Pięć oznak dojrzałości, których wymaga każda miłość. A ty? Kochasz dojrzale?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
17 czerwca 2017
Fot. iStock/Grandfailure
Fot. iStock/Grandfailure

Lubię sobie wyobrażać, że w naszym życiu wszystko płynie, że nigdy drugi raz nie staniemy tacy sami w identycznym miejscu, że to, co już było jest za nami i nie da się tego cofnąć, ani zmienić, trzeba zaakceptować i pociągnąć za sobą każde nowe doświadczenie.

Jesteśmy jak rzeka – zaczynamy od małego strumyka, żeby na koniec stać się rozległą rzeką, rzeką bogatą we wszystko, czego po drodze doświadczyła. Rzeką dojrzałą, płynącą wolniej, rozglądającą się wokół.

Taką rzeką jest też nasza miłość, na początku płynąca wartko, pełna zakrętów i zwrotów, czasami spadająca wodospadem prosto w dół. Ale z czasem się uspokaja, dorasta, dojrzewa, daje nam spokój, ukojenie, przestaje być powodem skrajnych emocji – wręcz przeciwnie, niesie nas lekko w swoich ramionach.

Jaka jest miłość dojrzała?

Dojrzała miłość nie potrzebuje kontroli

Miłość niedojrzała to miłość kontrolująca, kiedy nieustannie potrzebujemy wiedzieć, co robi osoba, którą kochamy. Znacie to? Wychodzi do pracy, ale jednak dzwonimy, niby w trosce, a sprawdzając, czy aby na pewno idzie do biura? Spotyka się z przyjaciółkami – a ty kontrolujesz, z kim jest, kiedy wróci. Wychodzi na mecz z kolegami, dzwonisz, piszesz, że już tęsknisz w obawie, że o tobie zapomni. Z tą kontrolą jest trochę tak, jak z pozostawionym na ulicy rowerem, który nieustannie obserwujemy z okna.

Ten, kto kocha dojrzale, wie, że kontrola jest zupełnie bezproduktywnym źródłem niepokoju. Bo przecież jeśli ktoś będzie chciał nas zostawić, zakończyć związek to i tak to zrobi. A jeśli będzie chciał zostać, to na pewno nie ze strachu, że jest kontrolowanym.

Dojrzała miłość rozumie, że każdy z nas potrzebuje własnej przestrzeni, ale też wie, że obecność jednej i drugiej strony wzbogaca związek.

Komunikacja to powietrze, którym miłość lubi oddychać

Nie wiem, ile razy już napisałam: komunikacja ważna jak miłość. Niedojrzała osoba nadal jednak nie zrozumie, jak istotną rolę pełni komunikacja w ich związku. Każe się domyślać, nie komunikuje wprost, używa filtrów, które rozumie tylko ona. Tymczasem dojrzała miłość wie, że komunikacja wymaga cierpliwości i inteligencji. Rozumie, że czasami krytyka wywoła tylko złość i niechęć, a pozytywny komunikat przyniesie rozwiązania i skłoni do uważności. Dojrzała miłość nie rzuca słów na wiatr i nie wojuje słowem, nie rani nim. Dzięki wyważonej i mądrej komunikacji czyni związek zdecydowanie głębszym.

Miłość dojrzała przebacza i wolna jest od chęci zemsty

Niedojrzałe osoby przebaczają, ale nie zapominają. Mają nieustannie gotową listę przestępstw, której, gdy tylko trafi się okazja nie zawahają się użyć. Z drugiej strony ta lista nigdy się nie kończy, ponieważ takie osoby są niezwykle wrażliwe na zachowania drugiej strony i każde najmniejsza rzecz skierowana przeciwko nim powoduje wielki i emocjonalny ból.

Dojrzała miłość rozwiązuje konflikty, rozumie, że rany potrzebują czasu, aby się zagoić. Nie kolekcjonują przestępstw przeciw miłości, bo wiedzą, że jedyną tego konsekwencją będzie ból i zniszczenie związku.

Czas i uważność w miłości dojrzałej nie może się zgubić

W niedojrzałym związku dajesz prezent, aby też go otrzymać. To ciągła wymiana coś za coś. Potrzebujesz nieustannej uwagi, bo tylko tak czujesz się bezpiecznie i naiwnie wierzysz, że ktoś, kto kocha naprawdę powinien umieć czytać w twoich myślach.

Wiesz, czym różni się miłość dojrzała? Te, kto tak kocha dając prezent chce zobaczyć twarz ukochanej, czy ukochanego. Chce sprawiać radość i przyjemność bezinteresownie, chce się zatrzymać i wysłuchać, co słychać, bo kocha.

W dojrzałej miłości intymność jest czymś więcej, niż tylko pragnieniem

Dla kochających niedojrzale seks jest tym, gdzie wszystko się zaczyna i kończy. Kiedy tylko w ich związku zaczyna być mniej seksu, uważają to za poważny kryzys, większy od tego, gdy nie rozmawiają ze sobą przez tydzień.

Kochający dojrzale rozumieją, że pożądanie jest tylko kolejną składową ich związku, jeśli ta czasami zawodzi, uzupełniają wspólne szczęście innymi jej aspektami. Dla dojrzałej miłość raczej wszystko zaczyna się i kończy na intymności, w której mieszka seks, zaufanie i wrażliwość.

A twoja miłość? Jaka jest?


źródło: exploringyourminde.com

 


„Siostry od kuchni” polecają: Sałatka ze świeżych szparagów z grillowanym oscypkiem

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
17 czerwca 2017
Fot. Siostry od kuchni
Fot. Siostry od kuchni

Szparagi są tylko przez chwilę w ciągu roku, dlatego ich obecność wykorzystujmy maksymalnie. :)

Sałatka ze świeżych szparagów z grillowanym oscypkiem

Czas przygotowania: 20 min.

Z podanych składników przygotujesz 2 porcje

Składniki:

  • 10 świeżych zielonych szparagów
  • 3 garści rukoli
  • kiełki rzodkiewki
  • 1/2 szklanki pistacji
  • pomidorki koktajlowe
  • oscypek
  • 2 łyżeczki oleju sezamowego
  • 4 łyżeczki octu jabłkowego
  • 3 łyżki oliwy
  • 1 łyżeczka musztardy (łagodnej)
  • 2 łyżeczki syropu klonowego
  • sól i pieprz do smaku

Przygotowanie:

Szparagi dokładnie umyć i odłamać zdrewniałe końce. Za pomocą obieraczki do warzyw, pokroić szparagi wzdłuż na cienkie i długie plastry. Rukolę dokładnie umyć i osuszyć. Pomidorki przekroić na pół. Pistacje obrać z łupinek i uprażyć na suchej patelni na średnim ogniu (uwaga – pilnować, żeby nie spalić).

Przygotować dressing: do słoiczka wlać olej sezamowy, ocet jabłkowy, oliwę, musztardę, syrop klonowy, szczyptę soli i pieprzu. Słoiczek zakręcić, wstrząsnąć energicznie kilka razy tak, aby wszystkie składniki dokładnie się wymieszały.

Oscypka grillować około 2 minuty z każdej strony na dobrze rozgrzanej patelni grillowej lub krócej w grillu zamykanym.

Rukolę i szparagi wyłożyć na talerz, dodać pomidorki, kiełki i oscypka. Polać dressingiem i posypać rozgniecionymi prażonymi pistacjami.

Fot. Siostry od kuchni

Fot. Siostry od kuchni

Zajrzyjcie koniecznie na bloga „Siostry od kuchni” i śledźcie na bieżąco ich poczynania na Facebooku! My co weekend będziemy na naszym portalu umieszczać dla was nowy przepis.

18492427_10209141583683180_1950963320_n (1)


SIOSTRY OD KUCHNI, CZYLI

siostryKRZYSIA – na co dzień pracująca zawodowo, zabiegana mama dwójki dzieci. Mimo braku czasu odnajduje czas na swoją największą pasję, jaką jest gotowanie. Pewnie dlatego, że kocha dobre jedzenie. Zodiakalny Koziorożec, a więc konsekwentna w działaniach oraz bardzo ambitna i wnikliwa. Każde danie, które tworzy jest w 100% przemyślane, ale jej artystyczna wyobraźnia dokłada odrobiny szaleństwa i kulinarnej spontaniczności… Uwielbia kawę…ale tylko parzoną w kawiarce, a dobre ciacho to raj dla jej podniebienia. Lubi testować nowe przepisy i nie boi się eksperymentować.

EWKA – Można powiedzieć, że to człowiek orkiestra – znajdzie pasję w każdym zajęciu. Twardo stąpa po ziemi, mówiąc że nie ma rzeczy niemożliwych i z powodzeniem realizuje założone cele. W swojej pracy zajmuje się prowadzeniem projektów informatycznych, gdzie wykorzystuje i rozwija swoje menadżerskie zdolności. Uwielbia podróżować i odkrywać smaki lokalnych kuchni. Kocha kuchnię włoską i w tej dziedzinie chce się rozwijać, ale z sentymentem wraca rownież do polskich smaków znanych z dzieciństwa. Gotowanie i wypieki sprawiają jej ogromną przyjemność. Dzięki jej zdolnościom organizacyjnych każdy ruch w kuchni jest zawsze przemyślany, dzięki czemu przygotowanie dań trwa chwilę.

 


Wyszłam z toksycznego związku i postanowiłam zawalczyć o własne szczęście. Dzisiaj spełnia się jedno z moich marzeń

Listy do redakcji
Listy do redakcji
17 czerwca 2017
Fot. iStock/South_agency
Fot. iStock/South_agency

Myślisz dzisiaj, że twoje życie jest do niczego? Że jesteś w potrzasku i nic, ale to kompletnie nic nie jesteś w stanie zrobić, żeby to zmienić? Jesteś przed 40-tką, może tuż po i masz wrażenie, że to już koniec, że zmarnowałaś wszystkie okazje, zaprzepaściłaś swoje szanse.

Tkwisz w nieudanym związku i wstydzisz się przyznać, że na towarzysza swojego życia wybrałaś faceta, którego już nie kochasz? Ale co zrobić, skoro może za zakrętem nic na ciebie nie czeka?

Opowiem ci coś, opowiem ci moją historię wierząc, że odnajdziesz nadzieję, która da ci siłę i odwagę do zmian.

Nie spodziewaj się fajerwerków, zwrotów akcji. Jestem kobietą, którą mijasz na przystanku autobusowym, w drodze do pracy. Blondynką, która niespecjalnie rzuca się w oczy. Zapracowaną, ale zawsze uśmiechniętą.

Byłam dyrektorem regionalnym sprzedaży z olbrzymią i nieustannie rosnącą liczbą obowiązków. Odpowiedzialną za wyniki czterech dużych województw. Zarządzałam ludźmi i nigdy nie zastanawiałam się, czy mi się to podoba czy nie. Dzisiaj, kiedy o tym myślę, mam poczucie, że byłam jak taki koń, co to idzie z klapkami na oczach ciągnąc swój wózek, do którego ludzie co chwilę coś dorzucają. Ale on idzie, krok po kroku, choć coraz mu trudniej. I śmieje się, tak jak zawsze. Z tym swoim przyklejonym do twarzy uśmiechem.

Pozwoliłam sobie wejść na głowę innym ludziom. Wejść na głowę i za przeproszeniem nasrać mi na nią. Każdy robił, co chciał. Wypełnić za kogoś papiery? Nie ma problemu. Zastąpić? Żaden kłopot? Dzień wolny, bo dziecko chore? Okej, ja zostanę dłużej, w końcu nie mam dzieci.

Nie mam dzieci i nie chcę wracać zbyt wcześnie do domu, bo do czego? Do faceta, z którym byłam już kilka lat i który pomimo moich nacisków nie chciał brać ślubu? A ja tego potrzebowałam. Chciałam się zdefiniować, chciałam móc mówić: „To jest mój mąż”, „jestem jego żoną”. On tego nie rozumiał, wyśmiewał te moje  – jak je nazywał fanaberie, i coraz częściej zaglądał do kieliszka. Uśmiechałam się i mówiłam, że to nic takiego. Że przecież każdy pije drinka, żeby odstresować się po pracy, po ciężkim tygodniu. Oddalaliśmy się od siebie. Mi przestało zależeć na małżeństwie, a on wyczuwając to pewnego dnia poprosił mnie o rękę. To wtedy w jednej sekundzie dotarło do mnie, że nie chcę z nim być, że nie chcę z tym człowiekiem spędzić reszty mojego życia. Daliśmy sobie szansę, zbagatelizowałam to, co podpowiadała mi intuicja. Może to chwilowy kryzys, może za chwilę ta miłość, którą zgubiliśmy, wróci?

On nadzieję na zmianę topił coraz częściej w kieliszku, ja uciekałam do pracy, nie chciałam widzieć ciągów, w które wpadał. Byłam w toksycznym związku, w którym dałam sobie wmówić, że nic nie jestem warta i że to, jak wygląda nasze życie, jest tylko i wyłącznie moją winą… Zmiana, to nigdy nie jest decyzja podjęta z dnia na dzień, z godziny na godzinę, choć chciałybyśmy tak myśleć. Potrzebny jest czas, który minuta po minucie, godzina po godzinie pokazuje ci, w jakim piekle żyjesz, który każdego dnia odkrywa tylko jedną kartę, żebyś się nie przestraszyła, żebyś zebrała w sobie odwagę i siłę, by odejść.

Po siedmiu latach związku spakowałam się w dwa samochody. W jednym swoje książki, w drugim rzeczy, ubrania. I pojechałam do mojej mamy, z pochyloną głową, ze łzami w oczach i poczuciem wstydu mówiąc, że zmarnowałam swoje życie, że on pije, jest alkoholikiem i że gdybym z nim została straciłabym nadzieję, że jeszcze coś może się zmienić. A ja tylko dzięki tej nadziei żyłam, tylko ona mnie niosła i wskrzeszała resztki energii do działania.

Zmiana to proces, we mnie zachodził długo. Najpierw zaczęłam być ciekawa siebie, swoich emocji. Zewsząd otaczały mnie hasła: postaw na siebie, pomyśl o sobie, bądź dla siebie dobra. Tylko, co znaczy być dobrą dla siebie, skoro ja całe życie byłam dobra tylko dla innych? Skoro nie znałam siebie, kompletnie nic o sobie nie wiedziałam…

Jeśli chcesz zmian w swoim życiu, musisz wyjść im naprzeciw, nie czekaj, bo one same nigdy do ciebie nie przyjdą, to ty musisz wykonać pierwszy krok. Ja zaczęłam czytać, dużo czytać. Zapisałam się na warsztaty z budowania pewności siebie, odkrywałam siebie kawałek po kawałku pytając, czego naprawdę chcę. Nagle zauważyłam, że wokół mnie jest wiele kobiet poszukujących, stojących gdzieś na rozstaju, tyle, że ja nadal nie wiedziałam, w którą stronę iść.

I zatrzymałam się. A raczej moje ciało mnie zatrzymało. Powiedziało „dość” pewnego dnia nie pozwalając wstać mi z łóżka. To ono zbuntowało się, nie chciało dłużej nieść tego wszystkiego, co sobie na plecy powkładałam i co inni nieustannie dokładali. Trzy tygodnie zwolnienia. Trzy tygodnie w łóżku, bez pośpiechu, bez gonitwy, z czasem, który zwolnił nieprzyzwoicie. Leżałam i myślałam. Układałam sobie w głowie wszystko od początku. Szkoła, praca, związek. Miał być ślub, jakieś dzieci. Jakby tory ktoś ułożył mi dawno temu, a ja jak taka bezwolna maszyna się po nich poruszałam. Wzięłam kolejne zwolnienie. Na miesiąc. Nie chciałam wracać do tamtego życia, panicznie się bałam, że znowu wciągną mnie na jakąś stację i każą jechać utartym torem. A tego już bym nie zniosła. Coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że to nie jest moje życie, że jak tak nie chce, że brak w nim radości, szczerego uśmiechu i szczęścia. Brak energii i miłości do siebie samej. To był przełom. To wtedy rozumiesz, że choć spadałaś głową w dół, to nie pozwolisz się sobie rozbić.

Wyrastają ci skrzydła odwagi i nagle robisz rzeczy, o których nie przypuszczałaś, że cię na nie stać, jednocześnie zastanawiając się, czemu ich nie zrobiłaś wcześniej.

Szukałam źródeł mojej frustracji i nieszczęścia. W pracy czułam się niedoceniana, używana… Poszłam na rozmowę do konkurencji i okazało się, że tak, że mają dla mnie pracę, ale… na Mazurach. Poczułam znane mrowienie w brzuchu, podniecenie, które wzburzyło moją krew, tych znaków już nie ignorowałam, wiedziałam, że niosą prawdziwą odpowiedź, nie tę kierowaną jedynie rozumem, ale tę wypływającą ze środka mnie. Kiedy wsiadałam do windy – byłam już zdecydowana.

Właśnie się pakuję. Są tacy, którzy pytają, czy nie mam załamania nerwowego, bo tak się zmieniłam. Śmieję im się w nos. Robię porządki w domu, sprzątam szuflady z dokumentami nieruszanymi od długiego czasu. Przerzucam papiery i wśród nich znajduję kartkę z zapisanym na niej pytaniem: „Czego tak naprawdę chcę?”. Odpowiedź mnie zmroziła: „Spokoju i domu na Mazurach”. To ja. To prawdziwa ja ze skrywanymi głęboko marzeniami, o których zapomniałam, które traktowałam za nieważne i niemożliwe do spełnienia. A dzisiaj? Dzisiaj słuchając siebie, wiedząc coraz lepiej, czego chcę, pakuję się, bo wyjeżdżam na Mazury. Zostawiam wszystko, co miałam tutaj – dom, przyjaciół, rodzinę i otwieram się na nowe życie, na moje życie, na życie, którym już tylko ja będę zawiadywać. I tak, boję się jak cholera, boję się tak, jak ty teraz, ale co może być lepszego od zawalczenia o własne szczęście? Nic. Na to pytanie nie znam innej odpowiedzi.


Zobacz także

Mat. prasowe

W te wakacje odwieź południe Europy – wcale nie tak oczywiste. Akcja „Kocham podróże, kocham swobodę”. Dzień #7 [22.05]

Fot. iStock /  ipekata

Niania widzi więcej… „Nie każdy zasługuje na to, by mieć dziecko”

Kiedy miażdży nas krytyka. Jak obrócić energię na swoją korzyść?

Kiedy miażdży nas krytyka. Jak obrócić energię na swoją korzyść?