. Mówiłam mu, żeby się nie wygłupiał. To było dwa lata temu. On nie mógł się otrząsnąć po śmierci Kasi, nie mógł się pogodzić z tym, co się stało. Daria przyjechała na wakacje, rodzice tęsknili za wnukiem, który dorastał na ich oczach, a teraz dzieliły ich setki kilometrów. – Tata był dziwny, może wkurzało go, że ciągle go pilnujemy, kontrolujemy, ale inaczej nie było można. Znalazła tatę w wannie, z zaciśniętą na szyi smyczą ich psa… Pół godziny po tym, jak rano wszedł do ich pokoju: „Tak tylko chciałem na was popatrzeć” – powiedział. 30 minut wiercenia się w łóżku, kiedy śmierć wyciągała po niego swoje ręce. Daria reanimowała go pół godziny do przyjazdu karetki. Nie udało się…

Wystarczy? Już macie dosyć? Już nie chcecie więcej czytać, słuchać. Widok ojca w łazience dudni w waszej głowie? Obraz siostry z ogromną dziurą w brzuchu, w którą włożone zostało prześcieradło chwilę po tym jak wyciągnięto z niego martwe dziecko? Takie rzeczy śnią się po nocach, paraliżują, nie pozwalają zgasić światła wieczorem, zmuszają do ucieczki, do zwątpienia w uczciwość i sprawiedliwość tego świata do pytania siebie: dlaczego ja? Dlaczego to mnie spotyka?

A później przychodzi moment, kiedy chcesz znowu wierzyć i zaufać, że wszystko będzie dobrze. Kiedy koszmary odchodzą, a ty stajesz się spokojniejsza, radośniejsza. Skupiasz się na swoim życiu, na tym co masz, co dla ciebie ważne. Praca, szkoła dziecka, mąż. I cieszysz się tą rutyną, bo nie chcesz już nic więcej poza spokojem. Życie tak cię doświadczyło, że więcej nie oczekujesz. Odzyskując ufność, zaczynasz znowu planować zapominając, że może zdarzyć się coś nieprzewidywalnego. Mama ma przyjechać na (o ironio) Wielkanoc. Bilet kupiony. Trzy tygodnie razem, wiesz, jak jej to potrzebne, jak ty za tym tęsknisz. Ale mamę boli brzuch, niby nic. Kogo nie boli od czasu do czasu. Jednak jest gorzej, brat Darii wiezie mamę do szpitala. Problem z trzustką, podają antybiotyki, odwlekają operację, żeby nie naruszyć kapryśnego organu. Stan mamy Darii się pogarsza. Szybko zostaje podjęta decyzja o operacji, po tej kolejna. Daria jedzie z Francji do mamy wiedząc, że ta jest w śpiączce, że narządy nie działają, że podłączona jest do wszystkich możliwych urządzeń. Jedzie ze świadomością, że jej siostra Kasia po 45 minutach na OIOM-ie zmarła, że 30 minuty reanimacji taty nie starczyło… Wchodzi na salę, widzi mamę, której lekarze nie dają żadnych szans, nie potrafią jej wybudzić. Mówi: „Cześć mamusiu” i… dzieje się cud. Mama otwiera oczy, jakby tylko czekała na głos swojej córki, jakby całą energię i chęć życia skupiła tylko na czekaniu na nią.

Po ponad trzech miesiącach w szpitalu nie jest dobrze. Co prawda nie ma zagrożenia życia, ale czy stan, w jakim jest mama Darii można uznać za dobry? Ona sama twierdzi, że nie. Mama po zapaleniu płuc, po tracheotomii, z potwornymi odleżynami ma zostać wypisana do domu. Jej stan nie jest już tym, który powinien zajmować miejsce w szpitalu. Tyle tylko, że ostatnio do odsysania mamy Darii zaangażowane były dwie pielęgniarki, bo nie mogły sobie dać rady. Odleżyny wyglądają jak otwarta rana, jakby mięso aż do kości zostało wygryzione przez wściekłego psa.

Daria nigdy nie prosiła o pomoc nauczona, że musi radzić sobie sama. Ale ta sytuacja ją przerasta, nie wie, jak pomóc mamie, ale wie jedno – zrobi wszystko, żeby ona została przy niej jak najdłużej. Straciła dwie bliskie osoby, ma odejść jeszcze jedna? Poddać się tak bez walki? Z jednego życia musi na razie zrezygnować, rzucić pracę tam – za granicą, żeby móc zająć się mamą, żeby syna przywieźć na wakacje, żeby spędzić tyle czasu, ile będzie potrzebne przy mamie. – Już nic nie planuję, nie myślę, co będzie za pół roku, za rok. Koniec z tym, skupiam się na tym, co tu i teraz – mówi. A teraz najważniejsza jest mama i to, żeby jej pomóc, żeby zaleczyć ból, żeby dać jej siłę i wiarę, że warto jeszcze żyć. Jest w Darii determinacja, wybrzmiewa pewność, że nie odpuści, że tym razem nie pozwoli tak szybko się pożegnać. Ale jest też drżenie głosu, głośniej przełykana ślina, jest strach przed tym, jak będzie, czy ktoś zechce pomóc jej mamie w leczeniu, w rehabilitacji. A ona nic więcej nie chce, chce tylko czasu spędzonego z mamą, chce zobaczyć jej uśmiech, wyjść z nią na spacer, przytulić, a na kolejny Dzień Mamy złożyć życzenia… To tak niewiele, a my czasami od życia oczekujemy tak wiele, nie zauważając jak wiele mamy.

Takie historie uczą nas pokory, otwierają nasze serca, każą się zatrzymać i docenić wszystko to, co posiadamy, czego doświadczyliśmy. Każą nam być wdzięcznym za każdy dzień.

P.S. Dziś po raz kolejny płakałam nad tym, jakie ludzie mają trudne życia, płakałam nad tym, jak my niewiele możemy, żeby im pomóc. W przypadku Darii i jej mamy – można wpłacić pieniądze na zrzutka.pl. Kliknijcie TUTAJ. Bo dobro wraca, a my nie wiemy, kiedy będziemy go potrzebować.

Aktualizacja: Jest nam bardzo przykro… Mama Darii odeszła. Zbiórka jest nieaktualna.


„Bądź skromna i pokorna” – powtarzali nam od dzieciństwa. Ale dosyć z tym, skromność się nie opłaca!

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
3 czerwca 2017
Fot. iStock/g-stockstudio
Fot. iStock/g-stockstudio
 

Jedną z wielu rad, jakie dostawałyśmy w dzieciństwie, było to, że należy być skromną, grzeczną i pokorną. „Tego dziewczynce nie wypada”, „tak się dziewczynka nie zachowuje”, „to bardzo niegrzeczne, dziewczynki tak nie robią” powtarzały nam przez lata starsze pokolenia, wtłaczając nas tym samym w stereotypy i powodując, że teraz próbujemy odzyskać wiarę w siebie i prawo do tupnięcia nogą. Bo może i skromność jest zaletą, może bycie grzecznym sprawia, że inni dobrze nas oceniają, ale koniec końców w ogóle nam się to nie opłaca!

To strasznie niesprawiedliwe, że owej grzeczności wymagało się jedynie od płci żeńskiej – rozrabiający i uparty chłopiec uznawany był za normę, a nawet coś pożądanego. Jego zachowanie brane było za objaw mocnego charakteru i mentalnej siły. Chłopcom bardziej przystawało popisywanie się i przechwalanie i nikt nie zarzucał im wtedy, że są nieskromni i brakuje im pokory. Powtarzanie dziewczynkom, że mają być grzeczne, miłe i skromne uczyniło jednak więcej szkody niż pożytku – i to wcale nie wobec dzieci, ale później, wobec dorosłych już kobiet, które:

Mają mniejszą pewność siebie niż faceci

I dlatego muszą pracować dwa razy bardziej, by udowodnić, że są coś warte – niestety, ale to prawda. Facet, zapytany czy potrafi coś wykonać i czy podejmie się jakiegoś zadania, z miejsca zadeklaruje swoją chęć i gotowość, a potem będzie myślał co i jak, martwił się i kombinował. Kobieta natomiast najczęściej najpierw się wystraszy, potem zacznie szukać powodów do odmowy, rozważać i analizować, a gdy już dojdzie do wniosku, że jednak potrafi, może być za późno – bo jakiś mężczyzna ją uprzedził.

Umniejszają swoje dokonania

Powiedzą „udało się”, „jakoś poszło”, „tak się złożyło” zamiast otwarcie wyznać ” zasłużyłam na ten sukces,  kosztowało mnie to cholernie dużo pracy” albo „dokonałam tego, osiągnęłam to, to JA stoję za tym sukcesem”. Facet nie miałby z tym najmniejszego problemu, a i jeszcze by dołożył sobie zalet i przypisał jakieś zasługi – nie dlatego, że chciałby kogoś oszukać, ale dlatego, że jest o nich przekonany i pewny.

Bagatelizują zdolności

„Och, to nic takiego”, „coś tam potrafię”, „trochę się znam” w miejsce męskiego „jestem w tym wyśmienity”, „robię to doskonale”, „jestem ekspertem”. Kobiety swoje umiejętności traktują jako coś normalnego, faceci natomiast każdą z nich podnoszą do rangi sztuki i oczekują podziwu. Nawet, gdy gotują makaron, to robią to z takim namaszczeniem, jakby spaghetti przygotowane al dente było przełomowym odkryciem w zakresie medycyny i mogło odmienić losy świata.

Głośno same siebie nie pochwalą, bo to nie jest skromne

Bo przecież powiedzenie, że jest się w czymś dobrym, najlepszym, wybitnym nawet, zaprzecza idei skromności – no jak to tak, chwalić się czymś publicznie? Otwarcie mówić o własnych zaletach? Nie do pomyślenia! Zaraz ktoś powie, że zadzierasz nosa, że wywyższasz się, patrzysz na innych z góry. Lepiej samą siebie skrytykować, wytknąć swoje błędy, podkreślić niedoskonałości – z tym otoczenie nie ma problemu.

Nie umieją przyjmować komplementów

Nowa bluzka? Świetna!

– Och, daj spokój, stara szmata – odpowiadamy.

 

Ale schudłaś, niesamowite!

– No coś ty, tutaj mi taka fałda wystaje, a spodnie ledwo dopinam – mówimy łapiąc się za owe fałdki lub palcem wskazując ewentualne boczki.

A dlaczego? Bo komplementy nas onieśmielają! Bo ktoś mówi nam wprost, że jesteśmy fajne, zrobiłyśmy coś wyjątkowego, podziwia nas – ale przecież skromność ważniejsza, w pychę wpaść nie można, pokorę trzeba zachować. Zaprzeczamy więc, umniejszamy własną wartość, kopiemy się tam, gdzie przed chwilą ktoś nas pogłaskał.

Nie walczą o swoje

Bo walka o swoje wymaga bycia niegrzecznym, niepokornym i choć trochę zbuntowanym. Trzeba tupnąć, może nawet kogoś ochrzanić, zrobić coś wbrew jego woli i postawić siebie na pierwszym miejscu, przed wszystkim i wszystkimi. Walcząc o siebie, o swoje, trzeba być trochę egoistą, to nie czas na skromność i zabieganie o tytuł miss popularności – stawka jest przecież dużo wyższa i cenniejsza.

Współczesne dzieciaki wychowywane są zupełnie inaczej, i bardzo dobrze, bo dzięki temu dziewczynki będą miały trochę łatwiej.  Kobiety, które znają jeszcze tę „starą szkołę”, powoli przestają się bać swojej siły, coraz częściej kierują się powiedzeniem „grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam, gdzie chcą”. Uczą się wymagać, oczekiwać i stawiać na swoim, doceniać to, kim są i co potrafią – a potrafią wiele! Bo może i warto jest być skromnym i pokornie przyjmować to, co los przyniesie, ale w ostatecznym rozrachunku zupełnie nam się to nie opłaca.


Chcesz mieć lepsze życie? Umów się z przyjaciółką na kawę! To naprawdę może wiele zmienić – dowiedzione naukowo!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 czerwca 2017
Fot. iStock / Eva Katalin Kondoros
Fot. iStock / Eva Katalin Kondoros
 

Nie wierzysz? To pomyśl, czy przypadkiem kawa lub herbata wypita w towarzystwie przyjaciela nie sprawia, że problem, z którym przyszłaś staje się jakiś taki lżejszy? Wiecie na czym polega magia takich momentów? Otóż rozmowa plus ciepły napój generują pozytywne zmiany w naszym mózgu

Mihaly Csikszentmihalyi jest jednym z najbardziej znanych psychologów zajmujących się badaniem szczęścia. To on tłumaczy, że pozorne przebywanie cały dzień z ludźmi, z którymi jednak rozmawiamy tylko przez telefon, czy za pomocą social media sprawia, że czujemy się coraz bardziej samotni niż kiedykolwiek. Odsunęliśmy od siebie szczęście i zupełnie zapomnieliśmy, jaką wartość mają chwile spędzone z przyjacielem.

Te społeczne rytuały, jak wyjście na drinka czy umówienie się na kawę, mają w rzeczywistości jeden podstawowy cel – stworzenie kotwic emocjonalnych. Kawa, herbata, wspólny posiłek to doświadczenie, które aktywuje chemię naszego mózgu, co pozwala nam się zrelaksować i tworzyć pozytywne wspomnienia. Bo pamiętajmy, że dobre chwile są zawsze mocniejsze od tych złych. Każda pozytywna myśl zostanie w naszej pamięci dłużej niż zła, bo nasz mózg uruchamia mechanizm obronny – szybko przetwarza negatywne aspekty, żeby dostosować się do zmian. Natomiast to, co naprawdę popycha nas do zmian, motywuje każdego ranka, to nic innego, jak dobre wspomnienia.

Tymczasem my coraz częściej odrywamy się od tego, co tu i teraz. Spędzamy dzień wciśnięty w rutynę: ubieramy się, jemy śniadanie, jedziemy autem, metrem, pracujemy, wracamy. Żyjemy na szybkim pasie będąc jednocześnie odłączonymi od swojego wewnętrznego głosu i od tej rzeczywistości, gdzie uczucia się zdarzają i mają moc. My nie doświadczamy złych momentów, raczej jesteśmy mistrzami w „neutralnym przepływie życia”, które tak naprawdę odciąga nas od szczęścia. To tak, jakbyśmy chcieli rękami nabrać wody kompletnie tego nie czując.

Herbata, kawa i przyjaciele – ta zupełnie prosta sytuacja, czasami dla nas tak oczywista i tak niedoceniona, może przenieść nas z tego neutralnego przepływu życia do zdrowego i dobrego momentu. To tak niewiele!

Dzięki kawie i plotkom z przyjaciółką stajemy się bardziej obecni, bardziej zakorzenieni w tu i teraz, bardziej otwarci na nasz wewnętrzny świat i uważniejsi na to, co nas otacza. Kofeina działać może jak lekki stymulant, gdyż optymalizuje działanie neuroprzekaźników ułatwiających pamięć, dobry humor i komunikację. Przyjemne uczucie, które towarzyszy piciu kawy czy herbaty wyzwala w nas endorfiny, które odpowiedzialne są za nasze dobre samopoczucie. To wszystko pozwala nam cieszyć się chwilą spędzoną z przyjaciółką, buduje pozytywne wspomnienia, co zwraca nas ku naszym emocjom i daje równowagę umysłową.

Ponadto przyjemność i dzielenie się dobrym czasem pomaga nam „być obecnym”, a każde pozytywne doświadczenie buduje rezerwę poznawczą i emocjonalną, która wzmacnia i łączy nas z prawdziwym szczęściem: tym, które odnajdujemy w małych rzeczach.

I co wy na to? Z kim się dzisiaj umawiacie na kawę?


źródło: exploringyourminde.com

 


Zobacz także

Chris Corner: Depression is a silent killer, that’s way whe sould talk about it as loud as possible.

Chris Corner: The tragic irony of something like mental illness is that avoidance only fuels the fire

Fot. iStock / NemanjaMiscevic

„Chodź kochana, musimy szybko”. Zakochać się i odkochać w sześć dni. Dramat wirtualnego „zwiazku” w kilku aktach

fot. iStock/izf

Zadaj sobie te cztery pytania i zacznij zmierzać we właściwym kierunku