Nie ochrzciliśmy dzieci. To jedna z najbardziej świadomych decyzji, którą podjęliśmy

MamaM&M
MamaM&M
26 lutego 2017
pixaby.com/debowscyfoto
pixaby.com/debowscyfoto
 

Wzięliśmy ślub w kościele, nie chrzcimy dzieci. Byłam lektorem w kościele, nie byłam jednak nawet na mszy pogrzebowej ukochanego dziadka. Kiedy umrę, chcę być skremowana i chcę mieć świecki pogrzeb. Jaka była moja droga do tego, w co dziś wierzę?
Z góry proszę osoby skrajne w każdą stronę o powstrzymanie się od komentarzy, które mogłyby kogokolwiek obrażać. To, co napisałam poniżej to moje osobiste przekonania i doświadczenia. Należy najpierw skonsultować tekst z lekarzem, farmaceutą, homeopatą, mnichem, księdzem, pastorem, przewodnikiem duchowym. Nie polecam robić tego w domu…

Wiele osób pyta mnie, dlaczego nie chrzcimy naszych synów, choć wzięliśmy ślub w kościele, jesteśmy rodzicami chrzestnymi. Osoby, które znają mnie więcej niż kilka lat, dziwią się, że dziś nie chodzę do kościoła, a nawet nie poszłam na mszę pogrzebową dziadka (dobry i litościwy Boże – powiedział zapewne ksiądz podczas mszy, a dziadek umierał, dusząc się, więc nie chciało mi się tego słuchać w kościele, wystarczyło na cmentarzu) , choć w liceum byłam lektorką, czytałam fragmenty Biblii podczas mszy, wyjeżdżałam świętować Triduum Paschalne do seminarium duchownego, a ci, którzy znali mnie bliżej wiedzą, że po liceum chciałam wstąpić do zakonu i już nawet wiedziałam do jakiego.
Postanowiłam napisać ten tekst, żeby jeden jedyny raz rozprawić się z tym tematem. Wprawdzie uważam, że wiara jest indywidualną sprawą każdego człowieka, jednak ja nie wstydzę się o tym mówić.W całym moim racjonalnym podejściu do życia wierzę, a może wierzyłam, że jest jakaś Siła, która czuwa nad tym, co się dzieje na świecie. Wątpię w to coraz bardziej i coraz bardziej jestem przekonana, że jak już umrzesz, to już jest koniec i ani światła, ani tunelu, ani pana z siwymi włosami i długą brodą siedzącego na chmurce nie będzie. Po prostu będzie koniec… choć chciałabym wierzyć, że jeszcze niektórym osobom po śmierci mogłabym nastukać, że Rysiek Riedel i Grzegorz Ciechowski śpiewają nadal, że te wszystkie genialne osoby, które w tym roku odeszły z Marią Czubaszek i moim dziadkiem na czele nadal prawią swoje mądrości. No i chciałabym zagrać w diabelskiej drużynie i zobaczyć, czy gorąca smoła daje podobne wrażenia jak morsowanie. Przekonana jestem jednak coraz bardziej, że to, co mamy do powiedzenia i zrobienia, musimy robić i mówić tu i teraz, bo żadnego potem nie ma.

Nastolatek to strasznie plastyczna materia, a nastolatek rozwalony wewnętrznie to materia tak podatna na kształtowanie jak ciasto na wigilijne pierogi. No i tak trafiłam w liceum na rekolekcje. Rodzice niewiele mieli dla nas czasu. Mama ogarniała pracę, dom, firmę ojca, a ojciec nieszczególnie był zainteresowany tym, co się działo w domu. Brat próbował dość nieporadnie skupiać uwagę na sobie, co powodowało, że przez częste wizyty w jego szkole rodzice w domu byli jeszcze rzadziej. I jak ktoś w takim momencie mówi, że ci pomoże, to idziesz w to jak dzik w kartofle. I ja poszłam. Nie żałuję, bo nauczyłam się, że nie można być w życiu naiwnym, że trzeba poznać wersję każdej strony, żeby poznać prawdę.

Przeszłam przez wspomniane wyżej czytanie w kościele, wyjazdy do wspólnot, seminarium, znajomości z siostrami zakonnymi i osobami świeckimi mocno zaangażowanymi w życie KK. Poznałam biskupów, byłam nawet stypendystką, bo taka byłam zdolna, poznałam wielu księży. Jeden z nich po latach odprawił naszą mszę ślubną. Muszę dodać, że wśród tych osób jest wiele autorytetów, że obok wyrachowanych do granic możliwości duchownych są wspaniali ludzie, którzy robią wiele dobrego. Nie poznałam jednak nikogo świętego…

Wszystko wydawało się idylliczne, aż nie zaczęłam myśleć „samodzielnie”. Szybko zorientowałam się, że wciskanie ludziom kitu o grzechu, zachęcanie do spowiedzi, to po prostu prowadzenie na smyczy pokornych owieczek, którymi łatwo się steruje. Owieczki wierzą, że mogą robić co chcą, choć jest to niezgodne z tym, co mówi ksiądz z ambony, bo pójdą w pierwszy piątek miesiąca do spowiedzi i zostaną zbawione. A więc nie brakuje wśród wierzących, praktykujących katolików:związków nieformalnych, zdradzania, traktowania innych jak śmieci, knucia, dorabiania się kosztem innych, wyklinania wszystkiego i wszystkich z Bogiem łącznie, oszukiwania, kłamstw. Zbawienna jest spowiedź i tego trzyma się wiele osób. To był pierwszy sygnał, że coś w tej całej szopce jest nie tak, jak ja myślałam, że jest. Potem się okazało, że proboszcz kupujący fajki, a nierzadko i prezerwatywy na stacji benzynowej w sąsiednim powiecie, a nawet spotkany w agencji towarzyskiej przez parafianina to nie jest coś niezwykłego.

Prawdziwym przełomem był jednak bohater jednego z moich artykułów (a więc było to już kilka lat po ślubie). Molestowany przez księdza – honorowego obywatela mojego miasta – dorosły już dziś człowiek. Kiedy poznałam jego historię, a potem kolejne historie kolejnych osób i dramaty, z jakimi się spotkały, z jakimi muszą żyć do dziś, mimo upływu nawet kilkudziesięciu lat i brak jakiejkolwiek reakcji instytucji kościelnych sprawiły, że lampka w mojej głowie zaświeciła się światłem jasnym jak księżyc w superpełni. Zaczęłam czytać, rozmawiać, poznawać i oczy mi się otworzyły tak szeroko, że do dziś mam wytrzeszcz. Okazało się bowiem, że ta cała „wspólnota” nie różni się niczym od pierwszej lepszej sekty. Że mącenie ludziom w głowach jest potrzebne, żeby nimi łatwiej sterować, a kto bardziej biegły w psychologii stoi blisko ołtarza, bo ma z tego wymierne zyski.

I tak skończyła się moja przygoda z kościołem. Jestem Matką chrzestną dwóch chłopców. Na pewno nie nauczę ich niczego o wierze katolickiej (poza suchą teorią), ale mogę im przekazać, jak żyć przyzwoicie, jak być dobrym człowiekiem, jak być człowiekiem wrażliwym na krzywdę.

Moje dzieci nie są ochrzczone. Nie zabronię babciom, ciociom, wujkom zabrać ich do kościoła, bo w sumie po co mają mnie pytać dlaczego ten pan w sukience tak sam śpiewa, a inni tacy smutni siedzą. Niech babcię lub ciocię zapyta, jak już tam będą i niech im wytłumaczą, że tak wygląda radość ze zmartwychwstania. Jestem przygotowana na rozmowy o religiach – różnych i o tym dlaczego nie chodzą na katechezę (jeśli w ogóle pójdą do szkoły minister Zalewskiej) , dlaczego nie pójdą do komunii i nie dostaną na tę okoliczność quada.

Jak dorosną, same zdecydują, jak poprowadzić swoje życie i czy chcą należeć do jakiejś wspólnoty religijnej, czy chcą się modlić do Jahwe, Allaha, Buddy czy innego krzesła obwiązanego szalikiem. Jeśli wychowam synów mądrze, będą wiedzieć, że najważniejsze w życiu jest to, żeby nie robić krzywdy sobie i innym. Wierzę, czy nie wierzę, mam żyć przyzwoicie. A normy społeczne są uniwersalne…

I tylko świeckiego państwa sobie życzę od wielu lat, bo muszę zaczynać obchody 11 listopada w połowie, bo najpierw msza, bo prezydent mojego kraju klęka przed biskupem, kiedy jest „w pracy”, bo na wigilię w ratuszu zapraszani są księża, ale o pastorze zielonoświątkowców i duchownych innych wyznań to już nikt nie pamięta, bo dzieci z rodzin innych niż katolickie mają przerwę w trakcie zajęć, kiedy katolicy mają katechezę, bo w szkołach obok godła mojego kraju wisi krzyż, bo hierarchów kościelnych prosi się o komentowanie polityki. Tak nie wygląda przyzwoitość i traktowanie wszystkich równo!


Czasami żałuję, że urodziłam syna

MamaM&M
MamaM&M
5 marca 2017
mom-1403724_640
 

W lutym skończyłam 31 lat. Nie ukrywam swojego wieku, ponieważ uważam, że nie ma się czego wstydzić. Patrzę rano w lustro i widzę całkiem nieźle wyglądającą, spełnioną i szczęśliwą żonę wspaniałego faceta i mamę dwóch przecudnych synów…. a tak naprawdę? G*wno prawda!

Od 5 miesięcy, tygodnia i 3 dni karmię piersią, czuję się uwiązana jak pies, choć pracuję, wychodzę z domu i spotykam się z ludźmi, którzy mają inne nazwisko niż moje panieńskie i obecne, czyli krótko rzecz ujmując, mam kontakt ze światem zewnętrznym.

W momencie, kiedy zostałam mamą pierwszy raz, wszystko było nowe. Ból po cc, bolesne karmienie, pierwsza kąpiel, pierwsze ćwiczenia, pierwszy seks po połogu, pierwsze niewyspanie, zmęczenie inne niż wszystkie wcześniej. Celowo unikam pozytywnych emocji związanych z „byciem rodzicem” (każdy, kto mnie zna, wie, że nie uważam mężczyzn za mniej odczuwających, mniej zdolnych i mniej sprawnych rodziców). Nie uważam, że w rodzicielstwie wszystko, co nas przytłacza, denerwuje, dobija do podłogi, na której się leży czasami kilka dni, tygodni, miesięcy, możemy przykryć miłością do dziecka i powiedzieć za rok lub dwa (posiadam tylko takie doświadczenie), że to wszystko jest nieważne, bo jak się dziecko uśmiechnie, to problemy znikają. Ja na pewno tak nie mam.

Lubię być mamą, ale to jest niewymownie trudna rola. Kiedy ostatnio pisałam swoje cv (pierwszy raz od naprawdę wielu lat), szykując się do powrotu na rynek pracy, sama się dziwiłam, czego to ja już w życiu nie robiłam. Jestem osobą samonapędzającą się do życia. Kolejne zlecenia, obowiązki, spotkania, terminy motywują mnie i mobilizują. Nowe wyzwania traktuję jak egzaminy z życia. Staram się wymagać od siebie tyle, żeby się nie cofać. Nie cofam się nawet po to, aby wziąć rozbieg, ponieważ rytm, w jakim żyję powoduje, że jestem gotowa do nowych wyzwań. Jednocześnie mam granicę, której nie przeskakuję i ta granica nazywa się „minimum konieczne dla rodziny”. Kiedyś słowo „rodzina” zastępowałam słowem „mąż”. Nic kosztem moich najbliższych.

Drugi poród i drugi syn to w moim życiu prawdziwa rewolucja. O ile nie miałam problemu z planowaniem rok czy dwa lata temu, o tyle teraz nie mogę zaplanować nawet tego, czy rano zjem śniadanie. Już tydzień po wyjściu ze szpitala po porodzie, starszy syn trafił do szpitala z zapaleniem płuc. Ja musiałam zostać w domu, ponieważ jestem matką karmiącą i w tej roli nikt mnie zastąpić nie mógł. Z pierworodnym długie 10 dni spędziła w szpitalu babcia. Kiedy chcemy pójść ze starszym synem na basen, młodszy jest chory, kiedy nadchodzi planowany wyjazd, któryś z synów jest chory, kiedy chcę iść z młodszym na spacer, starszy 15 minut przed wyjście zapada w zimowy sen.

Do tego wszystkiego przytłacza mnie (podkreślam kolejny raz – matkę karmiącą) skaza białkowa i uczulenie na cytrusy u młodszego syna i ograniczenia pokarmowe, które mnie obowiązują. Po prostu nie mogę zagryźć złego samopoczucia ani czekoladą, ani czipsami, ani pizzą, ani niczym innym, bo mleko jest dodawane chyba nawet do wody mineralnej…

22 miesiące – to jest różnica dzieląca Marka i Mariusza. To jest jednocześnie powód, przez który czasami żałuję, że urodziłam pierwszego syna.

Powód? Gdyby nie było pierwszego, nie byłoby też drugiego. Tak, tak. Nie wiedziałabym nadal, jak to jest być mamą, jakie to cudowne widzieć, jak dzieci rozwijają się, jak uczą się chodzić, mówić, jak sikają do toalety, robią kupę w rękawy, prują rajstopy minutę przed wyjściem na imprezę i puszczają pawia, kiedy pokonasz pierwsze półpiętro i jesteś w drodze na ważne spotkanie, urodziny kuzyna, wizytę u dentysty.

Wiem, że to niepopularne, że to nie brzmi dobrze, że „jak tak można, olaboga, laska zwariowała”… Przeżyłam już kilka takich momentów, kiedy siedziałam obok płaczącego syna i sama płakałam, powtarzając sobie w głowie: „po co ci, Ewka, te dzieci, po co urodziłaś pierwszego syna, dziś byłabyś wolnym człowiekiem”. Przychodzą tak trudne momenty, że tylko bycie zatwardziałym tchórzem ratuje moje życie, bo inaczej dawno wąchałabym kwiatki od dołu. Dziwię się, że mąż jeszcze nie zdobył dla mnie skierowania do psychiatryka, wszak czasami zachowuję się jak typowa wariatka. Płaczę, trzaskam jedynymi drzwiami w mieszkaniu (poprawiam drzwiami w samochodzie), powtarzam w kółko, jaka to ja jestem umęczona przez życie, albo wręcz przeciwnie jestem przebrzydle spokojna, opanowana, miła i uprzejma, ale gdyby ktoś odważył się mnie dotknąć, to powybijałabym wszystkie zęby.

Po takich akcjach, kiedy ręce opadają mi z naszego drugiego piętra do piwnicy, przychodzi starszy syn i przytula się do mnie mocno, albo młodszy zaczyna coś sobie gadać pod nosem  uśmiecha się, patrząc mi w oczy. I zapominam o tym wszystkim, co czułam chwilę wcześniej? Nigdy w życiu! Staję przed lustrem i mówię: „wyglądasz jak kupa, masz wory pod oczami, nie masz czasu na nic oprócz pracy i domu (nie liczę dwóch godzin fitnessu w tygodniu i powolnego, samotnego spaceru do sklepu, w którym wszystkich przepuszczam w kolejce i mówię, że jestem teraz w SPA, więc do domu mi się nie spieszy), cycki wiszą ci do pępka od tego karmienia, zachowujesz się jak wariatka, ale jesteś „hardcorem”, bohaterem w swoim domu, bo przy tym wszystkim jesteś pewna, że dzięki tobie twoja rodzina jest szczęśliwa”. No i jak trochę popracujesz nad sobą, to jesteś całkiem nieźle wyglądającą 31-letnią babką.

W tym miejscu, w którym jestem, chcę podkreślić, że zazdroszczę wszystkim, których dzieci już sobie same robią śniadania, mieszkają w szkołach z internatem, nie wracają do domu na noc, a do rodziców przychodzą tylko z prośbą o transfer z domu w miejsce docelowe. Zazdroszczę też tym, którzy nie wiedzą, o czym ja piszę, nie mają dzieci, mieć nie chcą. Żałuję czasami, że ja już tak powiedzieć nie mogę. To znaczy mogę. Mogę nie chcieć mieć dzieci, ale to nic nie zmieni, skoro już je mam.

Jestem szczęśliwą kobietą, ale czekam już na okres, kiedy będę mniej mamą, a więcej żoną, koleżanką, córką, siostrą.

Zapraszam na mój profil w serwisie społecznościowym Facebook!


Zakupy dla drugiego dziecka

MamaM&M
MamaM&M
29 grudnia 2016
Fot. iStock / kaisersosa67
Fot. iStock / kaisersosa67
 

W pierwszej ciąży zakupy odkładaliśmy niemal do ostatniej chwili. Udało nam się sporo zaoszczędzić, ponieważ zrobiliśmy listę przedmiotów naprawdę niezbędnych, z których część otrzymaliśmy w prezencie od rodziny i znajomych.

Drugi syn urodził się 20 miesięcy po pierwszym. Już latem zastanawiałam się, czego będę potrzebowała po porodzie. Okazało się, że zdecydowaną większość rzeczy mieliśmy. Wylicytowałam jedynie paczkę ubranek dla noworodków, kupiłam nowe pieluchy tetrowe i jednorazowe na portalu aukcyjnym i byłam gotowa do wyjazdu na porodówkę.

Przy drugim dziecku jest o tyle łatwiej, że wiadomo, co naprawdę będzie nam potrzebne, a co okazało się zupełnie zbędne. Ma się też świadomość, że wiele zakupów można odłożyć w czasie, nie ma bowiem sensu gromadzić przedmiotów, które będą potrzebne dopiero w trzecim, czwartym, czy szóstym miesiącu.

Ponieważ na drugiego syna (naprawdę nawet przez chwilę nie wątpiliśmy, że może to nie być syn) zdecydowaliśmy się, kiedy pierwszy skończył rok, a rozmowy rozpoczęliśmy znacznie wcześniej, postanowiłam odkładać za małe ubranka. Pozbyłam się tylko najmniejszych. Teraz sprawdzę, czy aby na pewno sweterki będą pasowały na młodszego syna zimą, a krótkie spodenki latem, a nie odwrotnie. Jeśli się uda, to po prostu co kilka tygodni będę wyciągać nową partię ubranek, a jeśli nie, będę je sprzedawać odpowiednio do pory roku.

Po dwóch latach używania zmieniliśmy też wanienkę i było to związane najbardziej z tym, że jej czerwień nie pasowała nam ani do pokoju dziecięcego ani do łazienki, ale idealnie komponuje się w ogrodzie, więc zrobiliśmy z wanny pojemnik na skoszoną trawę. No i pozostając w temacie kolorów, znalazłam w trakcie zakupów ręcznik, którego zieleń odpowiada odcieniem dodatków w łazience, więc też kupiłam nowy i tym sposobem Mariusz nie jest wycierany używanym wcześniej przez brata.

Generalnie 99% rzeczy, które są używane przy drugim dzieckiem to rzeczy markowe – pościel, kołyska, łóżeczko, materac, zabawki, termometr, przewijak, fotelik samochodowy, chusta i różne akcesoria, którymi się posługujemy. Dlaczego są markowe? Dlatego że wcześniej należały do Marka. Uważam, że nie ma sensu wydawać pieniędzy na nowe, jeśli starym nic nie brakuje. To, co konieczne, zostało wyparzone, wysterylizowane, odświeżone, ale też bez zbędnego ciśnienia. Już teraz Marek pod naszą nieobecność wkłada bratu swój smoczek do ust, a jego kradnie i ciągnie, jakby chciał połknąć. Już teraz pyta, czy może dać Mariuszowi polizać palce wysmarowane czekoladą. Jeśli teraz pyta, to jestem pewna, że za pół roku będzie to dla nich normą. Podobnie jest zresztą z dziećmi w żłobku.

Drogie mamy w drugiej ciąży, polecam nie denerwować się tym, że nie wiecie, co kupić. Zapewne większość macie już w domu po poprzednim dziecku i dlatego wydaje się wam, że nic nie potrzebujecie. Nie wydaje wam się. Żyjemy w XXI wieku. Tak naprawdę, jak macie gdzie położyć dziecko spać, gdzie wykąpać (na początku wystarczy większa umywalka) i kilka ubranek na zmianę, to macie wszystko. Drogie mamy w drugiej ciąży! Polecam kupować zdecydowaną większość przedmiotów w kolorach unisex. Nie każdy nastawia się przecież na dwóch chłopców, jak my…

Mam tylko pewien patent na to, żeby Marek nie miał poczucia, że zabieramy mu jego rzeczy i oddajemy Mariuszowi. Odpowiednio wcześniej chowam to, co będzie mi potrzebne. Kiedy Marek już zapomni, że coś należało do niego (mijają na przykład 3 miesiące), wyciągamy z odmętów garażu, strychu lub szaf w mieszkaniu to, co wcześniej ukryliśmy i tłumaczymy, że to jest Mariusza. Tak zrobiliśmy na przykład z łóżeczkiem. Kupiliśmy nowe, duże łóżko z motywem pociągu starszemu synowi, a jego stare łóżeczko czeka aż Mariusz wyrośnie z kołyski. Dzięki temu Marek nie będzie miał wrażenia, że zabraliśmy mu jego ukochane łóżko i oddaliśmy młodszemu.

Przeczytałeś/aś? Zajrzyj na mój profil na Facebooku. Tam dzieje się więcej niż na blogu