O kobietach, dla kobiet i przez kobiety pisane – książki, które warto zabrać na wakacje

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
16 lipca 2016
Fot. iStock/mihtiander
Fot. iStock/mihtiander

Dobrze wiemy, że nie jesteś statystyczną Polką i pytanie „czy zabrać książkę na wakacje” nigdy z twoich ust nie padnie – przecież wiesz, że czytanie rozwija intelektualnie, wzbogaca emocjonalnie, pobudza wyobraźnię, a w dodatku jest… mega sexy! Jednak wybór odpowiedniej lektury to czasami nie lada wyzwanie, dlatego dzisiaj polecamy kilka książek- od klasyki, którą czytać zawsze warto, do współczesnych pozycji godnych twojego zainteresowania. Wybieraj, pakuj do walizki i czytaj z przyjemnością!

„Duma i uprzedzenie” Jane Austen

Najgłośniejsza powieść tej autorki i jedna z najpiękniejszych historii miłosnych w dziejach literatury – choć od początku głównymi bohaterami rządzi nie szaleńcza miłość, a wzajemna niechęć i uprzedzenia. Angielska prowincja na przełomie XVIII i XIX wieku, pięć niezamężnych panien Bennet i przystojni przybysze, którzy wprowadzają nieco zamieszania w lokalnej społeczności. Humor i ironia w opisie wydarzeń i postaci sprawią, że lektura „Dumy i uprzedzenia” będzie prawdziwą przyjemnością, a o panu Darcy’m z pewnością zamarzy niejedna czytelniczka…

„Dziwne losy Jane Eyre” Charlotte Brontë

Osierocona dziewczyna podejmuje pracę jako nauczycielka w posiadłości Rochestera i zakochuje się swoim pracodawcy. Banał i typowe romansidło – zanim jednak tak pomyślisz, przeczytaj, bowiem dzieło panny Brontë zaliczane jest do arcydzieł światowej literatury i opisywane jako oryginalny portret psychologiczny kobiety i niezwykły opis zasad moralnych i konwenansów XIX wieku. Wielkie uczucie, wielkie tajemnice i przeciwności losu – oj, niełatwo w życiu miała tytułowa Jane!

„Razem będzie lepiej’ Jojo Moyes

Książka lekka, łatwa i przyjemna – na wakacje wprost idealna. Drogi Jess, zapracowanej matki dwójki dzieci z problemami finansowymi, i Eda, współwłaściciela firmy komputerowej, przecinają się w zaskakujących okolicznościach i łączą na czas wspólnej podróży na drugi koniec kraju. Podróży pełnej niedogodności, problemów i trudności, ale także optymizmu, radości i wzruszeń. Podróży, w której chce się uczestniczyć i którą przerywa się z prawdziwą niechęcią.

„Trafny wybór” J.K. Rowling

Urocze miasteczko Pagford kryje w sobie wiele tajemnic, a jego mieszkańcy wcale nie są tacy, jak wszystkim się wydaje. Niespodziewana śmierć jest początkiem chaosu, odkrywania prawdy i walki o władzę w miasteczku. Wciągająca fabuła, czarny humor, zdrady, konflikty i małomiasteczkowe zakłamania – Rowling w świetny sposób udowadnia, że nie tylko Hogwart, magia i Harry Potter w duszy jej gra.

„Służące” Kathryn Stockett

Powieść ukazuje lata 60 XX wieku na południu Stanów Zjednoczonych, walkę o równość, tolerancję i prawa dla każdego człowieka, bez względu na kolor skóry, pochodzenie i profesję. Książka o człowieczeństwie, zmaganiu się ze stereotypami, przyjaźni i solidarności. Niezwykle wciągająca, dająca do myślenia i wzruszająca lektura, którą czyta się jednym tchem. Pozycja obowiązkowa dla każdej kobiety!

Fot. Pixabay/ StockSnap/ CC0 Public Domain

Fot. Pixabay/ StockSnap/ CC0 Public Domain

„Coś pożyczonego” Emily Giffin

Ponoć nikt nie rozumie kobiet tak, jak Emily Giffin i coś w tym rzeczywiście jest! Opowieść o przyjaźni pomiędzy atrakcyjną, przebojową Darcy i szarą myszka Rachel, która zmienia się, gdy jedna z przyjaciółek zakochuje się w narzeczonym tej drugiej. Lekka i przyjemna lektura, która sprawi, że zapomnicie o całym świecie i wsiąkniecie w książkowy świat na amen! Lepiej nie zaczynać, gdy ma się na głowie zbyt dużo pilnych obowiązków, bo trudno się oderwać.

„Nigdy w życiu” Katarzyna Grochola

Polski akcent z serii „stare, ale jare”. Historię Judyty zapewne każda już zna – z książki lub z filmu pod tym samym tytułem – ale warto do niej wrócić, bo jest najzwyczajniej w świecie wciągająca! Zdrada męża, problemy finansowe, nastoletnia córka i nowa miłość w tle, a do tego mistrzowskie pióro Katarzyny Grocholi, dużo dobrego humoru i powiew optymizmu. Jak dla mnie na letnie czytanie w sam raz.

„Dziewczyna z pociągu” Paula Hawkins

Coś dla miłośniczek kryminałów, tajemnic i opowieści sensacyjnych. Rachel nie jest idealna – po rozwodzie, bez pracy i własnego mieszkania, a w dodatku z problemem alkoholowym. Codziennie jeździ tym samym pociągiem i obserwuje mijanych ludzi, wymyśla ich życie i tożsamość. Pewnego dnia staje się świadkiem niezwykłych wydarzeń – czy ktoś zaufa jej słowom i uwierzy w opowiadaną historię? Przeczytajcie, zanim jesienią do kin wejdzie film na podstawie powieści!

„Ciemno, prawie noc” Joanna Bator

Dziennikarka Alicja Tabor wraca do rodzinnego Wałbrzycha, by rozwiązać tajemnicę zniknięcia tamtejszych dzieci i zmierzyć się z własnymi demonami przeszłości. Lokalne legendy i tajemnice, dramaty społeczne i osobiste bohaterki są okazją do pokazania trudnej prawdy o naszym człowieczeństwie i refleksji nad światem, w którym żyjemy. Bardzo interesująca lektura, która zyskała uznanie także i w oczach krytyków i zdobyła nagrodę literacką Nike 2013.

„Historia pszczół” Maja Lunde

Norweska powieść, która w swoim rodzimym kraju stała się jednym z największych bestsellerów ostatnich lat. Trzy historie, trzy wymiary czasowe i jeden wspólny mianownik- pszczoły. Kto by pomyślał, że te małe, bzyczące owady mogą stać się inspiracją do napisania powieści o trudnych relacjach rodzinnych, miłości, przyjaźni, marzeniach i walce o lepsze jutro. Kawał porządnej, mądrej literatury, która zmusza do myślenia i po prostu zachwyca. Must read tych wakacji!

Macie inne propozycje? Zachwyciła was ostatnio jakaś książka? Pomóżcie nam w stworzeniu kobiecej listy książek, które warto przeczytać (nie tylko w czasie wakacji) i zainspirujcie inne czytelniczki! Czekamy na wasze komentarze.


Krystyno nie denerwuj matki! O życiu bez „ą” i „ę” i bez bułki przez bibułkę

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
16 lipca 2016
Arch. prywatne
Arch. prywatne

Chcemy być idealni. Nie, to źle powiedziane. Chcemy, by inni myśleli o nas, że jesteśmy idealni. Kreujemy świat marzeń w Internecie, który rzadko ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością. Mamy cudowne i grzeczne dzieci, męża, który zabiera nas na jakieś weekendowe wycieczki. Wrzucamy foty z zabawy z synem czy córką, z wyprawy rowerowej, z przebiegniętego choćby jednego najkrótszego kilometra. Aaaa no i nie mogę zapomnieć – o fotce tego, co właśnie chcemy zjeść i co niemal zawsze jest wybitnie zdrowe.

I kiedy zza rogu blogowego świata wyskakuje nam blog: „Krystyno nie denerwuj matki”, nagle jesteśmy pełni zachwytu, bo ktoś ma odwagę mówić o swoim życiu takim, jakim jest naprawdę.

Z pierdzeniem psa, z mężem, który potrafi w przypływie szału rzucić pilotem o ścianę, z własną bezsilnością i wściekłością na zastany stan rzeczy – kredyt hipoteczny, dwa stare auta, które warto by zamienić na nowe i z brakiem czasu na ugotowanie obiadu.

„Chcecie życia to ja wam je dam. Wracamy z zakupów, pogoda jak dla pingwinów, piździ w chooy. Ja głodna jak cholera, nie ma się co dziwić,  jedyna szansa na posiłek to piętnastominutowe, udawane drzemki Ryśki, czasem wykorzystywane na coś innego np. powieszenie miliona par gaci i skarpetek.  W planach kura z pieczarkami, na samą myśl miałam mokro”. Czytaj więcej…

Michalina – znana w sieci raczej jako Mama Rysiowa, czyli matka Krystyny, która bywa, że matkę denerwuje i małego brzdąca, który z nabytych dotychczas umiejętności najlepiej udaje gołębia i nie, żeby latał, czy pocztę przynosił. W każdym razie Mama Rysiowa do dzisiaj jest w szoku, że jej ekshibicjonistyczna natura znalazła tylu fanów, którzy czekają na jej kolejne blogowe wpisy. Dlaczego? Uwaga, będzie trochę poważnie.

Bardzo chciałabym mieć naprawdę posprzątane

Michalina: Wydaje mi się, że przez wiele dekad życia kobiety były biedne, w swoim przekonaniu umacniane, że na zewnątrz w naszym domu musi być pięknie, czysto, spokojnie, że mamy upieczone ciasto i w ogóle z mężem dogadujemy się zawsze bez żadnych odstępstw. Za to za drzwiami tego domu bywało różnie. Już nie mówię o skrajnych przypadkach, jak kobiety były bite, mówię o takich sytuacjach, kiedy na zewnątrz  były super szczęśliwe i najwspanialsze, a później wracały do domu i okazywało się, że wcale szczęśliwe nie są.

I wiesz, ja chyba dla swojego zdrowia psychicznego chciałam pokazywać ten świat, który mam. Naprawdę bardzo chciałabym mieć posprzątane, naprawdę. Chciałabym mieć drzwi do szafy, żeby w przedpokoju nie śmierdziało mi buciorami mojego męża. Chciałabym, ale myślę, że dla swojej równowagi wolę się z wieloma rzeczami po prostu pogodzić, i tyle. A blog daje mi możliwość nabrania do tego, co by chciała, a czego nie mam – dystansu.

Jestem normalnym człowiekiem i czasami chciałbym się załatwić w samotności. I może osoby, które czytają mojego bloga, też by tak chciały, chciałyby mieć odwagę mówić, że ich świat nie jest idealny, bo nie zdążyły zrobić makijażu przed pracą, nie miały czasu umyć rano zębów, bo musiały odwieźć wrzeszczące od rana dzieciaki. Ja natomiast te wszystkie brudy wywlekam, biorę na swoją klatę i klatę mojej rodziny, bo liczę się z konsekwencjami. I mam tylko nadzieję, że posiadając z moim mężem zdrowe podejście do życia wychowamy dzieci, które nie będą miały kompleksów i kiedy ktoś mi powie, że jesteś tłusta kiełbasa, to nie zamkną się w szkolnym kiblu i nie będą zastanawiać się czy się pociąć.

To, że pokazujemy świat takim, jaki jest, a nie jaki lansują media, to znaczy, że możemy być jednak inni. Mam nadzieję, że moje dzieci będą czuły, że w naszym domu można być grubym, chudym, gejem, lesbijką. Bo nie ma to dla nas znaczenia.

Staram się podchodzić w ten sposób do różnych tematów. Więc piszę, że mam brudno, że tata Krystyny rzucił pilotem o ścianę, że chciał wyrwać gniazdko ze ściany. No ale tak jest,  przecież zdarza się, że ludzie się kłócą, że skarpetki nie pasuję do siebie, jak wychodzisz z domu. No zdarza się.

Bardzo zaznaczam swoje miejsce

Teraz akurat uprawiam macierzyństwo, już po raz drugi. Ale po urodzeniu Kryśki i siedzeniu z nią rok w domu, w takim marazmie, gdzie tylko gotujesz, sprzątasz i „a jeszcze wiem, wezmę wózek i pójdę na spacer”, postanowiłam tym razem to zmienić. Mój syn ma teraz 4 miesiące i stwierdziłam, że chcę coś ze swoim życiem zrobić. Ruszyć z miejsca. Jak się nie uda, to się nie uda, trudno, ale nikt mi nie powie, że nie spróbowałam. Chciałabym się tak rozkręcić, żeby nie siedzieć i nie płakać, że brakuje mi śmietany do zupy i muszę znowu wyjść do sklepu, a to były moje jedyne zmartwienia przy Krysi. Strasznie mnie to przygnębiało. I byłam tak wkurzona na siebie po powrocie do pracy, że zmarnowałam właściwie cały rok, że teraz wszystko odwróciłam o 180 stopni, zadbałam o siebie i nie mam czasu nawet ugotować mężowi obiad.

On dzwoni i mówi: „Kochanie jest coś do jedzenia w domu?”

Ja: „Sorry nie miałam czasu”

On: „Spoko zjem hot doga na stacji”

On jest taki, jak ja zresztą. Dogadujemy się.

Drę się na dzieci

Poza tym wydaje mi się, że we wszystkim trzeba znaleźć równowagę, żeby nie popaść w paranoję jakąś. Matka krzyczy na dziecko – okej bywa, że krzyk jest formą przemocy psychicznej. Ale my kobiety nie dajmy sobie wmówić, że powiedzenie do dziecka ZARAZ jest formą przemocy, bo my też jesteśmy ludźmi. I wku*wia mnie, że od świtu do nocy wszyscy nam wmawiają, że nie można dziecku powiedzieć „nie”, że nie można dać kary, jak zrobi coś źle i nie można dać nagrody, kiedy zrobi coś dobrze. Wszystkie tego typu blogi parentingowe oczywiście,  że robią dużo dobrej roboty, ale też budują w młodych matkach przekonanie, że powiedzenie: „nie, nie dostaniesz tego loda”, „proszę cię, daj mi spokój, chcę posiedzieć przez pięć minut w ciszy” jest jakimś strasznym przestępstwem. Przecież jak mówię: „nie chce mi się z tobą teraz układać tych klocków”, to nie znaczy, że ich pięć minut temu nie układałam, albo za 20 minut ich nie poukładam.

Wpadamy ze skrajności w skrajność: albo jesteś super-turbo-ekstra, bo z tym dzieckiem układasz 24 godziny na dobę puzzle i rozwijasz mu umysł, albo jesteś totalne dno, bo dwa razy tej doby powiedziałaś, że czegoś ci się nie chce. A dzień się jeszcze nie skończył… A przecież ma prawo ci się nie chcieć. Ja piszę o tym, że jak warknę do mojego dziecka ZARAZ, albo „uspokój się” to nie uważam tego za zbrodnię.

Papierek od wkładki w rękach dziecka to zło

Na początku, kiedy ludzie pisali mi złośliwe komentarze – płakałam: „jak to nie jestem dobrą matką?”. Aż zdarzyło się, że zrobiłam zdjęcie mojemu dziecko, które w wózku podczas spaceru bawiło się swoją ulubioną w tym czasie zabawką, czyli papierkiem od wkładki higienicznej. Nic innego ją nie interesowało. I jestem pewna, że 80 na 100 kobiet też tego doświadczyło, ale to te 20 pisze: „jak możesz tak upokarzać dziecko”. Tylko, co jest upokarzającego w papierku od wkładki. To normalna rzecz – jak nóż w szufladzie, jak łyżka, której używasz jedząc zupę. Używasz podpasek, papieru toaletowego. Ludzie, dlaczego wy na siłę chcecie oszukiwać samych siebie, że nie robicie kupy, że nie korzystacie z podpasek czy tamponów, że w ogóle „fuj fuj fuj, jak można puścić bączka o mój Boże”. To mnie śmieszy, bo jest dwulicowe, to zaprzeczanie swojej naturze, A ja nie chcę tego robić i jeśli ktoś uważa, że jestem prymitywem, patologią, to bardzo proszę.

Przyznaję – jestem patologią

Jeśli patologią jest posłodzenie dziecku herbaty na noc, bo wypadną mu zęby, albo danie dziecku naleśnika zrobionego na białej pszennej mące posmarowanego dżemem. Jeśli patologią jest, że mój mąż po pracy przychodzi i pije piwo w domu przy moim dziecko. To to jest moja patologia. Bo mój mąż nie każe naszej córce tego piwa pić, nie kitra się gdzieś w krzakach z kumplami chowając się przed żoną. Nie strzelam go ścierą przez gębę: „Ku*wa, gdzie ty mi tu z tym piwskiem znowu”. Dla mnie to zdrowy świat. Wolę pokazywać, że dom jest fajny, bezpieczny, że można się w nim dobrze bawić.

Zmiękłam jako matka

Stałam się bardziej wrażliwą osobą. Mam takie dwa bieguny – jeden to ten, gdzie lubię się śmiać i w którym przyciągam do siebie masę zabawnych historii. Tak mam, że mi się dość często zdarzają. Ale drugi z biegunów, to ten, kiedy piszę o swoich uczuciach, o obawach, lękach i niepokojach. Piszę, bo mam taką potrzebę. I kiedy pod takim emocjonalnym dla mnie wpisem widzę komentarz: „Po ch*j to”, to mam ochotę powiedzieć: „spieprzaj dziadu”, bo ja nie jestem klaunem, który będzie rozśmieszał tłumy. Blog to jest moje miejsce na ziemi i tu mogę pisać wszystko, co mi się podoba. I tyle.


Opowiadam ci swoją historię, bo dobrze czuję, że pójdę do nieba przed nimi, przed moimi rodzicami

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
16 lipca 2016
Fot. Facebook / Gaspard
Fot. Facebook / Gaspard

Witaj, mam na imię Gaspard

Mama i tata kochają czytać mi różne piękne opowieści, pomyśleli więc, że może i ja mógłbym opowiedzieć ci swoją historię. Jestem bardzo zdyscyplinowanym chłopcem (mój tata jest wojskowym, więc wiecie w domu trzeba się słuchać!) i mam dwa lata. No, właściwie 30 miesięcy. To trochę dziwne, ale u nas liczy się miesiące nie lata. Szybko zrozumiesz dlaczego…  

Kiedy przychodziłem na świat, wszystko poszło jak z płatka. Mój starszy brat i moje dwie starsze siostry przyszły do szpitala, żeby mnie poznać, były buziaki, pieszczoty… Zrobiliśmy mnóstwo zdjęć, jakbym był jakąś gwiazdą kina. Po tygodniu pojechaliśmy do domu, trochę mi zajęło zanim zacząłem przesypiać noce, ale to tylko, żeby ich troszkę podenerwować.

Nasza całkiem spora katastrofa

Rosłem, miesiące mijały, aż mama, obserwując mnie zaczęła zauważać coś niepokojącego. Nie umiałem usiąść, nie mówiłem też byt wiele, podczas gdy moje starsze rodzeństwo było w tym wieku o wiele bardziej zaradne. Za to kochałam się śmiać (…). Kiedy skończyłem 11 miesięcy, poszliśmy do lekarza, żeby nas uspokoił.

Okazało się, że mama jak zwykle miała rację, a wtedy tacie, który zawsze mówił do niej: „Nie martw się, po prostu ma jeszcze czas”, zawalił się świat.  Wyjaśniono nam, że mam chorobą genetyczną, bardzo rzadką. To się nazywa choroba Sandhoffa. Najbardziej irytujące w niej jest to, że nie ma lekarstwa, które by mnie wyleczyło i nie pozostanę tutaj, wśród ludzi, zbyt długo.

(…)

Największy problem jest taki, że ja dobrze czuję, że pójdę do nieba przed nimi, przed moimi rodzicami, bratem i siostrą, a to mnie bardzo denerwuje, bo gdyby wszystko było w naszym życiu normalnie to oni powinni być pierwsi, prawda?

Żeby im to wynagrodzić, bardzo się staram. Każdego dnia wkładam mnóstwo wysiłku w to, żeby mogli być ze mnie dumni.

(…)

Tata

Kiedy byłem mały, tata mówił „ma jeszcze czas”. Potem w końcu nadszedł ten dzień, w którym spotkaliśmy się z lekarzami i powiedziano nam, że jestem bardzo chory. Mój mózg nigdy nie wyzdrowieje, pewnego dnia umrę… Ja, Gaspard, dziecko „inne”. Inne niż wszystkie.

Tata cierpiał, tęsknił za tym „normalnym” dzieckiem, takiego mnie przecież sobie wymarzył. Płakał po cichu, przeżył żałobę po tym wymarzonym Gasparze.
Starał się dać upust swojej złości, skupić na tym, co pomoże mu ją rozładować. Potrzebował czasu, żeby to wszystko zaakceptować.  Szukał w sobie siły, odwagi, czekał cierpliwie aż stanie się dzielny. Naprawdę potrzebował czasu… A potem stanął oko w oko z nową rzeczywistością i nazwał po imieniu wszystkie te rzeczy, które się nie wydarzą. Ubrał w słowa to, co czego nie można wyrazić.

Więc zgodził się, że nigdy nie zagram z nim w piłkę, zaakceptował swoją bezsilność wobec faktu, że nikt mnie nie wyleczy i to, że go nie widzę. Zrozumiał, że przed nim trudna droga, pełna cierpienia.

Mój tata powiedział „tak”, temu, jaki jestem,  z moją niepełnosprawnością, tonami czasem nieuzupełnionych do końca dokumentów i analiz, z moimi opiekunami i pielęgniarkami przy szpitalnym łóżku, z moim całym tym dziwnym istnieniem.

(…)

Pewnego dnia znów się spotkamy

Oczywiście nie mam zamiaru wam wmawiać ci, że czuję się coraz lepiej. Wiesz już o mojej chorobie, rozumiesz, że to jest niemożliwe. Jednak każde z moich małych zwycięstw, każdy mikro-dźwięk, jaki wydaje, każdy z moich mini-uśmiechów daje  radości, że w końcu nieistotne staje się, czy choroba postępuje. Jest jak jest i tyle. Wiesz, cierpienie nie wyklucza szczęście. To nie jest łatwe do zrozumienia, ale gdy to się po prostu dzieje, wszystko zmienia się zmienia i zaczynasz rozumieć.

(…)

Jednego tylko jestem absolutnie pewien i ONI też wiedzą, że pewnego dnia, spotkamy się w szóstkę, tam w niebie. I nie będzie już choroby ani ułomności. Nigdy więcej.

Gaspard

———–

Gapard urodził się nieopodal Rennes (Francja) 30 sierpnia 2013 roku.  W wieku 11 miesięcy zdiagnozowano u niego chorobę Sandhoffa, która niszczy układ nerwowy. Dziecko traci wzrok, jego umysł nie rozwija się,  pojawiają się skurcze uniemożliwiające spożywanie posiłków, rozmowę, śmiech.

Jego rodzice zdecydowali się na prowadzenie dziennika, w którym opisują (czasem „w imieniu” syna) postęp choroby i wydarzenia związane z życiem rodziny, której rytm podporządkowany jest nieuleczalnemu schorzeniu najmłodszego dziecka. W codziennej walce o godne umieranie syna wspiera ich tysiące osób.

Odchodzenie tego dziecka to historia powolnego żegnania się z nim jego rodziców i starszego rodzeństwa, którzy  żyją w przekonaniu, że kiedyś znów spotkają swojego syna i brata w innym, lepszym świecie.


 

Źródło: Gaspard entre Terre et Ciel

 


Zobacz także

Fot. iStock / Joel Carillet

Polska to dziwny kraj, w którym nie opłaca się być zaradnym. My, biedni bogacze

fot. iStock/ DusanManic

Za co i komu jesteś wdzięczna? Akcja „Bądź aktywna jesienią”, zadanie #9

Fot. Filip Wojciechowski

„Kiedyś też lubiłam, gdy noszono mnie na rękach. Ale teraz już tego nie chcę”. Pomóżmy, bo dobro wraca!