Pięć psychologicznych przyczyn wyjaśniających, dlaczego nie chudniemy pomimo diety i ćwiczeń

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
6 grudnia 2017
Fot. iStock/svetikd
 

Znasz to – ćwiczysz, dbasz o to, co jesz, a za diabła nie możesz schudnąć. Oczywiście idziesz na badania, może to hormony, tarczyca, ale nadal nic. Wszystko jest dobrze, a tobie zależy na zgubieniu dosłownie kilku kilogramów, żeby się dobrze czuć ze sobą. 

Być może sprawa jest bardziej skomplikowana i ukryta w psychice? Istnieje pięć barier psychologicznych, które utrudniają utratę wagi pomimo regularnych treningów i wizyt u dietetyczki.

Nadwaga jest wytłumaczeniem dla naszych problemów

Że jesteś sama, że do pracy marzeń to jeszcze daleko, że trudno ci osiągnąć cele, które sobie stawiasz. Wszystko przez te cholerne kilogramy. Bardzo łatwo zrzucać winę na nadwagę i choć chodzisz na siłownię, na fitness, to twoja podświadomość nie pozwala ci schudnąć, bo jakie wtedy usprawiedliwienie dla siebie znajdziesz?

Nadwaga to świetna wymówka dla naszego lenistwa

Większość z nas lubi odkładać rzeczy na następny dzień, miesiąc lub rok. Osoby z nadwagą lubią odkładać swoje plany do następnego życia – kiedy będą chude i szczupłe. To świetna wymówka: „Chcę nauczyć się tańczyć, ale nie mogę, bo mam nadwagę, kiedy stracę kilogramy, wtedy zacznę trenować każdego dnia i zostanę gwiazdą każdej imprezy. Wszyscy będą mi zazdrościć, ale jak dotąd, dzięki Bogu, nie muszę tak ciężko trenować, więc po prostu pobiegam trochę wieczorem i pójdę spokojnie spać”. Znacie to?

Nadwaga to sposób na przyciągnięcie miłości i uwagi

Kto nie lubi sobie od czas do czasu pojęczeć? Jest wokół nas tak wiele osób, które chcą nas pocieszyć, litować się nad nami, kochać nas i dbać o nas, dzięki czemu my czujemy się jak centrum wszechświata. Surowa dieta i ciężki trener są wspaniałymi powodami codziennych naszych jęków. Jak schudniemy, to kto nas będzie pocieszał?

Nadwaga to sposób na uniknięcie niechcianych myśli i emocji

Zauważyłaś, że ludzie w stresie dużo jedzą, nawet jeśli są na diecie? Dzieje się tak dlatego, że nie są w stanie dostrzec swoich prawdziwych emocji, zwłaszcza jeśli już w uczono ich ukrywać je od dzieciństwa – „Nie płacz!”. Nie narzekaj! Teraz jesteś dorosła! Dlatego poczucie niepokoju jest czasami postrzegane w błędny sposób, na przykład jako głód. W rezultacie, zamiast odwiedzać psychoterapeutę, który może nauczyć nas radzić sobie z emocjami, odwiedzamy lodówkę.

Nadwaga to klucz do nierozwiązania problemu z poczuciem własnej wartości

Nieodpowiednia samoocena jest kolejną psychologiczną przeszkodą utraty wagi. Jeśli osoba siedząca przed dietetykiem lubi powtarzać:  „moje piękne biodra”, „duże policzki to mój styl” lub „więcej mnie do kochania”, nieświadomie postanawia pozostać taką, jaką jest. Tak samo działa myślenie: . „Moja mama miała nadwagę i ja też”.

Cóż, jeśli chcesz kontynuować  rodzinną otyłość, to jest to twój własny wybór i nie ma potrzeby torturowania się ćwiczeniami i dietami, jednak naukowcy twierdzą, że genetyczna otyłość nie jest nieuniknione, daje jedynie predyspozycje. Dlatego jeśli chcesz rozwiązać problem ze zbędnymi kilogramami po prostu to zrób, a nie szukaj usprawiedliwień.


źródło: Brighteside.me

 


Czeka cię wyjątkowo trudna rozmowa? Tak zapanujesz nad emocjami

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
6 grudnia 2017
Fot. iStock/lechatnoir
Następny

Doskonale znasz te emocje, które towarzyszą wszystkim poważnym rozmową. To głośne kołatanie serca, przyspieszony oddech, drżenie rąk, wypieki na twarzy i czerwone uszy. Jesteś tak zdenerwowana, że nie potrafisz zebrać myśli, chociaż bardzo długo przygotowywałaś się do tej konfrontacji i niemalże na pamięć znasz wszystkie argumenty, które wypisałaś sobie na kartce. A jednak teraz czujesz się nikim i już wiesz, że przegrałaś. Trudne rozmowy spotykają nas w życiu nieustannie. Być może zbierasz się w sobie, żeby pójść do szefa i poprosić o podwyżkę. A może to on wezwał cię do siebie w sprawie ostatniego raportu, który sporządziłaś. Jednak trudne rozmowy to nie tylko te służbowe. Życie prywatne również zmusza nas czasem do ciężkiej konfrontacji. Może to być spotkanie z toksyczną matką, która od wielu lat ingeruje w twoje sprawy i niszczy twoje poczucie własnej wartości. Albo rozmowa z partnerem na temat jego uzależnienia od alkoholu. Być może planujesz porozmawiać z mężem o rozstaniu i podziale majątku. Albo musisz stawić się w sądzie i odpowiadać na zadawane pytania. Wszystkie te sytuacje powodują silny stres i blokują umiejętność racjonalnego myślenia.

Denerwujesz się, bo już bardzo dobrze siebie znasz i wiesz, że nie potrafisz w takich chwilach panować nad emocjami. Zdajesz sobie sprawę z tego, co dzieje się z twoim ciałem. Zaczynasz wówczas bardzo się pocić. Pod pachami robią się coraz większe plamy i masz dreszcze, choć jest ci bardzo gorąco. Twoja twarz płonie, a serce ma ochotę wyskoczyć z piersi. Co wtedy robisz? Nakręcasz się jeszcze bardziej. W głowie powtarzasz sobie „uspokój się, uspokój się, uspokój się”, a twój rozmówca ma wtedy czas, by osiągnąć nad tobą przewagę. Jeżeli zorientuje się, jak bardzo jesteś zdenerwowana, może to wykorzystać. Pokieruje rozmową tak, że zgodzisz się na jego warunki, zmienisz zdanie lub przyznasz się do czegoś, czego nie zrobiłaś.

Co będzie dalej? Złość.

Już chwilę po rozmowie będziesz na siebie wściekła. Że znowu nie zapanowałaś nad sobą. Że jak to możliwe, skoro tak dobrze się przygotowałaś merytorycznie do tej dyskusji. Że druga taka szansa może się nie powtórzyć.

Na szczęście istnieje kilka sposobów, by nauczyć się radzić sobie z takimi emocjami. Te narzędzia pomagają także w momencie, gdy ktoś nieoczekiwanie wyprowadzi nas z równowagi. Gotowa?

Strona 1 z 2

Czytaj dalej

„Weź kredyt, urządź sobie Wigilię”. Boję się myśleć, ile w tym roku wydam na Święta. Uważam, że to rzeczywistość wielu z nas

Listy do redakcji
Listy do redakcji
6 grudnia 2017
Fot. iStock/anyaberkut

Czytam już wszędzie o tych magicznych Świętach, wyjątkowej atmosferze, widzę, jak w mieście zapala się w coraz więcej światełek, a w moim brzuchu zaciska się coraz większy węzeł.

Chciałabym przespać ten czas, te Święta, nie myśleć o nich, nie zastanawiać się, ile karpia muszę kupić, jakąś ilość szynki upiec i jak najtańszym kosztem urządzić Wigilię.

Mam czteroosobową rodzinę, taki standard. Dwoje dorastających dzieci, ja i mąż, plus mama, która od wielu lat mieszka sama, mój brat z żoną i dzieckiem, siostra mojej mamy z mężem, bo oni nie mają gdzie iść na Święta – sami są. A ja liczę, choć niby wiem doskonale, że w te Święta nie chodzi o pieniądze, tylko o to, by spędzić wspólnie czas, kochać się i złożyć sobie życzenia, bla bla bla. Tymczasem mam ochotę powiedzieć, że za przeproszeniem to gówno prawda. Bo za coś jednak trzeba te Święta zrobić, jakoś przygotować.

Pracuję w budżetówce, nie dostaję żadnych ekstra pieniędzy na wyjątkowe okazje, mój mąż też pracuje, żyjemy na średnim poziomie tak, że starcza nam do pierwszego bez żadnych szaleństw. Coś odłożyć? Ciężko, i tak wydaję na zimowe kurtki dla dzieci buty dla wszystkich, jakąś dodatkową wycieczkę w szkole, potrzebną książkę. Każdy kto ma rodzinę wie, że to tak naprawdę studia bez dna. Niemniej żyjemy w miarę spokojnie, tylko te Święta spędzają mi sen z powiek.

Dzieci robią listę rzeczy, które chciałby dostać, wiadomo, że też mają swoje marzenia. Ola chciałaby super sweterek, upatrzony w sklepie, Marek nowy telefon. Mamie też zawsze kupuję jakąś drobnostkę, z mężem nawzajem też chcielibyśmy sobie zrobić choć drobne podarunki. Wiem, że można się dogadać, że nie wszystkim trzeba robić prezenty – tylko dzieciom w rodzinie albo losować, kto co komu da. Też staramy się tak to rozwiązać, ale pieniądze i tak trzeba wydać. Poza tym – kurczę no to też powinna być przyjemność móc dać komuś pod choinkę to, o czym marzy.

Trudno mi kupić prezenty szybciej, zwłaszcza, gdy od września początek roku szkolnego, wiadomo – wydatki, październik też jeszcze zawsze coś znajdzie, ogrzewanie w domu, listopad i wyjazd do męża rodziny na drugi koniec Polski, na cmenatrz. Naprawdę, jak sobie o tym myślę, to tylko płakać mi się chce, bo gdybyśmy nie pracowali, nie starali się, a i tak przez te głupie (przepraszam) Święta znowu czuję się beznadziejnie, jak jedno wielkie nic, któremu w życiu nie wyszło. Ja wiem, że nie powinnam tak myśleć, ale nic na to nie poradzę.

Patrzę na te reklamy uśmiechniętych dzieci, na te piękne choinki w telewizji i wiem, że za niecałe trzy tygodnie my też usiądziemy do stołu szczęśliwi, uśmiechnięci, pewnie biorąc głęboki oddech spojrzę na stół, na którym znowu będzie wszystko, co potrzebne i tylko ja będę wiedziała, jakim dużym kosztem zostało to osiągnięte.

Nie umiem cieszyć się na nadchodzące Święta. Każdego dnia kalkuluję, przeglądam promocje rzeczy, zabawek, w sklepach czekam aż obniżą ceny na produkty, które uznają za wyprzedane.

Tak – Polaku – zastaw się, a postaw się, tyle, że ja nie chcę się zastawiać. Ale skoro na Wigilię oprócz nas będą jeszcze trzy osoby dorosłe? Moja mama zrobi jakąś sałatkę i pewnie rybę po grecku, jak co roku, a reszta? Choinka, prezenty, jedzenie. Coś na obiad na pierwszy dzień Świąt, jak brat z rodziną przyjdzie i nie wiem, czy wujek z żoną się nie zjawi. I nie robię tyle, że zostanie i trzeba będzie mrozić i odkładać. Oduczyłam się szaleć i gotować jakieś ogromne ilości jedzenia, ale z roku na rok widzę i czuję po własnym portfelu, że jest coraz drożej. Niby nic, niby na co dzień się tego nie zauważa, ale w pewnym momencie pytasz siebie: „kurde zarabiam tyle samo, to czemu tym razem mi nie wystarcza”.

Słyszę te wszystkie reklamy chwilówek: „urządź sobie święta”, „niech te święta będą wyjątkowe”. Wszystko nakręca konsumpcjonizm i kasa. Wszyscy chcą więcej, więcej potrzebują, miarą tego więcej mierzą swoje szczęście. Im więcej dziecko dostanie zabawek pod choinkę, tym będzie szczęśliwsze, im więcej różnych potraw postawimy na stole, tym większą będziemy mieć namiastkę wyjątkowości. Tym więcej zagłuszamy wszystko dookoła. Im więcej wydasz pieniędzy, tym lepiej się poczujesz przez te dwa dni w roku.

Szczerze mówiąc – mam dość, wolałabym kupić dzieciom fajne prezenty, wieczorem w Wigilię zjeść wspólnie karpia, kluski z makiem, wypić barszcz z uszkami, a na drugi dzień iść na długi spacer. Rzygam tym wyliczaniem ilości pierogów, kawałków szynki i ryby w occie. Tym stresem, który towarzyszy mi nieustannie, czy na wszystko mi starczy, tym myśleniem – w tym miesiącu lepiej odpuść, bo przecież Święta.

Myślę, że wielu z nas tak żyje, że wielu w konsekwencji cieszy się na te Święta, ale przez kilka tygodni liczą skrupulatnie pieniądze z mniejszym lub większym lękiem. Każdy ma swój sposób – jedni kupują szybciej prezenty, inni mrożą jedzenie, ale czy naprawdę nie stać nas na to, by po prostu pójść do sklepu, kupić to, co nam potrzeba, zamówić dzieciom prezenty i naprawdę odpocząć, cieszyć się tym nadchodzącym czasem? Widzę tych, co w sklepach oglądają, odkładają, myślą, dzwonią, zastanawiają się. A wszystko przy lecących z głośników kolędach, bo to przecież taki cudowny moment w roku, więc niczego sobie i innym nie żałuj.

Ta przedświąteczna gorączka, to jedyny okres, kiedy czegoś żałuję – żałuję, że nie miałam bogatych rodziców, że moja praca jest słabo płatna, że mój mąż tak ciężko pracuje, a zawsze przed Świętami w portfelu widać dno. Mam wielką gulę w gardle i płakać mi się chce… jakie to nie w porządku, jakie niesprawiedliwe…


Zobacz także

Letnie pyszności, które wzmocnią nasze serca – zajadaj dla zdrowia!

Jak nie stracić formy jesienią? To idealny czas na rower

Kiedy śmiejesz się przez łzy... Co się kryje za twoimi emocjami

Kiedy śmiejesz się przez łzy… Sprawdź, co się kryje za twoimi emocjami