„Mam poczucie, że po raz kolejny biorą nas za debili, których zadowoli dodatkowe 300 złotych na dziecko”. Wokół programu Mama+

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
17 kwietnia 2018
Fot. iStock/drante
 

Ja chyba żyję w jakimś alternatywnym świecie. Naprawdę. Z jaką z kobiet bym nie rozmawiała, to żadna nie przejawia chęci zostania dożywotnio z dzieckiem w domu. Żadna nigdy nie powiedziała, że jej zawód to „Mama”. Jasne, w życiu niektórych z nas przychodzi taki moment, kiedy chcemy zostać w domu, zająć się dzieckiem i cieszymy się, że nas na to stać. Ja dzisiaj zazdroszczę kobietom rocznego macierzyńskiego, bo sama musiałam po czterech miesiącach po porodzie wracać do pracy.

Natomiast nadal nie mogę zrozumieć, dlaczego się na nas – kobiety, patrzy jak na te, które wolą siedzieć w domu z dzieckiem, zamiast się rozwijać, pracować spełniać swoje ambicje i pasje? Drogie panie, naprawdę macie ochotę na taką przyszłość? Obrobić przy dzieciach, ogarnąć dom, pogotować, posprzątać? Ale nie że tak przez tydzień, miesiąc, tylko non stop.

Dlaczego ja o tym? Bo jak czytam propozycje naszego rządu, który wcale nie chce wspierać kobiet, tylko ma swoją wizję polityki prorodzinnej, to krzyczeć mi się chce i walić głową w mur, by ta głupota i w moim mózgu się nie rozgościła.

500+ fajnie. Dobra jest przyznawane, każdy z tego korzysta na swój sposób, choć nadal muszę płacić za zajęcia dodatkowe moich dzieci, których w szkole za darmo nie ma, za dodatkowe lekcje języków obcych i dopiero od niedawna dzieci w szkole nie cisną się na malutkiej sali gimnastycznej, co z 500+ nie ma nic wspólnego.

Naprawdę, zdecydowanie wolałabym, żeby 500+ trafiło do wszystkich w dzieci w postaci darmowych obiadów, bezpłatnych zajęć dodatkowych, dodatkowych miejsce w przedszkolu czy żłobku i to nie prywatnym, gdzie pobyt kosztuje tyle co minimum miesięcznego wynagrodzenia matki.

Okazuje się jednak, że nadal rodzimy za mało dzieci. Więc rząd postanowił nas – kobiety zachęcić do kolejnych porodów mając w planach przyznanie 300 złotych na każde dziecko, które chodzi do szkoły. Poza tym UWAGA – nagrodę za urodzenie szybko drugiego dziecka. Także drogie panie, nie ma co odkładać decyzji. Mamy rodzić, rodzić rodzić. Najlepiej od razu czwórkę, bo wtedy rząd chce nam zapewnić całe 800 złotych na rękę emerytury. Och, co za hojność, prawda? Może myślą, że ta czwórka, jak już spierdzieli za granicę, matkę utrzymywać będzie.

I oczywiście, że projekt 500+ świętuje swoje małe sukcesu, bo dzieci urodziło się więcej, za to aktywność zawodowa kobiet jest najniższa od 19 lat. Bo po co pracować, jak dostanę 500 złotych plus świadczenia z ośrodków opieki społecznej. Wyjdzie z tego dobra pensja, państwo mnie utrzyma. Państwo, czyli wszyscy inni, którzy pracują. Bo nie ma co się oszukiwać, że dodatki idą z naszych podatków. Podatków, które mogłyby być przeznaczone na faktyczną pomoc zarówno dla kobiet, jak i dla dzieci. Tymczasem jesteśmy pazerni na kasę. Jak jeszcze dają za darmo, to wyciągamy po nią rękę, bo czemu nie?

Tyle tylko, że nikt kobiet nie pyta o zdanie. Nie zadaje sobie trudu, żeby z nami porozmawiać – wszystkimi, dowiedzieć się, co jest dla nas trudnością, jakie są nasze oczekiwania, co byśmy zmieniły, gdybyśmy miały taką szansę, by w spokojnych warunkach myśleć o pierwszej czy kolejnej ciąży. Nie, teraz chce nam się włożyć dziecko w brzuch, pokazując, że nasze życie kręci się od początku do końca wokół macierzyństwa. Ale halo! Nie jest tak jednak dla każdej z nas, śmiem nawet stwierdzić, że nie dla większości.

Panowie i panie politycy, którzy chcecie nas na siłę uszczęśliwić z jednej strony dając, a z drugiej podnosząc ceny, zakręcając kolejny kurek, interesuje was w ogóle, czego my chcemy? Czy licząc na naszą chciwość po spadku w sondażach, macie nadzieję, że zakreślimy odpowiedni kwadracik podczas wyborów?

Wku*wia mnie to, bo mam poczucie, że po raz kolejny biorą nas za debili, którzy nie widzą, co się dzieje z budżetem państwa, z którego te urodzone za ciężkie pieniądze dzieci uciekną, bo niczego tu nie będzie.

A przecież w ramach tych wciskanych wszystkim do kieszeni można by było:

– zapewnić dzieciom darmowe posiłki w szkole i mieć pewność, że 500 plus nie będzie zamieniać się w kolejną butelkę

– zainwestować w darmową edukację – dofinansować zajęcia pozalekcyjne, które odbywałyby się w szkole, za które rodzice nie musieliby dodatkowo płacić

– dofinansować wyposażenie szkół tak, by w każdej zorganizowane były klasy językowe; w pełni wyposażone sale do lekcji informatyki; sale gimnastyczne

– zorganizować dofinansowania do wycieczek szkolnych, teatrzyków, koncertów, by każde dziecko mogło wziąć udział w klasowym wyjeździe i nie było piętnowane, gdy rodziców nie stać

– stworzyć więcej miejsc w żłobkach i przedszkolach, zapewnić placówkom dofinansowania – zarówno prywatnym jak i państwowym – umożliwić im korzystanie ze środków finansowych państwa

– zapewnić darmowe szkolne i przedszkolne wyprawki – i nie chodzi jedynie o książki, ale też o strój na wuef, buty na zmianę do szkoły, farby, kredki, piórniki, zeszyty

– zastanowić się w jaki sposób ułatwić kobietom powrót do pracy po urlopie macierzyńskim (obniżenie ZUS-u z pewnością upewniłoby pracodawcę, że warto ją zatrzymać)

– dać wsparcie kobietom decydującym się na urodzenie dziecka, które prowadzą własną działalność; obecnie ich sytuacja nie wygląda najlepiej

– zaostrzyć prawo alimentacyjne; zwiększyć świadomość społeczeństwa o tym, kim jest dłużnik alimentacyjny

– dać kobietom dostęp do lekarzy, specjalistów, by chociażby mając problem z tarczycą w ciąży nie były zmuszone korzystać z prywatnej wizyty u endokrynologa.

To naprawdę tak dużo? No tak, ale wymaga większego wysiłku, poza tym trudno się pochwalić przed otumanionym pieniędzmi społeczeństwem statystykami, kwotami, widocznymi dla każdej jednej osoby efektami. Zastanawia mnie jedno, czy kiedykolwiek ktoś spyta dzieci, czy ich życie się polepszyło dzięki programowi 500+ i całej reszcie, którą biedne państwo chce rozdawać każdemu, mając w dupie, co tak naprawdę się z tymi pieniędzmi dzieje.


Baby, wrzućmy na luz. Serio do szczęścia potrzebujemy obrączki na palcu i sakramentalnego „tak”?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
1 maja 2018
Fot. iStock / mailtobee
 

Spotykam dawno niewidzianą znajomą. Wiadomo – pytam, co u niej i słyszę, że właśnie rozstała się z facetem, z którym była prawie 10 lat. 10 lat życia w dupie. Gość był ogólnie mega dupkiem, ona odsunęła się towarzysko, bo przecież miłość, życie we dwoje. Każdemu na początku związku na mózg pada i obiadki z dwóch dań robi, żeby później usłyszeć: „Nie tak widziałem swoje życie. Wybacz, odchodzę. Zawsze będę cię kochał”. (pie*dolenie)

No dobra, ale nie o tym. Pogratulowałam znajomej, że w końcu uwolniła się od tego typa, co to jednak bardziej ją unieszczęśliwiał niż dawał powody do radości. I co usłyszałam: „Jestem starą panną, rodzina patrzy krzywo, matka mówi, że już męża sobie nie znajdę”. Patrzę i nie wierzę. Laska ma 34 lata, piękna, mądra kobieta, a ona, że jest nikim, bo pierścionka na palcu nie ma?

Matko – ja swój zaręczynowy zgubiłam, obrączka nie wiem, gdzie leży i nigdy nie przyszło mi do głowy, że to ma jakieś znaczenie. Owszem przed ołtarzem (z synem na ręce) stanęłam, przysięgę złożyłam, ślub okazał się nieważny (o tym, kiedy indziej), ale to nijak mnie nie definiuje i czasami lubię poudawać nawet, że męża nie mam i sama dygam przez życie. Wiecie, co wtedy widzę – zazdrość w umęczonych oczach innych kobiet, które co rano pozwalają sobie na zbieranie jego skarpetek w łazience

Szczerze, gdybym miała cofnąć czas – nie wzięłabym ślubu. Mówi się, że on podobno niewiele zmienia, przecież się znamy, już trochę ze sobą za rączkę chodziliśmy, ba często nawet seks był, a nawet dziecko czy chociażby ciąża się po drodze przytrafiła. My – mężowie i żony, dobrze wiemy, że to gówno prawda. Małżeństwo zmienia wiele. Oczywiście nie tylko na gorsze, bo to nieprawda, wiele dobrego można z niego wyciągnąć, jeśli oboje tego chcemy (zwłaszcza dwie pensje, za które łatwiej się utrzymać i spłacać kredyt). Fatalnie jednak, gdy obrączka na palcu to znak mojej przynależności, zależności i braku wolności – a tak chyba dzieje się najczęściej.

Dlatego też kompletnie nie rozumiem presji „pierścionka”. Tylko, gdy ktoś cię chce ze żonę, to jesteś coś społecznie warta, zamienisz swoje życie na niezbędną do przetrwania gatunku najważniejszą komórkę społeczną, czyli rodzinę. No ej, bez przesady. Naprawdę, jedyne na czym kobietom powinno najbardziej zależeć w życiu, to założenie białej sukni, a wcześniej powiedzenia „tak”, gdy on klęka na jedno kolano (jeśli w ogóle klęka albo raczej razem z tobą odczytuje wynik testu ciążowego).

Przyjaciółka, kilka lat ode mnie młodsza, mówi: „Jeny, bo ja nie usłyszałam jeszcze, że jestem dla niego ważna”. Zdębiałam i wyliczam: „Piżamę ci kupił, żebyś miała u niego? Auto zatankował? Na wesele rodziny zaprosił? SMS-y w ciągu dnia wysyła, choć jeden na trzy dni?”. Okazuje się, że tak, więc o co chodzi? O przynależność, o to, żeby powiedzieć: „Mój ci on”. Albo, że ja jestem jego. I to nie przed samą sobą, bo kurde, jak ci facet piżamę kupuje i twoje zdjęcia pokazuje przyjacielowi, to sorry – no chyba traktuje cię poważnie, co nie? Nieee, my musimy całemu światu ogłosić: „ON MNIE CHCE. JESTEM JEGO”. Wcale nie zostałam wybrakowana, nie jestem trudna, ciężka, brzydka, za gruba, za chuda. Jestem coś warta, bo jakiś facet założy mi w końcu na palec obrączkę.

Ja pie*dole. No dobra, może ja jestem stara, może spaczona własnym i innych doświadczeniem, może zbyt sceptyczna w podejściu do miłość długotrwałej i na wieki wieków amen, ale do cholery jasnej, serio? Serio małżeństwo i wiązanie się w pary jest szczytem naszych marzeń, czy może stereotypów, które każą nam wierzyć, że jak już raz facet mnie do łóżka zaciągnął, to skoro dałam się przekonać, znaczy, że kocham?

Baby, wrzućmy na luz. Tego kwiata pół świata, jak mawiała babcia mojej przyjaciółki. Czy nie lepiej dobrze się bawić? Założyć sobie, że ślub, jak coś, to wezmę po 35-tym roku życia. Zobaczcie, jak by było zajebiście, o ile mniej rozwodów, o ile więcej świadomych i dojrzałych związków. A nie szczyli, którzy chajtnęli się w wieku 23 lat (sama miałam niedużo więcej) i byli święcie przekonani, że ta miłość co ich dzisiaj uskrzydla, będzie ich niosła przez resztę życia. No nie będzie. Raczej pozwoli rozbić się na pierwszym lepszym zbyt wysokim drzewie.

Nie lepiej pożyć sobie razem, poznać się. Mieć świadomość, że to ja wybieram tego faceta, a nie że ona wybiera mnie, bo już za stary jest na życie pod skrzydłami matki i teraz musi znaleźć tę, która go opierze, nakarmi i po plecach wieczorem posmyra. I bierze – sorry – pierwszą, lepszą, naiwną, której rodzice, dziadkowie tłuką do łba, że starą babą będzie, a przyjaciółki – jedna po drugiej stają na ślubnym kobiercu? I rach ciach – pierścionek, w zdrowiu, szczęściu i chorobie i się nie obejrzysz, a lądujesz u boku faceta, który za 10 lat będzie cię wku*wiał do granic możliwości, a ty będziesz z nim „dla dobra waszych dzieci”. Słabe.


Durne myślimy, że facet jest nam niezbędny do życia? Głowa do góry, cycki do przodu i powiedz sobie w końcu: „Jestem zajebista!”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
10 kwietnia 2018
Fot. iStock

Baby są jakieś dziwne, co nie? Na każdym kroku słyszę ostatnio, że jedna szuka faceta, inna choć nieszczęśliwa mówi, że nie odejdzie, bo jak sama żyć będzie. Kolejna narzeka na tego swojego męża, ale jak tylko on zadzwoni, że córka za nią płacze, to leci jak na złamanie karku, chociaż w szklance jeszcze pół drinka.

Czasami, jak tak patrzę z boku, to mam wrażenie, że gdyby nie ci faceci, my byśmy nie miały co ze sobą począć. Na kogo narzekać, na kim wieszać psy, o kim gadać. Nawet wczoraj. Odwiedziłam kumpelę, po masakrycznym związku w końcu powiedziała basta, a raczej on ją do tego sprowokował, bo w końcu drań się wyprowadził. I całe szczęście. Bo jak słucham, że ona z typem, który ją obrażał, upokarzał, traktował jak własność prawie 10 lat wytrzymała, to włos mi się na głowie jeży. Fajna dziewucha. Ładna, zgrabna, do 40-tki jeszcze jej trochę brakuje. Ma świetną pracę, inteligentna, życie przed nią, a tu z jednej strony rwanie włosów z głowy, bo jasne, że kochała i że jej ciężko. Co do tego wątpliwości nie ma. Ale z drugiej, jak słyszę: „Znajdź sobie szybko faceta, to ci mnie”, myślę, że babski świat jest jednak popierdolony.

Zobaczcie. Jesteśmy świetne baby. Każda jedna. Nawet, jak tak o sobie nie myślisz, to umówmy się – ogarniasz dom, pracę, może dzieci, psa i koty. Gotujesz, sprzątasz i jak starcza ci sił, to jeszcze pobiegać pójdziesz albo książkę poczytasz, albo film jakiś obejrzysz. Nogi zdążysz ogolić, kosmetyczkę odwiedzić. No kurde – królowa życia! I nie ma u krzty przesady. No tak jest, choćby się teraz stówą wołów zapierała, że racji nie mam. Mam. I będę mówić głośno – wszystkie jesteśmy zajebiste, więc dlaczego do jasnej cholery, nasz życie kręci się najczęściej wokół facetów.

Najważniejsze, żeby on był zadowolony, szczęśliwy, najedzony i oprany. Ja pierdole. Ta nie wyjdzie, bo mąż, tamta się zastanowi, bo nie wie, jakie ON ma plany, wszystko konsultowane, nawet kolor farby do włosów i ich długość. Znam dziesiątki, jak nie setki kobiet, którym ktoś wmówił, że facet to jej integralna część, no jak nic bez niego jej wartość zalewie 50% wynosi. Dopiero, kiedy jego zadowoli, kiedy spełni jego wszystkie widzimisię, to wtedy jest coś warta.

Serio? Tak ciężko podnieść głowę do góry, spojrzeć w lustro, wypiąć cycki do przodu i powiedzieć sobie: „Kurde, zajebista jestem”. I uwaga – daleka jestem od rzucania facetów i pełnego wyzwolenia ze związków. Faceci są fajni, tylko my przy nich jakiegoś małpiego rozumy dostajemy. Na bank znacie te laski, które jak już usidliły faceta, to nagle tylko z nim i zawsze, a później płacz i zgrzytanie zębami, bo on ch*j w niczym jej nie pomaga albo zdradza albo diabli wiedzą co jeszcze.

Dobrze kiedyś wytłumaczył mi to znajomy (kawał ch*ja, ale tu miał rację). „Związek to jak dwa zbiory, tylko malutką część mają wspólną”. Pamiętacie z matematyki te koła rysowane i kolorowane, co wspólne, a co nie. On zaznaczył wspólne jakieś maks 15%. I wiecie, skubany miał rację. Wiele kobiet nie wyobraża sobie życia, gdyby on odszedł. A ja uważam, że to jest pierwszy krok do tego, żeby żyć w fajnym związku bez spiny i sztywniactwa i wiecznej potrzeby kontroli – oswoić się z myślą, że on nie jest własnością i nigdy nie wiesz, czy będzie na zawsze. Polecam! To jest tak ku*wa wyzwalające, że przestajesz się bać i w końcu zaczynasz myśleć o sobie. Bo skoro on może kiedyś odejść, to czas najwyższy, żebyś zaczęła się do tego na wszelki wypadek przygotowywać. Przestać go pytać, czy założyć zieloną czy niebieską sukienkę. Nie zastanawiać się, co on by powiedział na buty, które chcesz sobie właśnie kupić, bo zobaczyłaś na wystawie i zwariowałaś. Ugotować na obiad, to na co ty masz ochotę, jak on zje raz na jakiś czas na mieście albo kanapki, to sorry – z głodu nie umrze, a może w końcu sam weźmie się za gotowanie. Albo przynajmniej znajdzie dobre żarcie na wynos. Przyda się na jakiś wspólny wieczór, kiedy ty nie będziesz latać na szmacie, układać zabawek po dzieciach i wieszać prania po północy. Odłożysz to na drugi dzień, bo nie jesteś ku*wa cyborgiem a on świętym nietykalnym, co to po pracy odpocząć musi. I błagam niech nikt mi nie mówi, że piszę o jakimś zacofaniu, bo są faceci, co gotują, piorą, dziećmi się zajmą i okna umyją. Jasne, że są. Znam kilku takich. Zajebiści. Ale znam kobiety, które podejmują strategiczne dla firmy decyzje, a swojego Misia pytają, co on na to, gdyby wyszła z przyjaciółkami. Jak Misiu zmęczony, to jasne, że ona nie wyjdzie, bo dzieci ktoś ogarnąć musi i nie daj boże, jakby się pod jej nieobecność obudził. Ale Misiu jej auto kupuje, przez co ona myśli, że niezależna jest. Jakaś ku*wa groteska.

Baby szacunku więcej dla siebie i wiary w to, że same sobie jesteście sterem i żeglarzem, a na okręt tego gościa jedynie zapraszacie. I niech mu będzie u was jak najlepiej, ale wam też. Przyjaciółka ostatnio mi powiedziała: „Wiesz, co jest najlepsze? Że na końcu i tak wszyscy zdechniemy”. No tego raczej ukryć się nie da. Pytanie, czy do samego końca chcecie się przeglądać w kimś, kto może odejść – z różnych powodów. Czy spinacie poślady, kupujecie fajną kieckę, obcinacie włosy, tak jak zawsze o tym marzyłyście, na obiad robicie coś czego on nigdy nie jadł i może nie zje i oddychacie pełną piersią? Kochajmy i dbajmy o siebie, nie czekajmy aż zrobi to facet. Reszta sama przyjdzie – zapewniam!