Niska samoocena w związku, to kiepski partner na życie

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
20 października 2016
Fot. iStock / Maksim Toome
Fot. iStock / Maksim Toome

Jeśli jesteś osobą, która nie wierzy w swoje siły, trudniej ci odnaleźć się w wielu zwykłych, życiowych sytuacjach. Niskie poczucie własnej wartości może przekładać się na brak powodzenia w pracy, na kanwie koleżeńskiej czy rodzinnej, a także w związku. Jest to sytuacja trudna, zarówno dla osoby z zachwianą wiarą we własne możliwości, jak i jej partnera. Niestety, bez koniecznych zmian w nastawieniu do siebie samej, trudno będzie przełamać złą passę i poczuć się dobrze w każdej roli, jaką przyjdzie ci pełnić.

Skąd się bierze brak wiary w siebie?

Brak wiary w siebie sprawia, że jesteśmy nieszczęśliwi i nie możemy złapać wiatru w żagle. Dryfujemy przez życie, nie czerpiąc z niego tak, jak mogłybyśmy to robić. Za naszą wiedzą i poniekąd zgodą, omija nas najlepsze. W takiej perspektywie trudno jest żyć na własnych zasadach, opierając się na swoich planach i marzeniach. Co gorsza, brak wiary we własne siły może powodować, że stajemy się bardziej podatne na manipulację innych osób.

To poczucie bycia gorszym, mniej zaradnym, może towarzyszyć nam przez całe życie, bez względu na faktyczne osiągnięcia. Może dotykać całokształtu lub tylko jednej dziedziny, np. powodzenia w związku z partnerem. Kompleksy gdzieś głęboko utykają w głowie i nie pozwalają zobaczyć wszystkiego w prawdziwej perspektywie.

Fot. iStock /Maksim Toome

Fot. iStock /Maksim Toome

Powody takiego postrzegania siebie, mogą być różne. Najczęściej sięgają jeszcze czasów dzieciństwa, gdzie brakowało nam akceptacji naszych niedoskonałości ze strony rodziny lub otoczenia. Trudno nieść ciężar, który zalega na naszych barkach od dawien dawna. Ciężko jest również go ot tak porzucić, bo staje się cechą naturalną. Jacy byliśmy, tacy jesteśmy. A to zgubne myślenie, krzywdzące tak samo osoby czujące się niepewnie, jak i ich bliskich.

Związki kobiet z niskim poczuciem wartości nie należą do łatwych

Poczucie bycia „gorszą” negatywnie przekłada się na relacje z partnerem. Będąc na gorszej pozycji, trudno budować szczęśliwą relację, bez wiary w to, że może się udać. A jak już się udaje, kobieta zachodzi w głowę, jakim cudem TEN facet akurat ją wybrał, skoro ona na niego nie zasłużyła. Rozmyśla, sprawdza, wystawiana próbę cierpliwość partnera. I to rodzi ogrom problemów, które rozbijają związek od środka.

8 sposobów, w jakie kobiety o niskim poczuciu własne wartości niszczą związki 

1. Chcą związku za wszelką cenę

Z tego powodu zwracają się ku każdemu, kto obrzuci je cieplejszym spojrzeniem. Są tak złaknione relacji, że nie wnikają w faktyczne intencje drugiej osoby. Bo skoro może „coś” z tego wyjść, to łapią  pierwszą lepszą okazję. Szukając szczęścia, godzą się na wszystkie, nie zawsze uczciwe warunki i wymagania wobec niej ze strony partnera.

2. Są przesadnie ostrożne

Zwłaszcza, gdy w najbliższym otoczeniu obserwowały przykłady kłamstw czy rozwodów i rozpadu pozornie dobranych par. Wolą się za bardzo nie angażować, nie otwierać przed partnerem, tak na wszelki wypadek. Nie mają także zaufania do partnera, bo skoro gdzieś indziej układ idealny zawiódł, tu może stać się to samo.

3. Mają wygórowane oczekiwania

Nie zaznając wcześniej szczęścia i spełnienia, kobiety mogą stawiać wysoko poprzeczkę, czyniąc ją zbyt wysoką do pokonania dla potencjalnego partnera. Niestety rzadko się zdarza, że tuż za rogiem czeka armia idealnych rycerzy w lśniącej zbroi, a kobiety zostają same, nadal bez spełnienia swoich potrzeb.

4. Obawiają się bliskości

Bliskość drugiej osoby, intymność, jest nieunikniona w związku. Na tym oraz na zaufaniu powinien się on opierać. Jednak kobiety z zaniżoną samooceną boją się dotyku, nagości, zbliżeń, traktują jak obcą, nienaturalną konieczność. W efekcie, gdy partner podejmuje kolejne kroki skracające dystans, kobieta ucieka, czasem kończy relację, nie dając sobie szans na spróbowanie czegoś innego. Bo tak jest dla niej pewniej, bezpieczniej.

Fot. iStock / Bokeshi

Fot. iStock / Bokeshi

5. Sprawdzają, sprawdzają i jeszcze raz sprawdzają

Przede wszystkim testują wierność, uczciwość i zaangażowanie partnera. Osobie z niską samooceną trudno jest uwierzyć, że ktoś pokochał ją bezinteresownie. Dla własnego komfortu i pewności postawy partnera, zadręczają go pytaniami, stawiają przed nim nowe zadania, a on, nawet gdy się stara, nie potrafi przekonać kobiety do swojej intencji. I tak się kończą kolejne związki.

6. Chcą zbyt szybkiego osiągnięcia celu

Zamiast zdać się na naturalny rozwój sytuacji w związku, kobiety z obniżoną samooceną próbują od razu wskoczyć na wyższy etap związku. Wynika to z obawy, że coś może się nie udać, więc napierając na drugą osobę, chcą kuć żelazo, póki gorące. Jednak pomijając naturalny bieg wydarzeń, kobieta naciska na partnera za bardzo, powodując u niego chęć ucieczki w obawie przed narzuconym tempem.

7. Wchodzą w fikcyjne relacje

Chcąc zrekompensować sobie pewne braki, np. w sferze materialnej, niedowartościowane kobiety mogą wchodzić w relacje nie dla uczucia, ale dla pieniędzy. Jednak zaspokajając niedostatek z jednego obszaru, nadal odczuwają braki w innym, więc takie działanie szczęścia z reguły nie przynosi, a krzywdzi nie tylko kobiety, ale także ich partnerów, gdy intencje stają się jasne.

8. Powtarzają stare błędy

Jeśli kobieta miała już wątpliwą przyjemność skosztować związku trudnego, niedającego spełnienia i satysfakcji, następnym razem powinna trzymać się z dala od popełniania tych samych błędów. A jednak tak nie jest. Jeśli pojawia się kłopot z poczuciem własnej wartości, kobieta asekuracyjnie godzi się na wchodzenie w podobną relację, bo to już zna i potrafi się poruszać w jej obrębie.  Gdy świat jawi się jako niebezpieczne miejsce, kobiecie brakuje sił, by zmagać się z czymś nowym, więc wraca do znanego typu związków.

Można i trzeba pracować nad problemem niskiej samooceny, znaleźć źródło problemów. Jeśli nie jesteś w stanie samodzielnie pokonać swoich słabości i zmienić nastawienia, skorzystaj z terapii. To pozwoli przejść przez niełatwy proces zmian i żyć szczęśliwie na własnych zasadach, z uczciwą oceną samej siebie.


źródło: charaktery.euwww.emocje.net.pl,


Moja siostra, mój wróg

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
20 października 2016
Moja siostra, mój wróg
fot. iStock/ webphotographeer

Choć czasami wkurza, podbiera ciuchy i kosmetyki, upierdliwa być potrafi (zwłaszcza ta młodsza) i nie jeden raz poleci ze skargą do rodziców, to siostra jest jedną z najważniejszych i najbliższych nam osób na świecie – a przynajmniej tak właśnie powinno być. Niestety, nie w każdej rodzinie relacje między rodzeństwem układają się tak, jak chcemy. „Moja siostra? Mój największy wróg” mówi szczerze i otwarcie Marlena.

„Za każdym razem, gdy widzę na Facebooku posty w stylu „moja siostra jest wspaniała, kocham ją nad życie, udostępnij jeśli też tak uważasz”, zastanawiam się, czy to jest w ogóle możliwe, taka więź z rodzeństwem. Nigdy tak nie miałam, dla mnie to science fiction jakieś” – zwierza się Marlena i zaczyna swoją opowieść. „Mam młodszą o trzy lata siostrę. To nie jest duża różnica wieku, więc powinnyśmy się całkiem nieźle dogadywać, przyjaźnić, ale to chyba ostatnia rzecz o jaką można nas podejrzewać. Nie wiem dokładnie, kiedy to się zaczęło, a może raczej kiedy ja zaczęłam zauważać, że traktowana jestem jako ta gorsza. Od zawsze w domu słyszałam „Madzia to, Madzia tamto, zostaw, to dla Madzi”. Pieprzony Madziocentryzm zapanował, wszystko kręciło się wokół niej.

Ja byłam zawsze ta brzydsza, z dużymi uszami po rodzinie ojca, piegami na nosie i w okularach. Madzia wyglądała jak aniołek – loczki, duże niebieskie oczy, uszy w normalnym rozmiarze i słodki głosik. Matka była w niej po prostu zakochana i robiła wszystko, by małą córeczkę zadowolić. To nie było tak, że mnie zaniedbywała, nie kochała albo zupełnie lekceważyła – po prostu zawsze Madzia była na pierwszym miejscu, pierwsza wybierała, decydowała, zawsze to ona była poszkodowaną w naszym konflikcie, a ja sprawcą. Wystarczyło, że tupnęła nóżką, zrobiła buzię w podkówkę lub uroniła kilka łez, a już sytuacja odwracała się na jej korzyść i pod jej widzimisię. Ja byłam tą córką od pomagania i domowych obowiązków, a ona od recytacji wierszyków na imieninach, śpiewania kolęd i robienia słodkich minek rozczulających rodzinę. Taki trochę Kopciuszek ze mnie.

Niewiele się zmieniało w miarę naszego dorastania. Magda stała się wredną, rozpuszczoną nastolatką, której w głowie były same rozrywki. Nauką w ogóle się nie przejmowała. Ja ślęczałam nad książkami i wkuwałam materiał do matury, ona robiła makijaż, uciekała na dyskoteki i randkowała z chłopakami – próbowała nawet podrywać moje ówczesne sympatie. Ojciec nieco przejrzał na oczy, chciał ją zdyscyplinować, ukrócić jej zabawy, ale mama zawsze jej broniła, kryła ją i usprawiedliwiała. Nawet oblana matura Madzi nie zmieniła jej nastawienia – to komisja się uwzięła, nauczyciele byli źli, biedna Magdusia!

A Magdusia nic sobie nie robiła ze swojej porażki, nie przejmowała się swoją przyszłością, bo znalazła nowy sposób na życie – bogate zamążpójście. Zawsze mnie intrygowało, jak to jest, że takie osoby jak ona spadają na cztery łapy, że tak olewając życie, zasady dookoła, rodzinę, można się dobrze ustawić. A może właśnie z tego powodu można?  Tydzień po moim zakończeniu studiów bawiłam się na weselu młodszej siostry – bajecznym oczywiście, który kosztował rodziców fortunę, ale co tam, Madzia tak chciała. Ja – pół roku później – musiałam zadowolić się skromnym obiadem w restauracji, za który zapłaciliśmy z mężem z własnej kieszeni.

Gdy po kilku latach prób i skorzystaniu z in vitro udało mi się w końcu zajść w ciążę, Magda w tym samym czasie poroniła swoje drugie dziecko. Usłyszałam wtedy od mamy, że mogliśmy się trochę powstrzymać z tym rozmnażaniem, Madzia tak bardzo cierpi. Ryczałam przez trzy dni i przez kilka tygodni nie kontaktowałam się z rodzicami, bo jej słowa zabolały mnie równie mocno, co cios prosto w twarz. Mąż mnie pocieszał, a teściowa okazała się ogromnym wsparciem – jej opieka i zainteresowanie zastąpiły mi czułość i troskę prawdziwej matki. Pogodziłam się już z tym, że w mojej rodzinie istnieją wnuki i nadwnuki – z mężem żartujemy nawet, że nie dość, że rząd uważa nasze dzieci za te drugiego sortu (bo z in vitro), to nawet babcia ma to samo zdanie (bo nie od Madzi).

Moja siostra to leń patentowany, który potrafi okręcić sobie wszystkich wokół palca, a swoimi fochami i humorami zmusić ich do tego, by tańczyli tak, jak im zagra. Nie przepracowała porządnie nawet tygodnia, a robi z siebie męczennicę, wiecznie zmęczoną i zajętą. Jej dzieci wychowuje oczywiście moja mama – oficjalnie nazywa się to pomaganiem w opiece. Z moimi synami babcia została może ze dwa razy na kilka godzin – bo przecież ona nie ma ani sił, ani czasu. Jak widać chęci też nie. Wątpię w to, że kiedykolwiek zmienią się moje stosunki z siostrą. Już teraz widujemy się tylko na rodzinnych imprezach, dzwonimy do siebie bardzo rzadko – najczęściej to Magda kontaktuje się, gdy potrzebuje pomocy.

Obiecałam sobie, że nigdy nie dopuszczę do tego, by moi chłopcy zaczęli się nienawidzić, by jeden poczuł się faworyzowany, lepszy – jak na razie z radością patrzę na ich relacje i to, jak się o siebie troszczą, jak dbają o siebie nawzajem i po prostu kochają. Boli mnie to, że nie poznałam tych uczuć na własnej skórze, bo wiem, że straciłam coś wyjątkowego, ważną relację, może nawet część siebie, ale nie umiem już niczego zmienić w stosunkach z siostrą. Być może jest już na to zbyt późno.”

Zapisz

Zapisz


Lubisz mruczenie kota? 7 powodów, dla których kot jest najlepszym terapeutą

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
20 października 2016
Fot. iStock / SHipskyy
Fot. iStock / SHipskyy

Mruczące, łaszące się do nóg puchate kulki? Oczywiście, chodzi o koty, których miłośników nie brakuje. Zwierzęta uznawane za indywidualistów, mogą dać wiele dobrego opiekunowi. Przede wszystkim miłe towarzystwo ciepłego futerka w zimne wieczory, kojące mruczenie i nienachalne towarzystwo. 

Kojące dla człowieka jest zwłaszcza mruczenie futrzaków, które wprowadza w błogostan. Nic nie relaksuje tak, jak niskie, kocie dźwięki, szczególnie gdy zwierz leży na kolanach czy brzuchu właściciela.

Mruczenie — klucz do dobrego samopoczucia i zdrowia 

1. Wzmacnia psychikę

To chyba najbardziej oczywista zaleta wsłuchiwania się w ciche mruczenie. Kocie mruczenie obniża poziom hormonów stresu w naszym organizmie, łagodzi stres i pomaga w leczeniu depresji. Udomowione koty mruczą na częstotliwości około 25 Hz, co jest zgodne z biorytmem ludzkiego organizmu.

2. Wspiera powrót do zdrowia

Ta sama częstotliwość, wpływa także na wzmacnianie odporności. Dzięki kociemu mruczeniu zmniejszają się stany zapalne w organizmie, także w obrębie stawów i ścięgien. Odnotowano również ich kojący wpływ u osób, cierpiących z powodu zapalenia okrężnicy, przy wzdęciach, zapaleniu błony śluzowej żołądka, wrzodach żołądka, grypie, bezsenności.

3. Przyspiesza zrastanie się kości

Kocie wibracje o 20% wzmacniają proces zrastania się połamanych kości, ale także regeneracji uszkodzonych mięśni.

Fot. iStock /MilanEXPO

Fot. iStock /MilanEXPO

4. Chroni serce

Koty doskonale łagodzą napięcie psychiczne i pomagają w relaksie. Z tego tez powodu, pozytywnie wpływają na ochronę przed chorobami serca na tle nerwowym i obniżają ciśnienie tętnicze krwi, stabilizują rytm serca. Badania przeprowadzone przez University of Minnesota wykazały, że ryzyko wystąpienia chorób serca oraz zawału u właścicieli kotów jest o 40% niższe, niż osób nieposiadających kotów.

5. Wydłuża życie 

Chcesz żyć dłużej nawet o 4-5 lat? Koniecznie przygarnij kotka. Badaniom poddano właścicieli wszystkich zwierząt domowych, w tym kotów. Ci ostatni odnoszą największe korzyści z posiadania zwierzaka, ponieważ podczas głaskania kota, między nim a właścicielem pojawia się „bioenergetyczny kontakt”. To z kolei powoduje, że centralny układ nerwowy człowieka odbiera pozytywne impulsy, które wywołują u niego dobry nastrój. Dobry nastrój, mniej stresu i dłuższe życie — tak można podsumować to oddziaływanie.

6. Mogą zapobiegać astmie u dzieci

Jeśli dziecko nie ma kłopotów alergicznych, towarzystwo kota może być dla niego znakomitą ochroną przed nimi. Ich obecność powoduje wytwarzanie w organizmie przeciwciał, które pomagają zapobiegać astmie.

7. Kot jako narzędzie terapeutyczne

Mruczenie emitowane przez kota, to potężne narzędzie terapeutyczne. W USA i Wielkiej Brytanii rozwija się  z powodzeniem „kototerapia”. Kot bezbłędnie wyczuwa miejsca na ciele, w których człowiek odczuwa ból lub dyskomfort i kładzie się bezpośrednio na nich. Z tego powodu przyspieszają powrót do zdrowia fizycznego i psychicznego.


źródło: tylkonauka.pllikemag.com

 


Zobacz także

Fot. iStock / Martin Dimitrov

Bo Polak nie powinien przed szereg wychodzić… to takie jest polskie, bo niestety amerykańskie to nie jest

fot. iStock/knape

8 prawd, do których nie chcemy się przyznawać, choć mogłoby nam to pomóc

Jak odświeżyć swoją garderobę małym kosztem

Koniec narzekania! Jak odświeżyć swoją garderobę małym kosztem