Planowaliśmy ślub. Data wyznaczona, zarezerwowana sala, orkiestra, kupione obrączki… I wtedy miał miejsce wypadek. Pijany kierowca…

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
2 listopada 2017
Fot. iStock / dtokar
Fot. iStock / dtokar
 

Nigdy wcześniej o tym nie pisałem, a i opowiadałem niewielu… Sam nie wiem, co chcę tym tekstem osiągnąć. Być może ma to być rodzaj terapii, może coś na kształt spowiedzi? Od pewnego czasu mam kryzys wiary… Długo miałem wątpliwości czy powinienem to napisać, wydawało mi się bowiem zbyt intymne, za bardzo prywatne.
Z biegiem czasu pomyślałem jednak, że może kogoś teraz los doświadcza w podobny sposób i kto wie? Może moje słowa przyjdą tej osobie z pomocą. A jeśli tak… warto!

Wczoraj był dzień Wszystkich Świętych. Kiedyś uwielbiałem to święto. W mojej rodzinie odkąd pamiętam panował zwyczaj, że spotykaliśmy się wszyscy przy grobach. Później nie mogąc się rozstać, szliśmy całą rodziną gdzieś choć na chwilę, na kawę, na ciasto, rozmowy, porady, fotografie, opowieści a przede wszystkim ogrom wspomnień. Z biegiem czasu cała rodzina zaczęła się zjeżdżać do nas na wspólny, rodzinny obiad, trwający z deserami w nieskończoność. Wszystkie dzieciaki, rodzina spoza Krakowa, dołączali też przyjaciele naszej rodziny… i tak do późnego wieczora. Bardzo te spotkania pełne wspomnień lubiłem, ale… od pewnego czasu nie biorę w nich udziału.

Gdy tylko zbliża się ten dzień… uciekam. Zamykam się w sobie, moszczę się w swojej samotności i… wyjeżdżam.

Rozwodzę się tak chyba tylko po to, by odwlec rzeczywisty moment napisania tego, co powinienem napisać. Tego, co CHCĘ napisać.

Otóż był czas, że kochałem… sercem i duszą. Ona była całym moim światem. Planowaliśmy ślub. Praktycznie wszystko było już dopięte na ostatni guzik. Data wyznaczona, zarezerwowana sala, orkiestra, kupione obrączki…

I wtedy miał miejsce wypadek. Pijany kierowca. Jemu nic się nie stało, ona… trafiła w bardzo ciężkim stanie do szpitala. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, co to dla nas oznacza, nie miałem pojęcia jak bardzo intensywny czas przed nami, przede mną. Ani przez chwilę nie pomyślałem o tym, że będzie źle, że może być coraz gorzej. Miałem wtedy pierwsze konsultacje z psychologiem, który miał poza „proszę próbować żyć normalnie” niewiele do zaoferowania. A ja żyć normalnie nie byłem w stanie. Do końca natomiast wierzyłem, że z tego wyjdzie.

Teraz zastanawiam się jakim cudem mogłem być tak spokojny? Lekarze powtarzali mi, że mam przygotować się na najgorsze, ale nie przyjmowałem tego do wiadomości. Nie chciałem tego słuchać, a co dopiero o tym myśleć. Słowa „śmierć”, „umrzeć” były absolutnie zakazane. Ciągle słuchałem tylko, że jest bardzo źle… Poruszyłem niebo i ziemię. Wysyłałem jej dokumentację do Stanów, mój brat, który wówczas kończył medycynę w Londynie, pytał swoich profesorów, ale wszyscy jak jeden mąż rozkładali ręce. Ci bardziej empatyczni przekazywali wyrazy współczucia. Mimo to ona miała wyzdrowieć, dojść do siebie – przynajmniej ja w to wierzyłem… a jednak umarła. Była już bardzo słaba. Podawałem jej ulubioną kawę. Wzięła łyk i… umarła.

Wyszedłem ze szpitala. Zupełnie jakbym był nafaszerowany jakimiś prochami, automatycznie wsiadłem do auta. Byłem niczym robot… pojechałem na molo w Orłowie… Siedziałem na jego końcu przez resztę dnia, wieczór… a w końcu noc. Przez cały czas dzwonił mój telefon, ale nie chciałem z nikim rozmawiać. Wrzuciłem go do morza.

Nad ranem wróciłem do domu. Tuliłem jej ubrania, by tylko poczuć jej zapach i wyłem jak zranione zwierzę. Dopiero później dotarło do mnie, że w telefonie miałem sporo jej zdjęć. Uwielbiałem ją fotografować.

Gdy spotykałem kogoś znajomego i na przykład kazał mi przekazać jej pozdrowienia, nie byłem w stanie tego powiedzieć. Łzy napływały mi do oczu, zagryzałem wargę i kiwałem głową. Cały czas opłacam jej abonament za telefon komórkowy. Telefon jest wyłączony, ale na poczcie głosowej mogę usłyszeć jej głos. Dzwonię od czasu do czasu i opowiadam jej co u mnie…

Zabrała ze sobą całą moją radość życia. Nagle od tak… straciło ono sens. Nie chciałem dłużej żyć. Nie byłem bez niej w stanie. Wysłuchiwałem od znajomych i rodziny te wszystkie banały… „Dołączyła do grona aniołów”, „Jest teraz szczęśliwa, nic jej nie boli, już nie cierpi”. Aaaa! No i mój „ulubiony” nie pamiętam już kto go powiedział… – „Bóg dostrzegł na ziemi najpiękniejszy kwiat, tak piękny, że zabrał go do nieba”.

Starałem się jakoś sobie z tym poradzić. Robiłem wszystko, żeby zrozumieć… Nie dało się pominąć nauki! Biocentryzm – „żyjemy i jednocześnie umieramy w nieskończoności wszechświata”.

No i przede wszystkim religia! Długo szukałem w niej wiedzy, wsparcia… Chrześcijanie ze „zbawieniem”, buddyści ze swoją Samsarą, hinduiści… Jan Paweł II ze swoim: „Musicie być mocni mocą miłości, która jest potężniejsza niż śmierć”.

Nie zapominajmy o literaturze, o poezji:

„Umrzeć to coś innego niż ktokolwiek sądził i szczęśliwszego.” Walt Whitman

„Życie trwa tylko chwilę, więc spal się jak najjaskrawszym płomieniem.” Oscar Wilde

„Walcz, walcz z gasnącym światłem, choć mędrcy u swego kresu widzą słuszność mroku.” Dylan Thomas

„Im dogłębniej pojmujesz swoje życie, tym mniej wierzysz w zniweczenie go poprzez śmierć.” Lew Tołstoj

i ks. Twardowski ze swoim „Śpieszmy się kochać ludzi…”

Znam to, znam bardzo dobrze. Za dobrze… Wiem, że to wszystko znaczy, że śmierć jest częścią życia, że nie należy jej nienawidzić, ani się jej bać. Wiem… Powinniśmy się ze śmiercią pogodzić, niejako ją oswoić, ale to wszystko przeintelektualizowane pieprzenie, bo nie ma JEJ teraz koło mnie, bo nie mogę JEJ przytulić, ani JEJ pocałować.

To prawda – jest nadal w moich myślach. W moich snach ona cały czas żyje…

Mam świadomość, że z biegiem czasu wszyscy staniemy się dla siebie wspomnieniami – miłymi, wzruszającymi, czasem mniej sympatycznymi, ale to właśnie wspomnienia sprawiają, że jesteśmy takimi jakimi jesteśmy i jakimi będziemy w przyszłości.

Minęło kilka lat, odkąd ona mnie tu zostawiła, ale mam wrażenie, że upłynęło zdecydowanie więcej czasu. Przeszedłem etap ucieczki w pracę. Pracowałem bez wytchnienia, byle tylko nie mieć czasu na myślenie. Brałem sobie na głowę więcej obowiązków niż byłem w stanie wykonać. Praca zawodowa, wolontariat wypełniały mi dni co do minuty.

Dopiero jakiś czas temu zrozumiałem, że to błędne koło. Zaczęło mi po prostu brakować czasu by żyć.

Pewnego dnia biegałem wcześnie rano plażą o wschodzie słońca i zdałem sobie sprawę, że przecież ono wschodzi tak co dnia. Ja… żyłem w cieniu, kompletnie nie dostrzegałem jasnych barw. Od jakiegoś czasu znowu zacząłem je dostrzegać. Wychodzę powoli ze swojej skorupy. Już nie chcę tkwić w zamknięciu na cały świat.

Zdałem sobie sprawę, że życie toczy się nadal. I to tylko ode mnie zależy, czy ruszę razem z nim, czy będę dalej trwał w swoim cierpieniu. Niezależnie od tego jaką decyzję podejmę… kolejny dzień nadejdzie mimo wszystko.


Od jakiegoś czasu dostaję sporo wiadomości, w których zazwyczaj obce panie proponują mi seks. Czasami są gotowe nawet za to płacić

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
6 listopada 2017
Fot. iStock /  nemke
Fot. iStock / nemke
 

Mam profile na kilku portalach społecznościowych, randkowych etc. Od jakiegoś czasu dostaję sporo wiadomości, w których zazwyczaj obce panie proponują mi seks. Czasami – ku memu zdziwieniu – są gotowe nawet za to płacić. Kobiet jest cały przekrój – od młodszych ode mnie (te zazwyczaj oczekują czegoś w zamian, choć bywają i takie, które proponują seks dla samego seksu, dla frajdy, dla przyjemności), przez kobiety mniej więcej w moim wieku, po starsze i to one są gotowe płacić najczęściej). Początkowo odbierałem każdą taką propozycję, jako komplement. Nie ukrywam – schlebiało mi to.

Z biegiem czasu jednak zaczęło coraz bardziej zastanawiać. Czy to ze mną jest coś nie tak? Czy to ja wysyłam w przestrzeń komunikat, że jestem otwarty, chętny na tego typu spotkania? Zawsze wydawało mi się, że nie, ale może jednak?

Rozmawiałem o tym ze znajomymi i sprawa ta wyraźnie nas podzieliła. Mężczyźni w większości stwierdzili, że nie mieliby nic przeciwko otrzymywaniu tego typu wiadomości. Ba! Część była nawet gotowa z nich skorzystać. Niewielu przyznało się do tego, że zdarzało im się proponować seks zupełnie przypadkowej kobiecie z Internetu.

Moje znajome natomiast niemal jednogłośnie potwierdziły, że tego typu wiadomości to norma. Otrzymują takie propozycje regularnie, choć raczej z nich nie korzystają. Tylko jedna przyznała się, że zgodziła się spotkać wyłącznie na seks z facetem poznanym online. Żadna nie przyznała się do składania propozycji nieznajomym.

Zastanawiam się dlaczego z taką łatwością przychodzi niektórym proponowanie zbliżenia komuś nieznajomemu. Seks zawsze wydawał mi się na tyle intymny, by nie robić tego z byle kim. No dobra, żeby była jasność… zdarzało mi się wyjść z klubu z dziewczyną, której nie znałem. Bywało tak, że spędzaliśmy razem noc. Znalezienie chętnej dziewczyny nigdy nie stanowiło problemu. Tym bardziej nie jestem w stanie pojąć fenomenu prostytutek. Przecież chętnych dziewczyn w klubach jest ogrom.

Jestem przekonany, że chętnych facetów – jeszcze więcej. Wystarczyłoby zatem wyjść do klubu, spędzić miło czas, napić się drinka i… wyjść z kimś odpowiednim.

Może jednak tak bardzo się rozleniwiliśmy, staliśmy się na tyle wygodni, że nie stać nas nawet na aktywność tego typu. Przecież wygodniej jest przeglądać interesujące nas osoby w Internecie. Nie trzeba się stroić, nie trzeba poświęcać czasu na makijaż, dojazdy, wydawać kasy na wstęp, na alkohol. W internecie kupujemy ubrania, książki, kosmetyki, zamawiamy jedzenie… więc może teraz czas na ludzi?

Zabawne jest to, że mimo jasnych reguł, mimo, że wiadomo, że ta relacja ma być oparta na seksie – 90 % Pań, które zdecydowały się zaproponować seks w pierwszej wiadomości najpierw chce… umówić się na kawę, wino, etc. Żeby sprawdzić czy będzie między nami chemia. Czyli jednak trzeba najpierw wyjść z domu, spotkać się na mieście. To nie tak, że jesteśmy w stanie załatwić sobie seks w kilka kliknięć.

Coraz częściej myślę, że mimo wszystko składanie tego typu propozycji komuś, kogo kompletnie się nie zna to… uprzedmiotawianie drugiej osoby. Sprowadzanie go do roli produktu, który wybieramy z katalogu. Przestaje mieć znaczenie, że ten ktoś ma uczucia, że taka wiadomość może wprawić go w zakłopotanie.

Nie mówiąc już o tym, że fajny wygląd to nie wszystko. Przecież to, że ktoś dobrze wygląda wcale nie oznacza, że będzie dobrym kochankiem. Myślenie w ten sposób jest delikatnie powiedziawszy – bardzo naiwne.

I nie zrozumcie mnie, proszę, źle. Nie mam nic przeciwko osobom, które tworzą tego typu relacje. Uważam, że jeśli dwie dorosłe osoby godzą się z własnej nieprzymuszonej woli na stworzenie takiego układu to… droga wolna. Nie ma sensu rozpisywać się o zbawiennej roli seksu, o tym, jak wiele ma zalet. Wiem też, jak bardzo dokuczliwy potrafi być jego brak. Doskonale rozumiem, co kieruje ludźmi, którzy wchodzą w tego typu relacje. Sam przez pewien czas miałem układ z koleżanką, że gdyby któreś z nas naszła ochota… Tyle tylko, że zawsze jest to mimo wszystko półśrodek, a seks naprawdę satysfakcjonujący jest nie za pierwszym, drugim czy nawet trzecim razem, a dopiero wtedy gdy znamy swoje ciała, wiemy co na nas wzajemnie działa, co nas kręci. Nie mówię już nawet o tym, gdy seks łączy się z uczuciem, bo to właśnie on jest najlepszy. I nikt nie wmówi mi, że jest inaczej.


Komplementy… dlaczego przed nimi uciekamy?

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
29 października 2017
Fot. iStock / izusek
Fot. iStock / izusek
 

W ramach mojej osobistej akcji poprawy świata i sprawiania by ludziom żyło się przyjemniej, milej i by… częściej się uśmiechali ustanowiłem Tydzień prawienia ludziom komplementów. Założenie było takie, że muszą to być komplementy szczere. Wszak w każdej osobie możemy przecież znaleźć coś pięknego, zatem nie muszą być to pochwały wyssane z palca, wymuszone :)

I tak komplementuję niemal wszystkich. Zatrzymuję się biegając, by powiedzieć starszej Pani, że pięknie dziś wygląda. Miała wspaniale dobrany do płaszcza kapelusz i wyglądała niezwykle elegancko. Moje słowa spotkały się z jej konsternacją. Spojrzała na mnie jak na wariata, prychnęła i… poszła dalej. Co najmniej, jakby pomyślała, że próbuję ją podrywać :)

Mam taki osiedlowy sklep w którym robię codzienne zakupy. Ekspedientki mnie znają, moja wizyta tam, nigdy nie kończy się na sprawunkach, zawsze bowiem zamienimy choć kilka słów, a czasami zdarza mi się stać i z pół godziny, gdy wciągnie nas rozmowa. Przyszedłem jak co dzień rano… moja ulubiona ekspedientka nie w humorze, pomyślałem zatem, że będzie to świetna okazja by komplementem poprawić jej nastrój. Ciężko było skomplementować uśmiech, gdy mina skwaszona. Postanowiłem pochwalić nową fryzurę i od razu w odpowiedzi usłyszałem: „Aaaa gdzie tam, na szybko tak uczesałam rano, ja nie umalowana, a pan to bajerant! Mam lustro w domu i wiem jak wyglądam”.

W centrum handlowym w Gdyni mijam faceta około 40-tki. Wygląda niczym żywcem wyjęty z reklamy salonów z garniturami. Spokojnie jego zdjęcie mogłoby znaleźć się w jakimś katalogu. Pochwaliłem jego wygląd, ale ku memu zdziwieniu nie ucieszył się. Moje słowa ewidentnie go zirytowały. Być może wziął mnie za geja – wysyczał tylko przez zęby: „SPIER…”

Wczoraj wpadłem do znajomych. Siedzieliśmy sobie w najlepsze i gadaliśmy, gdy z pracy wróciła żona mojego przyjaciela. Miała na sobie piękną sukienkę w kolorze butelkowej zieleni i wyglądała w niej zjawiskowo. To była idealna okazja by wyrazić uznanie. Pochwaliłem sukienkę… i znowu padało: „no co Ty… przecież to stara sukienka, miałam już ją na sobie z tysiąc razy, nic szczególnego”.

Dziś rano na siłowni pochwaliłem chłopaka, który przychodzi tam niemal codziennie od kilku miesięcy. Widuję go regularnie. Przez ten czas jego sylwetka bardzo się poprawiła, sporo schudł, przestał się garbić, ewidentnie nabrał pewności siebie. Tak mi się przynajmniej wydawało. Powiedziałem mu, że super wygląda i, że widać, że ciężka praca przynosi efekty. Spłonął rumieńcem i… uciekł.

Wychodząc z siłowni zobaczyłem piękną blondynkę w czerwonym płaszczu, który tylko podkreślał jej urodę. Powiedziałem jej, że ma piękny płaszcz i wygląda obłędnie.
A ona na to… uśmiechnęła się, dzięki czemu wyglądała jeszcze piękniej i odpowiedziała – „Dzięki, tak też się czuję” i poszła dalej :)
Przez cały tydzień tylko ona jedna! Jedynie ona ucieszyła się z pochwały. Tylko u niej dostrzegłem na moje słowa błysk w oku.

Zastanawiam się dlaczego mamy tak wielki problem z przyjmowaniem komplementów. Dlaczego od razu torpedujemy pochwały wypowiadane w naszą stronę?
Przecież, jeśli wypowiadająca je osoba dostrzeże, że swoimi słowami sprawiła nam przyjemność poczuje się zachęcona, by wypowiadać te miłe słowa znacznie częściej.
Dlaczego, gdy ktoś wyraża uznanie na nasz temat – od razu sprowadzamy go na ziemię, próbujemy zaprzeczać. Czy wynika to z faktu, że sami nie jesteśmy siebie pewni? A może boimy się, że zostaniemy odebrani za osobę zbyt pewną siebie, może nawet arogancką?

Nie wiem… W każdym razie ewidentnie mamy w tej kwestii sporo do poprawienia. Zachęcam Was, żebyśmy razem to zmienili. Powiedzenie komuś czegoś miłego – nic nie kosztuje, a może zdarzy się tak, że naprawdę poprawi komuś nastrój, sprawi by deszczowy, jesienny dzień był przyjemniejszy. A nade wszystko – wierzę, że jeśli częściej będziemy sobie wszyscy wzajemnie prawili komplementy – staną się one tak naturalne, że w końcu zaczniemy na nie reagować właściwie – z uśmiechem i dziękując osobie, która nas docenia.