„Nigdy nie będę taka jak moja matka” – mówimy, a potem boleśnie przekonujemy się, że właśnie takie jesteśmy. Za co warto podziękować każdej mamie?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
26 maja 2017
Fot. iStock
Fot. iStock

Relacja matka-córka jest jedną z najbardziej znaczących w dorosłym życiu każdej kobiety, ale chyba też najbardziej wymagającą i skomplikowaną. Ile razy mówiłyśmy: „Nie chcę być taka, jak moja mama”, jak często nie potrafimy zrozumieć naszych zachowań zrzucając winę za to, co złe na swoje dzieciństwo, na braki w czułości, miłości, pewności siebie, w które wyposażyła nas matka.

Możemy szukać winy w naszych matkach, obarczać je odpowiedzialnością za nasze złe decyzje, błędne wybory, a możemy spróbować zrozumieć, co leży u podstaw tej relacji. O tym właśnie rozmawiamy z psychologiem i psychoterapeutą Jackiem Skowronkiem.

Ewa Raczyńska: Na czym polega złożoność relacji między matką a córką?

Jacek Skowronek: Cóż, w sam układ matka-córka jest już wpisany pewien konflikt, który może być lepiej lub gorzej rozwiązany, choć bywa nierozwiązany w ogóle. Ta relacja jest kluczem i istotą do tego wszystkiego, co się dzieje w dorosłym życiu danej córki.

Ogromne znaczenie ma każdy etap rozwoju począwszy od bliskości lub jej braku, poczucia bezpieczeństwa już we wczesnym niemowlęctwie. Uwagę należy zwrócić na kontakt dziecka z matką, tego, jak przebiegał i w jaki sposób był realizowany. Temu wszystkiemu warto zawsze uważnie się przyjrzeć.

I spytać, jak było?

Tak, dopytać i sprawdzić, jak wyglądało macierzyństwo naszej matki. Spytać inne osoby – babcie, ciocie, jak ta relacja od początku się układała. Z tych informacji możemy wynieść bardzo dużo dla siebie. To pozwoli nam zrozumieć pewne nasze mechanizmy zachowań, ale też zrozumieć naszą matkę. Być może przeszła depresję poporodową, być może w czasie ciąży zdarzyły się dla niej jakieś traumatyczne przeżycia, o których my nie mamy pojęcia, a które odcisnęły piętno i na niej i na nas.

To wszystko, każdy element składający się na tę relację, od samego początku w poważny sposób rzutuje i ma daleko idące konsekwencje w dorosłym życiu. Nie bez znaczenia jest chociażby trening czystości, to czy matka była zbyt wymagająca w stosunku do nas. Jak został rozwiązany problem rywalizacji między matką a córką o uwagę ojca, jak przebiegał, na czym się skończył. Każda składowa naszego rozwoju ma ogromny wpływ na to, jakie relacje, związki sami będziemy budować, jak będziemy myśleć o sobie.

Ważna jest też sama obecność matki?

Oczywiście i jej kontakt z córką zwłaszcza w nastoletnim życiu. To jest najtrudniejsza faza, bo wtedy zrywa się taka najsilniej odczuwalna więź między matką a córką i często na tym etapie oddalają się bardzo od siebie. Różnie niestety bywa z powrotem, czasem się udaje, a czasem jednak nie.

I gdy matka i córka nie spotykają się w dorosłym życiu, nie wracają do siebie, to często zdarzają się takie obrachunki moralne prowadzone gdzieś wewnątrz siebie. Czasami dorosłe córki sięgają po pomoc specjalistów napotkanych gdzieś na swojej drodze, którzy pomagają im rozliczyć tak zwane rachunki krzywd. Niekiedy realizuje się je dopiero nad grobem, gdy matki już nie ma lub pisze się listy, które potem są niszczone. Ważne, że robi się to wszystko dla samej siebie, jeśli towarzyszy temu specjalista, pomaga przez to przejść, to z pewnością jest łatwiej.

Jaki mamy wpływ na to, żeby nie być, jak nasza mama, ale w kontekście tego, czego nie chciałybyśmy po niej dziedziczyć?

Trzeba wyjść od tego, że na naszą osobowość, oprócz wielu innych składników, składają się dwa podstawowe elementy. Pierwszym z nich jest dziedzictwo genetyczne, czyli to co dziedziczymy po naszych protoplastach w genach. Drugi element to wpływ środowiska. I teraz, jeśli chodzi o nasz genotyp i analizę tego, co odziedziczyliśmy, kiedy powstawał nasz łańcuszek DNA, to nie mamy wpływu, na to, co dostaliśmy. Dzięki genom odnajdujemy podobieństwa z matką, z innymi członkami rodziny w naszym wyglądzie zewnętrznym, w sposobie chodzenia, bycia, mówienia, w kolorze oczu, kształcie uszu, w uśmiechu.

Ale w tym całym splocie chromosomów są także cechy, które przejmujemy. I warto zdać sobie sprawę, że jest to coś, czego zmienić właściwie nie można. Można natomiast popracować nad zmianą naszego stosunku do tego, co dziedziczymy, a na co brak w nas zgody, akceptacji. Bo przecież skoro jesteśmy właścicielami cech, na które mamy bardzo ograniczony wpływ, żeby nie powiedzieć, że żaden, to jedyne co mogę, to zmienić ewentualnie mój do tego stosunek. W tym przypadku praca polega na tym, żeby jak najbardziej siebie zaakceptować, polubić, pokochać, a za tym idzie budowanie poczucia własnej wartości, radzenie sobie z kompleksami.

Co więc możemy realnie zmienić?

Pozostaje bardzo istotna druga połówka naszej osobowości, czyli wpływ środowiska – to jak uczymy się być człowiekiem, jako kobieta, córka, narzeczona, żona, matka będąc kodowanym przez najbliższe nam środowisko. I tutaj naukowcy dowodzą wybitnie i wyraźnie, że ten wpływ zaczyna się bardzo wcześnie. Już w okresie prenatalnym, kiedy matka przeżywa różne stany będąc w ciąży. Mogą to być silne przeżycia, napięcia, wówczas i dziecko, które ma z nią między innymi wspólny krwiobieg, wspólne hormony współprzeżywa wszystko, co czasami bardzo wyraźnie widać w jego późniejszych reakcjach na różne sytuacje. Obserwując dziecko swojej matki, można stwierdzić, czy ciąża przebiegała łagodnie, czy miała swoje burzliwe momenty.

W momencie narodzin ważna jest bliskość matki, później karmienie piersią, czy brak tego karmienia, budowanie poczucie bezpieczeństwa. To wszystko odkłada się w naszej podświadomości i ma znaczenie i wpływ w naszej dorosłej przyszłości.

Małe dziecko, które zaczyna się rozglądać i poznawać swoje otoczenie jest pewne, że cały świat wygląda identycznie. Że wszystkie kobiety na całym świecie wyglądają i zachowują się jak moja mama, że nie ma innej opcji, że mama jest ideałem, moja mama wie lepiej, moja jest mądra, moja mama wszystko potrafi, jest cudowna i w piaskownicy można na łopatki toczyć walkę na śmierć i życie, że taka jest prawda.

Potem wzrastając nasz horyzont się poszerza, wchodzimy w nowe grupy społeczne, poznajemy koleżanki i ich mamy, zaczynamy dostrzegać różnice.

Ta mama się bardziej uśmiecha, a tamta krzyczy.

Właśnie i na tym idealnym obrazie mojej mamy pojawiają się pierwszy rysy, pierwsze rozczarowania. A później coraz większą rolę zaczyna odgrywać grupa rówieśnicza, świat przestaje być zawężony tylko do rodziny, do matki. Tu ważne jest, w jakie relacje wchodzimy z koleżankami, jak się zachowujemy, dogadujemy, czy jesteśmy duszami towarzystwa, czy raczek outsiderami.

Jakbyśmy skupiły się na tym bardzo wczesnym etapie relacji z matką, to może łatwiej byłoby nam te pojawiające się zawiłości zrozumieć?

Tam się to zaczyna. Każda składowa naszego rozwoju ma na to wpływ. Także ta, kiedy pojawiają się głębsze rysy na obrazie matki, kiedy nie jest ona już ideałem, kiedy rywalizujemy z nią o uwagę ojca.

Należałoby się przyjrzeć, jaki kontakt córka miała z matką w wieku nastoletnim, czy tylko połowiczny polegający na pytaniu: „jak w szkole” i odpowiedzi: „dobrze”, po czym każdy rozchodził się do swoich spraw, a matka nie wie, czym żyje córka. Ślizga się po powierzchni kontaktu rozmawiając o życiu codziennym, to wtedy matka i córka oddalają się od siebie.

I zwłaszcza w przypadku córek, kiedy środowisko rodziny, relacje z matką nie były do końca dla nich sprzyjające, nie były odczuwane jako dobre, one starają się jak najszybciej z tego wyrwać. Taka córka nie może się doczekać, kiedy ucieknie wyobrażając sobie na wtedy, że te wszystkie złe, niedobre, negatywne rzeczy, których doświadczyła w środowisku domu rodzinnego, ona nigdy nie zafunduje swoim dzieciom, ani swojemu mężowi. Że ona nigdy przenigdy nie zachowa się, jak jej matka, przysięga na wszystko, że nie będzie taka jak ona. I, co ciekawe, bardzo w to wierzy.

I teraz, kiedy środowisko, dom, w którym wzrastała były w miarę normalne, to taka młoda kobieta jest prawie wolna w swoich wyborach i decyzjach. Ale, gdy to środowisko było uwikłane czy obciążone różnego rodzaju historiami, jak uzależnienia, przemoc, niekoniecznie ta fizyczna, ale psychiczna, pełna trudnych historii realizowanych w tak zwanym drugim obiegu i ta córka wzrasta wraz z tym, to jej się wydaje, że jest wolna w swoich wyborach, że ona decyduje o swoim życiu. I raptem bardzo boleśnie przyłapuje się na tym, że postępuje, zachowuje się podobnie, jeśli nie tak samo, jak jej matka. Wtedy najczęściej mówi: „Boże, co ta matka mi zrobiła” i czasami szuka sposobu, żeby sobie z tym poradzić. I jeśli szuka, to dobrze, bo ma szansę trafić do specjalistów, którzy pomogą przyjrzeć się temu uważniej, przepracować.

To co ważne, to chyba uświadomienie sobie, że można nad tym pracować?

To jest właśnie istotą sprawy. O ile w dziedzictwie genetycznym nie możemy zbyt wiele majstrować, tylko zmienić stosunek do tego co dziedziczymy, o tyle wpływ środowiska można spokojnie, systematycznie i wytrwale przepracować. Można się od tego uwolnić, można zatrzymać to, co było fajne. Można zbudować nową jakość i nową siebie, która sama wybierze i potem już będzie mogła bez tych wszystkich obciążeń całkowicie na nowo zdecydować o swoim życiu.

Najczęściej osoby z rodzin nazwijmy to „krzywo rozwijających się” bezwiednie powielają wybory, decyzje, choćby to, z kim się zwiążą. Jest tak na przykład w przypadku uzależnień. Jeśli przed kobietą uciekającą od rodziny alkoholowej postawi się 10 podobnych do siebie, fajnych chłopaków, to ona wybierze tego jednego z problemowej rodziny. I powie, że wszyscy byli fajni, ale ten jeden rozumiał ją najlepiej. Będzie tłumaczyć, że on ją dobrze zna, że „czuje” ją, czasami stara się usprawiedliwić i nie widzieć różnych jego problemów, a nawet jeśli widzi, to twierdzi, że mu pomoże. I tak wpada z deszczu pod rynnę. Dopiero później zastanawia się, dlaczego tak się zadziało. A to jest tak silny mechanizm… Jeśli go nie spróbujemy zmienić, zawsze będzie kierował naszymi wyborami, nigdy się nie uwolnimy.

Bardzo rzadko zdarza się, a jeśli już to raczej jakimś fuksem, że taka kobieta z trudnej rodziny, ze skomplikowanej relacji z matką, też z ojcem, trafia na partnera z tak zwanej „normalnej” rodziny, choć wiadomo, że nie ma chatki bez wadki. Ale ta rodzina staje się dla niej rodziną terapeutyczną. Ona widzi, uczy się, że można inaczej ze sobą rozmawiać, szanować się, okazywać sobie czułość i lgnie do tego, otwiera się na to.

Trzeba dużej dojrzałości ze strony matki, żeby zdać sobie sprawę z tego konfliktu w relacji z córką.

Nikt nas nie nauczył, jak być dobrym rodzicem, jak być dobra matką. Nie możemy zapierać się, że nie będziemy jak nasza matka. Ale może lepiej po prostu być sobą. Są różne matki, są takie, które mówią: „nie mów do mnie mamo”, grają rolę kumpeli, bo uważają się za wiecznie młode i aktywne. I okej, jeśli stawiane są w tym granice przyzwoitości. Jeśli jest się mamusią, która przytula, jest taka bardzo ciepła, kochająca domową atmosferę – to w porządku, takie mamy też są potrzebne. Ważne jest, aby pokazać córce taką propozycję, nie udawać nikogo. A przede wszystkim nie zawłaszczać sobie swoich dzieci, bo to moje, z mojej krwi i kości, noszone pod moim sercem. Dobrze jest zdawać sobie sprawę od samego początku, że dziecko jest autonomiczną istotą, jest osobnym bytem. Tak można budować dobrą relację nie tylko z córką, ale też z synem. Wystarczy mieć więcej luzu, swobody. Coraz mniej musieć, a więcej móc chcieć.

To może na Dzień Mamy powiedzieć swojej mamie: „Dziękuję ci, że byłaś najlepszą mamą na miarę swoich możliwości”? I przestać się zapierać, że nie chcę być taka jak ona, tylko wyciągnąć, co dobrego mi dała.

Przychodzi taki moment, kiedy córka zaczyna się zastanawiać: co ja z tego domu dostałam, czym mnie poczęstowano, w co mnie wyposażono, co mam. Analizuje sobie środowisko i jego wpływ. Dobrze jest zrobić sobie taki uczciwy rachunek, bo przecież nie wszystko było złe, bo było dużo fantastycznych rzeczy, które ja z tego domu i po mojej mamie mam. Bo przecież ona nie jest tylko koszmarna, wiecznie czepiająca się, ale potrafi sobie świetnie radzić w różnych sytuacjach, spełnia się, jest fantastyczna w niektórych obszarach. I to chcę zatrzymać, z tego się cieszę, że dane mi było tego doświadczyć, że mogłam to wszystko czerpać. Okej, to co niefajne spróbuję jakoś przepracować, z czasem może wyeliminować, wyrugować, może jakoś uda mi się pozbyć tego balastu, ale to co fajne niech mnie buduje, niech mnie stanowi, niech jest częścią mnie.

Za to mogę być mamie wdzięczna…

I za to mogę ją kochać swobodnie bez żadnych oporów.


18718329_10212527337633738_825219877_nJacek Skowronek
, psycholog, psychoterapeuta w Pilskim Centrum Psychoterapii. Jest absolwentem psychologii Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS w Warszawie, absolwentem teologii w Instytucie Nauk Społecznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Posiada kilkunastoletnie doświadczenie w prowadzeniu psychoterapii / psychoonkologii oraz jako psychoterapeuta w psychoterapii indywidualnej i grupowej. Pracuje także jako wykładowca/trener przy prowadzeniu szeregu szkoleń i warsztatów psychologicznych w tym warsztatu kompetencji i umiejętności rodzicielskich.


 

O trudnych relacjach rodzinnych, uwikłaniach, aniołach i demonach, które wychodzą przy barcelońskim, rodzinnym stole możecie przeczytać w  ciepłej, pełnej humoru, ale też poruszającej ważne kwestie książce Alejandro Palmas „O matko!”.

Tak szczerzy jesteśmy tylko w jedną noc w roku.
Barcelona. W sylwestrowy wieczór pewna nietuzinkowa rodzina przygotowuje się do uroczystej kolacji. Pośród gorączkowej krzątaniny, rodzinnych żartów i docinków toczą się rozmowy, dzięki którym na jaw wychodzą skrywane rozterki, smutki i sekrety. Każdy z członków rodziny chciałby bowiem, by przy świątecznym stole znalazła się jeszcze jedna osoba…

Wydawnictwo W.A.B.

PalomasOMatko (1)

 


Kochany Mężu, nie czekajmy aż dzieci dorosną, żeby znaleźć czas dla siebie

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 maja 2017
Fot. Unsplash / Alex Hockett /
Fot. Unsplash / Alex Hockett / CC0 Public Domain

Kochanie, chciałam ci tylko powiedzieć, że pewnego dnia obudzimy się, jak zwykle, ramię w ramię, a nasze dzieci będą dorosłe. Może trudno ci to sobie wyobrazić teraz, kiedy są takie małe. Nie widzisz w nich jeszcze dorosłych kobiet, poważnych problemów, obowiązków, pracy. Ja czasem o tym myślę. To trochę dziwne, wyobrażać sobie, jak nasze córki będą wyglądać jako dorosłe osoby. I że będą miały własne życie.  Ale z drugiej strony to tylko uświadamia mi, jak bardzo powinniśmy być ze sobą we dwoje. Tu i teraz. Dla siebie.

Wiesz, one kiedyś odejdą. Założą swoje rodziny. Dzieci, partner staną się dla nich priorytetem, a my, na tej liście najważniejszych osób, spadniemy o kilka oczek w dół.

Może ta świadomość będzie trudna. Może nawet bolesna. Czasami nie będziemy mogli zasnąć w nocy w nocy, zastanawiając się, jak sobie one sobie radzą, czy podjęły właściwy wybór, czy są szczęśliwe.

Mam te myśli, przyznaję. Ale zaraz potem myślę tym, że kiedy nasz dom opustoszeje, będziemy mieli szansę by być ze sobą jeszcze bliżej. I otworzą się przed nami nowe możliwości. Może będziemy podróżować, może znajdziemy jakieś wspólne hobby, a może po prostu będziemy cieszyć się na nowo odzyskaną intymnością? Może w każdy piątek będziemy odkrywać jakąś nową, małą włoską restaurację? I nie będziemy musieli myśleć o tym, którą z naszych mam zapytać o to, czy zostanie z dziećmi. Tyle planów, marzeń, pomysłów stanie się nagle bliskie realizacji, dostępne na wyciągnięcie ręki. I spokojne rozmowy, o czym tylko chcemy, te nieprzerywane dziecięcymi głosami, prośbami, kłótniami.

Możemy mieć to wszystko, kiedy dzieci będą już dorosłe, ale … Po co czekać?

Oczywiście zaraz powiesz: jesteśmy teraz tak bardzo zajęci, tak mało mamy czasu, a ty jesteś taka zmęczona. Penie, sama organizacja domowego życia zajmuje nam tyle czasu, energii. Tracimy cierpliwość, do siebie także. Wieczorem zasypiamy obok siebie, ale nie ze sobą. Jesteśmy zmęczeni, oboje. Widzę, co się z nami dzieje i nie chcę dłużej czekać, bo się boję, że już nigdy nie odzyskamy tego, z czego teraz rezygnujemy. Więc nie rezygnujmy, proszę cię z tych rozmów o „wszystkim i o niczym”, bo kiedyś, kiedy byliśmy jeszcze chłopakiem i dziewczyną, a nie „mamą i tatą”, czekaliśmy na nie jak na coś najważniejszego. Pamiętam, jak, gdy zamieszkaliśmy ze sobą, biegłam do ciebie do domu, po pracy, niecierpliwa by ci o czymś opowiedzieć. Robiłeś herbatę, w filiżance i kanapki z żółtym serem. To był nasz rytuał, nasze najbardziej intymne chwile. Bardziej intymne niż seks.

Kochamy się, bardzo mocno to czuję, każdego dnia. Widzę to w twoich gestach – kiedy wracając z pracy wstępujesz do sklepu po moją ulubioną gazetę. Robisz to już od dziewięciu lat, wiesz? Powinniśmy jednak tę naszą miłość celebrować jeszcze bardziej teraz, kiedy nie jesteśmy już sami. Powinniśmy ją przeżywać intensywnie każdego dnia.

Nie wiem, kiedy nasz czas dobiegnie końca. Wiem tylko, że wszystko co dzieje się tu i teraz ma sens tylko wtedy, kiedy jesteśmy razem. Moja miłość do ciebie jest czymś bardzo rzeczywistym i głębokim. Nie chcę jej „zawieszać”, nie chcę odkładać na później naszego dbania o to uczucie, celebrowania go. Chcę, żebyś wiedział, jak bardzo jesteś dla mnie ważny.

Dlatego nie pozwólmy naszym dzieciom przerywać nam rozmowy, kiedy „muszą” już w tej chwili wiedzieć, czy kamienie na pewno toną i czy włosy Barbie odrosną, jeśli je obetniesz. Nauczmy je, że mogą poczekać kilka minut, aż mama i tata skończą rozmawiać.

Dlatego pozwalajmy naszym rodzicom częściej zabierać nasze córki do siebie. Po to, żebyśmy mogli przypomnieć sobie jak to było wtedy, kiedy byliśmy jeszcze sami. Po to, żeby te chwile „we dwoje” docenić jeszcze bardziej, czekać na nie, cieszyć się nimi i wsłuchiwać razem w tę na chwilę odzyskaną ciszę. I po to, by móc kochać się głośno i w takich miejscach, gdzie od lat tego nie robiliśmy.

Dlatego zaproś mnie na randkę. Na spacer nad rzeką, albo do kina, w którym się poznaliśmy. Jak para zakochanych sprzed lat, sprzed dzieci. Po prostu. Czasem.

 Chodzi o to, że cię kocham. Kocham cię teraz i będę cię kochać już zawsze. Mamy dzieci i chcę, żebyś wiedział, że jesteś wspaniałym ojcem. Ale przede wszystkim,  ciągle widzę w tobie osobę, w której się zakochałam. Mojego przystojnego, inteligentnego, wspaniałego męża.


Bogactwo, blichtr, przepych i elegancja. Najpiękniejsze kreacje z Cannes

Anna Wójtowicz
Anna Wójtowicz
26 maja 2017
Fot. Instagram/maffashion,nicolekidman,catulinn
Fot. Instagram/maffashion,nicolekidman,catulinn

Podczas słynnego festiwalu filmowego na Lazurowym Wybrzeżu pojawiają się największe gwiazdy. Jest to okazja, by na czerwonym dywanie zaprezentować wyjątkowe kreacje od największych projektantów. Jak w tym roku prezentują się celebrytki?

W 2017 roku gwiazdy postawiły na klasyczną i elegancką czerń oraz pastele. Królują długie suknie, ale nie zabrakło także krótszych, które odsłaniają zgrabne nogi. Zobaczcie najpiękniejsze kreacje oraz jak prezentowały się Polki.

Maffashion (Corizzi)

 

 

Nicole Kidman (Michael Kors)

 

 

Elle Fanning (Rodarte)

 

Charlize Theron (Dior)

 

 

Kirsten Dunst (Sciaparelli)

 

Grażyna Torbicka (Viola Piekut)

 

 

Marion Cotillard (Halpern)

 

Jessica Chastein (Prada)

 

 

Elizabeth Olsen (MiuMiu)

 

Anja Rubik (Saint Laurent)

 

 

Kristen Stewart (Chanel)

 

Irina Shayk (Versace)

 

 

Doutzen Kroes (Balmain)

 

Jessica Mercedes (Łukasz Jemioł)

 

 

Elsa Hosk (Alberta Ferretti)

 

Izabela Goulart (Roberto Cavalli)

 

 

Doda (Nicolas Jebran)

 

Która kreacja podoba wam się najbardziej?


Zobacz także

200 rzeczy, które powinnaś wyrzucić

200 rzeczy, które powinnaś (już, teraz, natychmiast) wyrzucić. Akcja „Uporządkuj swoje życie”

„On tobą manipuluje, grozi ci, krzywdzi? Nie wierz, że się zmieni, uciekaj". Wyznanie byłego alkoholika

„On tobą manipuluje, grozi ci, krzywdzi? Nie wierz, że się zmieni, uciekaj”. Wyznanie byłego alkoholika

Powrót do Paryża

Powrót do Paryża