Odpuściłam. Przestało mi zależeć na tym, by zadowolić wszystkich. W końcu ile można tak żyć?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
4 czerwca 2017
Fot. iStock/jacoblund
Fot. iStock/jacoblund
 

Nic nie doprowadza mnie do szału tak, jak marudzący ludzie. Organicznie nie jestem w stanie znieść tego wiecznego: „no stara bieda”, „wszystko po staremu”, „nie ma o czym mówić”. A kiedy próbuję wykrzesać choć trochę energii, porozmawiać jak z dzieckiem zachęcając do pozytywnych wynurzeń pytając: „A co dobrego się wydarzyło” to widzę tylko te zdziwione oczy, jakbym rozum straciła, bo co dobrego może wydarzyć się w życiu, które kręci się wokół pracy, dzieci, zakupów i liczenia, czy wystarczy na kolejną ratę kredytu.

A mi się wrzeszczeć wtedy chce, bo czy naprawdę nasze życie ma polegać tylko na szukaniu tego, co czyni nas nieszczęśliwymi? Czy z narzekania czerpiemy jakąś masochistyczną przyjemność. A jest mi źle, to sobie wsadzę jeszcze jedną szpilkę, a to jeszcze poszukam czegoś, na co mogę pomarudzić do woli. A niech mi się uleje jadem, zawiścią i marudzeniem.

Bo od rana pada, bo sąsiad kupił sobie nowe auto i ciekawe skąd ma na to pieniądze. A to znowu znajoma z byłej pracy zdjęcie z weekendowego wypadu wstawiła – jasne, stać ją, pewnie zgarnęła twoje obowiązki i więcej kasy dostała, jak ty odeszłaś. Bo lepiej jest wszędzie tam, gdzie nas nie ma. Koleżanka ma fajniejszego męża, bo ostatnio zakupy dźwigał z garażu do domu, a twojemu to się akurat w ten dzień nie zdarzyło. Pani ze sklepu ma klawe życie, bo ma osiedlowy biznes, chlebek rano sprzedaje, ludzie mili, każdy się do niej uśmiecha. A tobie? Tobie ostatnio pani spod szóstki dzień dobry nawet nie powiedziała. Zdzira jedna. Pewnie zazdrości, już nieważne czego.

A kuzynka? Skubana, wiedziała jak się ustawić, męża złapała, co to kasy w pizdu ma i nic w życiu robić nie musi. Jak ty byś tak chciała nic nie musieć. Nic, kompletnie nic.

I wiesz co, ja też tak długo myślałam. W chwilach kryzysu, kiedy sił mi było brak, krzyczałam w duchu: a weźcie się wszyscy ode mnie odwalcie. Nie odbiorę telefonu, nie zrobię obiadu, nie odkurzę i prania kolejngo nie wstawię i z dziećmi znienawidzonych przez mnie klocków nie poukładałam.

Nienawidziłam życia, jak większość z tych marudzących. Wszystko było nie tak, albo zupełnie nie wystarczające. Wszystkiego było mi mało – mało pieniędzy, mało obowiązków, mało radości, mało miłości, czułości i szczęścia. Wszystko było do bani, choć udawałam, że jest w idealnym porządku. Uśmiechałam się szeroko przytakując, że no tak truskawki w tym roku drogie i jakieś takie mało smaczne, a na wakacje, to my też jeszcze nie wiemy, gdzie pojedziemy, bo drogo wszędzie cholernie, a my łazienkę wyremontować byśmy chcieli. A później w nocy wyłam do poduszki, bo po ch*j mi ta łazienka, jak ja marzę o odpoczynku. O tym, żeby uciec w pizdu od tego życia, od tego świata, od wszystkich ludzi, którzy mnie otoczyli zaciśniętym kręgiem i przed którymi nie sposób było się schować, bo oni zawsze wiedzieli, jak mnie znaleźć i co znowu ode mnie chcieć.

I przyszedł taki moment, kiedy powiedziałam basta. Najpierw naczyniom w zlewie. Wyszłam z domu pozostawiając brudne kubki… Śmiejcie się, ale kto wie, ten zrozumie, jaki przełom to w moim życiu stanowiło. Bo to był mój pierwszy świadomy wybór: wyjście z dziećmi na spacer czy mycie naczyń. Spytałam siebie: co chcesz? I odpowiedź była jasna. Później odebrałam telefon z pracy po godzinach mówiąc, że już skończyłam pracę i zajmę się tym jutro z samego rana. Stres sięgał zenitu, kiedy zastanawiałam się, czy rano na biurku nie zobaczę wypowiedzenia. Ale nic się nie stało, a telefon po godzinach przestał dzwonić. Niby niewiele się zmieniło, a jednak tak dużo. Zadzwoniłam do mojej mamy pytając czy przyjedzie zająć się dziećmi, bo muszę sama wyjechać w góry, połazić, pomyśleć, ułożyć się ze sobą. Tego jej akurat nie musiałam mówić i tłumaczyć, bo ona złapała w lot, choć oczywiście panicznie bałam się usłyszeć, jaką to wyrodną matką jestem.To wtedy w tych górach schodząc w okropnej ulewie ze wzrokiem utkwionym w ziemię, bo tak lało, zeszłam ze szlaku. Nawet nie wiedziałam jak. Kiedy podniosłam głowę okazało się, że jestem w zupełnie innym niż zazwyczaj miejscu. Stałam na polanie rozglądając się i pytając samą siebie, jak tu doszłam. I wtedy dotarło do mnie, że czasami trzeba iść tam, gdzie nogi nas same niosą, żeby dostrzec wszystko to, o czym zapomnieliśmy Nagle góry, które znałam na pamięć, odkryły przede mną swoje nowe miejsca. Wyszło słońce, a dobrzy ludzie zatrzymali się sami po drodze zabierając mnie całą mokrą na stopa.

I wtedy dociera do ciebie, jak wiele rzeczy możesz, a jak niewiele musisz. Że to tylko zależy od ciebie. Jak zadasz sobie to jedno cholernie trudne pytanie: czego chcesz, wiesz wszystko. Czemu trudne? Bo kiedy sobie na nie odpowiesz, musisz (i to jedyne musisz) wybrać – czy zrobisz to, czego chcesz, czy to co powinieneś, albo nomen omen, co tylko w opinii innych musisz.

I pewnie dlatego do wku*wu doprowadza mnie to całe marudzenie i narzekanie. Bo ja już wiem, że mamy WYBÓR! Chcesz marudzić – proszę bardzo, ale nie zatruwaj mi tym życia, nie dziw się, że w końcu się odsunę już nie mogąc tego słuchać, moja tolerancja, wybacz, w tym względzie ma swoje granice. Bo TY MASZ WYBÓR, ja też mam swój. Ja też mogę siebie spytać: czego chcę. I jeśli nie chcę tego dłużej słuchać, odejdę zostawiając cię z kolejnym powodem do narzekania, bo nawet na ludzi liczyć nie możesz. Błagam cię, a ty na siebie możesz liczyć? No jak? Możesz?

Odpuściłam. Przestało mi zależeć na tym, by zadowolić wszystkich. Wybrałam, kto jest dla mnie najważniejszy i na kim i na czym mi tak naprawdę w życiu zależy. Pewnie dlatego nie ruszają mnie te wszystkie: mogłabyś to, czy tamto, życzę ci tego lub śmego – bo ja już wiem, czego chcę. I wiem, że to w jakim miejscu jestem, to mój wybór. I pewnie dlatego nie marudzę i nie narzekam, bo jeśli już mam mieć do kogoś pretensje, to tylko dla siebie i tylko ja to, co odbiera mi radość życia, mogę zmienić. To takie proste. A jednak większość z nas woli być nieszczęśliwymi i wiecznie skwaszonymi. Ale to ich wybór. Szkoda jedynie, że tego nie rozumieją. Mi ich szkoda.


Co może człowieka wku*wić od rana, nawet w piątek, tuż przed weekendem. No co?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
9 czerwca 2017
Fot. iStock/Kikovic
Fot. iStock/Kikovic
 

Wiecie co, mnie generalnie polityka gila. I jakoś nigdy specjalnie się nią nie interesowałam. Takie tam podstawowe rzeczy, które wiedzieć powinnam ogarniałam, na tyle, żeby wiedzieć, na kogo głosować w wyborach nie chcę. Bo na kogo chcę – trudno było znaleźć odpowiedź. Tak, wiem, mniejsze zło, ale skoro prawa wyborcze wywalczone zaledwie kilkadziesiąt lat temu mam – to z nich korzystam, bo to mój przywilej.

No więc po pierwsze dostaję ku*wicy, jak ci, co nie głosują dyskutują o tym, co zrobić trzeba i co najlepiej by się sprawdziło. Pie*dolą farmazony siedząc wygodnie w fotelu, a gdy pytasz: a na kogo głosowałeś (choć to okazuje się być wielkim skrywanym sekretem ostatnio), to słyszysz: a nie byłem, wiesz, deszcz padał/słońce za bardzo świeciło/z rodziną wyjechałem. To się zamknij i nie wypowiadaj, bo jak masz tylko szczekać bez efektu, to po co komuś nerwy szarpać, chociażby mi, bo moje już w strzępach.

Po drugie – co by już zamknąć buzie tym, którzy poczują się dotknięci. Wkurzam się na tę władzę, bo ona teraz jest u władzy i rozdaje porąbane czasami karty (że też „czasami” przeszło mi przez gardło). Wkurzam się i myślę sobie, że żadna inna nie wywoływała u mnie aż takich emocji! Może to kwestia wieku? Może potrzeba szukania całości w tej wielkie dziurze. Nie wiem. Ale jak tylko otwieram jakiekolwiek wiadomości, krew mnie zalewa.

Przykład: katoliccy (żeby nie było, nic nie mam do katolickich) farmaceuci chcą zmian w prawie, aby mogli odmówić sprzedaży leku powołując się na klauzulę sumienia. Po pierwsze – już mnie zabił sam fakt, że farmaceuci dzielą się na katolickich i innych, po drugie chyba tylko przy obecnym rządzie ktoś mógł wpaść na taki pomysł! Że jak pójdziesz do apteki i poprosisz o prezerwatywy, to ci powiedzą: poszła won i znak krzyża w powietrzu namalują. Oczywiście o innych środkach antykoncepcyjnych nie wspomnę. Bo nie dość, że na receptę, to ci jeszcze nie sprzedadzą. A co ty myślałaś, że tak możesz dla przyjemności tylko seks uprawiać. Za to pigułki na potencję dostaniesz zawsze, bez recepty, jedyna taka szansa w Polsce!

I zastanawiam się: w jakim ja kraju żyję? Gdzie kłamstwo goni kłamstwo i to tak bezkarnie i wprost. Gdzie politykom brak sprytu i choć odrobiny przyzwoitości – by kłamać tak, żeby chociaż niewielu się skapnęło, że to wierutna bzdura, bo kłamią wszyscy, tylko jedni bardziej umiejętnie.

Jak z tym Opolem. Przecież to festiwal wyssany z mlekiem matki. Kto z nas nie oglądał czasami jeszcze na biało-czarnym telewizorze tych wszystkich polskich hitów, które stamtąd się wywodzą. Gdyby ktoś rok temu powiedział, że Opola nie będzie, że nie będzie festiwalu, który trwał przez dziesiątki lat, to byśmy postukali się w głowę i powiedzieli: nie, no już bez jaj, można myśleć o PIS-ie co się chce, ale nie, że Opole odwołają. A oni nie odwołali, ale do Kielc przenieśli, sami sobie broń do skroni przyłożyli piętnując artystów za społeczne zaangażowanie. A masz, a masz po rączkach, za to, że o prawa kobiet walczysz. A masz, nie myśl sobie, że ci to ujdzie na sucho. Ja pie*dole. Im się wydaje, że są wszechmocni. Że wszechwładni. Że jak już dzierżą władzę w swoich łapach, to wszystkim ch*j do tego, co robią. Bo oni rządzą. Matko, takiego zadufania w sobie, takiej głupoty, która się wylewa z ust polityków, ja naprawdę nigdy wcześniej nie słyszałam.

To tak jak z Jurkiem Owsiakiem – nie udaje im się zniszczyć Orkiestry, więc próbują uderzyć gdzie indziej i straszą terrorystami na Przystanku Woodstock, zamiast zadbać o bezpieczeństwo setek tysięcy ludzi, potencjalnych wyborców, którzy i tak tam pojadą. No ale przecież ta Sodoma i Gomora to główna przyczyna sukcesu Owsiaka – tak uważają. A jak ludzi przestraszą i ci na festiwal nie przyjadą, to i WOŚP w styczniu w końcu podupadnie i wtedy będzie można więcej niż 14 sekund przeznaczyć na informację, że w tym roku jednak porażka i zamiast 105 mln, Orkiestra zebrała „zaledwie 100 mln”.

Tylko, co tu nazwać porażką. To, ze Beata Kempa mówi, że wydano na pomoc w Syrii 100 mln złotych, sugerując, że wydarzyło się to właśnie teraz na przestrzeni roku, choć to suma zebrana z trzech lat? Gdzie sama Polska Akcja Humanitarna przez dwa lata przeznaczyła na pomoc Syryjczykom 80 mln? No tak, ale jak się nie podaje kontekstu, to 100 milionów zawsze brzmi dumnie.

Mniej dumnie wybrzmiewa wydane 1,6 mln złotych dla ojca Rydzyka i jego media. Gdzie Minister Radziwiłł mógłby rozpatrzyć – reklama w telewizji Trwam, czy refundacja leków dla najbardziej potrzebujących. No ale budżet marketingowy trzeba umiejętnie stworzyć i wykorzystać na jeden słuszny cel.

Nie, ja nie mówię, że wszystko jest źle i bez sensu. Ja mówię, że mnie obecna sytuacja wku*wia, bo na tych kilku naprawdę błahych przykładach (przepraszam, piszę „błahych”w kontekście tego, że można by wyciągnąć jeszcze cięższe działa)człowiek już może dostać białej gorączki i chcieć przeprowadzić w sejmie akcję samobójczą. Choć pewnie i tak wyszłoby, że to ISIS wciągnęli, a w moim komputerze znaleźliby zaproszenia na Facebooku od znajomych niewiadomego pochodzenia.

I ja wiem, że to już piątek i weekend i o polityce być nie powinno, i że mój wku*w niczego nie zmieni. Ale nie mogę o nim nie mówić. Bo jak się zamkniemy i machniemy ręką, to za chwilę obudzimy się z jedyną słuszną opcją naszego kraju, z którego nic tylko uciekać nam przyjdzie, bo dwa programy (a nie trzy, bo jeszcze ta z Torunia) jedynie oglądać będzie można, słuchać tylko wybranych artystów i broń Boże nie krytykować. Za każde słowo krytyki wytropimy i ukatrupimy tak, żeby wyszło, że to i tak opozycja zrobiła.

Eh… już mi trochę lżej.

P.S. Oczywiście wkurw wziął się z przeglądu porannej internetowej prasy na oko.press. Ale z drugiej strony, jak nie czytać i się nie uświadamiać? Tak wiem, już raz jeden z polityków odpowiedział mi na to pytanie: po prostu słucham, czytam i oglądam niewłaściwie media…


Dzisiaj wszyscy wymagają od ciebie bycia on line! Kurde, nawet siedząc na kiblu piszemy maile! Oszaleć można

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
18 maja 2017
Fot. iStock/KristinaJovanovic
Fot. iStock/KristinaJovanovic

Kiedyś wystarczyło powiedzieć: „Sorry, nie było mnie w domu”, gdy ktoś mówił, że dzwonił, ale nie mógł się dodzwonić. Ja pierdzielę, co to były za czasy, no nie? Telefon z kablem w domu. Ba, ja to pamiętam telefon u sąsiada, który przychodził powiedzieć, że wujek ze Śląska do nas dzwoni. U sąsiada pod telewizorem stał ten zgniłozielony telefon z tarczą. Wszyscy wiedzieli, co u niego i u nas, bo każdy chętnie rozmowie się przysłuchiwał. Co z tego, że sąsiad, jego żona i kuzyn, który przyjechał pracy szukać. Oni ci pozwalali dzwonić, a ty nie mogłaś mieć pretensji, że słuchają.

Później mieliśmy już u siebie taki nowoczesny aparat, na ścianie. Bez tarczy, tylko z wyciskanymi numerami. Te niecałe zaledwie trzy dekady temu dzwoniący telefon stawiał całą rodzinę na nogi, która w napięciu oczekiwała, któż to postanowił się z nami połączyć.

A teraz? Dzwoni – jak nie odbierzesz, od razu pojawia się SMS: „Dlaczego nie odbierasz, gdzie jesteś? Nie chcesz ze mną gadać?”. Jakby było mało, to niemal w tej samej chwili wyświetla się wiadomość na którymś z popularnych czatów: „Widzę cię, jesteś, daj znak, jak będziesz mogła gadać”. MATKO BOSKA! Ja sobie ostatnio zdałam sprawę, że wszyscy wymagają od ciebie bycia on line. Non stop, przez cały czas. Bez przerwy. Jak nie jesteś podłączona, to nie żyjesz. To może łeb ci urwało, a w najgorszym przypadku – no tak, pewnie zgubiła telefon, albo jej ukradli.

I rozglądam się dookoła zastanawiając się, kto w ogóle podnosi głowę znad telefonu. Siadam w knajpie, czekam na znajomą, a wokół każdy ze wzrokiem wbitym w ekran ogłupiającegophona przebiera zgrabnie paluszkami po klawiaturze. Dobra, ja nie należę do świętych, telefon to moje narzędzie pracy i też spędzamy nad nim długie godziny, ale kiedy już spotykam się z drugim człowiekiem, to nie ma litości, wyciszam, odkładam i internet wyłączam, co by nie brzęczało.

A tymczasem taka sytuacja: jesteśmy zaproszeni na przyjęcie komunijne córki przyjaciół. Od pierwszej minuty przy stole jeden z gości z telefonem pod obrusem. Inna: siedzę na bardzo fajnej i mądrej konferencji, obok dziewczyna nerwowo przegląda w telefonie wszystkie modowe strony (konfa ani o modzie, ani o telefonach), nawet głowy nie podniosła, nie poświęciła chwili, by posłuchać, co ktoś inny ma do powiedzenia… Cóż. W sumie jej strata, albo moja, bo nie znam najnowszych modowych trendów, tylko słucham o ekologii. Kolejna: czekam w knajpie na spotkanie. Trzy kobiety, może przyjaciółki, bo wchodzą wspólnie roześmiane – zamawiają kawę ciastko i… wyciągają telefony. W ogóle ze sobą nie rozmawiają. O – i ostatnio jechałam pociągiem dość daleko i dość długo. Jedyna w przedziale czytałam książkę, reszta – wiadomo – telefony.

I kiedy ostatnio znajoma dzwoni, pisze SMS, zaczepia na czacie myślę sobie: „A dajcie wy mi wszyscy święty spokój!”. No przecież nic tylko można oszaleć. Próbowałam kiedyś zliczyć, jaki to pożeracz czasu, to odpowiadanie na wszystkie pytania, których nikt by ci nie zadał, gdyby nie było pod ręką telefonu i internetu. Ale jest, i ty musisz być do nich podłączona nieustannie. Bo przecież jak to można być zajętym cały dzień i nie oddzwonić, jak to, nie odpisać na SMS-a. Gdyby ktoś wiedział, który to już podobny do poprzednich z pierdołami SMS, albo która wiadomość na czacie nieodczytana, bo zwyczajnie brakuje czasu, żeby w ciągu dnia odpisać na: „co porabiasz”. No kurde, pracuję! Dwoję się i troję, ogarniam pracę, dom, dzieci i WYBACZ nie mam czasu zaspokajać w ciągu dnia twojej ciekawości! Zwłaszcza, że przekonałam się nie raz, że za tym „co słychać” czy „co porabiasz”, kryje się tak naprawdę litania nieszczęść z drugiej strony! Same powiedzcie, czy tak nie jest? Czy jak ktoś tak niby koleżeńsko was zaczepia, to nie po to, żeby samemu wylać po chwili swoje żale, jak to nieszczęśliwy jest i co mu znowu w życiu nie wyszło? I wcale go nie obchodzi, co u was? O nie, sorry, ja wysiadam z takiego tłoku ludzi, którzy w realu nie maja z kim pogadać, tylko siedzą ze wzrokiem utkwionym w ekran śledząc poczynania bliższych lub dalszych znajomych, a czasami nawet nieznajomych! I tylko czyhają na okazję, żeby zaczepić i zagadać.

A jak się nie odezwiesz, to obraza! To śledzenie, ile minut temu byłaś na czasie, to pretensje, wtedy najczęściej SMS-em: „Widzę, że odczytałaś wiadomość i co?”. I gówno! Bo ja najczęściej to nawet nie pamiętam, o co chodziło? O kolor sukienki, którą ostatnio założyłam, czy może o rozmowę sprzed dwóch miesięcy, którą moim zdaniem skończyłyśmy dawno temu? A może o coś, o czym nie mam zielonego pojęcia, o temat, na który nie chcę się wypowiadać, bo zwyczajnie mnie nie interesuje. A może w natłoku spraw i codzienności, ok, przeczytałam, pomyślałam: „później odpiszę”, ale „później” przyszło 100 innych wiadomość, z których na część odpisać musiałam i tamte, starsze choć raptem sprzed kilku godzin, uciekły w otchłań internetu.

Kiedyś znajoma ze zdziwieniem, tyle, że nie wiem, czy większym jej czy moim, spytała: „O rety, a ty tak potrafisz na urlopie odciąć się, zostawić telefon, wyłączyć internet”. No a jak inaczej odpocząć? Jak inaczej czas spędzić z dziećmi i seks z mężem dobry mieć, gdy coś nieustanne pika lub wibruje (tak wiem, skojarzenie z seksem jeszcze mogłoby być dobre).

Bycie online, wiecznie na stand by’u to przekleństwo naszych czasów. Takie jest moje zdanie. Idziesz biegać – weź telefon. Idziesz się kąpać – weź telefon. Ile razy rozmawiałyście siedząc na kiblu? Kto się przyzna? A dlaczego tak się dzieje? Bo każdy oczekuje, że tu i teraz możesz być dla niego dostępna. Kurde MUSISZ być, skoro świecisz się na niebiesko, czy zielono! A tak się nie da. No do cholery, nie dajmy się zwariować! Oszczędzajmy siebie nawzajem!

A korzystając z okazji chciałam przeprosić za setki maili, na które w ostatnim czasie nie odpisałam, za wiadomości, które odczytałam, ale na nie nie zareagowałam. Gdybym tak mogła ustawić sobie wszędzie powiadomienie: „Jeśli to coś bardzo ważnego, a ja nie zareaguję, proszę, przypomnij mi się za dwa dni, a potem za kolejne dwa”. Ha, wtedy też miałabym pewność, co do kosza mogę spokojnie wyrzucić.