Pierdzielę. Już nigdy nie będę się odchudzać. Mam dosyć słuchania: „Znowu jesteś na diecie?!?” i innych takich

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
10 stycznia 2018
Fot. iStock/gruizza
Fot. iStock/gruizza
 

Pierdzielę, nie odchudzam się, mam już dość tych wszystkich komentarzy, pytań i świdrujących spojrzeń. Kiedyś w przypływie noworocznych postanowień, które nigdy mi nie wychodziły, pomyślałam sobie: „O, jak powiem wszem i wokół, że się odchudzam, to będę mieć większą motywacją, żeby wytrwać, bo przecież wszyscy będą wiedzieć, a mi będzie głupio paradować z gofrem z bitą śmietaną”. Dupa. To był najgorszy pomysł w moim życiu ever. Bo z każdej strony byłam pod obstrzałem, każdy mi w talerz patrzył. „Jesteś na diecie, a jesz TO?”. Padało, gdy zamawiałam sobie ulubiony makaron. Co z tego, że akurat w tym dniu dawałam sobie odpust: „Wytrzymałaś tyle dni, idziesz ze znajomymi na kolację, nie musisz jeść sałatki”. Tia, jasne. Ile razy słyszałam: „To co, dla ciebie sałatka?”. Serio. Chcę schudnąć tylko 5 kilo, a nie 50, więc dajcie mi trochę czasu i pozwólcie samej decydować co i w jakiej ilości chcę jeść.

I te wszystkie: „Tyyy? Ty chcesz schudnąć? No z czego, no przestań”. Nie no przestań, bo ja wiem, gdzie nadmiar kilogramów mi przeszkadza i sama ze sobą źle się czuję.

Naprawdę, kiedy ktoś mówi „Odchudzam się, w końcu się za siebie biorę”, tak trudno mu oszczędzić wszystkich tych komentarzy, które nieprzemyślane wbijają kolejną szpilkę w te otłuszczone miejsca?

„No fakt, ostatnio trochę przytyłaś” – no ku*wa dzięki, że mi to uświadamiasz, jakbym nie wiedziała. I teraz co, mam dziękować, że inni też widzą, że jestem gruba? Może to sugestia, że jednak więcej niż te trzy do pięciu kilogramów schudnąć powinnam?

„Masz jakąś konkretną dietę?” – to klasyka. I teraz tak – opcje są dwie. Możesz być szczera i wyznać: „Pierdzielę, idę na kopenhaską, dwa tygodnie się przemęczę, trzy na pewno schudnę, a później tylko to utrzymać”. Tyle, że wtedy musisz się liczyć z tysiącem dobrych rad w stylu: „Zwariowałaś, chcesz sobie zdrowie niszczyć?”. Nie zabraknie wątpliwości: „No nie wiem, nie wiem, czy to naprawdę taki dobry pomysł” i ogólnie braku wiary w twoje możliwości: „Wytrzymasz? A wiesz, jaki później efekt jojo, szkoda twojego czasu i stresu”. A gdy już te kilogramy zaczną z ciebie schodzić, będziesz słyszeć: „Jakoś tak niezdrowo wyglądasz”, „Taka blada jesteś”, „Dobrze się czujesz?”. Nie, nie czuję się dobrze, bo od kilku dni wpieprzam tylko sałatę, kurczaka, jajka i piję kawę bez mleka! Jak mam się czuć dobrze? Ale wytrwam! I wszystkim wam oko zbieleje! Bo wiadomo, że to jednak tylko o tę zazdrość chodzi i myślenie: „Oby jej nie wyszło, oby jej nie wyszło” oraz możliwość tryumfalnego: „A nie mówiłam”.

Jest jeszcze inna opcja – możesz rzucić jakąś zagraniczną nazwę wymyślonej diety, albo odwołać się do najnowszych trendów, choćby diety militarnej (bez względu na to, co to jest). A jak jeszcze dodasz: „Moja znajoma schudła na niej 10 kilogramów”, to masz święty spokój. Bo wychodzisz na znawcę, który temat zgłębił i w dodatku ma wyniki poparte żywą stratą wagi.

Możesz też zawsze powiedzieć, że po prostu będziesz żreć mniej i zobaczyć te pobłażliwe kiwanie głową i uśmieszki. Tak, jasne – jeść na mniejszych talerzykach, mniejszą łyżeczką, widelczykiem małym. Niech mi ktoś pokaże kogoś, kto na popularnej MŻ schudł spektakularnie. Bo teraz ja mam zrezygnować z całej tabliczki czekolady na rzecz pół i zamiast dwóch mielonych jeść jednego, z mniejszą porcją ziemniaków? To może i wystarczy, żeby mi dupa nie rosła, ale, żeby zmalała – jakoś średnio w to wierzę. Fakt.

Przyszedł jednak taki czas, kiedy wyszłam z założenia, że nikomu nie powiem, że się odchudzam. Że oszczędzę sobie tych wszystkich przytyków, pytań i powątpiewań. Po prostu schudnę, a inni nagle oczy otworzą ze zdumienia. Ja naprawdę współczuję wszystkim tym, którzy chcą schudnąć, a nie mogą się zamknąć w tajemniczej wieży i wyleźć z niej po dwóch miesiącach, tylko napotykać te wszystko widzące koleżanki. „Nie chcesz ciasta? No nie mów, że się odchudzasz” – przy czym wypowiedź dopełnia głośny śmiech. A przepraszam bardzo, czy ja nie mogę nie mieć ochoty na coś słodkiego? Serio? To takie dziwne? Badania krwi mam sobie zrobić i z nimi chodzić mówiąc, że cukier szkodzi? „A co ty, sałatkę będziesz jeść? Zwariowałaś? Odchudzasz się?”. Jak nie jem słodyczy źle, jak wpie*dalam zbyt dużo źle, jak chcę więcej warzyw, co by sobie metabolizm podkręcić, to się i tak ktoś czepi.

Już w ogóle nie mówię o tym znaczącym: „ZNOWU??? się odchudzasz?”. No znowu, bo jak mi nie pomagacie i pod nos podsuwacie, choć odmawiam, moje ulubione lody, ziemniaki z sosem i sztukę mięsa, to tak – znowu się muszę odchudzać, bo nikt mojej diety uszanować nie potrafi i tylko przeszkadza w ćwiczeniu silnej woli. Bo ile razy można mówić: „Nie, dziękuję”, „Nie, naprawdę nie chcę”, „Nie, jestem na diecie”, „Nie chcę, po prostu nie chcę”. No ile?

Myślicie, że jest łatwo komuś, kto jest na diecie. Myślicie, że taki ktoś nie marzy o tym, żeby wyrwać wam tę kanapkę ze świeżutką białą bułeczką i pachnącą szyneczką i z takie trzy wpierdzielić? Myślicie, że tak miło chlać wodę, jak wy soczkami czy colą się raczycie? Nie – nie ma w tym nic miłego, nic przyjemnego, dieta to koszmar wszystkich tych, co muszę się jednak pilnować. Bo pożeranie wszystkiego, co się lubi sprawi, że urosną do monstrualnych rozmiarów. Ja tak mam. I jak mam rozmawiać z koleżanką, która waży jakieś 58 kilogramów przy 175 wzrostu i jak gdyby nigdy nic pochłania żeberka w tłustym sosie zagryzając frytkami. No jak? Nie mogło być na tym świecie innej niesprawiedliwości? Nie moglibyśmy wszyscy razem ponosić konsekwencji (albo i nie) tego, co jemy? Bywają takie dni, że szczerze zazdroszczę tym, którzy duże pudełko lodów mogą zagryźć żelkami i nawet w cycki im to nie idzie.

Serio. Dieta nie jest niczym fajnym. Jasne, że jej wyniki już przyjemne są, ale na te w ch*j długo trzeba poczekać, a na końcu i tak usłyszymy: „No teraz to ty w końcu wyglądasz”, „Wiesz co, nigdy nie wyglądałaś lepiej”, „Ile schudłaś?”. I teraz czy trzy kilo to mało? Bo co powiesz? „Trzy kilo” i usłyszysz, że o co było to całe larum i rwanie włosów z głowy. Ale uwaga, ja w teorii odchudzania jestem naprawdę niezła. Żeby schudnąć te trzy czy cztery kilo zdrowo, bez efektu jojo potrzeba od sześciu do ośmiu tygodni. Dwa miesiące, z czego połowa to przyzwyczajanie się do zmiany nawyków i budzenie się w nocy, jak po koszmarze, gdy śnią ci się te wszystkie drożdżówki z makiem oblane lukrem, których przez ten czas nie zjadłaś. A na koniec i tak usłyszysz „Phi, trzy kilo, moja znajoma w dwa miesiące schudła dziesięć”. I weź tu rozmawiaj, bądź mądry, szczupły i nie nieszczęśliwy?


Błagam, przestańmy powtarzać bzdury, że wina za rozpad małżeństwa leży zawsze po dwóch stronach! Gówno prawda, nie zawsze i nie po równo!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
5 lutego 2018
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Pokłóciłam się z przyjaciółkami, ale normalnie niemal na śmierć i życie. Dobrze, że zbyt ostrych narzędzi nie miałyśmy pod ręką, bo nie wiem, jakby się skończyło.

Ale dobra, od początku. Telefon, że musimy się spotkać, że coś złego się dzieje z Olką. Słowem – sytuacja kryzysowa, którą trzeba rozszyfrować, przegadać i na końcu, jeśli to możliwe, pomóc, a przynajmniej wesprzeć. Sztab kryzysowy w najwyższej gotowości.

Sytuacja niewesoła.

– On ma romans – zaczyna Olka, kiedy my nawet wina nie zdążyłyśmy otworzyć.

– Ale, że jak to romans – prawie korkociąg wbiłam sobie w rękę.

Bo jest dziwny, mniej się odzywa, później wraca. Najpierw myślała, że zmęczony, że stres w pracy, ale jest jakoś tak inaczej…

– On na bank kogoś ma – nie daje za wygraną Olka, kiedy próbujemy zracjonalizować jej obawy. Czy rozmawiała, czy pytała, sprawdziła jego telefon? Komputer? Jak z seksem. Na pierwszy rzut tragedii nie widać, ale wiecie jak to jest – babska intuicja mówi jej, że coś się dzieje. Po przedrążeniu tematu wszerz i wzdłuż pada:

– To moja wina, już jestem zmęczona tym ciągłym nadskakiwaniem, usługiwaniem. Odpuściłam, powiedziałam mu, że ma się też zaangażować, że wszystkimi obowiązkami domowymi, to się trzeba po równo dzielić, że oboje jesteśmy za nasze wspólne życie i jego jakość odpowiedzialni, a nie tylko ja.

– Olka, i że on teraz jest winny? Sorry, że to powiem, ale winę za rozpad małżeństwa trzeba brać na siebie po równo, zawsze dwie strony są winne – mruknęła Sylwia.

Poczułam charakterystyczne mrowienie na karku. Zamknij się. Zamknij się. Nie odzywaj się. Mój wk*rw już spuścił się ze smyczy. – Że co? Że jak to po równo? Gość zdradza żonę, a ty mówisz o winie po równo?!? Sama się zaskoczyłam siłą ataku, ale cóż, odwrotu nie było. Laski po mnie spojrzały. I zaczęła się dyskusja. Że przecież wiadomo, że wina po środku, że skoro on zdradza, to z jakiegoś powodu, czegoś mu brakowało, a żonie nie chciało mu się tego dać. I żeby nie było – odwrotnie też tak to działa, że jak ona decyduje się odejść, bo na przykład on tylko swojej matki się słucha, leży na kanapie, a dzieci jedynie musztruje, to na bank oboje po równo są winni temu, że jedno ze spakowaną walizką z chaty się wynosi.

A ja stanowczo protestuję! Bo to gówno prawda! Bo mówienie, że wina leży po obu stronach jest często mega krzywdzące. Bo choćby ta nasza biedna Ola. No kurde, jak już dziewczyna dojrzała do tego, że nie chce żyć w kieracie, a ona naprawdę zapieprzała – zakupy, dzieci, ciasto w niedzielę, jak się jej spytałam, po co ona jeszcze ciuchy prasuje, to słyszałam, że Janek sam sobie koszuli nie wyprasuje. No i jak się w końcu zbuntowała. Jak w końcu postanowiła dać swoim córkom przykład, pokazać, że kobieta nie jest w domu jedynie od sprzątania i gotowania, to ten jej romansem w pysk strzelił. A masz, a masz za karę, że się wychyliłaś. Sama sobie jesteś winna, trzeba było się zmieniać? Nożesz k*rwa nie wytrzymam. Gość spie*dolił w ramiona jakieś larwy, bo mu przestało być wygodnie? Bo zmieniły się zasady? Więc on tracąc swój codzienny komforcik stwierdził: „A co tam, w końcu wina i tak się rozłoży”. I ta biedna zdradzona żona tak właśnie myśli, szuka tych 50% w sobie. Koleżanki jej mówią: „Wiesz, musiałaś coś zmieniać?”, „Może trzeba było stopniowo, na początku może śmieci zacząłby wynosić”, „Ja ci mówiłam, ty się nie zmieniaj, bo on się rzuci”, „Może ty biegać powinnaś zacząć, skoro tyle w tobie frustracji, zamiast na mężu się wyżywać”. Nie, no on oczywiście też zły, nie powinien, gdyby nie zdradził, może jeszcze wszystko, by się dało ułożyć. Gorzej, jak on chce ułożyć, ale ona nie ma zamiaru. To znowu też jej wina. Bo jak to wybaczyć i zapomnieć nie potrafi? Nie no okej – jego 50% zdrady, ale jej 50% winy w tym, że brak jej już chęci na walkę o ten związek. Litości!

Co za bzdura. Jak musi czuć się ta kobieta? Ona nie chciał nic złego, chciała być szczęśliwa w tym związku, chciała zmian, które by sprawiły, że nie odejdzie od buca leżącego na kanapie, co to skupiony jest tylko na swoich potrzebach. Ale tego już nikt nie widzi. Nie, nie – społecznie wepchnięto nas w presję 50% i my tę winę na siebie bierzemy w ciemno, bo się nam należy, ot tak z przydziału. W końcu za związek też bierzemy odpowiedzialność po równo. Serio? Po równo?

Mam przyjaciółkę. Resztkami sił trzyma związek, który od lat jest na wymarciu, ale ona, może tak jak dinozaury, ma nadzieję, że jednak przeżyje. Dwoi się i troi, terapia, wspólne wyjazdy na weekend, dzieci u babci, wypad do kina. I co? I nic. Na chwilę jest świetnie, po czym znowu dostaje SMS-a: „Sorry, nie zdążę po dzieci”, choć obiecał, choć do ich odebrania zostało dziewięć minut. Za to, na siłownię zaczął chodzić, na dietę pudełkową przeszedł. Pytam się jej: „Kochasz go? Chcesz z nim być? Czemu go w końcu nie wypie*dolisz z domu?”. I co słyszę: „Bo nie chcę czuć się winna, jak już odejdę”. Nie wierzę w to, co słyszę. Raz. Dwa. Trzy. Jaka winna? Kobieto. Od kilku lat trzymasz to wszystko w kupie, ty się starasz, ty stajesz na rzęsach. A na koniec jeszcze ci powiedzą, że to twoja wina, bo na siłę go trzymałaś. I co, i znowu wina po połowie, a książę usprawiedliwiony ze swojego paskudnego charakteru niczym z Piotrusia Pana?

Krew mnie zalewa, kiedy czytam w różnych miejscach przeznaczonych dla kobiet: „Zostałaś zdradzona? Winę widzisz tylko w nim i tamtej kobiecie? Powinnaś się raczej zastanowić czy w waszym związku wszystko było okej, czy to nie ty przyczyniłaś się do tej zdrady”.

Albo

„Zaniedbywał cię? Pracę stawiał wyżej niż rodzinę? Nie mogłaś na niego liczyć w opiece nad dziećmi? Zastanów się, dlaczego tak robił. Dlaczego z nim o tym nie porozmawiałaś?”.

Albo

„Odszedł do innej? A ty nadal siedzisz w tym swetrze sprzed dziesięciu lat, nadal masz nadmiar kilogramów po drugiej ciąży? Kiedy ostatni raz byłaś u fryzjera, dlaczego nie zapiszesz się na fitness? Spójrz w lustro? Naprawdę to tylko jego wina, że cię zdradził?”.

No a czyja? A kiedy ona do tego fryzjera miała iść, kiedy na jakiś fitness, skoro dom, praca, dzieci, dom, praca dzieci. A książę nie raczył jej nawet pomóc, nie został wieczorem z dzieciakami, bo przecież on na siłownię, na tenis, na piwo z kolegami. Kto by to wytrzymał? Ale ona wytrzymała i w prezencie dostała kochankę męża i swoje 50% winy za rozpad małżeństwa, bo o siebie nie zadbała, więc on trafił między nogi innej.

Wiecie co, to jest prawdziwa podłość, to głoszenie wszem i wobec: „Wina rozkłada się po połowie”. Nie, no jasne, tak najłatwiej, on zakłada białe rękawiczki, wychodzi z domu w miarę dobrym samopoczuciu, bo przecież nie z wyrzutami sumienia obarczonymi winą za to, że okazał się ch*jem, że uciekł, nie porozmawiał, nie postarał się, nie próbował czegoś zmienić w sobie, w was. Sorry – w naszym chorym społecznym przekonaniu za te wszystkie „pierdoły” odpowiedzialna jest kobieta, bo gdzie będzie jej 50% winy, jeśli on, nim obejrzy się za jakąś cizią, powie: „Kochanie, ja dzisiaj zostanę z dziećmi, a ty zrób to, na co masz ochotę – kosmetyczka, fryzjer, zumba?”. Nie, no tak to nie działa. Bo przecież wina musi się rozłożyć po równo. No chyba, że ona pozna przystojnego trenera na zajęciach. Wówczas jego 50% to głupota, że ją z domu wypuścił, i jej 50%, że się zdecydowała wyjść.

Eh, w temacie wina, to po równo, my sobie możemy je rozlać do kieliszków. I tyle. Naprawdę zastanówmy się dwa razy nad wygłaszaniem takich mądrości, jeśli nie znamy sytuacji od podszewki. A najczęściej nie znamy.


Czy cipka to brzydkie słowo? Może lepiej brzoskwinka czy muszelka? Przestańmy udawać, że to COŚ między naszymi nogami nie istnieje

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
8 stycznia 2018
Fot. iStock/NinaMalyna
Fot. iStock/NinaMalyna

O rety, utonęłam ostatnio w dyskusji, która toczyła się w sieci, czy cipka to brzydkie słowo. Szczerze – najpierw czytałam i nie dowierzałam. Bo okazało się, ze według wielu kobiet cipka to słowo, które nie powinno być używane przy dzieciach, że brzydkie, fuj i w ogóle o czym tu mowa. Nie ma to jak słodka brzoskwinka, czy nawet cytrynka, ale cipka – co to to nie. Zwłaszcza, ze c*pa uznane jest wulgaryzm, a oburzeni słowem cipka próbowali dowieźć, że w tym przypadku niedaleko pada jabłko od jabłoni. A może wisienki – bo takie określenie cipki też znalazłam – jak wisienka na torcie próbował tłumaczyć autor tego określenia.

Pomyślałam sobie – no tak, znowu dyskusja o tym samym, o seksie na poważnie. Bo jak już widzę te wszystkie waginy, pochwy, sromy to robi się dorośle, dojrzale i bez humoru, bo humor i seks w naszym przekonaniu w parze iść nie mogą. Chyba, że w zaciszu sypialni: „Wejdziesz w moją waginę swoim penisem?”. Nie wnikam, może ktoś tak lubi i to go właśnie kręci. I super.

Poszukałam, poczytałam. Cipka wiadomo – oznacza w pierwszej kolejności młodą kurkę. Skąd nazwa? Od wołania kurczaków, w końcu na wsi często można było usłyszeć charakterystyczne „cip cip”. Zresztą mój znajomy ostatnio nazwał cipkę kokoszką, czym wywołał salwę śmiechu, ale patrząc etymologicznie – mocno w nazwie się nie pomylił. Że też nigdzie na żadnych forach nie znalazłam określenia kurka – może dla oburzonych cipką by się nadawała, toż to niemal jak synonim.

Cipka w słowniku widnieje także  jako nazwa żeńskiego organu płciowego. Pospolicie używane, nie jako wulgaryzm, podobno końcówka -ka łagodzi w tym przypadku wszystkie obyczaje. I teraz czy cipka to sama dziurka, czy może i łechtaczka i srom i wzgórek łonowy. Wymieniać wszystkiego podczas seksu nie sposób, jeśli już chcielibyśmy być poprawni. Pomiziaj mnie po wzgórku, teraz popieść łechtaczkę, srom, a na końcu zajmij się cipką. Można by się trochę pogubić.

Dla mnie cipka to cipka – całość, wszystko co się składa na to tajemnicze COŚ między nogami każdej kobiety czy magnetyzujące TAM z lekkim wskazaniem palcem lub wzrokiem.

Ja tam z nikim w dyskusję się wdawać nie będę czy cipka jest be i lepiej używać bardziej poetyckich nazw. Jak ktoś ma naturę romantyka, może zechce usłyszeć od ukochanego o swoim kwiecie orchidei, na którego płatkach wychodzi rosa (znalezione – nie wymyślone przeze mnie). Być może komuś pasować będzie pierożek czy cheesburger – tak tak, są tacy, którzy w ten sposób mówią o cipkach. I okej, może lubią gotować, a seks zresztą słusznie – jest dla nich rozkoszą porównywalną do jedzenia. Myślę, że w niejednej sypialni padło: „Daj mi tu do schrupania swoje ciasteczko”.

Ale przecież jeszcze jest foczka, muszelka dla tych, którym dobrze nadmorskie klimaty się kojarzą. Może marzą o seksie na plaży albo właśnie ten wspominają jako najlepszy. Jest jeszcze całe mnóstwo, które z seksem ewidentnie są związane – pieszczocha, rozkoszka – i słusznie – bo gdzie jeśli nie TAM, znajdziemy największą przyjemność. No to tak bez pruderii, proszę drogich pań, bez zaczerwienionych policzków – czy cipka nie daje nam rozkoszy, czy jakaś inna część ciała jest dla nas źródłem większej ekscytacji i uniesień? Dobra, dobra, zaraz ktoś zacznie mówić o chemii mózgu, a ja chcę o seksie. Po prostu. O cipce, brzoskwince, kokoszce, muszelce czy pieszczotce. Nie chcę udawać, że to coś między nogami nie istnieje, czy uważam za kompletnie nieistotne i zbędne – no oprócz sikania, stąd ta sikawka, czasami rozróżniania na damską i męską czy po prostu siczka.

Cipka jest dla mnie ważna i bardzo ją lubię. I nie wyobrażam sobie życia bez niej nie tylko ze względów fizjologicznych, ale też tych rozkosznych. I szczerze przyznajmy – jest cudowna, bo do osiągnięcia orgazmu nie potrzebujemy nawet drugiej osoby, czasami sobie myślę, że to najlepsza rzecz, jaka została nam kobietom w naszej fizyczności dana. Eh, nawet nie myślę i nie czasami, po prostu jestem o tym przekonana. Każdego dnia.

Ale, że temat mnie pochłonął, zadzwoniłam do mojej ulubionej pani od seksu, czyli Joanny Keszki. Kto jak nie Joasia, którą ostatnio Facebook blokuje, bo uważa, że treści przez nią publikowane są nieprzyzwoite (swoją drogą zupełnie moim zdaniem niesłusznie), lepiej wypowie się w kwestii cipek. To ona mówi kobietom: „Macie prawo do przyjemności, weźcie lusterko, przyjrzyjcie się sobie, nie udawajcie, że istniejecie tylko od pasa w górę”.

„Problem nie jest w słowie, tylko w ludziach” – zaczyna Joanna i to już wstęp do dyskusji. Bo co komu przeszkadza ta cipka, czy brzoskwinka czy pochwa? To jest wulgarne, tamto infantylne, inne medyczne, a kokoszka śmieszna. No i co z tego proszę pań. A niektórzy mówią Bronka i wysyłają SMS-a „Idę z Bronką do palca-grzebalca” – i wszyscy wiedzą o co chodzi, niektórzy się oburzą, niektórzy zniesmaczą, niektórzy poczują za konieczne skomentowanie owej Bronki. Ale po co, skoro ta kobieta ze swoją Bronką jest szczęśliwa, tak jak ta, która nazywa ją Walentyną czy Bożeną, słyszałam też o Jadwidze.

Joasia Keszka porusza ważną kwestię mówi o tym, że kobietom nadal w seksie odbierany jest głos, my nadal mamy się wstydzić używania któregokolwiek ze słów, bo wtedy nie będziemy się domagać niczego dla siebie, nie będziemy się w seksie komunikować, mówić co nam sprawia przyjemność większą, a co żadną. Kobieta o seksie ma milczeć, tak jak o swojej kurce (strasznie mi się spodobało to określenie). Jakkolwiek TEGO nie nazwie jest źle, jest piętnowana także przez inne kobiety.

Drogie Panie wraz z Joasią (bo zapewne do tego apeli się przyłączy) mam taką prośbę – nie udawajmy, że nie mamy cipek, brzoskwinek, muszelek, pierożków, wagin, sromu, pipek, piczek, Michalinek. Mówmy o nich tak, jak lubimy o nich myśleć i pozwólmy na to innym. Możemy się roześmiać, pożartować, podyskutować, ale na miłość boską odczarujmy tę naszą seksualność, przemówmy ludzkim głosem, mówimy co nam ślina na język przyniesie i dajmy innym do tego prawo. Chcesz powiedzieć swojej córce, że ma cipkę – proszę bardzo, a ty, że ma cytrynkę – niech będzie. Tylko niech się miło kojarzy, każdej z nas, od początku, niech cipka nie będzie naznaczona poczuciem wstydu, złymi doświadczeniami naszych matek, babć czy nawet nas samych.

Dla mnie to COŚ między nogami to cipka – tak mówię ja, mój mąż, moi synowie, którzy z czasem siusiaka zamienili na penisa, ale też wiedzą co znaczy ch*j.

A ty co masz między nogami?

P.S. Jeśli ktoś nie zna Joanny Keszki – zapraszam serdecznie na www.barbarella.pl, tam więcej o cipkach.