Nauka pokory – ale przede wszystkim miłości. Dobrej, spełnionej, nie nadrabianej w ostatniej chwili. Warto doświadczać takich chwil

K. Lolka
K. Lolka
6 stycznia 2017
Fot. iStock / Xsandra
Fot. iStock / Xsandra

Siedziałam sobie ostatnio z laptopem na kolanach przy stoliku w kawiarni. Nie, żebym była fanką pracy w miejscach publicznych, bo tak nie jest, hałas mnie drażni, a kawa najlepiej smakuje mi w domu, ale wtedy akurat zdarzyło się, że miałam dwie godziny czekania między spotkaniami i zwyczajnie szkoda mi było czasu. Siedziałam zatem i klikałam swoje literki kątem ucha rejestrując strzępki rozmów. Niby umiem się wyłączać, ale jednak presja oczekiwania, krótkiego czasu, mimowolnego zwracania uwagi na drzwi, czy mój rozmówca nie zechce przyjść wcześniej – wszystko to troszkę uwrażliwia na bodźce i tak zupełnie zamknąć się w swoim świecie nie dałam rady.

„…i on wtedy się obraził, bez sensu, przecież to ja…”

„…a tofu najpierw podsmażam, bo wiesz, jak tak samo…”

„…ten co w tamtym filmie, pamiętasz, jak byłyśmy…”

„…nie, to nie moja, ja chciałam bez śmietany…”

Zwykły codzienny kawiarniany gwar. Wszystko mówione półgłosem, czasami mocniejszy wybuch śmiechu. Tu dwie nastolatki, tam panowie w wieku korporacyjnym, obaj pod krawatem, to pewnie ci od tofu, teraz to modne w tak zwanych sferach, prześliczna starsza pani z klasą, jakiej próżno szukać w młodym, a nawet w naszym pokoleniu, niestety.

Zerkałam sobie znad ekranu, to na drzwi, to na salę, to na panią, głosy docierały do moich uszu, ale jednym wpadały, drugim wypadały, myśli skupiałam na tekście, sączyłam już czwartą kawę i dobrze mi było. Aż do momentu, kiedy weszła kobieta z nastoletnią córką. Dziewczyna po chemioterapii, nie sposób nie zauważyć, blada, bezwłosa i chuda do granic, ale przepiękna, w gustownej chuście na głowie i z promiennym uśmiechem. Promiennym, nie przyklejonym. Śmiały się jej usta, oczy, marszczący się wskutek mimiki nos, nawet dłonie i cała ta błękitna chusta. Usiadły – los tak chciał – obok mnie. W tej kawiarni jest tak cudacznie, że stoliczki maleńkie, ale przy nich super wygodne fotele, można się zapaść w nich, dlatego tak mi miło było z tym laptopem. Tylko że kiedy one usiadły – wyszło na to, że siedzimy we trzy, tak jakoś to ustawione zostało… I już nie dałam rady pracować. Nie mogłam udawać, że ich nie słyszę, a słysząc – nie byłam w stanie myśleć o niczym innym…

One rozmawiały o śmierci. O tym, co jeszcze chcą zrobić zanim przyjdzie. Nie wiem, jakiego typu raka miała ta dziewczyna, nie ośmieliłam się zabrać głosu, nie odważyłam się przerwać ich rozmowy, była magiczna… Ale ze wzmianek wynikało, że pewnie był to kolejny przerzut albo kolejny, innego typu, nowotwór. Od dziewczyny nie sposób było oderwać wzroku, jaśniała wewnętrznym spokojem. Ona wiedziała, że ma przed sobą góra kilka tygodni. I pogodziła się z tym. Ale pogodziła się z tym też, w mądry i dojrzały sposób, jej matka. I to było urzekające.

Sama mam troje dzieci i zdaję sobie sprawę, jak ciężko jest radzić sobie z bezsilnością wobec ich cierpienia. Jak potwornie musi boleć świadomość, że to życie kończy się, zanim się na dobre zaczęło. Jak trudno tłumaczyć samej sobie, że teraz najważniejsze to cieszyć się sobą przez te ostatnie chwile. Jak w ogóle mówić o cieszeniu się…? A wszak tylko to pozostało… Płacz nie uleczy, zamykanie się w sobie tylko szybciej umartwi, no trzeba, trzeba wykorzystać ten czas, nie wolno go zmarnować… Tylko co to znaczy zmarnować…? Siedzieć w domu zamiast jeździć po świecie? Palić, pić, albo nie palić i nie pić? Spędzać czas na zabawie czy na nauce? A jak ktoś lubi inaczej, niż wszyscy by chcieli?

Kobieta patrzyła na swoją córkę z bezgraniczną miłością. To niesamowite, jak to widać. Ze spokojem, pewnością, zaufaniem i zgodą na nieuniknione. Ani jedna, ani druga się nie poddała. Obie po prostu zaakceptowały to, że ta walka ma taki, a nie inny finał. Rozmawiały o tym, że mama będzie musiała jechać na parę dni do babci, bo się rozchorowała, że po pogrzebie będzie miała więcej czasu i pewnie wreszcie pchnie nowy projekt „w tej auli” – pewnie coś zawodowego – że w szpitalu jedzenie było okropne i dobrze, że nie trzeba było długo tam leżeć, że śmieszna jest jakaś mała Agatka, kiedy woła „Dlaczego masz takie łyse brwi”, że chłopak dziewczyny pytał, czy może ją jeszcze zabrać nad morze i czy mama nie ma nic przeciwko – nie miała – że pieczywo ostatnio się zepsuło w ich ulubionym sklepie…

I to nie było udawane! To nie była przykrywka, zasłanianie tragedii paplaniem o niczym. Nie, one ze sobą szczerze i ciepło rozmawiały, jak przyjaciółki. Nie bały się słowa „śmierć” ani „pogrzeb”, rozumiały, jak ważne są uczucia wszystkich osób bliskich, a nie tylko ich własne, choćby ten chłopak, ileż matek w swojej zaborczości powiedziałoby, że z żadnym chłopakiem nad żadne morze, że tylko z nią, tu, że szkoda czasu…? Przecież ten chłopak, przyjaciele, wszyscy odczują jej brak, nie tylko mama… Nie było ani słowa o ojcu ani o rodzeństwie, jak silna musiała być ta najwyraźniej samotna kobieta, może tak poświęciła się córce, a może była sama już od dawna…?

W pewnym momencie dziewczyna powiedziała: „Mamusiu, a masz jeszcze jakieś marzenia, które mogę spełnić? Dopóki mogę?”. I sparaliżowało mnie. Prawie wybuchnęłam płaczem. A ta mama tylko wyciągnęła rękę, pogłaskała ją po policzku i tak ciepło powiedziała, że jeśli chce, to mogą razem jechać do tej babci, będzie jej miło. Tak zwyczajnie, po prostu. Nie hamowała łez, przelała tylko w dotyk falę miłości. Największym marzeniem był jeszcze jeden wspólny codzienny dzień. Obie te kobiety nawzajem wspierały się w swoim cierpieniu w intuicyjny, cudowny, magiczny sposób.

Wstały po jakimś czasie i wyszły, a w kawiarni aż pociemniało od braku ich jasności. Za to we mnie szalał emocjonalny huragan.  Ekran dawno zgasł, kawa wystygła, kiedy mój rozmówca wszedł, nie bardzo nadawałam się do rozmowy. Są w życiu takie chwile, które wręcz wywracają nas na lewą stronę. Ta była jedną z nich. Kolejna nauka pokory – ale przede wszystkim miłości. Takiej dobrej, spełnionej, nie nadrabianej w ostatniej chwili, tylko dawanej od zawsze – miłości. I pomyśleć, że one mogły usiąść gdzieś indziej… Chyba muszę częściej przytulać swoje dzieci…


Dramat w trzech aktach. Boimy się nazwania prawdy po imieniu. Którym z bohaterów ty jesteś?

K. Lolka
K. Lolka
11 lutego 2017
Fot. iStock/Grandfailure
Fot. iStock/Grandfailure

Występują:

Kobieta zajmująca się domem,

dobrze sytuowany Mąż bijący Kobietę,

Wszyscywokół.

AKT 1.

Na ukradkowe spojrzenia Wszystkichwokół Kobieta z kolejnym limem niepytana opowiada, że uderzyła się tym razem w szafkę. Wszyscywokół kiwają głowami, a za plecami Kobiety szepczą do siebie „Strasznie ją tym razem poturbował, ciekawe, kiedy to zejdzie, zaraz święta, Mąż ma ciężką rękę, Kobieta biedna z nim, ale komu dzisiaj lekko, takie życie, tak źle z nim znowu nie ma, pracować nie musi…”

AKT 2.

Kobieta łapie wzrokiem ukradkowe spojrzenia Wszystkichwokół i płaczliwie mówi „Znowu mnie pobił”. Wszyscywokół tulą ją, radzą „Zostaw Męża, odejdź od niego, nie pozwalaj się tak traktować” – a kiedy jednego dnia Kobieta staje z walizką u kolejnych drzwi Wszystkichwokół – żadne się nie otwierają. Wszyscywokół szepczą do siebie „To ich sprawa, ja nie chcę się mieszać”. Kobieta nie ma mieszkania, pieniędzy ani pracy. Wraca do domu i uczy się opowiadać o uderzeniu w szafkę. Wszyscywokół oddychają z ulgą.

AKT 3.

Kobieta nie czekając na spojrzenia mówi „Znowu mnie pobił. Złożyłam doniesienie do prokuratury”. Wszyscywokół z niedowierzaniem wołają „Jak mogłaś, to jest Mąż!” Kobieta beznamiętnym tonem opowiada „Weszłam do domu, a on złapał mnie za gardło, uderzył moją głową o drzwi, aż pociemniało mi w oczach. Kopnęłam go dyndającymi w powietrzu nogami, a wtedy on zaklął, rzucił mnie na podłogę i z całej siły kopnął w brzuch. Złapał mnie za włosy, dwa razy uderzył na odlew w twarz i zaciągnął do pokoju. Wolną ręką rozpiął rozporek i wsadził mi fiuta w zakrwawione usta. Dusiłam się własną krwią i szlochem, a on wpychał mi go aż do gardła, prawie wyrywając mi włosy z głowy…”

Wsyscywokół krzywią się z obrzydzeniem. Nie mówią jednak „Zabiłbym tego skurwysyna!!!”. Nie. Oni mówią „Jak ona może opowiadać takie świństwa!” Powinna delikatniej, bo ich to razi i zawstydza. Wszyscywokół od tej pory plują na widok Kobiety, a Mężowi zaczynają współczuć, że naraziła go na taki wstyd.

Koniec. 

Kto z was pisze się na sztukę w trzech aktach…? Większość wychodzi po pierwszym, nieliczni po drugim. Ludzie boją się nazwania prawdy po imieniu. Bo to zmusza do zrozumienia i wyciągnięcia wniosków. Do poniesienia ich konsekwencji. Łatwiej móc udawać, że się nie zrozumiało i nie wie.


To depresja. Straszna choroba, z którą usiłuję wygrać

K. Lolka
K. Lolka
29 grudnia 2016
Fot. iStock / IBushuev
Fot. iStock / IBushuev

Czasem nie umiem sobie ze sobą poradzić. Moje ciało mnie nie słucha. Jest ociężałe i powolne, nawet usta nie chcą unieść kącików w górę. Mogłabym wtedy leżeć na łóżku i gapić się w ścianę.

Wstaję, bo muszę, trzeba zakrzątnąć się przy dzieciach, sprzątać na szczęście nie trzeba, bałagan uciekać nie chce… Robię tylko to, co niezbędne i zapadam dalej w swoje odrętwienie. Wiem, co mi jest. Tylko wstydzę się do tego przyznać nawet przed samą sobą, a co dopiero przed innymi. To moja porażka, moja codzienna walka z powrotem do żywych, którą inni płytko postrzegają wyłącznie z zewnątrz. I nie rozumieją. A kiedy się to nazwie… Budzi śmiech.

To depresja. Straszna choroba, z którą usiłuję wygrać. Odbywa się to małymi kroczkami, często cofanymi… I bez gwarancji sukcesu. Raz lepiej, raz gorzej, niby już dobrze, a jednak nie. Dookoła słyszę, że nie mam prawa do depresji. Że mam wszystko, czego można chcieć, że powinnam wziąć się w garść.

Biorę się. Tylko czasami samej sobie przeciekam między palcami. I co wtedy…? To nieprawda, że depresja pojawia się bezpośrednio po jakiejś traumie, a potem się ją leczy jak anginę, znika i już. Często właśnie dopiero po jakimś czasie, kiedy wydaje się, że przecież już wszystko się unormowało – okazuje się, że w środku jesteś kompletnie potłuczony… I wtedy zbieranie się w sobie jest tym trudniejsze, że ta choroba dla osób z zewnątrz nie ma żadnego uzasadnienia…

Nikt już nie tuli, nie pociesza, bo ile można, wszyscy oczekują, że się wreszcie podźwigniesz… A jeśli nie potrafię…? Jeśli potrzebuję jeszcze dnia, tygodnia, roku…? Jeśli na razie mogę tylko obserwować swoje życie, zamiast je tworzyć, bo nie mam dość siły…?

Ja znam główną przyczynę swojej depresji. Znam też te mniejsze. Dla niektórych brzmią śmiesznie. Ale są rozpaczliwie poważne. Podczas mojej katatonii jestem nikim. Dla siebie i przez to dla wszystkich wokół. Nic nie osiągnęłam i nic nie osiągnę, bo nie potrafię wyjść z dołka. Ten czas, kiedy stawiałam wszystko na jedną kartę, był piekłem. Walką ze wszystkim o wszystko. Skończył się. Wygrałam. Niby. Ale dopiero teraz odczuwam skutki tego, jak bardzo byłam tym wszystkim zmęczona.

Nie umiem ucieszyć się, że to koniec, rzucić się w wir nowego życia, tkwię w tępej bezmyślnej pustce emocjonalnej. Bez smutku i bez radości. Dopiero teraz zaczyna wychodzić ze mnie zmęczenie fizyczne. Niedospanie, łzy, niedojedzenie, stres, pusta nadzieja i hektolitry alkoholu. Wrzody zrobią się po paru latach, jelita cierpią już teraz, dlaczego serce, płuca, mózg miałyby być zdrowe…? Nie są.

Depresja jest straszną, długotrwałą i trudną do zdiagnozowania, a do tego chyba nieuleczalną chorobą. Można tylko łagodzić jej objawy. Nikt w tym nie pomoże. Trzeba ją oswajać jak każdą inną przypadłość swojego ciała. Jak krzywe nogi, zeza, odjętą pierś i zmarszczki. To, na co nie mamy wpływu. To wymaga czasu i akceptacji. Nie wolno przyśpieszać tego procesu ani na siłę wyciągać nikogo z takiego dna. Można mu tym co najwyżej przetrącić kark.

Depresja musi się umościć gdzieś w nas. Znaleźć swoją niszę, w której będzie mogła bezpiecznie zasnąć. Nie rozumie tego nikt, kto jej nie doświadczył. Też tego nie wiedziałam. Nikt nie pojmuje, jak trudno jest zmusić ciało do wykonania najprostszych czynności. Kiedy kolejny dzień mogłabym spać 15 godzin, kiedy boli mnie każda komórka, głowa, piersi, brzuch, stopy, ramiona, właściwie bez powodu…

Codziennie muszę mierzyć się z własną samozagładą. Przeciwstawiać się jej wbrew sobie. Nawet nie mogę powiedzieć, że wolałabym umrzeć, bo ja nic bym nie wolała. Właśnie o to chodzi. Wypełnia mnie ziejąca pustka obojętności. Czy spodziewałabym się kiedyś, jak wielkim sukcesem będzie to, zauważam świat wokół siebie…? Że chcę go znowu widzieć i słyszeć…? Ja, która rzucałam się na życie zębami i pazurami, chłonęłam jego najdrobniejsze bodźce? Tak, jestem chora. Nie wiem, czy się z tego wyleczę. Przekonuję samą siebie, żeby nie myśleć o najbliższych w kategoriach „nie mam prawa was przy sobie trzymać”. Przecież bez nich nic się nie uda. Oni chcą podjąć to ryzyko i dzięki im za to.

Ale niełatwo to sobie wmówić. Moja maszyna nie chce ruszyć, choć oni uparcie wkręcają śrubki i naciągają pasy… A ja patrzę na to i nie mogę wykrzesać z siebie ani miłości, ani wdzięczności,  ani nawet złości na nich za to, co robią… Mam wrażenie, że moja depresja jest  jak ocean, z którym nie sposób walczyć. Trzeba zgrać się z jego falą. Rozwijać żagle, kiedy wieje, ale chować je, gdy zbyt silny wiatr grozi połamaniem masztów. Inaczej utonę.