Pieniądze nie dają szczęścia? Może, ale dają spokój. Dzięki nim łatwiej budować nowe życie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 października 2017
Fot. istock/LittleBee80
Fot. istock/LittleBee80
 

Pieniądze szczęścia nie dają. Znacie to powiedzenie? I pewnie słyszeliście niejedną historię o kimś bajecznie bogatym i ogromnie nieszczęśliwym. O tym, że szczęścia, zdrowia, miłości, kupić sobie nie można. Może przeprowadzono nawet jakieś badania, żeby udowodnić, policzyć, jaki odsetek bogatych jest nieszczęśliwy. I jaki odsetek biednych potrafi cieszyć się tym co ma. Gdyby to wszystko było takie proste…

Załóżmy, że zaczynasz nowe życie. Ale takie nowe, naprawdę. To znaczy, nie masz nic, bo przez lata żyłaś w związku, w którym, choć na pozór miałaś wszystko, nic nie było tak naprawdę „twoje”. Zarabiałaś mniej niż on (bo na przykład zajęłaś się w większym stopniu domem i wychowywaniem dzieci), nie robiłaś znaczących zakupów (bo ci na to nie pozwalała twoja skromniejsza niż jego pensja), a chcąc coś sobie kupić konsultowałaś to na wszelki wypadek z partnerem, mimo, że on tego nigdy nie robił.

Teraz odchodzisz. Z dzieckiem lub dwójką, znajdujesz jakieś mieszkanie, nawet najmniejsze, ale spokojne, wasze. Wynajęte za TWOJE pieniądze. Wiesz, że powinnaś dostać od niego JAKIEŚ pieniądze na wychowanie dzieci. Ale coś (ta cholerna duma) nie pozwala ci przypominać mu o tym obowiązku. Nagle zostajesz sama ze wszystkimi opłatami, wydatkami, obciążeniami, które dla niego nie stanowią problemu, ale dla ciebie samej, z dwójką dzieci, są już niezłym wyzwanie.

Jasne, możesz liczyć na zespół wsparcia. Są twoi rodzice, przyjaciele, życzliwi znajomi, ale na miłość boską, nie chcesz przecież teraz pożyczać od wszystkich pieniędzy. Chcesz poczuć się wreszcie wolna i odpowiedzialna za własne życie. I żeby nikt nie mówił ci, że gdyby nie on, nie dałabyś sobie rady. Cholernie się tego boisz – zależności od innych. Marzysz o wygranej w totka, spadku, niezwykłej propozycji zawodowej, która przyniesie ci świetną pensję (nie zabierając przy tym czasu, który do tej pory poświęcałaś swoim dzieciom). Ale nic takiego się nie dzieje, zawrotna kwota nie pojawia się w zawrotny sposób na twoim koncie. Zamiast tego widzisz, jak ta, którą z trudem odłożyłaś „na nowe życie” topnieje w zatrważającym tempie. Zaczynasz się bać coraz bardziej. Wątpić w to, że podjęłaś słuszną decyzję. W siebie.

Wstajesz w środku nocy, spędzasz godzinę w kuchni nad kubkiem ciepłej herbaty martwiąc się o to, co będzie dalej, jak dasz sobie radę, czy uda ci się zadbać o dzieci, zapewnić im to, o czym marzą. Płaczesz. Nie tak, jak wtedy, gdy podejmowałaś decyzję o rozstaniu. Płaczesz cichutko, marząc o tym, by przez chwilę móc być znów małą dziewczynką, stęsknioną za swoją mamą. Czy na pewno dobrze zrobiłaś? Absurdalne myśli plączą się w twojej głowie. Że jeśli nie dasz rady, zabiorą ci dzieci. Że może jesteś beznadziejną matką, że może źle zrobiłaś. Że on miał rację.

A potem, wiedziona emocjami wchodzisz do pokoju dzieci. Światło księżyca pada na ich śpiące twarze. Są spokojne, tak, jak od dawna nie były. Wydaje ci się nawet, że lekko uśmiechają się przez sen. Wsłuchujesz się w tę ciszę, w ich spokojne oddechy. I wiesz już, że wszystko będzie dobrze. Że dopóki one są zdrowe i szczęśliwe (a widzisz to każdego dnia), odnajdziesz w sobie siłę, dasz radę.

Pieniądze nie dają szczęścia. Dają spokój. Są tylko jednym z elementów, na którym możesz zbudować spokojne, szczęśliwe życie. Same w sobie nie zapewnią ci szczęścia. Ale mogą zapewnić ci upragniony spokój, STABILIZACJĘ. Nie wstydź się prosić o pomoc bliskie ci osoby.


Ślub w ciemno, ciąża w ciemno… Przecież to wszystko już było

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
31 października 2017
Fot. istock/zamuruev
Fot. istock/zamuruev
 

Moja znajoma namiętnie ogląda w telewizji tylko jeden program. Ten, w którym uczestnicy zostali połączeni w pary przez grupę specjalistów. Pełni nadziei, że właśnie za chwilę spotykają miłość swojego życia widzą się pierwszy raz na ślubnym kobiercu i… biorą ślub. Na serio. Zupełnie się nie znają, nigdy wcześniej ze sobą nie rozmawiali, a teraz mają żyć jak mąż i żona. Od „już”. Taki eksperyment. Nowatorskie podejście (choć z zachowaniem polskiej tradycji). Ale czy na pewno?

W głowie robię szybki przegląd doświadczeń życiowych moich koleżanek i swoich własnych też. Wiele z nich (moich znajomych) jest właśnie na etapie: „Jezus Maria, żyłam z nim tyle lat, a nie wiedziałam jaki jest naprawdę, nie znałam go”. Albo: „Gdybym wiedziała, że on taki jest, nigdy bym za niego nie wyszła za mąż”. No i klasycznie: „Dlaczego nikt mnie nie uprzedził, że on taki jest?”. A oznacza to właściwie, że „ślub w ciemno” brała większość z nas. Albo nie zdążyłyśmy naprawę dobrze poznać mężczyzny, z którym związałyśmy nasze życie „na dobre i na złe” albo byłyśmy tak zakochane, że żadne logiczne argumenty bliskich osób, które „widziały więcej” do nas nie dochodziły. Eh, miłość. Naprawdę da się nią wszystko wytłumaczyć?

Bo jak to się dzieje, że facet, z którym spędziłaś kilka wiosen, z którego rodzicami siedziałaś nieraz przy niedzielnym obiedzie, że mężczyzna, z którym masz wspólnych znajomych, ba! Z którym masz wspólne dzieci! No więc, że ten mężczyzna, z dnia na dzień oświadcza ci na przykład, że właściwie to on był z tobą nieszczęśliwy, że go ograniczasz, związek go w ogóle ogranicza, unieszczęśliwia go to wszystko i właśnie ma depresję, więc on sobie już pójdzie. Dzieci możesz zatrzymać.

Co sobie pomyślisz? Że, cholera jasna, naprawdę świetnie udawał? Oskarowo po prostu? Że jeszcze dwa tygodnie temu z zapałem opowiadał twojemu ojcu o swojej nowej pracy, dzięki której stać was będzie na większe mieszkanie i te fajne wakacje, o których marzyliście? A teraz co? Rozchorował się na głowę? Ma chwilowy kryzys z przepracowania? Można mu jakoś pomóc?

Kiedy okazuje się, że kryzys jest koleżanką z liceum, którą twój mąż spotkał przypadkiem pod centrum handlowym pół roku temu, oczy wychodzą ci z orbit. Jasne, jesteś nieszczęśliwa i wściekła, ale przede wszystkim jesteś ZDZIWIONA. Bo myślałaś, że go znasz, a tu taki klops.

Albo taki facet, na którego źle działa papierek? To znaczy, on bardzo chce wziąć z tobą ślub, marzy o tym, najchętniej ożeniłby się z tobą już zaraz. Ty, niestety, jesteś tym zachwycona. No to wychodzisz w tym zachwycie za niego za mąż, chociaż nigdy nie byłaś jakąś zwolenniczką ślubów. A kiedy on już jest twoim mężem przechodzi metamorfozę. Zamienia się w kogoś, kto nie ma dla ciebie ani grama szacunku. Sprawia, że na kilka długich lat stajesz się kimś innym. Taka jesteś zdziwiona, że grasz w tę jego grę. Wciągasz się w to, a nawet zaczynasz wierzyć, że wszystko jest w porządku. Z tego małżeńskiego i osobistego dramatu wychodzisz w końcu, poraniona, niepewna siebie, ale szczęśliwa, że to już koniec. I nieustannie zaskoczona, że się w ogóle znalazłaś w tym punkcie.

Jasne, że nie chcę tym tekstem wam powiedzieć: „zgłaszajcie się masowo do programu, w którym ktoś mądrzejszy od nas wybierze nam partnera, może tym razem się uda, skoro same nie potrafimy”… Ja właśnie chciałam o tym, że miłość to poważna sprawa. Znacznie poważniejsza niż ta biała sukienka, którą zakładasz na kilka godzin. O wiele mniej błaha niż wybór weselnego menu. Miłość szczęśliwa, dobry związek to eksperyment na naszym życiu i na naszym sercu. Bo pozwalamy drugiej osobie wejść w naszą intymność, codzienność, nasze „ja”.  A ślub w ciemno, choć się zdarza, to zły kierunek.

Podobno telewizja szykuje nowy program. Taki, w którym uczestniczki będą zachodzić w ciążę z nieznajomym. I właściwie, to też już było, prawda?


Nie mogę na ciebie patrzeć, ale muszę. Kiedy się rozstajesz, ale nie możesz spalić za sobą mostów, bo macie dzieci

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
3 października 2017
Fot. iStock / fcscafeine
Fot. iStock / fcscafeine
 

Stoisz przed lustrem. Tak, od kilku minut stoisz, bo zapomniałaś właściwie, co miałaś zrobić. „Zawieszasz się”. Patrzysz tej z naprzeciwka prosto w lekko jeszcze zaróżowione, podpuchnięte od płaczu oczy. O masz, znowu płyną. Jedna po drugiej. Wycierasz szybko twarz wierzchem dłoni. Stało się. Koniec waszego związku nastąpił z hukiem i fajerwerkami, które lepiej pasowałyby na imprezę weselną niż rozwodową. Zresztą, na weselu też mieliście fajerwerki. Tylko atmosfera była jakaś lepsza. I nie spuszczałaś z niego zakochanego wzroku. A teraz…

Dosyć już! Zaczęło się nowe życie. Żeby tak uciec na drugi koniec świata… Albo lepiej, żeby on zniknął, zapadł się pod ziemię. Tylko, cholera, dzieci macie wspólne. Więc choć patrzeć na niego nie możesz, to musisz. I jak sobie z tym poradzić? Jak opanować nerwy, przetłumaczyć sobie, co jest tak naprawdę ważne? (Ty) Że etap zamknięty, to etap zamknięty, że szkoda nerwów, że masz, co masz i trzeba jakoś z tym żyć. I że można nawet z tym dobrze żyć, jeśli się przestrzega kilku zasad.

Pod żadnym pozorem

Nie lituj się

Nad nim. Na sobą trochę możesz, ale nie za długo, bo to źle na ciebie działa. Nie myśl o nim, jak o byłym partnerze, myśl jako o ojcu swoich dzieci. Ta rola wiąże się z obowiązkami, które on powinien wypełniać. Może nie był najlepszym ojcem, kiedy jeszcze byliście małżeństwem, ale teraz ma szansę to naprawić. Warto jasno ustalić zasady, kiedy kto odbiera dzieci, kiedy kto zawozi je na angielski. I egzekwować ich przestrzegania. Nie zastanawiaj się, czy wychodzisz teraz na zołzę. Skoncentruj się na dzieciach. To dla ich dobra. I twojej wygody trochę też.

Nie żałuj

Wspólnych lat, straconych dni, wylanych łez. Ten etap jest zamknięty, nie masz wpływu na decyzje z przeszłości. Zamartwianie się tym, że kiedyś byliście razem i tym, że bywało nawet całkiem dobrze, nie ma żadnego sensu. Coś do tego rozstania doprowadziło i nie był to z pewnością nadmiar jego miłosnych wyznań i dobrych chęci. Nie było to również cudowne i czułe ojcostwo.

Nie daj sobie wmówić…

Czegoś, w co nie wierzysz. Że jesteś bez serca, bo przecież tyle was łączyło, a teraz zachowujesz się, jakby to w ogóle nie miało dla ciebie znaczenia. Jak miło by między wami nie było, grasz teraz w pojedynkę i grasz dla siebie i dzieci. Masz prawo do regularnie spływających na twoje konto alimentów i do świętego spokoju. Z liczeniem na pomoc byłego męża w tak zwanych „nagłych przypadkach” bywa różnie.

Nie interesuj się jego życiem miłosnym

Choćby cię skręcało z ciekawości. Przypomnij sobie, że nie możesz na niego patrzeć. To z kim się spotyka to teraz jego sprawa. O ile nie uderza to w żaden sposób w wasze dzieci. Ty przecież też chciałabyś jeszcze kiedyś się zakochać. OK, może jeszcze nie teraz. Ale przyjdzie moment, że poczujesz, że już czas zrobić w swoim życiu trochę miejsca dla kogoś innego niż młodzież w wieku szkolnym i przedszkolnym.

Nie rób sobie nadziei

Że będzie wspaniale, że WSZYSTKO da się dogadać, a w niedzielę będziecie się spotykać na wspólnym obiedzie. Nie da się. Gdyby się zawsze wszystko dało dogadać, nie rozwiodłabyś się, taka jest prawda. Na razie wspólne spotkania, nazwijmy je „organizacyjne” są „musem” i faktem. Jakoś trzeba to poukładać. Nie oczekuj, że będziesz na nich oazą spokoju i że będziesz mogła z tym spokojem na NIEGO patrzeć i go słuchać. Nie nastawiaj się też na najgorsze. Jest, jak jest.

Nie mów mu, że sobie nie radzisz

Za żadne skarby! A szczególnie wtedy, kiedy to ty zadecydowałaś o rozstaniu, bo przez cały okres trwania związku słyszałaś, że bez niego jesteś nikim i nic nigdy nie osiągniesz. W ogóle nic nie mów. Od teraz jesteś samodzielnym bytem i nikomu nic do tego, czy płacisz rachunki na czas. Potrzebne ci tylko takie towarzystwo, które daje wsparcie, nie to, które dołuje.

Nie ma co palić za sobą mostów. Nawet, jeśli teraz nie możesz na niego patrzeć, za jakiś czas poczujesz cudowną obojętność. I to będzie pierwszy, prawdziwie pierwszy, dzień twojego nowego życia.