Portret Zaskoczonej

Poli Ann
Poli Ann
24 kwietnia 2019
Fot. iStock / martin-dm
 
Dawno mi tak szczęka nie opadła jak dziś. Każdego dnia dzieją się rzeczy, które wołają o pomstę do nieba, ale w dniu dzisiejszym Jowita to mnie zaskoczyła. I nie będę tu prawić o sytuacjach politycznych, tylko o supermarketowych. Znów (sic!). A kto mi zabroni?

A zatem, Jowita wpadła mąki pożyczyć, bo jej się skończyła, a naleśników chciała dzieciakom nasmażyć. A że ja zawsze przygotowana jak na wojnę to sąsiadkę w biedzie poratuję, żeby tylko dziatwa, rozbrykana trójka płci męskiej mówiąc dokładnie, głodem nie przymierała. 

Więc Jowita stoi u mnie w przedpokoju, nerwowa jakaś taka i nieswoja. Zastanawiam co się dzieje. 

Siku chce? Dzieci przyłapały ją z mężem na amorach?

W robocie coś nie tego?

Czy zawał serca się nie daj Boże zbliża?

A ona zapomina o mące i głodnych dzieciach (wyrodna) i zaczyna opowieść jak to się do znanego supermarketu wybrała. Z samego rana, bo obiecała teściowej jakiś mikser kupić, który będzie tego dnia w super atrakcyjnej cenie. I żeby kobiecina się autobusem nie tłukła, miksera nie dźwigała to Jowita obiecała podjechać po ten cud techniki. Kwadrans przed siódmą zajechała nie spiesząc się wcale i ujrzała dziki tłum ludzi przed sklepem. Za darmo rozdają? No niestety nie. Ustawiła się więc w kolejce, nasłuchała rozmów motywujących do biegu, że trzeba szybko wpaść i od razu w lewo, bo tam zawsze promocje ustawiają.

A że Jowita ma problem z biegami na orientację to jak wrota supermarketu się otwarły, pobiegła w odwrotną stronę niemal przywracając się o pudła, w których (o cudzie!!!) stały upragnione miksery. Jakaż była radość Jowity. Trafiony zatopiony. Schyliła się zatem po skarb czując już zakwasy w udach od morderczego biegu, a tu nagle ktoś chwyta za pudło (niemałych wcale rozmiarów, i pudło i ten ktoś) i bardzo niełagodnym głosem wrzeszczy: „Oddawaj!” Jowita aż spąsowiała w trakcie relacjonowania mi tejże traumatycznej akcji, a mi szczęka opadła. Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać, ale jako że instynkt samozachowawczy posiadam to podjęłam decyzję, że śmiech zdrowszy, więc ryknęłam jak dzika (locha raczej). 

Jowita jest niewysoka, do chudych nie należy, a że była w dresach, nieumalowana to zachowała się jak na dresa przystoi (nie ujmując nic absolutnie amatorom dresów zaznaczam, zachowanie dresowe mam tu raczej na myśli, gwoli ścisłości). Francję elegancję postanowiła schować do kieszeni owych starych, spranych dresów i warknęła: „Bo co?”. I może by się jegomość do rękoczynów posunął, gdyby nie inny klient obok się zrezygnowany przechadzający, który ostudził gniew agresora mówiąc, że też wychodzi z niczym, żona go ukatrupi pewnie, ale porażkę zniesie po męsku i to samo jemu radzi. A w promocji przypomina mu, że chyba kolega dobre wychowanie na parkingu pod sklepem zostawił i lepiej niech szybko po nie wraca, bo wstyd rodowi męskiemu przynosi. Tamten coś odburknął, ale nic w klimacie „przepraszam”, raczej kury przez wu. Rozejrzał się jeszcze, czy może gdzieś jakiegoś słabszego osobnika nie upoluje, ale nie zobaczywszy nikogo, wyszedł faktycznie, ale raczej nie w poszukiwaniu dobrego zachowania.

Jowita trofeum zdobyła, teściowa szczęśliwa i nieświadoma traumy jaką synowa przeżyła o 7.03 tegoż ranka zaskoczona butą i agresją innego myśliwego, który na łowy przybiegł. 

Stoimy więc w tym przedpokoju, bo Jowita się spieszy do głodnej gromadki, ale wciąż obie uwierzyć nie możemy, że takie sytuacje naprawdę mają miejsce. Rozumiem gdyby chodziło o przetrwanie. Czytałam dużo literatury obozowej, „Pianistę” i tym podobne filmy oglądałam, i tam w obliczu śmierci często głodowej, jestem w stanie spróbować (i tylko spróbować) zrozumieć zwierzęce zachowania ludzi.

Ale w supermarkecie???!!! Ludzie kochani. Jowita poszła smażyć te naleśniki, ciśnienie mi podniosła, bo w głowie się nie mieści do czego jesteśmy zdolni w imię dóbr materialnych. Ja pierdzielę, żeby sobie do oczu skakać, siłą brać? O leki dla chorego dziecka też bym pewnie jak lwica walczyła, ale nie o mikser do cholery!!! A najlepsze jest to, że następnego dnia Jowita wysłała mi link na allegro, gdzie ten wspaniały cud techniki mogę sobie bezstresowo kupić siedząc wygodnie we własnym fotelu czy na sedesie nawet i to o całe 13.50 zł taniej, dodam, że z przesyłką!!!


Portret Zakazanej Miłości

Poli Ann
Poli Ann
30 kwietnia 2019
Fot. iStock / ArtMarie
 

Zakazane 

Tomek jest w klasie maturalnej. Wysoki, dobrze zbudowany. Lekki zarost na brodzie. Przystojny. Nieskazitelnie niebieskie oczy. Trochę butny. W klasie matematycznej prym wiodą chłopcy. Są inteligentni, ale jak lekcja im się nie spodoba to potrafią swoimi komentarzami ją rozwalić. Nie jeden raz nauczycielki wychodziły z płaczem lub z podniesionym ciśnieniem. Tomek jest zawsze uprzejmy. Nie przeklina, nie mówi świńskich żartów. Jest mistrzem cynizmu. Potrafi dopiec tak, że w pięty pójdzie.

W trzeciej klasie przyszła nowa matematyczka. Młoda. Atrakcyjna. Krótkie włosy. Duże brązowe oczy. Drobna. Nie różni się od uczennic. Maluje się lekko. Chodzi zawsze w trampkach. Białych Conversach. Do tego dżinsy, T-shirt lub koszula. Czasem obcisła spódnica za kolano. I duża torba. Uwielbia kolczyki. Codziennie chyba zakłada inne. Tomek doliczył się na razie dwudziestu pięciu par.

Nie spodobała mu się od razu. Zresztą nie patrzył na nią jak na kobietę. Była nauczycielką. Surową matematyczką. Tłumaczyła świetnie.

Spotkał ją kiedyś w parku. To był początek października. Było rano. Biegała. On właśnie kończył swój trening. Ukłonił się, a ona zawsze radosna zaśmiała się, że ją przyłapał bez makijażu na gorącym uczynku. I pobiegła dalej wkładając słuchawki do uszu.

Od tego momentu widział w niej kobietę. ZAKAZANĄ. Jakby założył okulary i na nowo postrzegał świat. Wydała mu się taka śliczna. Trochę potargana. Miała ładny dres. Fioletowy z niebieskimi wstawkami. I żółte adidasy. Chyba tylko błyszczyk miała na ustach. Zapamiętał każdy szczegół. Trafiło go nagle to ZAKAZANE. Bez powodu.

W szkole pokerowa twarz, na lekcji matematyki uważny. Żartował mniej. Nie prowokował chłopaków swoimi komentarzami. Atmosfera zrobiła się naprawdę przyjemna. Pilnował się, patrzył na nią z zachwytem, zgłaszał do najtrudniejszych zadań, ale nie po to, by zdobyć ocenę. Chciał widzieć jak marszczy nos, uśmiecha się lub skupiona tłumaczy klasie prawdopodobieństwo. Zakochał się pierwszy raz. Miał pełno koleżanek, adoratorek też. Każda wydawała mu się głupia. Pani Profesor była inna. Zafascynowała go ta ZAKAZANA. Szukał jej profilu na fejsie. Znalazł, ale był zablokowany. Tylko imię i nazwisko, zdjęcie z daleka tyłem. Poznał ją od razu, bo była przecież taka szczuplutka. Przypatrywał się jej codziennie. Wiedział doskonale jak wygląda, że ma długie nogi. Krągłą pupę, cienką talię, kształtne łydki. I te Conversy. Znak rozpoznawczy.

Pierwszy raz przytulił ją na klasowej wigilii. Klasa ją zaprosiła, bo pani Profesor nie miała wychowawstwa. W sumie to on delikatnie to zasugerował, a dziewczyny podchwyciły temat. Wszyscy wszystkich przytulali, pani Profesor z uczennicami się ściskała, z chłopakami była na dystans. Sam ją bardzo delikatnie objął, była taka drobna. Ginęła w jego ramionach. Pogroziła mu palcem, a on zażartował, że przecież biegają prawie razem i że to takie braterskie życzenia. Uśmiechnęła się, ale oczy miała smutne. Miał taką ochotę mocniej ją przytulić, a gdy rozwiązała się jej sznurówka to prawie się schylił, by ją jej zawiązać. Opamiętał się jednak. Był uczniem przecież, a ona nauczycielem. ZAKAZANE. I przytulanie i wiązanie jej trampek.

Na studniówkę przyszła. Znów była taka smutna. Wyglądała pięknie. W białej bluzce, granatowej spódniczce i jaskrawo-żółtych szpilkach. Oczywiście nowe kolczyki. Bomba połączenie. Nawet dziewczyny skomentowały pozytywnie jej stylizację. Marzył, że z nią zatańczy, ale nie zdążył. Gdy wychodziła niespostrzeżenie, dogonił ją na parkingu. Młodzież bawiła się przednio, pod stołami rozlewała trunki, tańczyła na parkiecie. Wymykającego się Tomka nikt nie zauważył. Nie miał partnerki.

Dogonił ją i bezceremonialnie wpakował się do jej auta, zanim zdążyła zablokować drzwi. Była zaskoczona, ale nie zareagowała. Płakała. Drugi raz ją przytulił, a jej tusz rozmazał się na jego koszuli. Nie zrobił nic. Nie próbował podrywu. Ta kobieta miała klasę. Jeden ruch, a wszystko straci. Siedział tak z nią przez godzinę chyba. Płakała wtulona w niego. Kazała mu wracać, ale on tylko powtarzał, że pani Profesor nie może tak prowadzić. Że albo się uspokoi, albo on ją odwiezie. I że ma się nie martwić, on niczego nie będzie pamiętał.

Nie pozwoliła się odwieźć. Pilnowała się, choć dopiero po jakimś czasie przyznała się sama przed sobą, że spojrzała na niego inaczej. Tak jak on na nią, choć to ZAKAZANE tańczyło im w głowach. Po studniówce zachowywali się normalnie. Ona skupiła się na przygotowaniu ich do matury. On pilnie się uczył. Marzył o polibudzie. Musiał dobrze zdać matematykę.

Co jakiś czas widywał ją w parku. Mógłby biegać z nią. Nauczył się jej planu dnia, pamiętał kiedy o której biega, ale nie chciał być nachalny.

Tego wczesnego wieczoru zaskoczyła go. To nie był jej dzień. Powinna biegać jutro. A ona właśnie dziś wybrała się na jogging. Wciąż była smutna. Nie wiedział czemu. Nic o niej nie wiedział, nie mówiła o sobie dużo. Problemy zdrowotne, rodzinne? Choroba? Zero informacji. Kiedy robił kolejne okrążenie i nie minął jej, pomyślał, że skończyła biegać. Ale nie, siedziała na trawie, masując łydkę. Skurcz, bolesny i długi. Podbiegł i odrzucił jej już zmęczone dłonie, i zaczął mocno masować. Zapytał pół żartem pół serio, czy jakiś mąż z krzaków nie wyskoczy i się nim nie zajmie. Zripostowała nagle, że nie wyskoczy po wskoczył w inne krzaki i już kimś się zajął. Wzrok miała szklisty, ale powstrzymała łzy. Zrozumiał skąd ten smutek. Objął ją trzeci raz w życiu i zaprowadził na ławkę. Siedzieli na niej chyba ze trzy godziny. Ona wyrzuciła z siebie wszystko. Historię życia. O nieudanym i krótkim, pochopnie zawartym małżeństwie, o pragnieniu posiadania dziecka, o samotności. On mówił o planach na przyszłość i ojcu, który często zaglądał do kieliszka. Nie wydarzyło się nic, choć tyle mogło. Chemia była wyczuwalna w powietrzu. Gdy niechcący jej dotknął niemal słychać było jak ona drętwieje i wstrzymuje oddech. ZAKAZANE znów tańczyło im w głowie. Odprowadził ją pod blok. Nie zrobił nic. Dała się odprowadzić. Nie zrobiła nic.

W szkole tylko ukradkowe spojrzenia. Żadnego przekraczania granic, choć w głowach tańczyło to, co ZAKAZANE.

Na zakończenie roku kupił jej kosz róż. Nigdy takiego nie dostała. Po raz czwarty w życiu ją przytulił. Zobaczył uśmiech i błysk w oku. Błysk dla niego, który szybko zakryła powiekami. Nie musiała nic mówić. On nie musiał nic mówić. Oboje doskonale wiedzieli, że dzieje się to, co ZAKAZANE.

Po maturze widywali się w parku. Czasem jedno okrążenie razem. To wszystko.

Raz rozmawiali niemal całą noc. Gdy otrzymał wyniki matury. Mówił jej o wynikach i planach. O marzeniach. Wtedy patrzył na nią miękko. Chwycił za dłoń. Pragnął więcej, ale odważył się tylko na trzymanie dłoni. Pragnęła więcej, ale pozwoliła tylko lub aż na tę dłoń. Raz powiedział, że nie jest już jej uczniem. Raz. Powiedziała, że wie, ale nauczycielką jest nadal. Jest starsza, o 9 lat, właśnie wzięła rozwód i nie będzie mu mieszać w życiu. To, co ich mogłoby łączyć, jest przecież ZAKAZANE. Nauczycielka i uczeń. Ona starsza, trochę doświadczona, on młodszy, beztroski.

Straciłaby dobre imię. On zyskałby chwilę sławy, że poderwał nauczycielkę. A potem pewnie rzuciłby ją dla młodszej. Klasyka. Rozbiliby się o codzienność. Z hukiem.

Tomek miał inne zdanie. Mógłby studiować zaocznie, pracować. Mogliby spróbować. Ona szukać innej pracy, on pracy w ogóle. Może kiedyś razem zamieszkać. I odczarować to, co ZAKAZANE. Skończył przecież szkołę, jest pełnoletni, wolny. Ona też bez zobowiązań i wcale nie widać, że jest starsza. Co tu jest ZAKAZANEGO? 9 lat? Jej zawód? A codzienność? Patrząc na matkę i ojca mijających się w kuchni, doskonale wie, że o związek dba się wspólną kawą rano, buziakiem bez okazji, SMS ‚ em w ciągu dnia, wsparciem, gdy coś się wali. Żeby się rozbić o codzienność trzeba się starać. Tak samo jak o to, by się o nią nie roztrzaskać.

Nie odważyła się. Bała się huku. Chciała spokoju. Zaczęła biegać gdzie indziej. Unikała kontaktu. A na wakacje na miesiąc pojechała do rodziny.

Szukał jej bezskutecznie. Próbował całe dwa miesiące. Potem wyjechał do innego miasta na studia.

Kilka razy był w szkole, by ją choć zobaczyć. Pogadali chwilę i uciekała na lekcje. Były tylko spojrzenia, które tyle mówiły. Więcej niż słowa.

Minął rok. Ona w wirze pracy, nadal sama, biegając o nim myśli.

On studiuje, dobrze mu idzie, ma nowych przyjaciół i powodzenie wśród studentek. Nadal jest sam. Biegając zawsze o niej myśli. Obojgu, jemu i jej wciąż im w głowie tańczy to, co ZAKAZANE.


Święta, święta i po świętach

Poli Ann
Poli Ann
23 kwietnia 2019
Fot. iStock / LittleBee80

Święta, święta i po świętach. Tyle roboty, szykowania, zakupów i sprzątania. A tu jak z bicza strzelił. Było i się skończyło. Jeszcze w sobotę podłogi myłam, żur gotowałam, chałupę ustrajałam. Tu gałązki, tam bukszpan i stroiki z jajeczkami. Dziatwę, sztuk dwie plus głowa rodziny, z koszyczkiem z rana do kościoła wyprawiłam, by mieć spokoju trochę. Jeszcze na pieszo im kazałam iść, by pod prysznic wleźć, paznokcie pomalować i może jeszcze maseczkę na zmęczone lico nałożyć. Alem przypomniała sobie, że jeszcze mięsiwo udusić muszę, więc domowe SPA musiało poczekać dobre dwa kwadranse, bo żeberka pokroić trzeba było, przyprawić i w omaście miodowej zanurzyć.

Gdy zadanie wykonałam ochoczo udałam się do łazienki lśniącej tak, że biała rękawiczka Perfekcyjnej Pani Domu pozostałaby bielusieńka. A tu nagle trach! Wody ciepłej brak. Na śmierć zapomniałam, że na dwie godziny mieli wyłączyć. Akurat teraz, kiedy stoję w czyściutkiej łazience tak jak mnie Pan Bóg stworzył! Trudno, trza być twardym nie „miętkim”. Zimnym prysznicem się potraktowałam. Ponoć cellulit zabija. Czy coś zabiło to nie wiem, bo gęsiej skórki dostałam. Orzeźwiłam się, maseczkę błotną nałożyłam, rozłożyłam pilniki i lakiery, by pazury ogarnąć. To był mój czas. Na bóstwo się może nie zrobiłam, ale ogarnęłam przyzwoicie.

Kawę nawet sobie zrobiłam i kontemplowałam ciszę. Jeszcze pół godziny i zacznie się młyn. Dzieciaki wpadną i będą się kłócić o to, co kto je ze święconki. Mąż będzie doglądał garnków i wyjadał po kryjomu. A niebawem nadjedzie reszta familii. Rodzice jedni i drudzy, ciotka Halinka od strony mamy i wujek Jędruś od strony męża. Kuzynka moja jedyna z rodziną na Kanary uciekła wygrzewać się w słońcu, bo świąt rodzinnych ma ponoć po dziurki w nosie i wypięła na nas swoje cztery litery (w sumie to z sześć, bo przytyło się jej ostatnio) zostawiając mnie tym samym samą z przygotowaniem świąt.

I nastała godzina W jak Wielkanoc. Nadjechali szumnie i głośno. Weszli równo, wyperfumowani i wyfryzowani. Z milionem toreb, walizek i siatek. Mamy nagotowały wszystkiego co możliwe, choć tyle razy prosiłam, że nie trzeba. Wujek przywiózł naleweczki, a ciotka Halinka napiekła ciast twierdząc, że przytyć muszę, bo w mieście chude wszystkie te baby jak szczapy, a że chłopaki pojeść lubią, to się nie zmarnuje. Od razu wzięły się dziewczyny za szykowanie. Wujek domył okna, bo coś cholera zauważył (a jak tak szorowałam). Mama doprawiła żur, bo oczywiście posmakować już zdążyła i stwierdziła, że śmietany dodać trzeba. Teściowa natomiast zastawę zaczęła wyjmować, choć mówiłam, że chcę na zwykłych talerzach, tych kwadratowych z Ikea. Dzieciaki już bałagan zdążyły zrobić w swoim pokoju i wyjadły pół święconki nabrudziwszy niemiłosiernie. Kilka minut i armagedon wielkanocny gotowy. Dobrze, że maseczkę zmyć zdążyłam i pazury pomalować na piękny turkus, co ciocia Halinka już po swojemu skomentowała, że czerwień ponadczasowa i elegantsza.

W sobotę jeszcze pokładów cierpliwości mi starcza, w niedzielę już trudniej szczególnie, gdy ciotka budzi wszystkich skoro świt, by na rezurekcję zdążyć. A ja tak marzyłam żeby sobie pospać. Potem dziewczyny, mamy znaczy się, zaczęły wędrować do łazienki, każda po kolei, pospieszając się nawzajem, co by do kościoła wyjść punktualnie. Hitem było pytanie, czyja to szczęka leży przy umywalce. Czy to Bogusi czy Halinki, na co moja matula kochana, rzeczona Bogusia, krzyczy z salonu, że ona swoją już założyła, Zenka przy łóżku leży, a ta w łazience to Jędrusia chyba, bo sama też myślała, że to jej, ale przymierzyła i latała jej trochę…No padłam. Ze zmęczenia, bo to piąta rano była i ze śmiechu. Nie ma co, z taką bandą nudów nie będzie.

Śniadanie było uroczyste, z przemową teścia. Trochę przydługą jak zwykle i starym sucharem na końcu. Stół suto zastawiony, mamy i ciotka o wszystko zadbały mi nie pozwalając się wtrącić w to, jak mają wyglądać święta w moim własnym domu. Szkoda, że to śniadanie dopiero, bo bym se naleweczki strzeliła kropelek kilka albo i kilkanaście. Tak dla kurażu, jak to mój tatuś mawia.

Po śniadaniu znów wycieczka do kościoła, po mszy przez godzinę komentarze tego, co na kazaniu było. Następnie spacer wcale nie taki krótki. Ekipa nie najmłodsza przecież wykazała się kondycją. Dzieciaki styrane były.

Obiad, na który już nie miałam siły ani miejsca w brzuchu, przygotowały znów moje kochane seniorki. Kłócąc się niesamowicie o to, co gdzie postawić, a chłopaki już po cichu popijali naleweczkę wujka Jędrusia. I mi polali kapkę, bo widzieli żem spacyfikowana w swoim domostwie kompletnie.

Wieczorem przy planszówce ponownie nasłuchałam się opowieści, które znam od lat. Mama z tatą znów się poróżnili o to, kiedy się poznali. Mąż mój zasnął w fotelu, a dzieciaki umierały ze śmiechu jak ciotka Halinka opowiadała, ile to razy za mąż wychodziła. Gwoli wyjaśnienia, razy cztery i żaden chłop z nią nie wytrzymał, i na cmentarz uciekał. Bez jej pomocy, dodać trzeba.

W Lany Poniedziałek oczywiście nie pospałam, bo płeć męska tradycji dochować chciała i zmoczyła nas w łóżkach dokumentnie. Jako, że złość piękności szkodzi postanowiłam nerwy na wodzy trzymać. Śniadanie zrobiłam po swojemu, gdy cała gromada uprawiała Śmigus Dyngus robiąc mały potop w łazience. Potem obowiązkowo klasztor, bo tam msza przez Dominikanów prowadzona i znów długi spacer, żeby kalorii trochę spalić i o słabą kondycję młodzieży zadbać. Po obiedzie wszyscy zaczęli się pakować robiąc niemały bałagan i znów śmialiśmy się do rozpuku, gdy ekipa udała się na poszukiwania swojego sztucznego uzębienia. Już bez przymierzania.

Wieczorem, gdy dzieciaki już wykąpane i najedzone, jak bąki leżały w łóżkach, małżonek mój pozmywał naczynia, ja zmęczona usiadłam z nogami wyciągniętymi na szezlongu. Gromada gości jak tornado przebrnęła przez mój dom pozostawiając po sobie rozgardiasz, pełną lodówkę (dziecko Ty tak marnie wyglądasz, zjedzcie sobie wszystko do końca) i na szczęście żadnej szczęki w szklance. Ja zmęczona niemiłosiernie z ilością jedzenia nie do przejedzenia, niewyspana, bo towarzystwo spać nie dało i objedzona (zjedz jeszcze dziecino, taka dobra kiełbaska, pyszny mazurek, smakowity żureczek z jajeczkiem) z zakwasami mięśni brzucha od śmiechu i nóg od spacerów, pomyślałam sobie, że za rok to na święta też ucieknę jak kuzynka moja. Opalę się, odpocznę i wypięknieję. Wypnę na świat cały co się da i stanę się egoistką. Pogrążona w myślach ocknęłam się usłyszawszy dźwięk telefonu. A to kuzynka moja z Kanarów pisała jak to deszcz im leje, hotel paskudny, a żarcie takie, że całą rodzinką toaletę okupują. Toteż zmieniłam front rozważań, co tam opalenizna, drinki z palemką, rewolucje żołądkowe i karaluchy w hotelu. Za rok znów jednak zaproszę rodziców, ciotkę i wujka, bo żadna wycieczka i żadne pieniądze nie zapewnią mi tyle rozrywki (i jedzenia), co moja ekipa.

A za rok kupię im oddzielne kolorowe szklaneczki i podpiszę je własnoręcznie, by nikt z mojej wesołej gromadki swojej szczęki więcej nie zapodział:)