Oswajając potwora

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
1 lipca 2016
19-princess_mononoke_teaser_by_virtualgirl6654-d4reu5a
 

„Jeśli znasz siebie i swego wroga, przetrwasz pomyślnie sto bitew”*

Od kilku tygodni prawie co dzień odbywam taką samą, najczęściej bardzo krótką, rozmowę telefoniczną:
On: Jak się dzisiaj czujesz?
Ja: Dobrze, dziękuję.
On: Nie pieprz!
Ja: No ok, czuję się w normie, znośnie.
On: Mówiłem kobieto, nie pieprz!
Ja: Przyznaję, czuję się nie najlepiej. Boli mnie to i tamto, dzieje się to i to… (wymieniam jak na spowiedzi).
On mówi, że jest dumny z tego, że uczę się mówić, że coś jest nie halo.

Mój przyjaciel mieszka w innym kraju, dokładnie 1001 km ode mnie, ale wspiera mnie bardziej niż niektórzy mieszkający pod bokiem. Nie poddaje się, gdy staram się go zbyć ogólnikami i zdawkowym „I’m fine, thank you”. Drąży każdy szczegół i w moje długie i szczęśliwe życie wierzy zdecydowanie mocniej niż ja sama. Uczy mnie, że trzeba mówić, gdy coś jest źle, tylko trzeba wiedzieć, komu.

„Nie rzucaj pereł przed wieprze, babcia cię nie uczyła?” – podsumowuje krótko acz konkretnie, słysząc historie o moich niegdyś bliskich, co to troska i opieka się u nich kończy na deklaracjach.
O ile prawdziwych przyjaciół poznajemy naprawdę po tym, jak znoszą nasz sukces, o tyle ludzi, którzy cię kochają, są dojrzali i po prostu dobrzy, poznasz wyłącznie w sytuacji naprawdę złej. Jak poważna choroba na przykład. Ci, którzy jedynie bawią się w dorosłych, przestraszą się już pierwszych informacji o chorobie, której nie rozumieją. Ci, którym własny egoizm przysłania cudzą tragedię, odetchną z ulgą, gdy nie będziesz wnikać w szczegóły swojej beznadziejnej sytuacji, aż w końcu dyskretnie się ewakuują z twojej orbity na wieki wieków. W naturze mamy niechęć do tego, co słabe, chore, brzydkie i nie dające się kontrolować. Usuwam się więc z pola widzenia takich osobników, nie zależy mi na takich znajomościach i relacjach.

Nie umiem prosić o pomoc, mam opory przed narzucaniem się innym. Zbyt często staram się ukrywać, co naprawdę się dzieje. Niedawno na przykład moja mama, przeglądając listę możliwych objawów chorób, które u mnie zdiagnozowano, zakrzyknęła zdenerwowana: „Ależ bzdury, to oni ci złą diagnozę postawili, przecież u ciebie nic z tego się nie dzieje!”

A ja patrzę na tę samą listę i widzę, że zgadza się, 75% mnie więcej. Poczułam się jak zwycięzca. Chory zwycięzca…

Nie boję się ani bólu, ani śmierci – boję się, że będę od kogoś znów zależna: finansowo, fizycznie, emocjonalnie. Czasami dziecko we mnie chciałoby, żeby ktoś się nim zaopiekował, ale znika gdzieś pod zbroją poranionej wojowniczki. Albo pod wilczą skórką, niczym Księżniczka Mononoke.

„Nie zamieniaj serca w twardy głaz, póki jeszcze serce masz” – śpiewa mi do słuchawki mój przyjaciel, przekonując mnie kilka razy w tygodniu, że szkoda jest zamykać się na ludzi, mimo wszystko.

„Zwyciężają ci, którzy z wyprzedzeniem przeprowadzają w swojej kwaterze kalkulacje, uwzględniając jak największą liczbę czynników”*

Może to i jest tak, że ludzie jednak są dobrzy, tylko czasem im się coś myli, nie wiem. Ja nadal jestem sceptyczna.

Ale wzruszam się, gdy ktoś przejeżdża 200 km tylko po to, żeby zobaczyć, czy wszystko w porządku u mnie, bo się nie odzywam, a wie, przez co przechodzę i jak przeżywam. Uśmiecham się nawet, gdy ktoś inny ruga mnie przez telefon, że sama wnoszę na piętro zakupy, bo przecież nie wolno mi dźwigać; trzeba było zadzwonić, by przyjechał. A w ogóle to mam już nigdzie nie chodzić sama, nawet tak się poświęci, że pójdzie ze mną nawet do kina na film ukraiński i tym razem obiecuje nie zasnąć (najwyższa forma poświęcenia, znaczy się).

Byłam w szoku, gdy na moje smsowe pytanie o to, czy znają kogoś, kto w miarę tanio pomoże mi skończyć malowanie (bo się poddałam i przyznałam, że nie dam już rady sama), na 5 zapytanych hurtowo osób, 4 zadeklarowały pomoc osobistą – zionąc jednocześnie w moim kierunku oburzeniem, że może bym na lekarzy wydała lub nawet na wyjście do kina i relaks, a nie tak marnotrawić pieniądze na robotników w prostych sprawach. Ludzie, którzy zdawali się nigdy nie mieć czasu, nagle czas mają. Bo podobno gdzie są chęci i uczucia, tam się wszystko ułoży. Podobno. Ważne, co jest twoim priorytetem w życiu.

„Zauważenie zwycięstwa, gdy jest ono widoczne dla wszystkich, to nie sztuka. Podniesienie włosa nie wymaga wiele siły, dostrzeżenie Słońca i Księżyca nie wymaga ostrego wzroku, zaś słyszenie pioruna nie wymaga czujnego słuchu.”*

– Kochaj guza swego – mogłaś mieć gorszego! – tymi słowy mój znajomy lekarz skwitował wyniki moich badań. I z miejsca poczułam do niego wielką wdzięczność, ponieważ jako jeden z nielicznych utwierdził mnie w przekonaniu, że panika w niczym nie pomaga.

W zasadzie od kiedy się urodziłam, systematycznie przedstawiciele zawodów medycznych wypowiadali nade mną słowa „Ona już długo nie pożyje…” Miałam nie dożyć pierwszych urodzin. Potem pięciu lat. Potem pierwszej miesiączki. Następnie wróżono mi śmierć przed osiągnięciem pełnoletności. I lat 25 też nie. Potem zaczęła się seria guzów na jajnikach i macicy, mająca być rakiem, a koniec końców będąca niegroźnymi torbielami. Rak jelit, który okazał się nieżytem jelit i owrzodzeniem żołądka. I tak dalej. Kiedy się tak często słyszało, że już długo się nie pociągnie, to w 36. roku życia już się średnio poważnie traktuje „rewelacje” typu rak mózgu.

Ale że guz jest, to ukryć się nie da – podłączono mnie do magicznych aparatur, zmierzono go, oszacowano. Poużalano nade mną. Krwi rodzinie i przyjaciołom napsuto.
No dobrze, jest, przyznaję. Wyciąć się drania nie da tak łatwo, bo w końcu w mózg wlazł, swoje macki wokół nerwów poowijał, tyłkiem się w trudno operowalnym miejscu usadowił. Patrzymy, czy rośnie. Staram się odcinać mu dopływ powietrza i energii, żeby się szybko poddał. Chwilowo mi jeszcze środkowego palca pokazuje, ale się podda, wierzę w to.
A skoro już jest, to jakoś z nim żyć trzeba! Wydaję wojnę temu wrogowi – obmyślam strategie, jak walczyć.

„Zwyciężają ci, którzy z wyprzedzeniem przeprowadzają w swojej kwaterze kalkulacje, uwzględniając jak największą liczbę czynników”*

Pytam lekarza, co mi grozi, na co się przygotować. Czytam literaturę fachową. Internetowe fora omijam szerokim łukiem, uciekając od ogromu pseudo-wiedzy, którymi te strony ociekają – wszak każdy Polak zna się na medycynie!

Podręczniki obiecują mi uproszczenie życia wzruszeniowego i zmniejszenie roszczeń życiowych. Ha! Ciekawię się, czy złe wspomnienia mi przez dziury w pamięci powypadają – niestety pan doktor orzekł, że na własne, osobiste Endless sunshine of spotless mind na razie nie mam co liczyć. Nie ta część mózgu. – Ale być może się okaże, że jednak przerzuty… za jakiś czas… – wyszeptał przyjaźnie, usiłując dodać mi nadziei.

Na razie chwile zagubienia i zwątpienia są krótsze, jeszcze dosyć rzadkie i być może są wyłącznie wynikiem reakcji na leki, a więc mogą minąć za jakiś czas. Uczucie jest przytłaczające – na przykład kroję sobie pomidora i nagle stwierdzam, że nie wiem, jak się nazywa to-to do krojenia. Albo zastanawiam się kwadrans, do czego służy długopis. Tak więc taka choroba to niczym oglądanie dobrego dreszczowca – nigdy nie wiesz, co się stanie za moment.

Czasem jest wielki spokój przez długie dni, a potem moc atrakcji, niespodziewajki wysypują się z worka jedna za drugą. Ostatnio z centrum handlowego przywiózł mnie mój dawny uczeń, ponieważ miałam takie zawroty głowy, że karuzele w wesołym miasteczku przy tym to pestka, a zdaje się, że także ozdobiłam w sklepie posadzkę kapiącą z nosa krwią. Pojechałam na zakupy Fiatem, a wróciłam Lexusem, szybki awans społeczny.

W panikę wpadłam jednak tylko raz – gdy zgubiłam się parku, na dróżce, którą przemierzałam kilkadziesiąt razy. Nagle zapomniałam, czy mam iść w prawo czy w lewo. Po chwili jednak dopadł mnie komizm sytuacji – wyobraziłam sobie, jak dzwonię do kogoś i proszę, żeby mnie uratował, bo zgubiłam się w parku Grabiszyńskim, gdzieś między trzecim a czwartym kilometrem ścieżki biegowej. HEEEELP! Tak więc pozostaje mi jedynie obwiesić się GPS-ami i nie schodzić zbyt daleko ze szlaków uczęszczanych przez ludzi.

Poza tym muszę zapisywać niemal każdy punkt planu dnia, każdą, nawet najdrobniejszą, rzecz do zrobienia, bo zwyczajnie zapominam. Do tego pełna labilność nastroju i walka o opanowywanie impulsów. Zmienia mi się smak, zmysły szaleją. Miodzio. „Żyj na huśtawce, żyj…”**

Słyszałam żart, że aby zrozumieć funkcjonowanie mózgu kobiety, trzeba sobie wyobrazić sto otwartych stron w przeglądarce internetowej, a w połowie z nich jest włączony dźwięk.
No to aby zrozumieć mój mózg, to trzeba podnieść liczbę stron do minimum 200, przynajmniej w 75% z nich jest włączony dźwięk, a do tego w kółko wyskakują rozmaite pop-upy i adverty.
Dużo śpię ostatnio, bo przecież muszę ten system schłodzić i wyciszyć, inaczej dojdzie do przeciążenia maszyny.

On: Zeusowi z głowy wyskoczyła Atena, jak go bolało. A co wyskoczy Tobie?
Ja: Nie mam pojęcia. Ale raczej miej Boże świat w opiece.

* Sun Tzu, „Sztuka wojny”

**


Sukienka, czyli dlaczego jestem piękna

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
6 lipca 2016
Fot. iStock / CoffeeAndMilk
Fot. iStock / CoffeeAndMilk
 

Wyciągam swoje nogi do słońca, korzystając z nielicznych momentów przejaśnienia na niebie. Od niedawna mnie już to nie obchodzi – czy nogi za grube, czy za dużo na nich tatuaży (a może za mało?), czy każdy włosek na nich dobrze wydepilowałam, czy ukryłam cellulit… Znowu noszę sukienki przed kolana, nie myślę już obsesyjnie, czy wszystkie wałeczki ukryte, czy dekolt nie jest za duży i czy aby nie jestem w ogóle za stara i za gruba, żeby ubierać się w żywe kolory. To dla mnie nowe zjawisko. Niedawno w moich własnych oczach byłam najbrzydszą i najgrubszą kobietą na świecie. Nic we mnie ciekawego ani ładnego nie było.

Sytuacja sprzed lat:

Przygotowuję się do imprezy. Zakładam niebieską sukienkę z dekoltem, do tego pończochy, robię makijaż, wybieram ulubioną biżuterię. Czuję się trochę seksi. W lustrze patrzy na mnie kobieta, która w oczach ma nadzieję: może dzisiaj zauważy, może mu się spodoba, może nawet jakiś cień pożądania zobaczę.
Wchodzi mój znajomy, od drzwi zaczyna cmokać z zachwytu, rzuca komplement za komplementem. Nadzieja we mnie umacniała się z każdym słowem męskiego uznania.
Wchodzi mój mąż. Od drzwi stwierdza, że wyglądam fatalnie: dekolt za duży, sukienka za mocno opina biodra i pokazuje tłuszcz na brzuchu, źle się układa, te pończochy to już przesada w ogóle. „A poza tym oczy za mocno umalowane”. Z sekundy na sekundę maleję w sobie. Zmywam makijaż, zakładam czarne workowate spodnie i czarny top, zmieniając moją cudną sukienkę w przeciętną tunikę.

Gdy wychodzę, mój znajomy patrzy z niedowierzaniem, próbuje się dowiedzieć, co się stało. Nie mówię, tylko szybko się upijam, żeby stamtąd zniknąć.

Paradoks – wtedy jeszcze nie zdałam sobie sprawy, że coś jest nie tak, że właśnie zrobiono mi krzywdę. Że sama sobie ją pozwoliłam zrobić.

Kiedy dotarło do mnie, że może jednak coś „nie halo”? Jakiś rok temu. Poznany na szkoleniu mężczyzna powiedział mi komplement, z gatunku mało wymyślnych, bez żadnych podtekstów, nawet chyba nie traktował tego jak komplement, ale stwierdzenie faktu. A ja uciekłam z płaczem z sali. Poczułam się, jakby ktoś mnie zbił, a już na pewno oszukał.

Bo przez dziesięć lat mojego związku słyszałam rzeczy raniące mnie lub nie słyszałam nic. Komplementem dla mojego męża było „No, dzisiaj twój obiad nawet dało się zjeść!” lub „Masz fajny, duży nos”. Nie było we mnie nic godnego zauważenia. Wszystko było zbyt grube, zbyt dziwne, zbyt zaniedbane, za mało atrakcyjne, zbyt przeciętne. Źle ubrana, źle umalowana. Brzydka. W okresie życiowej formy mojego partnera – nawet wypowiedział się o mnie per „świnia”. Nigdy nie byłam wzorem samozadowolenia i pewności siebie, ale przy nim skurczyłam się i zmalałam. Uwierzyłam, że kogoś takiego jak ja nie da się kochać. W kimś takim jak ja nie da się znaleźć nic dobrego, ładnego, godnego uznania.
Mój przyjaciel powiedział mi na dosyć wczesnym etapie mojego małżeństwa: „On zabija w tobie wszystko, co piękne, mądre, zabawne, dobre…” A ja przestałam się do przyjaciela odzywać na lata całe…

Terapeuta par poradził nam kiedyś, żebyśmy każdego dnia mówili sobie jedną dobrą rzecz, żebyśmy szukali dobrych stron partnera i chwalili go za coś, zachwycali się.
Trzeciego dnia eksperymentu terapeutycznego małżonek się oburzył, żeby go nie zmuszać, bo on kłamać nie będzie…
A ja nie wiedziałam, gdzie się schować…

Sytuacja z dzisiaj:

Wchodzę do sklepu w mojej zielonej, opinającej biodra sukience przed kolana. Bez makijażu, ale z ukochanymi kolczykami. Nieznajomy mężczyzna zaczyna ze mną flirtować, chwali mój wygląd, zachwyca się tatuażami i fryzurą. Wychodzę ze sklepu wyższa o 15 cm i lżejsza o 15 kg, przynajmniej w mojej głowie.
Potem odwiedza mnie mój mąż, niespodziewanie. Śmieje się z fryzury, furczy na mój wygląd, zachowanie, na całą mnie. Znowu przez moment czuję się grubsza i głupsza niż jestem. Ale tylko przez moment. Nagle widzę to już wyraźnie – już mnie to nie wzrusza. Już wiem: miłość durna, miłość zła, nie ma władzy nade mną! Już nie szukam uznania w jego oczach, bo wiem, że go tam nigdy nie było i nie będzie.
Wolę się przeglądać w oczach mężczyzny ze sklepu, z ulicy, z kawiarni, ze stacji benzynowej. Nie jestem najpiękniejsza na świecie, ale wiem, że jestem wystarczająco ładna. Brakuje mi mądrości, ale nie inteligencji. Mam wystarczająco dobre poczucie humoru, moja złośliwość też jest w porządku. Dobrze mi ze sobą, a innym ludziom jest dobrze ze mną. Znowu.

Dziękuję Ci Mężu, że już Cię nie ma w moim życiu. Myślę, że tych 10 minionych lat, to była dla mnie wystarczająca kara za zabicie samej siebie. Usiłowałam dopasować się do Twoich oczekiwań, aż w końcu prawdziwa JA ukryła się bardzo głęboko. Dziękuję, że byłam dla Ciebie tak nieatrakcyjna, że mną pogardzałeś i przez dwa lata nawet spałeś osobno – bo dzięki temu nauczyłam się, że przede wszystkim sama dla siebie muszę być znowu piękna, mądra i ważna, a reszta jest mało istotna. Przeglądam się w oczach mężczyzn, którzy pójdą ze mną do łóżka, gdy tylko wyrażę ochotę – i żaden nie zrobi tego z litości czy z obowiązku, żaden nie zamknie oczu, uprawiając ze mną seks, nawet słowem nie powie nic o moim tłuszczu, brzydkich cyckach czy niedostatecznie wydepilowanym kroczu. Dziś już wiem, że w oczach złego mężczyzny się przeglądałam.


Jaka miłość taka śmierć

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
25 czerwca 2016
burning-man-festival-adults-babies-love-aleksandr-milov-ukraine-4

To podobno normalne, że chcemy zrozumieć: siebie, świat, ludzi, los. Przeważnie się nie udaje. Bierzemy, co nam świat daje, z pełnym dobrodziejstwem inwentarza, albo się spalamy, walcząc z tym, co przychodzi. Im mocniej walczymy, im bardziej się szarpiemy, tym mocniej boli – niczym zwierzę złapane we wnyki, które próbuje się wyswobodzić o własnych siłach. Tak naprawdę niewiele możemy zrobić. Możemy sobie powtarzać, po buddyjsku, że „to wszystko przeminie”, czy po chrześcijańsku, że „co Bóg dał, Bóg mógł odebrać”.
Od jakiegoś czasu patrzę, jak u mnie wszystko mija. Kawałek po kawałku, tracę: samochód, mieszkanie, firmę, przyjaciół, pieniądze, zdrowie, miłość… Wszystko, na czym mi zależy, nagle znika. Koty się gubią, psa muszę oddać, zmysły wariują, uczucia płowieją i znikają, niszcząc wcześniej wszystko, co się z nimi zetknęło. Guz zabiera mi kontrolę nad samą sobą, kawałek po kawałku. Serce się buntuje.

Utkwiło mi w pamięci zdanie, napisane przez Tomasza Jastruna chyba, że gdy miłość płonie, my z nią płoniemy, a gdy gaśnie, my gaśniemy z nią. Następuje koniec, który zwykle jest brutalny, niesprawiedliwy i rani głęboko. Podobno potem przychodzi nowy początek i nie rozumiemy, jak mogliśmy wcześniej tak szaleć i dawać się tak kaleczyć – ale tego jeszcze nie wiem, na razie obserwuję same końce, bez nowych początków.

Skala uczuć wokół wszystkiego, co się dzieje, przerasta mnie. Choroba mi nie pomaga w opanowaniu emocji i wytłumaczeniu sobie, że to minie – moje uczucia z powodów medyczno-fizjologicznych są trudne do ogarnięcia. Staram sobie wszystko tłumaczyć, oswajać – ale co jeden temat rozgryzę i pogodzę się z nim, dzieje się coś nowego, i praca musi być wykonywana od nowa. Z tego błędnego koła nie ma wyjścia w zasadzie. No może się wydawać, że jest, ale tak naprawdę to żadna opcja. Jakiś czas temu czytałam wywiad z Urszulą Dudziak, w którym opowiadała o tym, jak jej się świat walił – w krótkim czasie straciła męża, pracę, pieniądze, perspektywy. Zostały jej małe dzieci, choroby i ogrom goryczy. Musiała usiąść, ogarnąć się i pomyśleć, jak tu nie palnąć sobie w łeb. Po przeczytaniu tego napisałam do niej z krótkim pytaniem: „Pani Urszulo – to niech Pani zdradzi, jak sobie nie palnąć w ten łeb??”. Ku memu zdziwieniu dostałam odpowiedź, składającą się w zasadzie z jednego zdania: „Po prostu: nie”.

Doświadczenia ostatnich miesięcy sprawiły, że rzeczy proste cenię sobie potrójnie i najmocniej do mnie przemawiają, zapewne dlatego te trzy słowa stały się moim mottem. Czasami nie da się na poczekaniu znaleźć sensu w życiu, a żyć trzeba dalej. Mój życiowy cel nagle skurczył się do tego: przeżyć. Wbrew wszystkiemu. Czy wierzę w lepsze jutro? Nie. Nie myślę o tym, co będzie, bo ostatnio za każdym zakrętem widzę po prostu kolejny zakręt. Tracę wszystko, jedno po drugim, i nie wiem jeszcze, co – i czy w ogóle – dostanę coś w zamian. Czasami łez już nie mieszczę. Czasami śmiech mnie obezwładnia. „Jaka róża, taki cierń – nie dziwi nic. Jaki kamień, taki cios – nie dziwi nic…”

Co do miłości, to jawi mi się w czarnych barwach wyłącznie. Skopała i rozorała mnie tak bardzo, że nie wyobrażam sobie powtórki z rozrywki. Nie wierzę, że MI się może udać. Miała mi dodać skrzydeł, a poprzestawiała, co się dało. Wyrwała cały zapas słów, cały spokój. Nauczyłam się, z trudem, polegać na kimś jeszcze poza sobą, by się przekonać, że to jakaś fatamorgana była. I trzeba się uczyć na nowo wszystkiego.

Nie znam się na tym, ale jeśli założyć, że siła zniszczenia PO jest równa sile uczucia W TRAKCIE, to jakieś tornado mi się trafiło.

A kiedy się coś takiego kończy, a obok tego w gruzach znajdzie się kilka innych spraw, które dotąd budowały Ci życie, to logiczne, racjonalne myślenie oraz powściągliwość uczuć są niezwykle trudne do osiągnięcia.

Zakochałam się w tej rzeźbie z obrazka, oddychając z ulgą na myśl, że sztuka tak cudownie podsumowuje wydarzenia i reprezentuje życie – dwoje dorosłych siedzi do siebie plecami, skłóconych, poranionych, zbyt dumnych, by wyciągnąć rękę na zgodę – a ich małe, wewnętrzne dzieci pragną jedynie, żeby ktoś ich przytulił.

Moje małe, wewnętrzne dziecko nie pamięta, kiedy się przytulało, bo mój duży, wewnętrzny dorosły skupił się mocno na obrażeniu się na świat. Dziecko jest poranione, ale nadal ufne, a ja staram się ze wszelkich sił wybić mu z głowy tą potrzebę bliskości, wiarę w człowieka i w to, że będzie dobrze. Walczymy ze sobą, ja i moje drugie ja.

Podobno potrzeba minimum 4 przytuleń dziennie, żeby przeżyć, 8 – żeby być zdrowym, 12 – żeby się rozwijać.
Trwamy, oczekując…