Piotr Żyła ma kochankę. To już narodowe dobro?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
26 lutego 2018
Piotr Żyła ma kochankę
Fot. Facebook /Piotr Żyła - official
 

Co się porobiło z tym światem? Od wczoraj, gdzie tylko nie wejdę, widzę jedno:

„Piotr Żyłą ma kochankę”.

„Justyna Żyła w emocjonalnym wpisie o swoim małżeństwie”.

„Piotr i Justyna Żyła nie mieszkają ze sobą od czerwca”.

„Żona nie wyjechała po niego na lotnisko po igrzyskach”.

Ja pie*dolę, serio? I nawet jakbym nie chciała tego wiedzieć, jak bardzo by mnie to nie obchodziło, to zostaję wciągnięta w „żyłagate” w przepychanki – czy to ona winna, czy on. Czy ona powinna publicznie, czy cudowna, że dopiero po Pjongczangu tę samonapędzającą się sensację opublikowała?

I tak, jak jeszcze chwilę temu wszyscy byli specjalistami od himalaizmu, tak teraz mamy samych speców od związków, zdrad, kochanek i informacji, co kto widział, a co kto powiedział. Że on nie powinien, że teraz wiadomo, dlaczego tak słabo skakał, pewnie kochanka wszystkie siły mu odebrała. A może jednak zmowa sztabu? W końcu Justyna to kuzynka Adama Małysza i może kuzyn ukarał Żyłę za nieuczciwość małżeńską? I dlatego ten nie skakał? Ale uwaga, Justyna podobno też święta nie była, niebieski passat pod jej dom podjeżdżał, gdy mąż na zgrupowaniach siedział. Inteligencją nie grzeszyła, jak mąż, ale teraz na jego plecach wybić się chce. Wszystko można znaleźć. Wszystko!

Ku*wa, tylko skąd ludzie to wiedzą? Jak pamiętają, że ona jeszcze w czerwcu domem w Wiśle się chwaliła? A z drugiej strony Piotr Żyła, to nasze dobro narodowe, w końcu to jego w tyłek kopała maskotka igrzysk, i wtedy wszyscy zalewali się łzami ze śmiechu i wzruszali, gdy ten na gitarze wygrywał hymn Polski po sukcesie Stocha.

nie dobry misiek😎 #pieter #misiekchang

Post udostępniony przez Piotr Żyła (@piotr_zyla_official)

STOP. Nie da się tak żyć. Nie macie poczucia, że wpie*dalamy się w jakiś ogromny syf? Gdzie żadna prywatność nie jest święta? Kiedy każdy może wszystko? Żona napisać na forum, że mąż ma kochankę i zablokował jej telefon? Serio? Nie mamy przyjaciół, których zaprosimy na obiad, zamiast wrzucać zdjęcia garów na Facebooka? Nie mamy potrzeby intymności związku, tylko nieustanne wirtualne udowadnianie kolejnymi wpisami pod tytułem „Dziubku, z tobą jestem najszczęśliwsza?”? Nasze dzieci muszą być wystawiane na publiczne oglądanie? Jak sikają, gotują, bawią się i zaczynają chodzić? Nie mam przyjaciółki, do której zadzwonię i powiem: „Stara, z*ebało mi się małżeństwo”. Tylko trzeba o wszystkim i wszędzie i zawsze?

I to opluwanie się, zabieranie głosu w sprawach, w których nigdy głosu zabierać nie powinniśmy, no ale, skoro poszło w eter, to każdy może. Jasne, że może. Tylko dlaczego się dwa razy nie zastanowi, nim coś napisze. Zwłaszcza, gdy zaczyna od słów: „Ch*j mnie to obchodzi, ale…”. I wylewa wiadro pomyj swojego nadżartego ego, żeby sobie ulżyć, poczuć się lepiej. Bo komuś do*ebał. A co. Sami się prosili, to można. Wszystko można. Oczywiście. Ale sprzedajemy się jak dziwki. Mam takie poczucie. Od pani Kowalskiej, która wrzuca listę swoich zakupów, przez dziesięciorzędną gwiazdeczkę, która pyta swoich folołersów na Instagramie, jaki kolor majtek dzisiaj wybrać, przez celebrytów, którzy pokażą swoją gołą dupę, byle tylko ktoś o nich napisał. Okazuje się, że „mąż ma kochankę” jest wytrychem do sławy. Może wątpliwej jakości, ale jednak.

Bo my się tym karmimy, bo uwielbiamy takie sensacje, bo możemy o tym rozmawiać w domu, bo na honorze uwielbianego przez część kibiców sportowca, pojawiła się plama. Bo ktoś może powiedzieć: „A nie mówiłem, że burak”, a ktoś inny: „Brawo Piotr, taką rozhisteryzowaną żoneczkę też bym zostawił. Korzystaj z życia chłopie- jełopie, by się chciało dodać przy różnego rodzaju użytkownikach, którzy mają użycie. Bo znowu coś się zadziało, bo jest sensacja. W życiu innych, nie jego. Jego ogranicza się do spędzania czasu w sieci i życia życiem innym, bo na jego marne próby zwrócenia na siebie uwagi kolejnymi wpisami czy zdjęciami, nikt nie reaguje.

Co się porobiło? O czym my czytamy. O czym, do cholery, ja piszę. Piszę, bo mam wku*wa na te sytuację, bo siła rażenia tematu pokazuje, co nas tak naprawdę interesuje. Cudze życie, do którego włazimy w butami, tylko dlatego, że ktoś publicznie nas zaprosił. Bez krzty refleksji. Fuck.


Nic tak nie rozwala związku, jak siedzenie sobie na łbie. W zdrowiu i chorobie. A już w chorobie, to jakaś masakra!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 lutego 2018
Fot. iStock/cookelma
Fot. iStock/cookelma
 

Tego nie da się przeżyć! Niby tak się kochamy, tak nam jest ze sobą cudownie, eh i ach, spijanie z dziubków. A tak naprawdę – zastanawialiście się kiedyś, ile razem spędzacie czasu. Tak naprawdę na maksa razem? Pewnie większość odpowie: „Zdecydowanie za mało”. A ja wam powiem: „I bardzo dobrze!”. Bo coraz częściej dochodzę do wniosku, że nic tak nie szkodzi związkowi jak zbyt długie siedzenie sobie na łbie.

Masakra. Siedzę w domu z rozwaloną nogą. Uziemiona na maksa, frustracja wylewa mi się uszami, bo nienawidzę takiego uwięzienia, a wartością jaką w życiu cenię najbardziej jest wolność. Tymczasem zamknięto mnie w klatce gipsów, wyciągów i czterech ścian. Dobrze, że jeszcze popracować zdalnie mogę. Jakaś rozrywka. Ale w domu jest też ze mną mój mąż. Miesiąc na zwolnieniu, z wizją kolejnego miesiąca. Ogólnie to naprawdę fajny chłopak. Zawsze można na niego liczyć, ale on z kontuzją mega i do tego przeziębiony. Wczoraj co pół godziny podchodził (ja pracuję!) pytać, czy nie ma czasem głowy gorącej. Kręci się w kółko, bo wiadomo – na dworze -15, więc w chacie siedzi. I tak łazi bez konkretnego celu, chyba tylko jedne ma – żeby mnie wku*wić jeszcze bardziej. To kawa, herbata dziesiąta kanapka, telefon. Zaprosił sobie nawet panów od kanalizacji na kawę, bo coś koło nas robili, a tak zmarzli. Dla towarzystwa, żeby sobie pogadać. Myślałam, że go zabiję. Ba, nadal tak myślę, mówię, żeby chował wszystkie ostre rzeczy z zasięgu mojego wzroku, bo w końcu w niego czymś rzucę.

Dwójka sfrustrowanych dorosłych osób w chacie kolejny i kolejny dzień, to taka kurwa mieszanka, która potrafi wszystko rozwalić. On przeziębiony, więc umierający. Chusteczka chusteczkę w domu pogania. Kręci nosem, czepia się, próbuje przejąć kontrolę nad moim życiem nieustannie chcąc mnie z czegoś wyręczyć, jakby nagle z chorą nogą ubyło mi szarych komórek! Warczę, szczerzę zęby wcale nie w uśmiechu, bo jakbym dorwała się do jego tętnicy… To krew by tryskała na prawo i lewo, a na mnie pewnie nie zrobiłoby to najmniejszego wrażenia.

I tak sobie siedzę i myślę, że nic tak nie może zaszkodzić związkowi, jak długie przebywanie ze sobą. Wiadomo, urlop, ok. To zupełnie inna bajka. Jest miło, odprężająco, wszyscy zadowoleni, bo w końcu czas mogą spędzić wspólnie. Jest cudownie, nawet mimo małych starć. Choć ja z tych, co na wiele rzeczy mają wywalone i wiele odpuszczają nie przejmując się specjalnie pierdołami.

Ale codzienność krok w krok, kiedy włazicie sobie na łeb, pakując się w swoją wyrobioną od dawna przestrzeń. „Wzięłaś dowód”, „Zadzwoniłaś”, „Spytałaś”, „Masz coś do prania”, „Co na obiad” – ku*wa, jakaś faza natręctw. Jakbym wcześniej nie umiała funkcjonować społecznie i teraz trzeba mnie za rączkę prowadzić, o wszystko pytać, o wszystkim przypominać. HALOOO.

To nie dla mnie. Potrzebuję oddechu. Wolności. Samotności. Pamiętam, jak kiedyś, dawno temu, Kora powiedziała, że mają z mężem osobne sypialnie. Wszyscy się oburzali, że jak to, że gdzie bliskość, intymność, co spaja związek? Jakby wspólna sypialnia mogła spajać. Błagam. Znam wiele par, które dzielą swoją sypialnię i co z tego? Koncepcja Kory mi się podoba. Bardzo. Im bliżej i więcej czasu jestem zmuszona spędzać w towarzystwie mojego męża (bo zmusza mnie do tego zastana sytuacja), tym bardziej doceniam, kiedy możemy mieć tylko swój czas. Kiedy każde zajmuje się tym, co aktualnie lubi, chce, musi, robi.

Nie umiem żyć w zależności, w ubezwłasnowolnieniu, które dla mnie zamyka się w:

„Czego szukasz?” – on.

„Swojego portfela” – ja.

„Już ci wziąłem”.

Wku*w. Wiem, przerysowany, przesadzony moja frustracją uwięzienia w ciele, które nie może mi pomóc się z tego wyrwać. Ale jak ON mógł wziąć MÓJ portfel, ja naprawdę umiem to zrobić sama. Umiem o siebie zadbać na co dzień. Nie potrzebuję niańczenia, wytykania, że o czymś zapomniałam, bo zawsze prędzej czy później bym sobie przypominała.

Dzisiaj to ja nawet nie marzę o dwóch osobnych sypialniach, ale o dwóch różnych mieszkaniach. Gdzie moglibyśmy być osobno, każde w swoim wkurzeniu, złości, ale też gdzie można by było od siebie odpocząć. Zdystansować się, spojrzeć na siebie trochę z boku i znowu się wspólnie pośmiać z żartów. Tymczasem jestem jak najeżona igłami. Nienawidzę.

Nie mogę zostać sama, wyciszyć się, poszukać w głowie pytań i odpowiedzi. Kiedyś przeczytałam, że miłość to spotkania. Zgadzam się, ale dziś dokładam do tego jeszcze jedno. Że miłość, ta na stałe, na co dzień, to też spotkania. Spotkania po pracy w domu, przy porannej kawie, przy wspólnym filmie wieczorem, w kinie… Te spotkania budują nasze szczęście, fakt, że możemy je z kimś dzielić. Jasne, że normalnie tego nie dostrzegamy. Kawa to kawa, wieczór fajnie, wspólne wyjście ekstra.

Ale teraz wyobraźcie sobie, że jesteście razem cały czas. Minuta po minucie. Ty siedzisz, czytasz książkę, on przechodzi – raz drugi, kręci się, coś mu nie pasuje. Tobie nie pasuje jego kręcenie się. Pytasz, o co chodzi, ale słyszysz tylko burknięcie pod nosem. Myślisz: „Ch*j, olewam”. Ale ile razy można? Sama jesteś nie lepsza. Bo ja wiem, że ze mną obecnie cholernie trudno wytrzymać

Chcę uciec. Przysięgam. Uciekłabym już dzisiaj, wyrwała się. Ale jak w końcu miałam okazję, to się auto popsuło, mrozu nie wytrzymało i znowu zostałam zamknięta w czterech ścianach. Nie mogę iść pobiegać w samotności, nie mogę wypić kawy w samotności. Pies zerka tęsknym okiem za długim spacerem, a mi pozostaje mieć nadzieję, że jakoś to będzie, jakoś to przetrwam. Ale gdyby miało to trwać non stop, my byśmy nie przetrwali. Nie tylko miłość, także związek to spotkania. I niech tak zostanie, niech tak będzie. Między tymi spotkaniami, niech każdy ma swój czas, swoje miejsca, swoje pragnienia i marzenia. I nie przestaje się realizować w oderwaniu od innych, nawet najbliższych.

Marzę o spacerze. Długim, najdłuższym na świecie. Przeglądam trasy w Tatrach, żeby wyjść na kilka dni i nie musieć schodzić. Bez ludzi. Sama. Ogarnąć swój wkurw. Poczuć siebie, dać przestrzeń swoim myślom. I wrócić. Z miłością i wdzięcznością za spotkania z moim mężem. A teraz modlę się, żeby nie dostał kolejnego L4. 😉


Siedzi w domu i tylko dziećmi się zajmuje? Ile powinna zarabiać? Policzymy…

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
21 lutego 2018
Fot. iStock/vicnt
Fot. iStock/vicnt

Myślałam, że czasy, kiedy usłyszę: „Co wy tam w tym domu robicie”, dawno już minęły. Serio. No który szanujący się facet byłby w stanie powiedzieć: „A tam, też mi wielkie rzeczy, siedzicie w domu i narzekacie”.

Cóż, na pewno żaden z facetów, których dobrze znam i z którymi się przyjaźnię nie zaryzykowałby taką tezą. Ale bywa, że w jakimś szerszym towarzystwie trafiasz na takiego, co mu szowinizmem z oczu patrzy, który uważa, że miejsce kobiety jest w domu i przy dzieciach, a on na rodzinę będzie zarabiać. I okej, stary, niech ci się żyje dobrze, bylebyś prawa do szczęścia nie odbierał swojej żonie. Bo czy ona chce w tym domu „siedzieć” i li jedynie dziećmi się zajmować (jasne „jedynie”)? Spytałeś? No właśnie tacy rzadko pytają. Mówią raczej: „Kochanie, po co ty pracować masz, zostań z dziećmi, ja o wszystko zadbam”. Szczerze – gdyby mój mąż mi tak powiedział, z pocałowaniem ręki dzisiaj wzięłabym tę ofertę. Znając siebie, pewnie na chwilę, bo nosiłoby mnie po jakimś czasie. Ale to ja.

Są jednak kobiety, które w domu zostają, bo chcą być z dziećmi, bo uważają, że taka właśnie ich rola wpojona przez matkę być powinna. Gorzej, kiedy zaczynają słyszeć, że są darmozjadami, że nic nie robią, że on to haruje, a ona tylko wakacje by planowała. A w nosie z takim układem – myślisz, ale jesteś w w czarnej dupie, bo jak się z tej zależności finansowej wydostać, eh.

Ale wracając do tematu. Siedzę sobie ostatnio ze skręconym kolanem pod stokiem i słyszę, jak faceci przy piwku obok rozmawiają. Śmiechy, chichy, ale coś mnie w tej ich rozmowie niepokoi. A jakże, zebrała się ferajna napuszonych kogucików, co to kasę zarabiają, a żonie przy garach stać każą i pretensje mają, kiedy ona się skarży, że jest zmęczona. „Czujesz, ona mi mówi, że nie ma siły! Cały dzień w domu siedzi, nic do roboty nie ma, ja zapie*dalam, żeby ona mogła sobie z dziećmi na nartach pozjeżdżać”. O nie, co to to nie. Kolano bolało jak jasna cholera, ale mój wkurw okazał się silniejszy. „Stary, a czy ty wiesz, że dzięki twojej żonie, która w domu zapieprza, uwierz, bo nie siedzi, ty jakieś pięć koła miesięcznie oszczędzasz!?! Ona sobie na wakacje zarobiła, a ty?”. Walnęłam prosto z mostu, szybciej niż pomyślałam. I wyszłam. Myślałam, że umrę z bólu, ale mina tych gości przy stole wynagrodziła moje spuchnięte kolano. Nożesz co za dziad.

Pięć tysięcy. Hm. Oczywiście sumą w kosmos wystrzeliłam, ale zaczęłam myśleć, czy przypadkiem nie trafiłam w czuły punkt. Bo gdyby tak wycenić domowe prace? Tak realnie? Ile wyniosłoby wynagrodzenie kobiety, która według co niektórych siedzi tylko w domu? Pranie, sprzątanie, zakupy, wożenie dzieci, odrabianie z nimi lekcji, organizacja wolnego czasu? No ile?

Sprzątanie

Wiadomo, że codziennie nie trzeba jakiś wielkich porządków. Ale tę łazienkę, podłogę, odkurzyć, to dwa razy w tygodniu by się przydało, jak już się w domu siedzi. Ile dziennie czasu poświęcamy na sprzątnie, gdy jesteśmy w domu? Jeśli uśrednimy do dwóch godzin za naprawdę niedużą stawkę 15 złotych za godzinę, wychodzi nam jakieś 210 złotych tygodniowo.

Prasowanie

Do znajomej raz w tygodniu przychodzi pani, która prasuje wszystko, co się uzbiera. Raz jest mniej, raz więcej. Dostaje 150 złotych jednorazowo. Ale też spędza kilka godzin nad deską. Super, jak ktoś lubi. Ja nie cierpię, nie prasuję, ale jakbym siedziała w domu, co by mi szkodziło. I tak prasuję, jak zakładają jakieś rzeczy.

Gotowanie

No kurczę, w końcu to też zajęcie. Tylko jak je obliczyć. Załóżmy, że mamy każdego dnia w domu kucharza (przystojnego!), który gotuje (moje marzenie!) obiad, przygotowuje pozostałe posiłki, czasami musi wykazać się nie lada kreatywnością, bo przecież dzieciaki nie wszystko zjedzą. Trafiłam na dane, że średnie wynagrodzenie kucharza to 1700 złotych miesięcznie. Nie bądźmy zachłanne. Zostańmy przy 1500 na rękę. Gotowanie 24 h/siedem dni w tygodniu, czasami pieczenie ciast, robienie bułek, gotowanie na imprezy. Nie chcę być jakaś małostkowa i wychodzić na zachłanną.

Zakupy

Trzeba zaplanować, zrobić listę sprawdzić czego brakuje, a jeszcze najlepiej mieć rozeznanie w promocjach i innych takich. Jeden ze znanych marketów dostarcza zakupy w dzień zamówienia za 25 złotych. Całkiem rozsądnie… Zwłaszcza, że nie doliczam planowania. Niech będzie, moja strata.

Opieka nad dziećmi

No tu się robi grubo. Bo w końcu siedzimy z tymi dziećmi, żeby nie płacić za nianię czy żłobek. Inna sprawa, że te pieniądze się oszczędza. I oszczędzasz je ty kobieto, która z dziećmi decydujesz się zostać. Ile to pieniędzy – doskonale wiesz. Od 500 do 800 złotych za żłobek, niania – wiadomo zależnie od miejsca zamieszkania. Zakładając, że nie chcemy uprawiać tu jakiegoś zdzierstwa, to te 2500 złotych za miesiąc trzeba by było policzyć. Przynajmniej za godziny, które można potraktować jako „robocze”, prawda?

Wożenie dzieci

Ha, nikt o tym nie myśli. A mnie ostatnio zastrzelił dobry znajomy mówiąc, ile płaci pani, która wozi jego dziecko cztery razy w tygodniu na treningi na drugi koniec Warszawy – 2300 złotych na rękę! Byłam w szoku, ale jak później przeliczyłam godziny, to wcale nie jest jakaś wygórowana cena. Ja swoje dzieci wożę 30 km w jedną stronę. Ale pracuję, więc już odpuszczam sobie te wyliczenia, ale co z tymi kobietami, które – skoro siedzą w domu – to i wożą dzieci. A co gdyby miały taką pracę, że ktoś by wozić musiał?

Odrabianie lekcji

Dobry korepetytor to od 50 do 100 złotych za godzinę. Jak w mordę strzelił, taką kasę trzeba wydać. A, kiedy mama w domu, a tata tak ciężko haruje, ona oszczędza sporą część wydatków ślęcząc nad lekcjami i próbując zgłębić zagadnienia z fizyki, historii, matematyki czy przyrody. Pomaga w robieniu prezentacji, przepytuje przed sprawdzianami, pomaga w zadaniach domowych. Taki korepetytor na stałe, specjalizujący się w każdej dziedzinie – toż to skarb!

Animacja

„Kochanie, zaprosiłem Jolkę z Andrzejem na kolację”. Jasne, świetnie, ku*wa. Kolacja sama się nie zrobi, chata nie wysprząta choćby na tyle, żeby do podłogi się nie przykleili. No i trzeba się nastroić, alkohol odpowiedni kupić. Zaraz, co ona lubi? Białe wytrawne? A on czystą białą? No i dzieci, pewnie zostaną u nas na noc, jak zazwyczaj. Stówka za godzinkę wyśmienitego towarzystwa i przygotowanej imprezy? Może być? Obojętnie, czy siedzicie przy stole, czy gracie w lotki czy scrable. Dobry animator, przy którym każdy czuje się swobodnie, musi się jednak cenić, prawda?

To ile nam wychodzi miesięcznie? Hmm, policzmy. O ku*wa, już przy samym sprzątaniu, prasowaniu, gotowaniu i opiece nad dziećmi mamy jakieś sześć tysięcy. Dalej nie liczę. W końcu i tak zaniżałam stawki, mogłabym nawet z kilku dni robienia zakupów zrezygnować albo mniej prasować. Animacje od czasu do czasu robić w gratisie. W końcu są znajomi, których bardzo lubię i sama zapraszam. Ale gdyby tak wycenić pracę tych, które siedzą w domu, dla tych którzy uważają, że są darmozjadami, to wara mi. Bo obliczeniami rzucę w twarz, a wtedy mało kto się z tego wypłaci! I jedne narty w roku i wakacje 10-dniowe, na pewno nie wystarczą!