Jak pożegnać to, co kochasz. Nie myśl, że coś ci zabrano, pomyśl o tym, ile dostałeś

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 września 2017
Fot. iStock/Viktor_Gladkov
Fot. iStock/Viktor_Gladkov

Kiedy dzwoni telefon, być może już to przeczuwasz, już wiesz. I dzieje się dziwnie, bo choć przecież się przygotowywałeś, nigdy nie jesteś gotowy na takie rozstanie. A może wcale się tego nie spodziewałeś, może ta wiadomość spadła na ciebie nagle, zdarzyła się jak koszmarny przypadek. Umarł ktoś bliski, ktoś kto jeszcze wczoraj uśmiechał się do ciebie i mówił, że życie jest piękne, ale trudne i czasem boli. Ktoś, o kim myślałeś, że będzie „zawsze”, albo że to ty odejdziesz pierwszy. I nagle, choć otoczony bliskimi, zostajesz całkiem sam. Bo nikt ci nie pomoże zrozumieć „dlaczego?”. Nikt nie zabierze od ciebie tej pustki, samotności i bólu.

Cierpisz. Niezależnie od tego, w co wierzysz – tu już go nie zobaczysz. Część ciebie (bo ci, których kochasz zawsze stają się po trochu częścią ciebie) znika, ale nie bezboleśnie, tylko tak, jakby ktoś ją bezlitośnie wyrwał. Fizycznie odczuwasz to całym sobą. Pytasz. Zadajesz tysiące pytań, choć wiesz, że nie ma na nie odpowiedzi. Chcesz się ratować, więc słuchasz innych, zachłannie, starając się odkryć, zrozumieć tajemnicę życia.

Mówią ci: zobacz, tak jest lepiej. „Tam” (gdzieś w innym wymiarze, w innej przestrzeni) jest mu lepiej, on jest już po tej stronie, gdzie nic nie boli, gdzie jest się szczęśliwym. A może bezdusznie powtarzają, że takie jest właśnie życie – ono polega na pożegnaniach z tymi, którzy są nam najbliżsi. Mówią tak i mówią, a ty zaprzeczasz, bo się na to nie zgadasz, bo czujesz się oszukany, okradziony, skrzywdzony. Myślisz, że nie wiesz jak teraz będziesz żyć. Że sobie nie poradzisz, albo że wcale nie chcesz sobie poradzić. Zbuntujesz się, ale nic ci po tym buncie. On już niczego nie zmieni.

Mówią, że ból minie, że wszystko będzie tak, jak dawniej. Ale ty wiesz swoje. Nic już nie będzie jak dawniej, nawet jeśli znów zaczniesz się uśmiechać, znów poczujesz głód i smak ulubionych dań. Nawet jeśli przyjdzie do ciebie miłość.

Nie myśl o tym, jak wiele straciłeś. Że jej/jego już nie ma. Pomyśl o tym, jak wiele dostałeś. Od dziś, już do końca bądź wdzięczny:

Za rozmowy, te niekończące się, długie, te „o wszystkim i o niczym”, o rzeczach ważnych i błahych. O miłościach i smutkach, o szczęściu i o tym, co w życiu się naprawdę liczy. Ile się o sobie dowiedziałeś, ile zrozumiałeś? Na ile łatwiej było ci potem stawić czoło trudnościom i problemom, o których myślałeś, że nigdy im nie sprostasz?

Za uważność, taką, która sprawiała, że chciałeś mówić. Za herbatę z cytryną i ciasto, albo kawę wypitą wspólnie w tej małej kawiarni na rogu.

Za spotkania, podczas których czułeś, że dopóki ten ktoś cię rozumie, wszechświat ma sens.

Za dobro i uśmiech, dzięki któremu wiedziałeś, że byłeś WAŻNY, a twoja obecność sprawia komuś radość.

Za coraz cichsze i słabsze „halo” w słuchawce telefonu, które sprawiało, że nawet będąc daleko, mogłeś się poczuć jak w domu.

Za prezenty, drobne i niespodziewane, kupowane zawsze z myślą o tobie, ale nigdy nie przypadkiem, czy dlatego, że „była taka promocja”.

Za wielki, ścienny kalendarz, na którym na czerwono zaznaczono datę twoich imienin i urodzin, jakby były najważniejszymi datami w całym roku.

Za miłość, przyjaźń, której byś nie poznał gdyby nie on/ona…

Za to, że wiesz kim jesteś, znasz swoje korzenie. Za tysiące opowiedzianych historii o tym jaki byłeś, kiedy byłeś mały i jak wtedy wyglądał cały świat.

I wiesz jeszcze za co?

Za ciche mruczenie do poduszki, gdy było ci źle, za wierność, którą widziałeś w bursztynowych, ufnych oczach.

Bo naprawdę nieważne, czy dziś na ręku umiera ci „tylko” ukochane zwierzę, czy żegnasz się z kimś najbliższym. Istotą radzenia sobie z bólem po stracie tych, których kochamy, jest umiejętność bycia wdzięcznym za to, czego dzięki nim doświadczyłeś.


„To właśnie paradoksalnie te wszystkie nieszczęścia, kłopoty umacniają naszą miłość, bo wystawiona na próby trwa…”. Akcja „Napisz nam swoją historię”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
14 września 2017
Fot. iStock / Mustello
Fot. iStock / Mustello

Odniosłam sukces, i to nie jeden – od założenia rodziny poprzez uratowanie sobie życia.

Sama znalazłam sobie lek (import docelowy, bo drogi) gdy lekarze zostawili mnie bez szans- kazałam się nim leczyć i gdy lekarze zobaczyli skutek-białkomocz z 29 g spadł na 1 g- zaczęli leczyć innych.

Gdy zapytałam dlaczego nefrolodzy nie szukali sami, doktor odpowiedziała „musimy leczyć schematami”. Sama doktor odsyłała do mnie pacjentów, bym powiedziała im o leku i procedurach.

Przemian przeszłam wiele; i nie chodzi tu nawet o wygląd (75 kg, potem tony sterydów i chemii- 160 kg, po śpiączce cukrzycowej schudłam 50 kg w ciągu 7 miesięcy. Dietetyczka nie umiała jej ustawić diety ( warzywa nie -za wysoki potas;  nabiał nie- mocznik i kwas moczowy itd). Sama obmyśliłam sobie dietę i byłam inspiracją dla innych).

Ale psychicznie też mnie życie przeczołgało.

Mimo, że sama podpierałam się nosem u nas zawsze jest dom otwarty-każdy może przyjść po pomoc, przespać się, dostanie jeść. Koledzy syna ze studiów z dalekich miejscowości zawsze u nas mają przystań.

Działałam też w fundacji a gdy fundacja się rozpadła mimo wszystko postarałam się, by przez kolejne lata (i do dziś stoją) były dystrybutory z wodą na oddziałach nefrologii dorosłej i dziecięcej.

Mam duże poczucie humoru i dystans do siebie.

Nawet gdy ważyłam 160 kg mówiłam- taka żona to skarb, zimą ogrzeje, latem duży cień daje. Gdy przytyłam, byłam obrzęknięta mówiłam, że przynajmniej zmarszczek nie widać.

A było ciężko.

W naszym życiu było i jest wiele bardzo,bardzo trudnych sytuacji; i to takich prawie bez wyjścia. Byliśmy w wielkich tarapatach życiowych, finansowych, zdrowotnych; przeszliśmy biedę z nędzą i otarliśmy się trzykrotnie o śmierć. Utrapień, problemów nam los nie szczędził.

Największą zakałą byli teściowie; a teściowa po dziś uprzykrza nam życie- mój mąż spotyka się z nią tylko w sądzie. Te klasyczne dowcipy o wrednej teściowej to pikuś w porównaniu z tym co oni zgotowali nam.

Teść już nie żyje a teściowa jest tak zapamiętała w swej nienawiści, że mąż spotyka się z nią tylko w sądzie. Ona jest weteranką,bo całe życie z kimś się sądzi a dla nas to nowość. Wie jaką mamy ciężką sytuację, ale chyba postawiła sobie za punkt honoru i wykrzyczała mężowi „ja cie zmusze do alimentacji”.

Mimo trudnego życia staram się być dzielna!

Tak jak moja mama.

Moja mama – życiorys na scenariusz  oskarowego filmu. To co ona przeszła…

Wychowała się w koszmarnej biedzie. Najstarsza z rodzeństwa zawsze „ciągnęła” za sobą pozostałych. Opiekuńcza altruistka a wyszła za mąż za rozpieszczonego, najmłodszego synusia swoich rodziców. Totalna porażka- alkoholik, bon vivant, chociaż wykształcony, mądry. Babcia (jego matka) gdy przyjeżdżała do rodziców witała się z mamą i mną bardzo serdecznie a do ojca mówiła „ty s…… chociaż ja sobie nie mam nic do zarzucenia”. Babcia miała wiele zgryzot umarła zanim ją dobrze zapamiętałam; ale teściową mama miała wspaniałą (pewnie dlatego ja mam z piekła rodem, bo to co drugie pokolenie tak jest).

Przyszedł taki rok przełomowy w mamy życiu, że nie raz myślałam, że  gdyby mnie to spotkał to bym się powiesiła. Na przestrzeni roku zmarły jej 3 najbliższe osoby: we wrześniu zginął w wypadku mój wujek, w grudniu zmarła moja babcia a w maju mój wspaniały dziadek. Okazało się,że ja jestem nieuleczalnie chora i rozwiodła się z mężem tyranem i alkoholikiem. Poszłyśmy na stancję tylko z ciuchami. Zaczęłyśmy od nowa. Mama dodatkowe prace. Padała na nos i szukała dla mnie ratunku.

Nie wiem kto, by tyle wytrzymał.

Sama do wszystkiego doszła.

Po 37 latach poszła na emeryturę a ZUS zażyczył sobie na piśmie oświadczenie z zakładu pracy, że ten pracownik istotnie nigdy nie korzystał ze zwolnienia lekarskiego. Nie wierzyli. Zamiast gratyfikacji szukanie dziury w całym. A mam zawsze była sumienna- jak to księgowa. Gdy koleżanki „zgubiły” jakąś kwotę mam brała wydruk i od razu znajdowała. Taka w życiu jak i w pracy.

Żyje skromnie i zawsze współczuje wszystkim wkoło, rozdaje, pomaga. Cichutka, suchutka, malutka a takie ogromne serce i hart ducha!

Wychowała mnie na ludzi.

Bóg zapłać Jej za to.

Wychowałam i ja wspaniałego, mądrego syna.

Mam wyrzuty, że materialnie nie zapewniliśmy mu takiego dzieciństwa jak inne dzieci miały,ale staraliśmy się mu dać jak najwięcej miłości,ciepła, zrozumienia. Jesteśmy bardzo ze sobą związani- takich dwóch jak nas trzech to nie ma ani jednego!

W najgorszym okresie,gdy ciągle byłam hospitalizowana syn miał 2 lata po kolei średnią 6,0 ! W historii szkoły takiego przypadku nie było.

Są matki dumne z siebie, że robią karierą i wychowują dziecko.

Dlaczego od razu kariera?

Są inne sytuacje losowe, cięższe, poważniejsze niż robienie kariery a dziecko trzeba dobrze wychować, wpoić mu dobre wartości, umożliwić prawidłowy rozwój fizyczny i intelektualny.

Nie mają tu znaczenia ani pieniądze ani miejsce urodzenia.

To zawsze deprecjonujecie innych rodziców, którzy nie robią kariery a co za tym idzie wielkich pieniędzy a mimo to wychowują dzieci na dobrych, mądrych ludzi.

Można wychować dziecko bez pieniędzy ale nie bez miłości i akceptacji.

Niczego tak w życiu bardzo pragnęliśmy jak dziecka.

Na 3 roku studiów stara doświadczona nefrolog powiedziała żonie “jeśli masz zajść w ciąże to już, bo potem będziesz żałować; póki jesteś młoda”. I po zimowej sesji 10 marca począł się!!!

Mieliśmy kłopoty zdrowotne, ale jak mówił studentom przy porodzie lekarz witający Bartusia na świecie “to jest cud; byłem pewien, że nerki staną”.

I co!? Co mam być…. Wiara czyni cuda; kiedy się czegoś bardzo chce cały wszechświat….

A straszyli nas lekarze… “lepiej nie, bo staną nerki, bo nie wiadomo będzie kogo ratować”; do “męża:żebyś nie musiał wybierać między żoną a dzieckiem”.

Gdy Bartuś się urodził byliśmy przeszczęśliwi. To wtedy pierwszy raz w życiu mąż upiekł ciasto i przyniósł mi do szpitala :)

Nerczyca, cukrzyca, Hashimoto wielopoziomowa dyskopatia i parę innych dodatków w tym masakryczna teściowa.

Dziecko mamy wspaniałe, odchowane, sposobi się do doktoratu, pisze prace o eksfoliacji form ekspitacjalnych z kropkami kwantowymi (nauczyła się w końcu tytułu pracy) i bywa na konferencjach w różnych krajach.

Duma nas rozpiera!

Bardzo dużo czasu spędzaliśmy na zabawach, wycieczkach- wspólnie we troje.

Wiele zabawek robiliśmy sami- takie mieliśmy realia materialne.

Ze mną Bartuś robił wszystkie zabawki na choinkę, makiety miasteczek z przeróżnych pudełek, wielkie plakaty farbami, własne gry planszowe, reguły ortograficzne,historyczne i matematyczne na wielkich szarych papierach; i wiele innych. Zbieraliśmy grzyby, nawlekaliśmy poziomki na długą trawę, łowiliśmy ryby, robiliśmy ludziki z żołędzi i  kasztanów, korale z jarzębiny.

Wspólnie piekliśmy i gotowaliśmy; blok, szyszki z ryżu preparowanego, makagigi i kopytka w różnych kształtach, wycinane foremkami, by się kartofle nie znudziły.

Bartek do dziś robi najlepsze chaczapuri nauczył wszystkich kolegów-studentów, bo to pyszne, tanie i sycące.

Każdy grosz ściboliliśmy na wyjazd. Mieliśmy system i na zbieranie pieniążków, suchego prowiantu, puszek.

Da się oszczędzić!

Jakkolwiek brzmi to trywialnie to podróże kształcą. Uważamy, że rozwój Bartusia byłby niepełny bez naszego szwędania się po Polsce i Europie.

Uczył się oszczędzania, języków, obyczajów, historii i geografii w najlepszy sposób. Zawsze czuwałam nad jego wychowaniem, edukacją.

Najbliższą okolicę, region zna dobrze łącznie z legendami. Do dzisiaj się ludzie dziwią ciekawostkom jakie znamy. A to nie sztuka pojechać kajśtam i leżeć na basenie, plaży.

To fascynujące gdy dzieci różnych narodowości bawią się razem- w chowanego, planszówki, które zawsze zabieramy ze sobą- i porozumiewają się bez problemów; każde liczy w swoim języku, kłócą się, śmieją, częstują swojskimi smakołykami. Mamy takie przyjaźnie, które trwają już latami- od maluszka a już był pierwszy ślub w Chorwacji, będzie za 2 lata u nas i we Francji. To jest radość!

Mamy w naszym regionie “NAJ”- Radecznica jedyne miejsce na świecie gdzie ukazał się św.Antoni, Kryłów jedyne miejsce w Europie gdzie na rzece granicznej jest wyspa a na niej ruiny zamku, Tyszowce jedyne miejsce na świecie gdzie robią 5 metrowe świece.

Podziwiamy cały świat, ale dumni jesteśmy i z naszego podwórka.

Patriotyzm tak niemodny dziś trzeba zaszczepiać od małego; nie ma tożsamości to zawsze będzie czegoś brakować.

Przekazuję mu prawdy o życiu, wiedzę historyczną, wartości moralne.

Dbam zawsze o to by Bartek był mądry ale i skromny i by nigdy nie czuł się gorszy, głupszy, by znał swoją wartość; ma zaplecze.

Jeśli nie wygram na loterii to nie mam szans wesprzeć go finansowo, ale to co sama wiem, rozumiem przekazuję mu od serca; wiedzę, umiejętności, spostrzeżenia.

Wspieram, akceptuję, kocham; to ważniejsze niż nowy komputer.

Bartuś jest od zawsze zawsze mądry, błyskotliwy- ale tak każdy rodzic powie o swoim dziecku. Sam w 4 klasie doszedł do wniosku- po co mam siedzieć i kuć w domu jak wystarczy uważać na lekcji a potem powtórzyć. Wolał w to miejsce przychodzić codziennie do mnie do szpitala.

Nie zawsze miałam czas czy siłę, ale starałam się, by nasze wspólne chwile były bardzo wesołe i owocne.

Nigdy w życiu Bartek nie miał z niczego korepetycji.

Sama nauczyłam go języka angielskiego i podstaw rosyjskiego. Nauczyłam go grać na keybordzie i flecie.

Nauczyłam syna zaradności i wrażliwości.

Bartek ma takie wspomnienie z dzieciństwa, że mama dzwoniła po muzeach gdzie są bezpłatne wejścia.

Radziliśmy sobie jak mogliśmy.

Gdy jeszcze pracowałam i Bartuś musiał czasami sam posiedzieć w domu wymyśliłam taki system- to radzimy wszystkim znajomym. To był czas gdy wchodziły komputery. Bartuś mógł grać w gierki, ale najpierw musiał zawsze zrobić jakiś program edukacyjny. To wchodziło w nawyk; włączam komputer i najpierw się uczę przez zabawę a potem bawię się dla relaksu.

Mimo wielu trudów życiowych udało się!

Trzy razy byłam już na skraju życia, ale zawsze Bartek! dla Bartka!, co moje dziecko zrobi beze mnie!?.

Jestem bardzo, nieuleczalnie chora i ciągle dochodzą mi kolejne choroby w wyniku choroby podstawowej.

A szpital to powszedniość… Na oddziale mówią na nas papużki-nierozłączki. Chemie, operacje. 2 razy stawały mi nerki; ciśnienie nie do zbicia; wypróbowali na mnie wszystko i w końcu powiedzieli, że nie ma mnie czym leczyć. Doszła śpiączka cukrzycowa.

Ludzie tak szkalują czasem lekarzy a gdy ze mną było tragicznie doktor zamówiła za mnie mszę w szpitalnej kaplicy.

Mąż poszedł do spowiedzi i nie dostał rozgrzeszenia. Nawet ksiądz przeciwko nam!

Nie dał, bo nie był u spowiedzi od 6 miesięcy w tym na Boże Narodzenie („jak ty usiadłeś do wieczerzy wigilijnej!”). Zapytał dlaczego teraz przyszedł, powiedział,że żona jest w krytycznym stanie a on „tak, dopiero jak ci źle to pamiętasz o bogu!” i wygonił go bez rozgrzeszenia…. Straszne to było. Ale przezwyciężyliśmy i to.

Troszczy się o mnie mąż jak potrafi.

Pielęgnuję mnie i naszą miłość.

Prócz tylu somatycznych a właściwie w ich wyniku dała mi się we znaki też depresja. Wierzcie mi, że to straszna choroba. Żadna somatyczna nie może się z nią równać; dusza wyła….

Dajemy radę!

Doszedł też syndrom opuszczonego gniazda… Staramy się radzić sobie. Staramy się odrywać od codzienności. Staramy się umilać sobie życie i nie absorbować świata.

Ciężko koszmarnie było; bardzo źle bywa, ale nie ma takiej siły,by nas rozdzieliła. Tak jak przyrzekaliśmy – razem zawsze, do końca.

To właśnie paradoksalnie te wszystkie nieszczęścia, kłopoty umacniają naszą miłość, bo wystawiona na próby trwa i chociaż to niemożliwe, że może być większa rośnie,wzmacnia się.

To jak żołnierze w boju; staramy się być dzielni, odważni, nie straszne nam nic. Żaden kryzys nam nie straszny! Pokonamy wszystko i wszystkich byle być razem. Jak najdłużej!

 

Akcja „Napisz nam swoją historię”

Przez cały miesiąc będziemy czekać na wasze historie pod adresem kontakt@ohme.pl. Będzie nam niezmiernie miło, gdy zechcecie się podzielić tym, co wam w duszy gra. Co was boli, a co cieszy, kim jesteście i gdzie byście chciały być. Najciekawsze z historii opublikujemy na łamach portalu, a najlepsze z nich nagrodzimy.

Prosimy o dołączenie do wiadomości poniższego oświadczenia:

Oświadczam, że jestem autorem nadesłanej pracy konkursowej oraz wyrażam zgodę na jej publikację przez portal Oh!me.
Wyrażam zgodę na wykorzystanie i przetwarzanie przez Organizatora swoich danych osobowych uzyskanych w związku z organizacją Konkursu, wyłącznie na potrzeby organizowanego Konkursu, zgodnie z przepisami Ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (Dz. U. z 2002 r., Nr 101, poz. 926 z późn. zm.).

Nagrody:

10 x zestaw 7 dwufazowych ampułek POWER EFFECT Bi-Phase serum od KLAPP Cosmetics, idealny jako 7-dniowa intensywna kuracja

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe


10 x zestaw kosmetyków Kneipp® – W HARMONII Z NATURĄ, składający się z:

Bestseller marki Kneipp®BIO-Olejek do ciała,

BioOel_100ml_Pl_hi_40

Kneipp®Balsam pod prysznic Kwiat migdała Jedwabna skóra,

BC_PSD0308Duschbalsam_Mandelbluete102_hi_40

Kneipp®Olejek do ciała Kwiat migdała Jedwabna skóra,

Hautoel_Mandel_100ml_Pl_hi_40

Kneipp®Olejek do kąpieli Kwiat migdała Jedwabna skóra,

Oelbad_Mandel_20ml_Pl_hi_40


8 x egzemplarz książki „Projekt: Związek”

To książka, która ukazuje wszystko to co ważne i poważne w naszym związku w formie komiksu. Fantastyczna lektura, w której temat najważniejszej dla nas relacji potraktowano w nietuzinkowy sposób.

projekt zwiazek druk


10 x film „Azyl” na nośniku DVD

FILMOSTRADA_logo_bez_tla

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

W Polsce, w 1939 roku, Antonina Żabińska (dwukrotnie nominowana do Oscara ® Jessica Chastain) i jej mąż, z powodzeniem zarządzają warszawskim ZOO, gdzie mieszkają wraz z rodziną w idyllicznych warunkach. Jednak ich świat wali się w gruzy, gdy hitlerowcy napadają na Polskę, a oni zostają podporządkowani przybyłemu z Rzeszy zoologowi (Daniel Brühl). Dla odzyskania wszystkiego co stracili, Żabińscy ryzykują życiem, podejmując współpracę z ruchem oporu, wykorzystując klatki i sekretne tunele ZOO do ratowania ludzi przed okrucieństwem nazistów.

To jedna z takich historii, o które kino musiało się upomnieć. Poruszająca filmowa opowieść, która wydarzyła się naprawdę. Antonina Żabińska, żona dyrektora warszawskiego zoo, wspólnie z mężem, Janem, ukrywali podczas II wojny światowej dziesiątki Żydów. Osobiście wydostawali ich z getta i pomagali przetrwać w opustoszałych murach ogrodu zoologicznego. Niektórzy ukrywani byli w miejscach przeznaczonych dla zwierząt, inni w willi Żabińskich. W 1965 roku Jan i Antonina Żabińscy zostali odznaczeni przez instytut Jad Waszem tytułem Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Scenariusz filmu powstał w oparciu o wstrząsającą książkę Diane Ackerman „Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim zoo”.

O samej Antoninie mówiono, że była nie tylko piękną kobietą, ale także mądrym, dobrym, odważnym człowiekiem, który dobro innych stawiał nad własne bezpieczeństwo. W roli Antoniny zobaczymy dwukrotnie nominowaną do Oscara Jessicę Chastain. W pozostałych rolach m.in.: Johan Hendelbergh (w roli Jana Żabińskiego) i Daniel Brühl.

Czas trwania akcji: 05.09.2017 – 05.10.2017 roku. Wyniki zostaną opublikowane na www.ohme.pl do dnia 15.10.2017.

Regulamin akcji dostępny jest tutaj.


Im mniej, tym więcej. Dlaczego warto postawić na minimalizm?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
13 września 2017
Fot. iStock/wundervisuals
Fot. iStock/wundervisuals

Nie bez powodu mówi się, że porządek w domu skutkuje porządkiem w głowie. Nadmiar rzeczy i przedmiotów wprowadza do naszego życia przepych i chaos. Trudno więc odnaleźć harmonię i wewnętrzny spokój ducha, gdy czujemy się przytłoczeni. Mowa tu nie tylko o niepotrzebnych dobrach materialnych, ale także o toksycznych znajomościach czy niekończącej się liczbie spraw do załatwienia. Czy minimalizm może być sposobem na szczęście?

Wielu z nas minimalizm kojarzy się z ascetycznym stylem życia. Tymczasem dla osób, które zdecydowały się pójść tą drogą, minimalizm oznacza świadome kupowanie produktów i nawiązywanie relacji. Jest filozofią życia, która zakłada, że przeorganizowanie otoczenia, ułatwia uporządkowanie całego życia – również sfery emocjonalnej. Co ciekawe, staje się coraz popularniejsza wśród osób młodych, które wychowane zostały w czasach konsumpcjonizmu.

Nie mam się w co ubrać

Mąż Karoliny zawsze narzekał na jej zakupoholizm. – Oboje dobrze zarabialiśmy, więc kupowałam wszystko, na co miałam ochotę. Buty, torebki, kosmetyki, nowe dodatki do mieszkania, garnki, bibeloty i inne pierdoły. Bardzo lubiłam też okazje i promocje – opowiada. Wszystko się zmieniło, gdy urodziła dziecko, a w mieszkaniu pojawiły się dziecięce ubrania i akcesoria. Wtedy zrozumiała, że w domu jest po prostu wszystkiego za dużo. W rozmowie z mężem żartowała, że czas chyba wybudować dom, ale szybko wybił jej ten pomysł z głowy. – Po prostu musiałam części rzeczy się pozbyć. I to z bólem serca – wspomina. Już w trakcie porządków w szafie zrozumiała jednak, jak wiele niepotrzebnych rzeczy nagromadziła. Dysponowała czterdziestoma sukienkami, a i tak „nie miała w co się ubrać”.

Część rzeczy oddała, inne wyrzuciła lub sprzedała. Zmiany w życiu wprowadzała stopniowo, trwało to miesiącami. Oprócz pozbywania się przedmiotów, zaczęła też analizować to, co kupuje. Gdy spodobały jej się buty na wystawie, dawała sobie 5 dni na decyzję. Przez ten czas mogła zastanowić się, czy faktycznie ich potrzebuje, czy są warte swojej ceny i czy nadal tak bardzo jej się podobają. Jak twierdzi, w 99 proc. sytuacji ostatecznie rezygnowała z zachcianki. – Moja rada? Rób dokładne listy zakupów. Ale nie tylko tych spożywczych. Zapisuj też swoje fanaberie. Jestem przekonana, że po kilku tygodniach część z nich sama wykreślisz – twierdzi Karolina, która zakupami wynagradzała sobie sukcesy i porażki. Szacuje też, że ilość dóbr materialnych w swoim otoczeniu zredukowała o 50 proc.

Posiadanie jako cel w życiu

U Izy było nieco inaczej. Pochodzi z biednej rodziny, gdzie nigdy się nie przelewało. Celem jej życia szybko stało się „posiadanie”. Dzięki ciężkiej pracy udało jej się osiągnąć wysokie stanowisko. Nadrabiała więc wszystkie braki z dzieciństwa. Przecież w końcu mogła sobie pozwolić na drogie ubrania, buty, perfumy. W jej mieszkaniu nie brakowało stylowych mebli i dodatków. Nie narzekała również na brak towarzystwa – w jej blasku chciało się skąpać wiele osób. Wszystkie te relacje były mniej lub bardziej toksyczne. Ciągle też pracowała od świtu do nocy, by regularnie spłacać kredyt hipoteczny. – Wpadłam w matnię. Tylko pracowałam i wydawałam pieniądze. Miałam mnóstwo rupieci, które wcale mnie nie cieszyły. Byłam przytłoczona obowiązkami i wtedy wpadła mi w ręce książka „Magia olewania” Sarah Knight. Po jej przeczytaniu zaczęłam interesować się minimalizmem – opowiada Iza.

W odróżnieniu od Karoliny, Iza najpierw zaczęła porządkować swoje życie emocjonalne. Przeanalizowała listę znajomych i odrzuciła ludzi, za którymi nie przepada oraz energetycznych wampirów czy osoby, z którymi rzadko się kontaktuje. Później zastanowiła się nad dodatkowymi zleceniami, które wykonuje po pracy – czy faktycznie są potrzebne? Gdzie podział się czas na jej pasje i zainteresowania? Porządkowanie przestrzeni wokół nastąpiło na samym końcu i było dla niej zdecydowanie najtrudniejsze. – Wzięłam wolne w pracy. Chciałam rozprawić się ze wszystkim jednego dnia. Wszystkie swoje ubrania i dodatki rozłożyłam na łóżku i zaczęłam segregować – opowiada. Ponad połowa jej szały trafiła na aukcje w internecie.

Wolność wyboru

Karolina i Iza doszły do temu samego punktu, choć obie różnymi drogami. Obie w pewnym momencie zrozumiały, że w ich życiu czegoś jest za dużo – rzeczy, problemów, ludzi, obowiązków. – Moja mama mówiła, że porządek łatwiej jest utrzymywać niż go robić. Myślę, że to dotyczy też głowy. Pozbycie się nadmiaru rzeczy uczyniło mnie jednocześnie wolną. Minimalizm, który ja praktykuję, pozwala mi swobodnie decydować o tym, co i kto znajduje się wokół mnie – wyjaśnia Karolina.

Zdaniem Izy, podążanie za wszystkimi trendami, sprawiło, że zapomniała kim jest i czego od życia oczekuje. Przedmioty, które przez ostatnie lata nagromadziła, symbolizowały jej kompleksy. Dziś buduje swoje „JA” od nowa. – Oczywiście, że kupuję czasem ubrania i gadżety. Teraz jednak robię to w pełni świadomie. Nie wiem, ile mam przedmiotów osobistych. Na pewno mniej niż kiedyś, ale więcej niż 100, jak to się czasem mówi. I nie, nie spakuję całego swojego dobytku do jednej czy dwóch walizek – mówi Iza.

Karolina i Iza niczym nie są przesadnie oszczędne. Nie przeliczają każdego grosza. Żadna z dziewczyn nie wyrzekła się dóbr materialnych. Żadna też nie odmawia sobie drobnych przyjemności. Każda na swój sposób dojrzała jedynie do ich redukowania. Wtedy bowiem smakują lepiej. Nadmiar i przesyt tego, co materialne prowadził do nudy. Teraz stawiają na jakość, dzięki czemu ich doznania zyskują na intensywności. W każdej dziedzinie. Zyskały też czas. Dla bliskich i dla siebie. Na realizację swoich pasji i marzeń. Bo wspomnienia są cenniejsze niż nowe sukienki.

 


Zobacz także

Fot. iStock / Martinan

Sprawdź, czy przyjmujesz zmiany z otwartymi ramionami [QUIZ]

Fot. iStock/piskunov

Bądź jak homar… Bo z każdej, nawet beznadziejnej wydawałoby się sytuacji, jest wyjście

Fot. iStock/Geber86

Co zrobić, żeby poranek był przyjemny? Wprowadź tych kilka prostych czynności