Pie*dolę noworoczne postanowienia, od lat mam listę, czego zrobić nie zamierzam i trzymam się jej nogami i rękami

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 grudnia 2017
Fot. iStock / golubovy
 

Mój syn wprowadził w naszym domu pewną tradycję – otóż na koniec roku każdy z nas ma opowiedzieć o tym, co mu się udało przez ostatnie dwanaście miesięcy.

Mądra bestia – nie skupia się na tym, co nie wyszło, nie rozpacza, że znowu z historii miał cztery a nie pięć, tylko mówi o tym, w czym był świetny. I bardzo dobrze. Ta świecka tradycja przyjęła się i od kilku lat zbieramy sobie informacje o naszych większych i mniejszych sukcesach. Klaszczemy sobie nawzajem i śmiejemy się opowiadając różne historie.

Precz ze smętnym końcem grudnia, kiedy to większość nachodzą czarne myśli w postaci: „Jaka jestem beznadziejna, znowu mi się nie udało”. Uf, ale na szczęście nowy rok już blisko, można pogrzebać wszystkie porażki – bo jak myśleć o zwycięstwach, kiedy tyle klęsk na koncie, i zacząć wszystko od nowa.

Nowy rok jest jak oczyszczenie, jak nowa karta, jak kolejna wielka szansa – teraz to już zepnę tyłek i wykorzystam ją na pewno. Tacy jesteśmy pełni wiary, że „kurde, już nie ma bata, musi się udać”. Bo skoro nie udało się przez pięć ostatnich lat, to może czas wyciągnąć wnioski. Ale zaraz zaraz, czy nie to brzęczało mi w uszach ostatnim razem?

Słuchajcie, a może my po prostu podejmujemy złe postanowienia, może źle do tego podchodzimy, może zamiast robić jakieś ambitne plany, lepiej skupić się zupełnie na czymś innym. W końcu chcecie za rok być szczęśliwi czy znowu myśleć o sobie, jakim to nieudacznikiem jestem?

Ja tam rok w rok mam te same postanowienia i tych zamierzam się trzymać.

Nie mam zamiaru schudnąć

W dupie mam te trzy czy pięć kilogramów więcej – zresztą dosłownie. Gdyby moje życie kręciło się wokół wagi, która sobie skacze rytmem ustalonym przez pory roku, to w grudniu powinnam przywdziać worek pokutny i bić się w pierś, że kolejny raz jestem w czarnej d…, zwłaszcza po Świętach. Nie mam zamiaru psuć sobie nastroju kilkoma kilogramami, serio. Wolę zaakceptować siebie taką jaką jestem, dbać o siebie, ale na miłość boską – bez przesady, są rzeczy, których przeskoczyć się nie da i po prostu trzeba je przyjąć zamiast z nimi walczyć. Czy tak nie jest przyjemniej? Przecież życie nie ma być dietetyczną udręką.

Nie mam zamiaru z nikim się ścigać

Za stara jestem na oglądanie się za siebie i zastanawianie się, kto mi depcze po piętach, czy komu co mam udowodnić, żeby zrozumiał, że nie jestem tym, kim myśli. A w dupie z tym. Najważniejsze, że ja wiem, kim jestem, czego chcę. Mam swój ustalony rytm, w którym mi najlepiej i nie chcę go zmieniać, żeby się komuś przypodobać. Moja mama zawsze miała tendencje do porównań: „Bo ona ma ładną sukienkę, a ty w tych porach”, „A sąsiedzi kupili nowe auto”, „A Zosia nowe firanki ma w oknach”. Naprawdę? A nie lepiej zobaczyć, co fajnego wy macie, co lubicie, bez wiecznej dyskusji o tym, dlaczego inni mają lepiej? Ty masz dobrze, a jeśli nie rusz w końcu dupę, żeby to zmienić, a nie tylko narzekać i gnić z zawiści i zazdrości.

Nie mam zamiaru przejmować się tym, co inni powiedzą

Od dawna wprowadzone w życie i za każdym razem powtarzane, co bym przypadkiem nie zapomniała. Nie ma większej wolności od tej, kiedy pozwalasz sobie żyć swoim własnym życiem. To brzmi jak powtarzana do wyrzygania formułka, ale serio tak jest. Próbowaliście kiedyś? Odcięliście się od tego, co powinniście, co musicie, co wypada, a co nie, tylko dlatego, że inni tak myślą? Szczerze polecam – nie ma lepszego antidotum na poczucie bezsilności w naszym życiu niż porzucenie usilnego dostosowania się do ogółu. Ja pie*dolę, jeśli nie lubisz pomidorówki, to jej po prostu nie jedz, a nie wmawiaj sobie, że zrobisz przykrość teściowej. Jeśli nie masz ochoty na czerwone wino tylko na białe – choć wszyscy wokół wychwalają to krwiste, nie zmuszaj się. Jeśli uważasz, że czas na zmiany – mniejsze bądź większe – dawaj do przodu. Naprawdę twoje życie ma opierać się na opinii innych? Tego w szkole nie uczą, ale najwyższy czas zakuć raz na zawsze jedną rzecz – każdy z nas ma jedno życie – jedno – nikt go za nas nie przeżyje, a drugiej szansy nigdy nie będzie. Warto sobie przykleić na lodówkę.

Nie mam zamiaru stać w miejscu

Wiecie, jakie pytanie tak naprawdę warto sobie zadać na koniec roku? Właśnie to: „gdzie chcę być za kolejne dwanaście miesięcy? W jakim miejscu? Jak sobie wyobrażam siebie, moje życie, czego chcę”. Weźcie, zamknijcie na chwilę oczy i zobaczcie, gdzie chcecie być. Zobaczcie to miejsce. Tak wiem, część z was pewnie nie ma zielonego pojęcia, ale to nieprawda, to strach zasłania wam wszystko, wasze przekonania, nawyki, lęki nie pozwalają wam dostrzec tego, do czego naprawdę byście chcieli dążyć. Serio, to jest te pięć kilogramów mniej? Serio, to zapuszczenie włosów. I po raz kolejny nierealna zmiana pracy, która nigdy nie dochodzi do skutku. Czemu nie wychodzą nam noworoczne plany? Bo postanawiamy coś, na czym nam tak naprawdę nie zależy.

Mi zależy na tym, żeby być szczęśliwą i żeby szczęśliwi byli ci, których kocham. I tego będę się trzymać rękami i nogami, choćby chcieli mnie pokroić i wmówić, że na nic nie mam wpływu. Mam – to moje wybory, moje decyzje i moje plany. I mam jedno mocne postanowienie – za rok, po raz kolejny powiedzieć głośno, co mi wyszło, co osiągnęłam i w czym byłam dobra. Bez żadnej ściemy i korygowania się. Wam też to polecam.


Czy cipka to brzydkie słowo? Może lepiej brzoskwinka czy muszelka? Przestańmy udawać, że to COŚ między naszymi nogami nie istnieje

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
8 stycznia 2018
Fot. iStock/NinaMalyna
 

O rety, utonęłam ostatnio w dyskusji, która toczyła się w sieci, czy cipka to brzydkie słowo. Szczerze – najpierw czytałam i nie dowierzałam. Bo okazało się, ze według wielu kobiet cipka to słowo, które nie powinno być używane przy dzieciach, że brzydkie, fuj i w ogóle o czym tu mowa. Nie ma to jak słodka brzoskwinka, czy nawet cytrynka, ale cipka – co to to nie. Zwłaszcza, ze c*pa uznane jest wulgaryzm, a oburzeni słowem cipka próbowali dowieźć, że w tym przypadku niedaleko pada jabłko od jabłoni. A może wisienki – bo takie określenie cipki też znalazłam – jak wisienka na torcie próbował tłumaczyć autor tego określenia.

Pomyślałam sobie – no tak, znowu dyskusja o tym samym, o seksie na poważnie. Bo jak już widzę te wszystkie waginy, pochwy, sromy to robi się dorośle, dojrzale i bez humoru, bo humor i seks w naszym przekonaniu w parze iść nie mogą. Chyba, że w zaciszu sypialni: „Wejdziesz w moją waginę swoim penisem?”. Nie wnikam, może ktoś tak lubi i to go właśnie kręci. I super.

Poszukałam, poczytałam. Cipka wiadomo – oznacza w pierwszej kolejności młodą kurkę. Skąd nazwa? Od wołania kurczaków, w końcu na wsi często można było usłyszeć charakterystyczne „cip cip”. Zresztą mój znajomy ostatnio nazwał cipkę kokoszką, czym wywołał salwę śmiechu, ale patrząc etymologicznie – mocno w nazwie się nie pomylił. Że też nigdzie na żadnych forach nie znalazłam określenia kurka – może dla oburzonych cipką by się nadawała, toż to niemal jak synonim.

Cipka w słowniku widnieje także  jako nazwa żeńskiego organu płciowego. Pospolicie używane, nie jako wulgaryzm, podobno końcówka -ka łagodzi w tym przypadku wszystkie obyczaje. I teraz czy cipka to sama dziurka, czy może i łechtaczka i srom i wzgórek łonowy. Wymieniać wszystkiego podczas seksu nie sposób, jeśli już chcielibyśmy być poprawni. Pomiziaj mnie po wzgórku, teraz popieść łechtaczkę, srom, a na końcu zajmij się cipką. Można by się trochę pogubić.

Dla mnie cipka to cipka – całość, wszystko co się składa na to tajemnicze COŚ między nogami każdej kobiety czy magnetyzujące TAM z lekkim wskazaniem palcem lub wzrokiem.

Ja tam z nikim w dyskusję się wdawać nie będę czy cipka jest be i lepiej używać bardziej poetyckich nazw. Jak ktoś ma naturę romantyka, może zechce usłyszeć od ukochanego o swoim kwiecie orchidei, na którego płatkach wychodzi rosa (znalezione – nie wymyślone przeze mnie). Być może komuś pasować będzie pierożek czy cheesburger – tak tak, są tacy, którzy w ten sposób mówią o cipkach. I okej, może lubią gotować, a seks zresztą słusznie – jest dla nich rozkoszą porównywalną do jedzenia. Myślę, że w niejednej sypialni padło: „Daj mi tu do schrupania swoje ciasteczko”.

Ale przecież jeszcze jest foczka, muszelka dla tych, którym dobrze nadmorskie klimaty się kojarzą. Może marzą o seksie na plaży albo właśnie ten wspominają jako najlepszy. Jest jeszcze całe mnóstwo, które z seksem ewidentnie są związane – pieszczocha, rozkoszka – i słusznie – bo gdzie jeśli nie TAM, znajdziemy największą przyjemność. No to tak bez pruderii, proszę drogich pań, bez zaczerwienionych policzków – czy cipka nie daje nam rozkoszy, czy jakaś inna część ciała jest dla nas źródłem większej ekscytacji i uniesień? Dobra, dobra, zaraz ktoś zacznie mówić o chemii mózgu, a ja chcę o seksie. Po prostu. O cipce, brzoskwince, kokoszce, muszelce czy pieszczotce. Nie chcę udawać, że to coś między nogami nie istnieje, czy uważam za kompletnie nieistotne i zbędne – no oprócz sikania, stąd ta sikawka, czasami rozróżniania na damską i męską czy po prostu siczka.

Cipka jest dla mnie ważna i bardzo ją lubię. I nie wyobrażam sobie życia bez niej nie tylko ze względów fizjologicznych, ale też tych rozkosznych. I szczerze przyznajmy – jest cudowna, bo do osiągnięcia orgazmu nie potrzebujemy nawet drugiej osoby, czasami sobie myślę, że to najlepsza rzecz, jaka została nam kobietom w naszej fizyczności dana. Eh, nawet nie myślę i nie czasami, po prostu jestem o tym przekonana. Każdego dnia.

Ale, że temat mnie pochłonął, zadzwoniłam do mojej ulubionej pani od seksu, czyli Joanny Keszki. Kto jak nie Joasia, którą ostatnio Facebook blokuje, bo uważa, że treści przez nią publikowane są nieprzyzwoite (swoją drogą zupełnie moim zdaniem niesłusznie), lepiej wypowie się w kwestii cipek. To ona mówi kobietom: „Macie prawo do przyjemności, weźcie lusterko, przyjrzyjcie się sobie, nie udawajcie, że istniejecie tylko od pasa w górę”.

„Problem nie jest w słowie, tylko w ludziach” – zaczyna Joanna i to już wstęp do dyskusji. Bo co komu przeszkadza ta cipka, czy brzoskwinka czy pochwa? To jest wulgarne, tamto infantylne, inne medyczne, a kokoszka śmieszna. No i co z tego proszę pań. A niektórzy mówią Bronka i wysyłają SMS-a „Idę z Bronką do palca-grzebalca” – i wszyscy wiedzą o co chodzi, niektórzy się oburzą, niektórzy zniesmaczą, niektórzy poczują za konieczne skomentowanie owej Bronki. Ale po co, skoro ta kobieta ze swoją Bronką jest szczęśliwa, tak jak ta, która nazywa ją Walentyną czy Bożeną, słyszałam też o Jadwidze.

Joasia Keszka porusza ważną kwestię mówi o tym, że kobietom nadal w seksie odbierany jest głos, my nadal mamy się wstydzić używania któregokolwiek ze słów, bo wtedy nie będziemy się domagać niczego dla siebie, nie będziemy się w seksie komunikować, mówić co nam sprawia przyjemność większą, a co żadną. Kobieta o seksie ma milczeć, tak jak o swojej kurce (strasznie mi się spodobało to określenie). Jakkolwiek TEGO nie nazwie jest źle, jest piętnowana także przez inne kobiety.

Drogie Panie wraz z Joasią (bo zapewne do tego apeli się przyłączy) mam taką prośbę – nie udawajmy, że nie mamy cipek, brzoskwinek, muszelek, pierożków, wagin, sromu, pipek, piczek, Michalinek. Mówmy o nich tak, jak lubimy o nich myśleć i pozwólmy na to innym. Możemy się roześmiać, pożartować, podyskutować, ale na miłość boską odczarujmy tę naszą seksualność, przemówmy ludzkim głosem, mówimy co nam ślina na język przyniesie i dajmy innym do tego prawo. Chcesz powiedzieć swojej córce, że ma cipkę – proszę bardzo, a ty, że ma cytrynkę – niech będzie. Tylko niech się miło kojarzy, każdej z nas, od początku, niech cipka nie będzie naznaczona poczuciem wstydu, złymi doświadczeniami naszych matek, babć czy nawet nas samych.

Dla mnie to COŚ między nogami to cipka – tak mówię ja, mój mąż, moi synowie, którzy z czasem siusiaka zamienili na penisa, ale też wiedzą co znaczy ch*j.

A ty co masz między nogami?

P.S. Jeśli ktoś nie zna Joanny Keszki – zapraszam serdecznie na www.barbarella.pl, tam więcej o cipkach.


Czy jak zamówię pierogi, a uszka kupię mrożone, to Święta w tym roku nie nadejdą?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
18 grudnia 2017
Fot. iStock/gpointstudio

„Dobrze, że nigdzie nie jedziesz, bo tyle jest roboty” – rzuciła moja mama, kiedy jej powiedziałam, że turniej mojego syna w sobotę (na tydzień przed Świętami) jest odwołany. Krew mi zawrzała, ale myślę – spokojnie, spokojnie, tylko spokój cię uratuje.

„Jakiej roboty?” – pytam, choć w oczach czuję już te mordercze iskierki. I się zaczęło, że sprzątanie… I że… sprzątanie. I sprzątanie. Pomijam, że moja mama mieszka sama, kota ani psa nie posiada, ale co najmniej raz na dwa tygodnie robi generalne trwające dwa dni porządki. Cóż, z chęcią widziałaby i mnie w takim zaangażowaniu. Tyle, że ja już stara baba jestem i nie dam się wkręcić w pucowanie kryształów przed świętami i pranie firanek – po prostu jednego i drugiego zwyczajnie nie posiadam.

No ale okna, tyle, że dla mnie mycie okien, to żadne wielkie wydarzenie, po prostu od czasu do czasu jak sprzątam i widzę, że już ledwo słońce przez nie przebija, to biorę ręczniki, płyn i myję. I tyle. Wszystko trwa może z 10 minut, na jedno okno. Tyle, co odkurzanie albo wieszanie prania. No, ale idą Święta i wszyscy mają tyyleee roboty. A więc ja postanowiłam jak co roku przejrzeć na szybko ciuchy, co by te za małe po moich synach i te, za ciasne już na mnie (jak to się dzieje, nie wiem), zawieść jak co roku do domu samotnej matki. I przy okazji wyskoczyć z moimi chłopakami na nowe „Gwiezdne wojny”. O, tak właśnie byłam zarobiona przez cały weekend.

I tak siedząc w kinie, zabijając czas ciągnących się reklam, myślałam, że kurde serio mam w nosie całą tę tak zwaną „robotę”. Nie zapomnę tej nerwówki, chaosu, tej wścieklizny świątecznej, kiedy choć na koniec cały dom pachniał pastą do podłogi, to jednak potrzeba było dłuższej chwili przy stole, by każdemu nerw minął. Bo obrus nie tak, bo podłoga jeszcze ufajdana, a stroik może by jednak inny, i czemu tata z tą choinką tak późno, a w ogóle to czemu Wigilia tak późno, im szybciej, tym lepiej, zjeść, posprzątać i odpocząć, bo jak człowiek ostatnie dni zapie*dalał, to on ma jeszcze ochotę świętować?

A ja mam ochotę i zamierzam świętować, i nie mam zamiaru unurać się po same pachy tą tak zwaną i bliżej nieokreśloną robotą. Bo czy jak zamówię pierogi, a uszka kupię mrożone, to Święta w tym roku nie nadejdą? Jak pościel wyprałam tydzień wcześniej, a nie przed samymi Świętami, to nie poczuję ich magii? Czy dostanę rózgę pod choinkę, bo zamiast szorować podłogi, umażę ją jeszcze lukrami i groszkami do przystrajania pierników?

Kurde, no ja wolę iść z moim chłopakami na łyżwy, niż ślęczeć nad rybą w galarecie, której nikt nawet nie posmakuje, a w drugi dzień Świąt zje ją tylko wujek Zdzisiek, za którym nie przepadam. Zresztą jak za rybą w galarecie. Za to może w końcu nauczę się hamować na tych cholernych łyżwach, zamiast odbijać się rok rocznie od bandy.

I czy naprawdę w Święta chodzi o to, żeby się urobić? Żeby ślęczeć do późna w nocy nad garami? Dla zasady? Dla tradycji? Naprawdę tradycją Świąt ma pozostać ta chora gorączka, która każe lepić pierogi, które później w zamrażarce tkwią do kolejnych świąt? Tradycją jest robienie ośmiu kilogramów ryby w różnych odsłonach, chociaż twoje dzieci i tak zjedzą tę w occie, a śledzi po kaszubsku nawet ty nie lubisz? No ale tradycja.

Więc u nas tradycja jest taka, że mój mąż mąką zasypuje całą kuchnię, kiedy robi swojski makaron do klusek z makiem. Robi go bardzo dużo, bo my uwielbiamy, a mi ani w głowie zwracać mu uwagę, że przecież jutro Święta już brudzić w kuchnie nie powinien, podłogę zawsze można umyć, to chwila. U nas tradycja, to wyciąganie z szaf starych ubrań i szukanie przebrania, bo po kolacji chodzimy jako kolędnicy po sąsiadach, znajomych i przyjaciołach, każdemu uroczyście odśpiewując jedną z kolęd. Ja oczywiście już swoje skrzydła anioła i aureolę wytargałam, czekają na świąteczny wieczór, chociaż raz w roku mogę być aniołem, co mnie bardzo cieszy. I to, że moje dzieciaki nadal wierzą w świętego Mikołaja, więc prezenty mamy pochowane w przeróżnych skrytkach i później ich szukamy nie pamiętając, gdzie co schowaliśmy. I choinka – żywa, to nic, że nabrudzi, że igły i w ogóle jak ją później rozebrać. Phi, kto o tym myśli wnosząc choinkę do domu. Ma pachnieć, ma być piękna, niekoniecznie stylowo w najmodniejszych kolorach przystrojona, ale pełna tych tak brzydkich, że aż pięknych ozdób z masy solnej, krzywych łańcuchów robionych dzień wcześniej. Tylko waty nie pozwalam kłaść, brrr, co to – to nie.

I choć się zarzekamy, że w tym roku to już koniec, już spokój, na pewno nie dam się wciągnąć w tę nerwówkę, to i tak w ostatniej chwili męża wysyłam po rajstopy, co by teściowa się nie czepiała, że ty znowu w spodniach. Synowi wyrzucasz ulubioną koszulę i każesz ubrać tę, która twojej mamie się podoba, a mężowi wyjątkowo zawiązujesz krawat, choć on do cholery nie nosi krawatów. Ale ten jeden dostał od teściowej rok temu, wypada założyć, co by chociaż pozory, że miło zachować, albo dać powód, żeby milej było niż rok temu, kiedy twoje dzieci pluły przesolonym przez matkę barszczem.

No więc im bliżej Świąt, tym bliżej mi do zen. Barszcz ugotuję, bigos zrobię, bo lubię, pierogi i uszka kupię, karpia usmażę i kluskami z makiem się objemy wszyscy. Ale wszystko w poczuciu, że nie robię niczego wbrew sobie, że nie gwałcę swojego czasu i czasu z najbliższymi spinając tyłek w jakiś kompletnie irracjonalny sposób. Czego i wam życzę.

P.S. Właśnie zadzwoniła moja mama, że czwarty raz okna umyła… Serio? Te okna w Święta są największym wyzwaniem?