Pożegnania. Nikt nie oczekuje, że potrafisz poradzić sobie z odejściem bliskiej osoby

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
27 października 2018
Fot. iStock / 400tmax
 

Pożegnania. Podobno są najważniejsze, podobno najwięcej nam uświadamiają. Podobno dzięki nim potrafimy docenić to, co naprawdę było w naszym życiu ważne. Podobno nigdy nie ma na nie właściwej pory. Nigdy nie jest ten właściwy czas, byśmy byli gotowi już nigdy tej drugiej osoby nie zobaczyć. Ale są pożegnania dobre i potrzebne i są takie, które jedynie bolą. I dużo wody musi upłynąć, byśmy pojęli ich sens.

Czy można w ogóle mówić spokojnie o bólu płynącym z pożegnania ukochanej osoby, która umiera, odchodzi na zawsze? Jak zrozumieć, jak poradzić sobie z tym dziwnym stanem, kiedy ktoś, kto jeszcze przed chwilą był tuż obok, reagował na twoje gesty i słowa, gaśnie powoli i za chwilę zostanie jedynie po nim jedynie puste łóżko, album ze zdjęciami, dobrze ci znany zapach jego domu?

Jak powiedzieć „żegnaj” komuś, kto był przy tobie kilkadziesiąt lat, jak pewność, jak świadomość, że masz gdzieś na świecie twoje miejsce, światło, dom, do którego możesz wrócić – stały punkt? Jak wytłumaczyć sobie takie odchodzenie? Jak przekuć je w radość i dumę z tego, że przez tyle lat, mieliśmy tę osobę jeśli nie tuż obok siebie, to na dalsze lub bliższe wyciągnięcie ręki? Coś, co było zawsze, nagle rozmywa się, znika. Nie rozumiesz dlaczego, choć dobrze wiesz, że taka jest kolej rzeczy.

Jak wytłumaczyć rodzicom nieuleczalnie chorego dziecka, że muszą się z nim pożegnać? Jaki sens nadać takiemu pożegnaniu? Jak znaleźć sobie po nim potem siłę, by znów być szczęśliwym, uśmiechnąć się, cieszyć się jedynie wspomnieniem małej istoty, która pojawiła się tu jedynie na chwilę? Nie, taka śmierć, takie pożegnanie nie mają żadnego sensu. Nie zdarzają się z żadnego, głębszego powodu, choć wielu z nas by go zapewne szukało, by nie oszaleć z rozpaczy. Takie „żegnaj” się po prostu zdarza, jak najokrutniejszy koszmar. Spada na nas jak coś, co chcielibyśmy odrzucić, z czego chcielibyśmy się obudzić. Cierpienie, niewyobrażalne, wcale nie uszlachetnia. Ono osłabia, odbiera nam wiarę, nierzadko miłość i zaufanie.

Jak bardzo szczęśliwi powinny być rodzice dorosłych dzieci, które powoli wyfruwają z rodzinnego gniazda, radząc sobie z tą dorosłością lepiej lub gorzej? To pożegnanie nie jest ostateczne, jest przepełnione nadzieją, że wszystko pójdzie dobrze, ma w sobie trochę dumy i sporo lęku. Jest jedynie rozstaniem z pewnym etapem życia, ale też obietnicą nowego, szansą na zmiany. Uczy nas całkiem nowej relacji, jaką od dziś będziemy tworzyć. Uczy nas na nowo dbania o siebie i odpowiedzialności jedynie za własne życie. To trudna nauka, ale potrzebna, ważna.

A jeśli wydaje się wam, że nie potraficie pożegnać straconej miłości, tysiąca złudzeń, które składały się na jedno, wspólne życie z kimś, kogo uważaliście za pewny punkt, taki, który zostanie już „na zawsze”, ale okazał się być jedynie na chwilę, przyjrzyjcie się temu ogromnemu doświadczeniu, które dzięki temu związkowi i temu pożegnaniu zdobyliście. Może nie dziś, jeszcze nie teraz, ale za jakiś czas. Podobno nie można porównywać cierpienia jednej osoby do cierpienia innej. Ale jeśli spojrzymy na nasz ból z nieco szerszej perspektywy, bywa, że okaże się on znośny.

Są dobre pożegnania, wierzę w nie. Są też pożegnania bezsensowne, niepotrzebne. Każde trzeba zaakceptować, gdy nadejdzie na nie czas. Ale nie z każdym musimy umieć się pogodzić.


Nie potrafię wytłumaczyć moim dzieciom, że można ot tak odebrać komuś życie, zabrać komuś tatę, męża, przyjaciela

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 stycznia 2019
„Gdybym ich nie znała, pomyślałabym, że są po prostu znajomymi, których ktoś przypadkiem posadził obok siebie". O zapomnianej miłości
Fot. iStock / o-che
 

Nie potrafię sobie wyobrazić, co to znaczy stracić kogoś tak nagle, zostać samemu w tej pustce i musieć na siłę wytłumaczyć sobie, że tak już będzie zawsze. Pożegnać kogoś , choć nie powiedziało mu się „do widzenia”, choć nie było się na to gotowym. Choć miało się z tą osobą tysiące wspólnych planów, dzieci, dom. Choć to jeszcze nie czas, nie miejsce, nie pora. Obudzić się ze świadomością, że nie miało się na to rozstanie żadnego wpływu. I że ono jest ostateczne, bo JEGO już NIE MA. Tak samo nie umiem wytłumaczyć dziś moim dzieciom, dlaczego ktoś odbiera drugiej osobie życie, celebrując ten akt na scenie, na oczach tysięcy ludzi. Szukam dziś odpowiedzi na pytania, choć wiem, że nie znajdę dostatecznie dobrych słów. Bo cóż dla pięcioletniego chłopca znaczy „choroba psychiczna”? Jak wytłumaczyć piątoklasistce, że nienawiść i niepoczytalność potrafią dosłownie zabić? Że to się „zdarza”?

Ten ostatni tydzień to takie okrutne zderzenie z rzeczywistością. kiedy a mimo to, mam wrażenie udało nam się wszystkim pochylić w ciszy nad tragedią. Może nie zapomnieliśmy do końca, że gdy zamkną się drzwi katedry, gdy uroczystości się skończą, żona Pawła Adamowicza i jego córki zostaną ze swoim bólem same. Tak po prostu, po ludzku same, bo to będzie ten moment, w którym będą musiały poradzić sobie ze swoją stratą. Dorosnąć bez ukochanego taty, podejmować życiowe decyzje bez wsparcia ukochanego partnera. Mierzyć się z codziennością, doświadczając pustki, bo tym kimś, kto był i był i nagle go nie ma. Tylko dlatego, że był osobą publiczną, piastował urzędnicze stanowisko. Że tego feralnego wieczoru, był po prostu dla mordercy osiągalnym celem.

Mądre artykuły mówią, by o tym, co się wydarzyło rozmawiać ze swoimi dziećmi. O tym, że zło istnieje na świecie, ale dobro zwycięża. Tylko, czy to prawda? Tym razem dobro nie zwyciężyło. Nie dla nich – nie dla Tosi, Tereski, nie dla pani Magdaleny. Nie szukajmy sensu w tej śmierci, bo jego tam naprawdę nie ma. Pojednanie społeczne? Póki co jest milczenie i próba refleksji. Olbrzymi wstrząs, wiele słów. Ale czy mamy prawo mówić, że od dziś będziemy inni? Nie… Nie będziemy, w to nie wierzę. Ale wierzę, że miłość jest odpowiedzią i szansą. Dla nas.

Bo przecież łamie ci się serce, gdy słyszysz słowa nastolatki, która trzęsącym się głosem żegna ukochanego ojca, ale czujesz, że nie ma w tej przemowie buntu, tylko miłość. Łamie ci się serce, gdy ukochanego tatusia żegna ośmiolatka i mówi o jego czułości. I łamie ci się serce, gdy żona żegna ukochanego męża, nawołując jednocześnie innych do pojednania. Mimo, że jej mężczyzna został zamordowany przez kogoś zaślepionego nienawiścią, ona mówi o miłości i to mówi słowami miłości. To jedyny, jawny dowód na to, że dobro i miłość zwyciężają, zawsze. To jedyna siła płynąca nie ze śmierci, ale z ogromnego uczucia do jednego człowieka. Jak te symboliczne serca ze zniczy ułożone w Gdańsku, w Warszawie, w Poznaniu i w wielu innych miastach Polski.

Mówcie bliskim, że ich kochacie. Pewnych rzeczy nie da się wytłumaczyć, zrozumieć. Wtedy jedyną odpowiedzią jest miłość.


Mówiłeś, że bez ciebie nic „nie ogarnę”. Zobacz od roku „ogarniam” życie, dzieci, dom

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
30 września 2018
Bo to zła kobieta była. 7 zdroworozsądkowych zachowań, za które bywamy potępiane przez innych
Fot. iStock/MariaDubova

Moje niepoukładane życie bez Ciebie trwa już rok. Tak, minął rok o naszego ostatecznego rozstania, i choć pewnie trudno Ci w to uwierzyć, nagle okazało się, że jednak można żyć bez tej drugiej osoby, którą się tak bardzo kochało. Że to, co wydawało się niewyobrażalne, nagle staje się codziennością. Że nie potrzebujesz już tego, kto przez kilka lat znajdował się  centrum twojego wszechświata. Że można przyzwyczaić się do nieobecności miłości w twoim życiu. Że można mieć nadzieję, że znajdzie się nową miłość. A nawet, co chyba najważniejsze, że życie w pojedynkę  nie jest w niczym gorsze od życia z kimś. Że, choć zawsze mówiłeś mi: „ty to beze mnie nigdy nie dasz sobie rady, nic nie ogarniesz”, ja „ogarniam” wszystko: przedszkole, szkołę, rachunki, dom, pracę. Życie. Krótko mówiąc, przekonałam się na własne oczy, że nieudany związek jest ciężarem, który jednak trzeba zrzucić, by zobaczyć więcej i zrozumieć, że tak naprawdę jest lepiej.

Nasz dom nie był spokojnym, bezpiecznym miejscem. Był przepełniony chaosem, niepewnością co do tego, co wydarzy się za chwilę. Żył w nim lęk, podniesiony głos, moje wewnętrzne rozedrganie i twoja niechęć do zmian. Zawieszenie w próżni.  Nie było ci dobrze w tym domu, a jednocześnie nie potrafiłeś się przemóc, by to zmienić. To świat miał się przystosować do ciebie. Dzieci, ja – mieliśmy żyć pod twoje dyktando. Co w zamian? Nic. Nigdy nie mogłam wiedzieć na 100%, że plany, które razem robiliśmy, rzeczywiście zrealizujemy. Wakacje, wspólne wyjścia, spotkania, zakupy, szkoła. Wystarczyło jedno twoje słowo, by przekreślić wszystko. Życie z tobą, było wiecznym balansowaniem na krawędzi. Było szaleństwem.

Ale mój dom bez Ciebie jest spokojem. Jest też porządkiem i pewnością, choć nie mam kuchni wysprzątanej na błysk i choć nie odkurzam co wieczór, jak ty to miałeś w zwyczaju (pewnie nadal tak robisz, nawyków trudno się pozbyć).

Mimo tego nieodkurzonego dywanu, ze wszystkim zdążam, wiesz? Nagle łatwiej mi zorganizować czas, bo nie czekam już na ciebie, na to co powiesz, co zdecydujesz, na co się zgodzisz bądź nie. Przestałeś mnie we wszystkim blokować, przestałeś ograniczać. Przestałam układać „plany awaryjne”, na wypadek gdybyś się rozmyślił. Przestałam na ciebie liczyć i brać cię pod uwagę. To zmieniło wszystko.

Przedtem nasze dzieci żyły w strachu. Nie rozumiały tego, co się działo, ale odczuwały każdą komórką ciała, że to je niszczy. Że to niszczy nas. Że nie chcą tak żyć. Oczywiście, płakały, gdy poznały decyzję o rozwodzie. Ale po tych dwunastu miesiącach bardzo się zmieniły. Uśmiechają się, dużo. Nie boją się pokazać emocji. Mówią o tym, co czują. Chcą się starać, chcą być szczęśliwe. Dbają o mnie. Nie chcą powrotu do tamtego domu.

Byłam zależna od ciebie i uwierzyłam, że tylko z tobą uda mi się zbudować rodzinę. Okazało się, że jest zupełnie odwrotnie. Mówiłam ci, że chcę iść do nowej pracy, śmiałeś się: „za takie pieniądze? Nie bądź egoistką”. Nie rozumiałeś, że od czegoś trzeba zacząć, gdy wraca się do zawodowego życia po długim urlopie wychowawczym. Że mój zawód jest inny niż twój.

Dziś, jakoś tak się wszystko poukładało, że mam te obie rzeczy, których z tobą bym nie znalazła, bo Tobie ciągle było za mało. Mam pracę, którą lubię i pensję, która pozwala mi samej utrzymać dom. Jestem niezależna.

Miotasz się, męczysz, wciąż próbujesz udowodnić sobie, że zrobiłeś słusznie odchodząc. Przestań, nie musisz tego robić. Teraz to wszystko nieważne. Nie wiem, co to rozstania z klasą i godnością, nasze z pewnością takie nie było. Nie wiem, co to brak żalu, rozczarowanie, rozpacz, łzy, wściekłość i ból. Kochałam Go, nie mogło być inaczej. Ale to minęło.

Dziś wiem tylko, że zrobiliśmy dobrze. Że to, że związek się kończy, naprawdę może być dobrą decyzją. Że nie ma sensu przedłużać czegoś, co powoduje jedynie cierpienie, co pozbawia nas i nasze dzieci możliwości odczuwania spokoju i bezpieczeństwa. Tak, można zbudować dom w pojedynkę. Można dać dzieciom poczucie bezpieczeństwa w pojedynkę. Z pewnością burzy to cały twój światopogląd i teorię o tym, że nic nie zastąpi obecności obojga rodziców w codziennym życiu ich dzieci. Ale widzisz, razem nie byliśmy dobrymi rodzicami, nie byliśmy dobrym małżeństwem.

Życzę ci, byś zrozumiał.