Nie moja sprawa?

on, czyli ja
on, czyli ja
3 listopada 2016
 

Dystans, k.. , dystans, bo inaczej wszyscy zginiemy – widzieliście to gdzieś? Czytam to wiele razy. Oddycham. Liczę. Tłumaczę… głównie sam sobie, bo matce moich dzieci, niewiele jestem w stanie wytłumaczyć.

Dzieci mają prawo do grania na konsoli raz w tygodniu, w weekend. Konsola jest jedna, więc krąży między domami. Tym razem w poniedziałek się nie pojawiła, bo jak usłyszały dzieci „do weekendu jeszcze daleko”… przywiozę wieczorem.

Nie pojawiła się ani we wtorek, ani w środę, ani w czwartek.. W piątek wieczorem (kiedy mieliśmy wyjeżdżać na groby o czym matka dzieci wiedziała) konsoli także nie było. Matka dzieci przestała także odbierać telefon.

Kiedy w końcu udało mi się dodzwonić i zapytałem, dlaczego nie dotrzymuje obietnic, które daje dzieciom usłyszałem:

„odpierdol się. To sprawa pomiędzy mną, a dziećmi”.

Dystans, k.. , dystans..

 

 

 

 


Na czasy, kiedy będzie inaczej

on, czyli ja
on, czyli ja
18 listopada 2016
 

Znalazłem to na fb niejakiego Sergiusza Sawina (nie znam, ale na fb nie jest to konieczne). Pozwolę sobie zacytować. Nic lepszego dawno nie czytałem.

 

„I znowu nie udaje się ich położyć przed dziewiątą.

Wiercą się po tych łóżkach, przybierając dziwne pozy, wymyślają, co się da, żeby tylko zająć jeszcze kolejne minuty z i tak krótkiego wieczoru.

– Tato, poczytaj jeszcze…
– Tato, a opowiedz mi coś o rycerzach…
– I o koparkach też… może być o rycerzach w koparkach.

I siku nie chcą zrobić przed snem, bo nauczeni doświadczeniem wiedzą, że po powrocie do pokoju nie zastaną już zapalonego światła.

Opierają się tej nieuchronności losu stając na głowie, przewalając po łóżku w każdą możliwą stronę byle jak najdalej od drzwi.

I człowiek walczy z tą oporną materią, prosi, przekonuje.

A w końcu młodszy zmuszony do kapitulacji sięga po argument ostateczny:

– Tato, potrzymaj mnie za rękę, bo nie zasnę.

I potem człowiek siedzi w ciemnym pokoju na małym niewygodnym krzesełku wpatrując się w gasnący blask fluorescencyjnych gwiazdek na suficie. I trzyma w swojej nienaturalnie wygiętej ręce ciepłą małą dłoń.

I wpatruje z niedowierzaniem w swój dorosły zegarek, że już tyle czasu minęło, a przecież jutro znów trzeba wstać do pracy. I że znowu nie ma już prawie tego wieczoru dla siebie. Na różne poważne sprawy.

A potem, kiedy oddechy już się uspokoją i zapadnie cisza, człowiek nagle myśli sobie, że przecież dla nich zegarki nie są ważne. Że dziewiąta, dziesiąta to abstrakcyjne pojęcia.

Że oni łapią się kurczowo tego kończącego się dnia, bo może to był po prostu dobry dzień i nie chcą, żeby się skończył.

Że może obecność taty lub mamy będzie jego najlepszym zakończeniem.

I myśli sobie też człowiek, że przecież zaraz przestanie być tatą – zostanie „ojcem”, „starym”, mniej chętnie wpuszczanym do pokoju.

I że będzie tęsknić za chwilami, kiedy był tak bardzo komuś potrzebny.

Więc siedzi dalej w tym ciemnym pokoju – nagle całkiem spokojny – starając się zachować tę chwilę w pamięci.

Na czasy, kiedy będzie inaczej.”


On też.. Gospoś, czyli pizda. Jest nas wielu

on, czyli ja
on, czyli ja
24 października 2016

Mój Przyjaciel zdecydował się w końcu napisać… Oto Jego tekst.

 

Nie będę odkrywczy: jednym z wielkich wyzwań damsko-męskich jest określenie „na nowo” ról i oczekiwań wobec kobiety/mężczyzny; żony/męża; matki/ojca itd. Moim odkryciem może będzie opowiedzenie o doświadczeniach i konsekwencjach mojego poszukiwania roli mężczyzny/męża/ojca. Kobiety od dawna piszą o swoich rozterkach i wymaganiach, aby przestać być służącymi, praczkami, kucharkami, gosposiami i kochankami. Może czas na drugą stronę lustra? Oto opowieść o służącym, praczku, kucharzu, gosposiu i kochanku.

 

Dom rodzinny. Ojciec był partnerem matki. Czytał mi książki, gotował, sprzątał. Ciężko też pracował. Mama pracowała i realizowała się. Lecz mimo wszystko role były tradycyjne. Mama chadzała na wywiadówki a Tata zarabiał. Więcej rozmawiałem z Mamą i to nie tylko dlatego, że w Wolnej Polsce Tata zaczął więcej pracować.

 

Gdy dorosłem i założyłem własną rodzinę poszedłem dalej niż mój ojciec: zostałem 100% partnerem. Jak trafnie to nazwał mój Przyjaciel: Kogutem Domowym. Gosposiem. Zarabiałem, prałem, robiłem zakupy, sprzątałem, chodziłem na spacery z wózkiem (kraszone utyskiwaniami babć wyprowadzające na spacery wnuczęta („co to za facet, aby z dziećmi być w środę przed południem. Za robotę by się wziął. Matka pewnie w pracy!”). Przewijałem. Odwoziłem. Odbierałem o 11:30 jeżeli było takie życzenie dziecka. Gotowałem. Poświęciłem córce rok, gdy szła do pierwszej klasy. Nauka odrabiania lekcji. Choroby. Znałem więcej rodziców i dziadków niż jego matka. Odszedłem z lukratywnego stanowiska dającego perspektywy finansowe chcąc być bliżej dzieci i żony, której dałem miejsce na samorealizację. Pracowałem nocami, bo mój nowy zawód nie przynosił kokosów a starałem się jednak trzymać tradycyjny fason polującego samca. Czyli przynosiłem do domu kasę, której moja młoda żona nie dostarczała (lub dostarczała grosze). Ależ byłem szczęśliwy.

 

Czujecie powoli ten klimat? Część z Was pewnie mówi: „ależ to słodkie! Chciałabym mieć takiego faceta”. „Szkoda, że mój taki nie jest”. Też to słyszałem. Często. Ale nie z jej ust. Jej koleżanek (uprzedzając: nie, nie zdradziłem). Ale dobrze się zastanówcie: czy na pewno tego chcecie? Bo część pewnie mówi: „ale pizda”. No cóż. To też słyszałem. Od mężów koleżanek.

 

Teraz, z perspektywy rozwodu, myślę sobie, że byłem pizdą. Gosposiem. Kogutem domowym. Ale nie dlatego, że przewijałem itp. Jestem z tego dumny. Dało mi to szczęście i niesamowitą więź z córką. Ale dlatego, że nie wiedziałem, którą z ról wyznaczonych przeze mnie/żonę/”ętelegęckie” otoczenie mam realizować.

 

Kobietom pozwala się mieć dylemat: dom czy kariera. Facet nie ma mieć dylematów czy napięcia przedmiesiączkowego, który może go tłumaczyć, że coś nie idzie. Ma to zrobić mając – śmiem twierdzić – w niektórych aspektach wyższą poprzeczkę. Bo nie dość, że ma się realizować w zawodzie, to ma być tam samcem alfa i dobrze zarabiać. Ona ma być z niego dumna, więc ma dostarczać powodów do dumy. Od niej wymaga się pracy a od niego spektakularnej pracy. On też, jak i ona ma być do tego świetny w łóżku (znów samiec alfa) i nie mieć bólów głowy. Ma być czułym ojcem. Mężem wsłuchującym się w głos żony. Wysportowanym i wypoczętym. Nie tylko Wy, drogie Panie, macie dylematy. Ale często je wyznaczacie swoim partnerom. Uważajcie na to, gdyż…

 

… można robić jedną rzecz świetnie. Dwie dobrze, średnio. Ale trzy (ojciec, mąż, samiec)? Nie. Uzyskasz to, że facet padnie niczym kobyła ciągnąca wózek ze spoconą, spasioną i kasiastą rodzinką, która cyknie sobie zdjęcie nad Morskim Okiem. Batem przeciągniesz mu po grzbiecie Ty i Twój kochanek. To wy siedzicie na koźle. A partner będzie pizdą, bo pizdę się zdradza, a nie faceta. Gosposiem. Kogutem.

 

Moja rada, którą za późno odkryłem: nie da się. Odpuść. A Was, miłe Panie proszę: odpuśćcie. Was proszę – pogadajcie o tym zanim się zagubicie. Ty ciągnąc wóz drabinasty, a Ty w ramionach samca alfa-nie-męża po szkoleniach z odkrywania swojej kobiecości.

 

Nadal sprzątam. Chodzę na zebrania. Ale już sam dla siebie. Chcę być lepszym ojcem. Mężem już nie jestem. Tak. Odeszła do nie-pizdy. Samca alfa. Korpo. Auto. Loptop. Faceta, który zarabia, mało jest w domu, bo robi karierę. Ona z resztą też. I ja już też. Jest dobrze. Wali mnie czy mówią o mnie: „pizda”. Niektóre koleżanki nadal chwalą. Niektóre słowa pewnie to jeszcze mówią.

Autor: OnTeż

O autorze. Kiedyś: koń zaprzęgowy, pizda i gospoś.